Prawa autorskie: Jedrzej Nowicki / Agencja GazetaJedrzej Nowicki / Agencja Gazeta
22 października 2020

Trybunał ośmiela fundamentalistów. Jeżdżą nowe busy z hasłami o "ofiarach aborcji" i "morderczyniach"

Paradoksalnie to właśnie fundamentaliści pokazują, że aborcje w Polsce się dzieją. Są tabletki, są zabiegi za granicą, a trzy przesłanki z ustawy to ułamek rzeczywistości. 22 października spodziewany jest wyrok TK, który de facto zakaże aborcji w Polsce

20 października 2020 Fundacja "Pro-prawo do życia", dwa dni przed spodziewanym w czwartek 22 października wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego w sprawie dopuszczalności przerywania ciąży ze względów embriopatologicznych, rozpoczęła nową kampanię pod hasłem "Stop biznesowi śmierci".

Tym razem obiektem ataku nie jest "lobby LGBT", ale założycielki "Aborcyjnego Dream Teamu" i "Aborcji bez Granic", inicjatyw, które pomagają Polkom, które chcą przerwać ciąże.

Już pierwszego dnia kampanii doszło do dwóch obywatelskich zatrzymań samochodów. Brały w nich udział także członkinie kolektywu. OKO.press z czwórką z nich - Natalią, Karoliną, Justyną i Kingą - rozmawia o strategii organizacji anty-choice oraz potencjalnych konsekwencjach wyroku Trybunały Konstytucyjnego o zakazie aborcji.

Zakaz aborcji, dziś wyrok. Jeśli partia chce, to Trybunał zrobi

Anton Ambroziak, OKO.press: Na ciężarówce "Fundacji Pro-Prawo do życia" pojawił się wasz wizerunek oraz podpis: "Aborcyjny Killing Team - to one sprzedają pigułki antyaborcyjne". O co tu chodzi?

Natalia: Według mnie to w ogóle nie jest o nas. Organizacje, które są przeciwne aborcji ścigają się na radykalizm. Każda z nich chce być bardziej widoczna i wpływowa. Uważam, że to są po prostu rozgrywki między fundacją „Pro - Prawo do życia”, Ordo Iuris i Kają Godek. Wiadomo, że są tam konflikty.

Fundacja „Pro” to ekstremiści wśród ekstremistów. Im przede wszystkim chodzi o to, żeby dotrzeć do superkonserwatywnego odbiorcy, osoby, która jest podatna na taką narrację.

Potrzebują być widoczni również dlatego, by zdobywać kasę od amerykańskich organizacji i powielać ich strategie. Bo ruch "ochrony życia" przyszedł do nas ze Stanów, a nie z Kremla.

Wiadomo, że jesteśmy na językach, bo my nie musimy nic robić. Wystarczy, że jesteśmy i dla nich to już jest za dużo.

Robią to, by przetrwać?

Natalia: Tak. A rykoszetem dostajemy my i osoby, które potrzebują aborcji. Prawda jest taka, że oczywiście chodzi o to, żeby aborcja się kojarzyła jednoznacznie źle, ale ich głównym celem jest sianie zamętu.

Karolina: Oni wiele razy udawali, że chodzi im o zmianę prawa, ale doskonale wiedzą, że ich ekstremistyczne pomysły nie przejdą. Dla mnie fundacja "Pro" jest organizacją kampanijną, która dba o to, by robić szum.

Ich ulubioną strategią jest wskazywanie winnych. Chcą by "zło" miało twarz. Wiele razy już próbowali to robić. Z nami faktycznie nie jest trudno, bo nie mamy nic do ukrycia. My się nie wstydzimy.

Ale paradoksalnie to właśnie oni pokazują, że aborcje w Polsce się dzieją. Są tabletki, są zabiegi za granicą, a trzy przesłanki z ustawy to ułamek rzeczywistości. I myślę, że właśnie dlatego są nie na rękę politykom, bo w pewnym sensie pokazują rzeczywistość, której ci woleliby nie dostrzegać.

Czyli z jednej strony zatruwają debatę publiczną, a z drugiej paradoksalnie nagłaśniają rzeczywistość aborcyjną?

Karolina: Ciężarówki to jedno. Ale jest też zupełnie niewidoczna strona działalności "Pro". Chodzi o zastraszanie osób, które szukają informacji o aborcji w internecie. Co dokładnie robią? Szukają na forach i grupach wątków, w których osoby pytają o nas czy Aborcję bez Granic, a potem piszą do nich, że znają numery telefonów osób, które się z nami kontaktują; że sprawa jest już w prokuraturze; że wszyscy się dowiedzą. Potem odbieramy telefony z płaczem, bo osoby realnie się boją.

Justyna: To się dzieje od wielu lat. Furgonetka to rodzaj kampanii promocyjnej, a prawdziwa praca, działalność odbywa się w sieci. Zastraszane są nie tylko osoby, które szukają pomocy, ale też te, które jej udzielają.

Kinga: Warto też powiedzieć, że na tej furgonetce jest trochę prawdy. Bo tak, jesteśmy, pomagamy i będziemy pomagać. Cała reszta to oczywiście fejk, nieprawda. I to jest najgorsze. Obserwuję to na całym świecie, to nie jest polski przypadek. Podobne grupy posługują się manipulacją, kłamstwem, po to, by promować wizję, że aborcja nie tylko jest niemoralna, ale też niebezpieczna. To coś, z czym my naukowo zmagamy się od lat. Nie widzę żadnej podobnej sytuacji w zdrowiu publicznym, by tak prosty zabieg, musiał być na tyle sposobów opisany i przebadany, by dowieść, że jest bezpieczny. Jasno widać, że jest to sprawa polityczna.

Mówicie o ty, że nie jest to problem tylko Polski i żeby zrozumieć, co się dzieje, musimy pomyśleć globalnie, a najlepiej zajrzeć do Stanów Zjednoczonych...

Natalia: Gdybyśmy w Polsce miały kliniki aborcyjne, takie jak są w Stanach, to ludzie z Fundacji "Pro", byliby tymi, którzy stoją pod nimi cały dzień, robią zdjęcia wchodzącym i wychodzącym lub jeżdżą za lekarzami i lekarkami. Ale w Polsce nie mogą tego robić, więc skupiają się na szpitalach, na nas i osobach, które bezpośrednio to dotyka.

Przypomnę tylko, że Fundacja "Pro" hejtuje też PiS. Jarosław Kaczyński sam wielokrotnie znalazł się na plandece tej ciężarówki jako kłamca i przeciwnik aborcji, bo poddał się "Czarnemu Protestowi".

To jest strategia, która nie bierze jeńców, tam się nie możesz pomylić, tam musisz zawsze być do końca oddany "ochronie życia". Nie możesz się zawahać, bo koniec. W Stanach najbardziej ekstremalni działacze, to ci, którzy strzelali do lekarzy i podkładali bomby pod klinikami.

Karolina: Zapożyczona jest też strategia perswazji. Chodzi o obrazowanie, które działa na wyobraźnię. Trzeba zbudować jasny i mocny przekaz, że aborcja to morderstwo. Dlatego pokazują zdjęcia noworodków, które mają niby być płodami po aborcji w ósmym tygodniu ciąży. Dlatego też zestawiają zdjęcia "zamordowanych" z twarzami polityków lub przypominają Hitlera. To wszystko skrupulatna manipulacja, celowe wyolbrzymienie obliczone na konkretną reakcję emocjonalną. Ma budzić silny, niekwestionowany sprzeciw.

I niestety, skoro stygmatyzacja aborcji ma się w Polsce świetnie i wciąż brakuje rzetelnych informacji na temat rozwoju płodu w poszczególnych etapach ciąży, to ich absurdalne teorie trafiają na podatny grunt.

Nawet jeśli osoby się z nimi nie zgadzają, to mają zakodowane, że muszą zdążyć z terminacją przed ósmym tygodniem, inaczej popełnią straszną zbrodnię; że zaraz rozczłonkują małego człowieczka.

No i nie ma się co dziwić, bo osoby trzydziesto- czy dwudziestoletnie w Polsce całe życie wzrastają w rzeczywistości, w której aborcja jest zakazana. To ma realny wpływ na ich emocje i komfort podejmowania zgodnych ze sobą decyzji.

Jak więc walczyć z takimi organizacjami?

Justyna: Zdecydowanie unikamy konfrontacji. Szkoda czasu i energii na przerzucanie się argumentami. To nie znaczy, że zupełnie nie reagujemy, ale raczej staramy się pokazać absurd ich działań.

Natalia: Myślę, że sam fakt, że istniejemy jest konfrontacją. Oni byli przyzwyczajeni, że nic się nie dzieje. Od czasu do czasu można było uderzyć w jakiegoś lekarza lub polityka, ale generalnie wszystko mieli pod kontrolą. Potem pojawiłyśmy się my, pojawił się "Czarny Protest", temat aborcji zupełnie inaczej wybrzmiał w debacie publicznej, więc i oni musieli zmienić strategię.

Ale 20 października część z was brała udział w blokadzie furgonetki przy pl. Zbawiciela w Warszawie

Natalia: To był przypadek. Ja na nią po prostu weszłam. Wracałam do domu z terapii i zobaczyłam kobietę siedzącą w samochodzie, która sama blokowała furgonetkę.

Siedziała tam i z oczu ciekły jej łzy, bo oni robili jej zdjęcia, szarpali za klamkę.

Okazało się, że robiła to od 40 minut. Nie mogłam udawać, że to nie moja sprawa. Gdy policja utorowała drogę ciężarówce, dostałam wiadomość od koleżanki, że została zatrzymana 100 metrów dalej. Znów się cofnęłam, bo chyba wszystkie czujemy odpowiedzialność za to, co robimy. I za osoby, które się narażają.

Nie da się inaczej nazwać osób, które jeżdżą tymi busami, niż bojówkarzami. Tak, to są niebezpieczni ludzie, których dodatkowo ochrania policja.

Po sierpniu i sprawie z Margot wiemy, że posiadanie świadka w takiej sytuacji jest na wagę złota. Oczywiście zastanawiamy się, co zrobić w kontekście wykorzystania wizerunku. Ale na pewno nie będziemy ganiać tej ciężarówki po całym mieście. Myślę, że i tak nie będą mieli łatwego życia. Najlepsze jest to, że nikogo już nie musimy zachęcać do interwencji. Ludzie ich naprawdę nie lubią. Nie mogą już patrzeć na to epatowanie i kłamstwo.

Ale my musimy skupić się na naszej pracy, bo ciągle spływają do nas wiadomości od osób, które potrzebują aborcji. Blokując homofobusa jednocześnie odpowiadam na pytania, ile tabletek do aborcji wystarczy i kiedy pojawi się krwawienie. Dla nas najważniejsze są te osoby. To dla nich wszystkich powstałyśmy i to dla nich musimy mieć siłę.

Karolina: Dobrze było też przekonać się na własnej skórze, jaki jest układ sił podczas takiej konfrontacji. Mogłam wykrzyczeć policjantowi, że to jego wybór, w jaki sposób używa władzy. A używał jej po to, by rozgonić demonstrantów i przepuścić ciężarówkę.

Co stanie się w Trybunale Konstytucyjnym?

Karolina: Gdyby podejść do sprawy na zimno, pod kątem prawno-konstytucyjnym, to oczywiście argumenty wnioskodawców się nie bronią. Już po przeczytaniu pierwszego zdania uzasadnienia można ten wniosek wyrzucić do kosza, bo mowa w nim o godności ludzkiej, która jednak nie dotyczy płodów, a osób urodzonych. Ale wiemy, że tak to nie działa. Nie jest tak, że w Sądzie Najwyższym czy Trybunale Konstytucyjnym siedzą ci najmądrzejsi, którzy skorygują dziwaczne zakusy części parlamentarzystów.

Mamy przecież wyroki, które mówią o uszkodzeniu ciała w kontekście płodu, choć przepisy Kodeksu karnego dotyczą co do zasady człowieka, osoby, która się urodziła. Od lat mamy też w przepisach nierozwiązanych problem językowy, który ma poważne konsekwencje. W kodeksie karnym nie posługujemy się kategorią "osoby", lecz "człowieka". Wiadomo, że płód jest rozwijającym się życiem ludzkim, a nie żadnym innym, dlatego tak łatwo wprowadzić tu emocje. Nie jest jednak osobą, podmiotem — nie ma żadnych obowiązków, nie ma też praw.

Myślę że w tej konkretnej sprawie bardzo wiele zależy od woli politycznej rządzącej partii. Wiadomo, że jeżeli partia chce, to Trybunał to zrobi. Pytanie, jak bardzo partia chce. Od lat mówi się, że PiS w zasadzie nie chce ruszać ustawy, ale wie też, że nie może zwlekać do końca świata.

Co dla kobiet oznaczałoby zaostrzenie ustawy antyaborcyjnej?

Kinga: Oczywiście, wniosek do Trybunału jest skandaliczny, jest to bubel prawny, ale pamiętajmy, że większość aborcji i tak dzieje się gdzieś indziej. Te nasze ustawowe trzy przypadki dopuszczalności aborcji są w dyskursie fetyszyzowane, ale to w zasadzie jest ok. 3-5 proc. wszystkich terminacji. Dla mnie w ogóle legislacja aborcyjna, która dzieli aborcje na lepsze i gorsze, te bardziej lub mniej uzasadnione, jest pomyłką.

To jest dawanie moralnego rozgrzeszenia za niektóre zabiegi, kiedy w tym samym czasie inne obarczamy największą stygmą.

W praktyce oczywiście ta mała grupa osób, która miała dostęp do zabiegów w szpitalu, straci to prawo. I to okropne. Ale pamiętajmy, że nawet dziś ustawa antyaborcyjna nie wszędzie obowiązywała. Wielu lekarzy nie chciało wykonywać zabiegów, odmawiało diagnostyki. Dlatego boję się, że ta rozmowa o jednym przypadku jest nieproduktywna. Powinniśmy mówić o dekryminalizacji aborcji. O tym, że aborcje się dzieją i ludzie powinni mieć do niej dostęp. Koniec kropka.

Tyle że teraz z dochodzimy do sytuacji, w której nawet chciane ciąże, które są obarczone poważnymi wadami, nie będą mogły być przerwane. Przestaną być sprawą między kobietą i jej lekarzem, wpadną do szarej strefy.

Justyna: Podejrzewam, że będzie problem z wykonywaniem badań prenatalnych. Skoro nie będzie przesłanki do przerywania ciąży z powodu wad genetycznych, być może lekarze przestaną kierować na diagnostykę. Kobiety mogą nie wiedzieć o wadach rozwojowych aż do czasu porodu. To może też oznaczać, że część osób będzie mieć problem z załatwieniem zabiegu za granicą. Już dziś, w czasach COVID 19, mobilność jest ograniczona. Jeśli dodatkowo kobieta trafi do nas za późno, może być naprawdę ciężko.

Natalia: Nie jestem zwolenniczką poglądu, że aborcja jest sprawą pomiędzy kobietą a lekarzem. Uważam, że nie jest i prawo nie powinno być tak konstruowane. Jest taka amerykańska feministyczna działaczka Jenny Brown, która w swojej książce napisała, że właśnie podobne przekonanie doprowadziło w USA do bardzo złej legislacji. Lekarze nas za długo oszukiwali, zarabiali na nas i często zatajali przed nami informacje, żeby być partnerami w tej dyskusji. Oni nie są wrogami albo naszymi sprzymierzeńcami, oni przede wszystkim mają wykonywać swoją pracę.

W żadnym innym zabiegu medycznym lekarz nie jest partnerem. Lekarz ma zrobić swoją robotę. I fajnie, że lekarze w Polsce nagle się wypowiadają. Powstał list 600 lekarzy, którzy się boją o to, że nie będą mogli wykonywać swojej pracy.

Ale boję się jeszcze o jedną rzecz. Jeśli ustawa zostanie zaostrzona to zabetonuje nam kwestię aborcji na długie lata. I debatę zdominują wtedy dwie wizje. Z jednej strony opcja irlandzka, czyli musisz sięgnąć dna, żeby się od niego odbić. Ale gdy przyjrzymy się jej z bliska, to okaże się, że droga irlandzka wcale nie jest wymarzona, bo cała nowa ustawa jest o lekarzach, a nie o osobach w ciąży.

Drugi model to Argentyna, czyli ciągła walka o dekryminalizację aborcji i rozrośnięcia się samopomocy. I właśnie ten scenariusz jest mi bliższy. Tyle że do rozrośnięcia się kolektywów pomagających w aborcji, potrzebna jest w miarę bezpieczna sytuacja ekonomiczna osób, które to robią. A my jesteśmy w trakcie pandemii, ludzie tracą pracę, mamy niestabilne życie, boimy się o swoje zdrowie — jak w tym wszystkim zorganizować jeszcze wielką sieć samopomocy?

Jest jeszcze jedna kwestia. Jeżeli dziś zaostrzymy ustawę to za pięć, dziesięć potencjalni lekarze i lekarki już w ogóle nie będą uczyć się o aborcji. Już dziś się nie uczą i muszą sami na własną rękę szukać informacji, ale za 10 lat może nie być nikogo.

Mam wrażenie, że całkowity zakaz ugruntuje też przekonanie, że aborcja jest po prostu zła.

Mówicie o sieci samopomocowej, a co z politykami? Macie wobec nich jakiekolwiek oczekiwania?

Natalia: Ja mam jedno, żeby nie szkodzili.

Karolina: Żeby, jak naprawdę nie wiedzą, co powiedzieć, to żeby nie mówili. I ja mam jeszcze jedno oczekiwanie. Napisałyśmy bardzo fajny poradnik „Chcę mówić o aborcji bez stygmy” — zachęcam każdą osobę, która chce wypowiedzieć się na temat aborcji, czy to w parlamencie, czy w mediach, żeby to po prostu przeczytała.

Natalia: No i jeszcze odwagi. Jak będziesz stać w kącie i mówić przepraszającym tonem, to tak cię będą traktować. Nie po to jesteś w polityce, żeby stać w kącie i przepraszać, do jasnej cholery.

Co byście powiedziały osobom, które drżą przed wyrokiem?

Kinga: Mają rację, że drżą i powinny być na maksa wkurwione, że coś takiego się odbywa. Ale my oczywiście będziemy dalej wykonywać swoją robotę. I w zależności od tego, co się stanie, po prostu dopasujemy nasze strategie.

Czemu tak mało ludzi się buntuje? Czy to pandemia, powszechna prywatyzacja problemów, każdy jest przy sobie? Czy może po prostu przepychanka o aborcję trwa tak długo, że nikt nie wierzy, że coś się tu może zmienić?

Natalia: Ja myślę, że wszystko na raz, ale dodałabym też, że ludzie są zmęczeni. Sama widzę to po osobach, które pomagają w aborcji, bo to nie jesteśmy tylko my, jest nas dużo.

Ludzie są zmęczeni pandemią oraz polityką. Ta polityka tak weszła głęboko w nasze życia, że czasem w trosce o siebie lepiej jest nie wiedzieć, żeby przetrwać, żeby odpocząć. I myślę, że ta władza jest tego doskonale świadoma i będzie jeszcze gorzej. Będą korzystać z naszego zmęczenia.

Nie spodziewam się protestów, również z powodu pandemii i nie mam o to pretensji. Uważam, że naiwne jest mówienie, że powinnyśmy teraz rzucić wszystko, bo to jest najważniejsza sprawa. Uważam, że to jest ważna sprawa, ale też ważne jest nasze zdrowie, bezpieczeństwo, zdrowie psychiczne.

I ważne jest też żeby rozpowszechniać informacje o tym, że „Aborcja bez granic” jest i działa. Nie chcesz wyjść na ulice, nie chcesz protestować, boisz się? Udostępnij grafikę z naszym numerem, powiedz znajomym, że jest taka organizacja, która pomaga, to też będzie bardzo dużo. Nie daj sobie wmówić, że to jest nic, bo to jest bardzo dużo.

Justyna: I nie bójcie się do nas dzwonić. Jesteśmy i będziemy.

Udostępnij:

Anton Ambroziak

Dziennikarz i reporter. W OKO.press od 2017 roku. Wcześniej pracował w kulturze i współtworzył trzeci sektor. Za pracę dziennikarską uhonorowany nagrodami: Amnesty International „Pióro Nadziei” (2018), Kampanii Przeciw Homofobii “Korony Równości” (2019). Najchętniej pisze o usługach publicznych i prawach człowieka. Entuzjasta data journalism i human stories

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne