Prawa autorskie: Agata Grzybowska / Agencja GazetaAgata Grzybowska / A...
25 października 2020

Dzwonią kobiety, którym szpital właśnie odwołał aborcję. Pomożemy wszystkim [ROZMOWA]

"Wyrok Trybunału to symboliczny kop w twarz od państwa, ale w aborcyjnej rzeczywistości niewiele zmieni. Jesteśmy gotowe, żeby przejąć kolejny tysiąc kobiet" - mówi Natalia Broniarczyk z Aborcji Bez Granic. Solidarne aborcyjne podziemie rośnie w siłę, możesz je wesprzeć

Ile kobiet w Polsce dokonuje aborcji? Jeszcze przed haniebnym ubiegłotygodniowym wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego nasz kraj miał jedno z najbardziej opresyjnych praw antyaborcyjnych w Europie, nie ma więc oficjalnych danych. Nieoficjalnie, poza systemem, aborcji może być nawet 150 000 rocznie. Tak wynika z szacunków m.in. Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny. Liczba bazuje na danych historycznych, statystykach krajów o podobnej demografii i badaniach CBOS z 2013 roku, które pokazały, że między 1/4, a 1/3 Polek dokonało w życiu przynajmniej jednej aborcji. To między 4,1, a 5,8 miliona kobiet.

Ile aborcji odbywa się oficjalnie, za zgodą państwa? Dotychczas, około tysiąca rocznie. W 2019 takich aborcji było 1110, w ponad 98 procentach z powodu wad płodu. Od czwartkowego wyroku TK te kobiety nie mogą już liczyć na państwo, skazano je na cierpienie i przymusowy poród. Staliśmy się czarną plamą na mapie Europy, łamiąc m.in. zasadę nieodbierania praw nabytych i wprowadzając najbardziej nieludzkie prawo aborcyjne w UE.

Ale w tej beznadziejnej sytuacji jest zaskakująco dużo nadziei. Protesty kobiet od kilku dni rozsadzają kraj. Mimo pandemii, mimo policyjnych gróźb i zatrzymań, tysiące osób w całej Polsce wychodzą na ulicę krzycząc: wypierdalać!

W tym krytycznym momencie kobiety przekonują się, że kiedy państwo je zawodzi, mogą liczyć na siebie nawzajem. Aborcyjny Dream Team i Aborcja Bez Granic nie przestają odbierać telefonów. To czas wzmacniania solidarnego kobiecego podziemia, mocniejszego i trwalszego niż zmieniająca się władza czy upolityczniony Trybunał.

"Tak naprawdę, to co teraz w Polsce możemy zrobić, to pójść w scenariusz argentyński. Od lat istnieje tam sieć tzw. socorristas [hiszp. ratowniczek]. Te kobiety trzęsą całym argentyńskim podziemiem aborcyjnym, a zaczynały tak samo jak my, lokalnie. Rząd o nich wie i nic z tym nie może zrobić - jest ich za dużo. Zbudowały system w systemie, gdzie odwraca się dynamika władzy. W Polsce też możemy to zrobić" - mówi OKO.press Natalia Broniarczyk z Aborcji Bez Granic. To inicjatywa, która od grudnia zapewnia Polkom dostęp do legalnej i bezpiecznej aborcji, informacji oraz wsparcia: emocjonalnego, logistycznego, a kiedy trzeba także finansowego.

Rozmawiamy o tym, co dziś słychać w rozgrzanej do czerwoności słuchawce telefonu aborcyjnego wsparcia i jak budować solidarne podziemie.

Marta K. Nowak, OKO.press: Spodziewałyście się takiego wyroku Trybunału? Jak wpłynie na waszą pracę?

Natalia Broniarczyk: Niestety tak, obawiałyśmy się tego. W naszej pracy wiele się nie zmieni, bo zaostrzenie dotyczy tylko ułamka aborcyjnej rzeczywistości, ale za to tego najbardziej bolesnego. Dotyczy kobiet, które mają już za sobą upokarzające traktowanie, odbijanie się od gabinetów, proszenie o badania, diagnozę. Bo lekarze często boją się mówić wprost. Sugerują albo dają wynik badań bez żadnej interpretacji. Kobiety muszą szukać na własną rękę innego lekarza, który wreszcie im powie, że płód ma poważną wadę.

Do nas trafiają już zwykle bardzo straumatyzowane systemem. Dotychczas miesięcznie zgłaszało się maksymalnie 5 osób, które mówią, że potrzebują aborcji ze względu na wady płodu. Być może jest ich więcej, tylko o tym nie mówią. My nigdy nie pytamy.

Teraz tych 1000 osób, które co roku miały legalną aborcję przyjdzie do nas. Jesteśmy na to przygotowane, przejmiemy je od systemu. Poradzimy sobie, ale ten wyrok jest jak kop w twarz. Może nie zmieni dużo w aborcyjnej rzeczywistości, ale państwo powiedziało nam wprost, że ma nas gdzieś. Kobieta ma rodzić, a jak nie chce, to trzeba ją zmusić.

To szczególnie przykre, bo kiedy my się cofamy, cały świat idzie do przodu. W Hiszpanii dwa tygodnie temu obniżono wiek dostępności aborcji. Teraz 16-latka może przerwać ciążę bez zgody rodziców. Oczywiście, że wywołało to wiele kontrowersji, ale prawo dostosowało się do rzeczywistości: nastolatka w ciąży nie może być zmuszana do rodzenia dziecka przez rodziców.

U nas legislacja jest coraz bardziej oderwana od rzeczywistości. Kaja Godek już zapowiada, że będzie walczyć z aborcją ze względu na gwałt. To znów mała liczba osób, ale na poziomie symbolicznym to ogromna zmiana.

W Irlandii, po tym, jak opublikowano liczbę kobiet, które wyjeżdżają do Anglii zrobić aborcję, premier powiedział: nie możemy tego problemu dłużej eksportować za granicę. I zmieniono prawo. A my udajemy, że aborcji w Polsce nie ma, eksportujemy problem zmuszająć kobiety do stresujących, często samotnych podróży.

Czy odczułyście już skutki wyroku? Dzwoni więcej kobiet?

Od ogłoszenia wyroku telefon dzwoni non stop. Postanowiłyśmy przedłużyć dyżury aż do północy. W czwartek były 134 telefony, wczoraj 192. W sobotę do południa - 50. Dla porównania powiem ci, że jeszcze we wrześniu wszystkich telefonów było 313, w sierpniu 490.

Nie uwzględniam oczywiście głuchych telefonów i hejtów.

Hejtu jest więcej?

Wczoraj było zauważalnie więcej, wiemy zresztą dlaczego. Dostawałyśmy screeny z faszystowskich grupek na których podawali sobie nasz numer i namawiali, żeby dzwonić i blokować. Całe szczęście możemy te numery blokować. Chwilę nam to zajęło, ale sobie z nimi poradziłyśmy.

A kobiety z czym do was dzwonią?

Z prośbą o informację, pomoc w zorganizowaniu aborcji. Wiele dzwoni, żeby zapytać czy to prawda, czy rzeczywiście w razie czego pomożemy. Wiele osób dopiero się o nas dowiedziało, bo nasz numer jest teraz skandowany na każdym proteście, pojawia się na facebooku.

W piątek zaczęły się odzywać kobiety, które miały wyznaczony termin usunięcia ciąży ze względu na wady płodu na poniedziałek, wtorek. Właśnie dostały informacje, że nie zostaną przyjęte. W piątek takich osób było 5, ale spodziewamy się, że będzie ich więcej.

Od czwartku do dziś mamy zarejestrowane 7 osób w drugim trymestrze, które pojadą przerwać ciąże za granicą, ale już dostaliśmy maile od 6 kolejnych.

Wiele kobiet, które dziś dzwonią, boi się, że osoby, które mają stwierdzoną ciążę w Polsce będą ścigane za to, że nagle tej ciąży nie ma. Boją się, że lekarz będzie musiał zgłosić na policję, jeśli pacjentka po USG nagle zniknie. Nic takiego się nie dzieje i nie może dziać, ale to pokazuje, jaki efekt wywołał ten wyrok.

Warto przypomnieć: nikt nie może nas ścigać za przerwanie ciąży, wyjazdy są całkowicie legalne, a prawo polskie nie sięga poza granice kraju. W poniedziałek o 18:30 zrobimy relację live na facebooku, żeby odpowiadać wyłącznie na tego typu obawy.

Co jeszcze nowego słyszycie w słuchawkach od czasu wyroku?

Dużo strachu o badania prenatalne. Co z diagnostyką? Uważamy, że nawet jeśli aborcja jest zakazana, to każda osoba ma prawo do informacji na temat stanu zdrowia i leczenia. Tak naprawdę wszystko będzie jednak zależało od lekarzy i lekarek - to oni decydują czy wysyłać pacjentkę na badania.

Mam nadzieję, że lekarze, którzy podpisali się pod protestem przeciw wyrokowi TK okażą solidarność chociażby przez diagnozowanie. To nam bardzo pomoże w pracy.

Ale was przecież nie interesuje, dlaczego kobieta chce zrobić aborcję.

To prawda, ale jeśli jest wynik badań genetycznych, który wskazuje, że ciąża nie rozwija się prawidłowo, to daje nam więcej czasu na organizowanie wyjazdu. Zagraniczne kliniki wydłużają w takich przypadkach okres, w którym można przeprowadzić legalną aborcję. Lekarze w Anglii czy Holandii podchodzą też do takich pacjentek z większym zrozumieniem i wrażliwością.

Osoby, które decydują się na aborcję ze względu na wady płodu często potrzebują opieki psychologicznej. Także tę pomoc będziemy mogły im zapewnić. Od czwartku zgłaszają się do nas psycholożki i oferują, że pomogą za darmo. Fala wsparcia jest niesamowita.

Kiedy usłyszałam wyrok Trybunału i polityków, którzy wiecznie chcą o aborcji "porozmawiać" pomyślałam, że za mojego życia nic się tutaj nie zmieni, jedyna nadzieja w aborcyjnym podziemiu. Można was nazywać podziemiem?

Tak o sobie czasem żartem mówimy, chociaż nie organizujemy nielegalnych zabiegów w Polsce ani nie sprzedajemy leków. My udzielamy tylko informacji, pomagamy organizacyjnie, wszystko odbywa się legalnie.

Nam chodzi tak naprawdę o to, żeby podziemie przejąć. Żeby żaden handlarz już nikogo nigdy nie oszukał.

Dbamy o to, żeby nie rozrastało się pigułkarskie podziemie. Handlarze już wiedzą, że kobiety przesyłają nam ich oferty do sprawdzenia. A my zawsze radzimy niczego nie kupować w polskich serwisach. Ceny są o wiele droższe i nigdy nie wiadomo, co się dostanie. My mówimy, gdzie można leki legalnie kupić za granicą, handlarze sprzedają je poza obrotem, nielegalnie.

Jeśli coś u nich kupisz, a policja ich złapie, twoje dane są na wierzchu. Tobie nic oczywiście nie grozi, ale możesz zostać wezwana przez policję jako świadek. Dla niektórych kobiet to bardzo stresujące doświadczenie.

A co z podziemiem nielegalnych zabiegów?

Znajdą się na pewno lekarze, którzy będą teraz korzystali z możliwości zarobku w prywatnych gabinetach. My tej niszy nie przejmiemy, nie zależy nam na tym. Jak osoba ma 5-6 tys zł, żeby zrobić aborcję w klinice w Warszawie po godzinach, to spoko. My chcemy pomagać, tym których na to nie stać.

Chcemy skorzystać z tego, że tylu ludzi chce nas wesprzeć i stworzyć prawdziwą sieć pomocy i solidarności. Już teraz mamy sieć pomocową w całej Polsce.

Właśnie się zastanawiałam, jak odbieracie w czwórkę tych 200 telefonów

Nie działamy same. My jesteśmy widoczne, bo możemy sobie na to pozwolić. Mamy bezpieczne prace, mieszkamy w mieście, mamy wsparcie medialne. Jesteśmy bezpieczne, chociaż akcja z ciężarówką pokazuje, że będą nas atakować.

Osoby, które działają z nami w sieci, często wolą się nie outować, ale mamy swoje osoby od Rzeszowa czy Szczecina po Białystok.

Czym ta sieć się zajmuje?

Jeśli ktoś chce pogadać, spotykają się, dzielą informacjami o tym, jak przerwać ciążę. Czasem towarzyszą przy zakupie leków albo zostają z kobietą, kiedy już je weźmie, żeby nie czuła się sama. Zależy kto, czego potrzebuje.

Właśnie od budowania lokalnych sieci wsparcia zaczęłyśmy w 2016 roku. Same o sobie mówimy, że jesteśmy przyjaciółkami w aborcjach. Wsparcie, które kobiety potrafią dawać innym kobietom jest niesamowite.

Niedawno 19-latka musiała jechać na aborcję w drugim trymestrze w czasie lockdownu. Koniecznie do Holandii, bo tylko tam mogła jeszcze legalnie usunąć ciążę. Ale lotniska były zamknięte, nie wiedziałyśmy co zrobić. Wtedy jedna z kobiet działających lokalnie powiedziała: dobra, zawiozę ją. Pojechały do Amsterdamu jej prywatnym samochodem na dwa tygodnie, potem każda musiała jeszcze przechodzić kwarantannę w Polsce.

Nawet się nie znały, takie historie dzieją się cały czas. Oczywiście bardzo dbamy, żeby osoby wspierające robiły tylko tyle ile chcą i umieją, nigdy nie zostawiamy ich samych. Regularnie się spotykamy, żeby pogadać o różnych przypadkach, powspierać się. W lipcu zorganizowałyśmy obóz aborcyjny, gdzie dużo czasu poświęciłyśmy temu, jak pomagać i się przy tym nie wypalić.

Co jest w takim wspieraniu najtrudniejsze?

To, że często nie możemy komuś do końca pomóc. Jesteśmy tam, żeby udzielać im informacji, zadbać o komfort psychiczny, ale nie wyciągniemy jej np. z przemocowego związku. Nie mamy kompetencji, żeby naprawiać innym życie.

Lokalne sieci wsparcia są bardzo ważne. Mamy nadzieję, że dzięki wsparciu, które dostajemy, w końcu będziemy mogły je wesprzeć, zainwestować w materiały o bezpiecznej aborcji. Chcemy, żeby w gabinetach ginekologicznych pojawiły się nasze naklejki i ziny. Teraz są wyłożone macierzyńskimi ulotkami.

Skąd to wsparcie?

Jest dużo gestów solidarności zza granicy. Odzywają się Dunki, Szwedki, Norweżki... Dla nich to mała zrzutka, dla nas duża pomoc. My też organizujemy zrzutkę [na którą można wpłacać tutaj]. Jeśli się uda, może uzbieramy nawet na własną furgonetkę informacyjną.

Nie boicie się, że prawica zaraz się za was weźmie?

Mamy zabezpieczone dane, wszystko co robimy jest legalne. Mamy nadzieję, że jeśli się do nas przyczepią, będziemy mogły liczyć na duże wsparcie społeczne. Tak naprawdę, to co teraz w Polsce możemy zrobić, to pójść w scenariusz argentyński. Tam prawo aborcyjne wciąż jest restrykcyjne, ale jest coraz bliżej zmiany.

Od lat istnieje tam sieć tzw. socorristas. Te kobiety trzęsą całym argentyńskim podziemiem aborcyjnym, a zaczynały tak samo, jak my. Lokalna inicjatywa rozrosła się do rozmiarów ogólnokrajowej sieci.

Rok temu opublikowały manual z informacjami, jak robić aborcję w drugim trymestrze, jak wspierać. Co roku organizują wielki kongres, na którym wymieniają się informacjami.

Rząd o tym wie i nic z tym nie może zrobić - jest ich za dużo. Już pokazały, że gdy tylko ktoś sięga po zakaz aborcji, zielone chustki są wszędzie. Zbudowały system w systemie, gdzie odwraca się dynamika władzy. W Polsce też możemy to zrobić.

Jak można wesprzeć ten solidarnościowy ruch?

Plan minimum, to przestać mówić o aborcji źle. Jakiejkolwiek. Hasło: moje ciało, moja decyzja musi w końcu nabrać znaczenia. Zaakceptujmy, że osoby przerywały, przerywają i będą przerywać ciąże. Nie próbujmy tych decyzji oceniać.

Jeśli chcesz zaangażować się trochę bardziej, możesz informować, że aborcję można zrobić, na jaki numer dzwonić i, że przerywanie własnej ciąży nie jest przestępstwem, nie łamiemy w ten sposób prawa. To bardzo ważne, wiele osób o tym nie wie.

Kolejny poziom zaangażowania, to wspieranie kobiet, które robią aborcję. Można być z nimi, kiedy zamawiają leki, masować plecy, kiedy boli je brzuch po wzięciu tabletek, trzymać za rękę albo być pod telefonem, gdyby chciała pogadać. Wpaść dzień po, zobaczyć jak się czuje.

Można zarejestrować się na forum kobiety w sieci: maszwybor.net rozmawiać z innymi kobietami, dzielić się doświadczeniami. Ważne, żeby rozpowszechniać numer i organizować się lokalnie. Każdy, kto chce się przyłączyć i wesprzeć naszą inicjatywę może napisać do nas maila ([email protected]) albo odezwać się na facebooku.

Mam nadzieję, że polscy politycy w końcu dojdą do ściany, zrozumieją, że nie mogą zrobić ani kroku dalej, że zwyciężymy naszym oporem i solidarnością. Ta mobilizacja, która wybuchła w czwartek i wciąż trwa to skumulowana wściekłość. Przekroczono granicę za którą nie ma już powrotu do "kompromisu". Tylko dzięki solidarności wywalczymy dostępną aborcję zapewnioną przez system.

Aborcja bez granic: +48 22 29 22 597

Wpłaty na działanie organizacji: zrzutka.pl/kasa-na-aborcyjny-dream-team

Udostępnij:

Marta K. Nowak

Absolwentka MISH na UAM, ukończyła latynoamerykanistykę w ramach programu Master Internacional en Estudios Latinoamericanos. 3 lata mieszkała w Ameryce Łacińskiej. Polka z urodzenia, Brazylijka z powołania. W OKO.press pisze o zdrowiu, migrantach i pograniczach więziennictwa (ośrodek w Gostyninie).

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne