0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: ROBERTO SCHMIDT / AFP)ROBERTO SCHMIDT / AF...

W sobotę w Minneapolis federalni funkcjonariusze zastrzelili Alexa Prettiego, który wyszedł na ulicę, by dokumentować działania służb imigracyjnych, czyli niesławnej federalnej formacji ICE, wobec mieszkańców swojej dzielnicy.

Rząd Donalda Trumpa niemal natychmiast ogłosił, że Pretti był „uzbrojonym napastnikiem”, który „wymachiwał bronią” i zagrażał agentom. Prezydent, ministra bezpieczeństwa wewnętrznego Kristi Noem i dowódcy służb mówili o „obronie własnej”.

Kilka godzin później do sądu federalnego w Minnesocie trafiły jednak zaprzysiężone zeznania dwóch świadków – złożone w ramach pozwu ACLU (Amerykańska Unia Swobód Obywatelskich, organizacja non-profit działająca na rzecz obrony praw ludzi i ich wolności) przeciwko władzom federalnym prowadzącym operację imigracyjną w mieście.

Ich relacje, wzmocnione nagraniami wideo, całkowicie podważają oficjalną wersję wydarzeń.

Pierwsza świadkini, znana teraz w mediach jako „kobieta w różowym płaszczu” zeznała, że przyszła na miejsce, bo „od dawna obserwuje to, co ICE robi sąsiadom” i uważa dokumentowanie działań służb za obywatelski obowiązek. Opisała scenę, w której agenci popychają na ziemię inną obserwatorkę. Pretti podchodzi, by pomóc kobiecie wstać. W tym momencie funkcjonariusze obezwładniają go, rozpylają gaz w twarz jego i kobiety, a następnie powalają go na ziemię.

Tę scenę można zobaczyć na wielu nagraniach, m.in. tutaj. Ostrzegamy, że materiał filmowy jest drastyczny.

Świadkini podkreśla: ani przez moment nie widziała u Prettiego broni. „Nie dotykał agentów. Nie był nawet zwrócony w ich stronę. Po prostu próbował pomóc. Czterech czy pięciu agentów miało go na ziemi i wtedy zaczęli do niego strzelać. Byłam pięć stóp od niego. Po prostu do niego strzelili” – zeznała. Dodała, że oficjalne komunikaty Departamentu Bezpieczeństwa Wewnętrznego są nieprawdziwe: „On nie podszedł z bronią. Podszedł z kamerą”.

Kobieta przyznała też, że boi się wrócić do domu, bo słyszała, że agenci jej szukają. „Wiem tylko, że nie mówią prawdy o tym, co się wydarzyło”.

Przeczytaj także:

Drugim świadkiem jest 29-letni lekarz mieszkający w pobliżu, który obserwował zdarzenie z okna. Również on zeznał, że widział, jak Pretti krzyczał na agentów, ale nie widział żadnej broni ani ataku z jego strony. Po strzelaninie próbował udzielić rannemu pomocy, lecz początkowo nie został do niego dopuszczony. Gdy w końcu go przepuszczono, zauważył, że funkcjonariusze, zamiast reanimować ofiarę „liczą rany postrzałowe”.

Lekarz stwierdził co najmniej trzy rany w plecach, jedną w klatce piersiowej i możliwą ranę w szyi. Gdy sprawdził tętno, Pretti już nie żył.

Naukowiec, pielęgniarz, obywatel USA

Te relacje – wraz z nagraniami wideo – bezpośrednio przeczą narracji Białego Domu, według której zastrzelony mężczyzna był „gunmanem” grożącym agentom „masakrą”. W rzeczywistości wszystko wskazuje na to, że mężczyzna był nieuzbrojonym obywatelem, który filmował działania służb i próbował pomóc kobiecie powalonej na ziemię – i został zabity przez funkcjonariuszy, gdy leżał już obezwładniony.

Alex Jeffrey Pretti miał 37 lat i był amerykańskim obywatelem. Pracował jako pielęgniarz oddziału intensywnej terapii w Veterans Affairs Medical Center w Minneapolis, gdzie opiekował się weteranami – ludźmi, którym, jak podkreślają jego bliscy, poświęcał się z ogromnym oddaniem. Rodzina opisuje go jako człowieka czułego, empatycznego i głęboko poruszonego losem innych.

Ukończył Uniwersytet Minnesoty w 2011 roku, zdobywając dyplom z biologii oraz studiów nad relacją społeczeństwa i środowiska. Początkowo pracował jako naukowiec, lecz później wrócił na uczelnię, by zostać pielęgniarzem. Wybór tej drogi nie był przypadkowy – wynikał z potrzeby realnej pomocy innym.

Ojciec Prettiego mówił, że jego syn był wstrząśnięty polityką imigracyjną administracji Trumpa. Uważał ją za moralnie nie do przyjęcia: „porwania dzieci, wyciąganie ludzi z ulicy”. Brał udział w protestach, bo – jak mówiła rodzina – „wiedział, że to złe” i nie potrafił pozostać obojętny.

Po jego śmierci rodzice wydali oświadczenie: „Alex był dobrą duszą. Kochał rodzinę, przyjaciół i weteranów, którymi się opiekował. Był dobrym człowiekiem”. Federalny związek zawodowy pracowników administracji publicznej napisał, że „poświęcił życie służbie amerykańskim weteranom”, a Amerykańskie Stowarzyszenie Pielęgniarek wezwało do pełnego, niezależnego śledztwa.

Dla bliskich Alex Pretti nie był „napastnikiem” ani „zagrożeniem”. Był pielęgniarzem, obywatelem i człowiekiem, który nie potrafił odwrócić wzroku od krzywdy innych. Jego biografia naprawdę przeczy wersji Trumpa i jego ekipy.

Po strzelaninie Minneapolis stało się nie tylko sceną ulicznych protestów, lecz także areną gwałtownej konfrontacji politycznej. Ton debaty niemal natychmiast się zradykalizował – po obu stronach.

„Get ICE out of Minnesota NOW”

W otoczeniu prezydenta ofiara została przedstawiona jako „terrorysta” i „potencjalny zamachowiec”. Zastępca szefa personelu Białego Domu Stephen Miller zarzucił Demokratom, że „stają po stronie terrorystów”, reagując na wpis Krajowego Komitetu Partii Demokratycznej z hasłem „Get ICE out of Minnesota NOW”. Dowódca Straży Granicznej (USBP) Gregory Bovino mówił o „próbie masakry funkcjonariuszy”, choć nie przedstawił żadnych dowodów. Administracja zaczęła też przenosić spór na poziom instytucjonalny: Ministerstwo Sprawiedliwości wezwało do złożenia wyjaśnień demokratycznych włodarzy Minnesoty, w tym gubernatora Tima Walza. Przypomnijmy: Walz, były trener szkolnej drużyny futbolowej kandydował w 2024 r. u boku Kamali Harris na wiceprezydenta.

Demokraci odpowiedzieli językiem równie ostrym. Kongresmenka Ilhan Omar z 5. Okręgu z Minnesoty, obejmującego m.in. Minneapolis, napisała wprost, że „wygląda to na egzekucję dokonaną przez służby imigracyjne” i że „federalni agenci zamordowali członka naszej społeczności”. Gubernator Walz zażądał, by śledztwo w sprawie strzelaniny przejęły władze stanowe, argumentując, że „rząd federalny nie może być arbitrem we własnej sprawie”. Nazwał obecną sytuację w Minnesocie „federalną okupacją” i „kampanią zorganizowanej brutalności”, która „przestała mieć cokolwiek wspólnego z egzekwowaniem prawa imigracyjnego”.

Podobne słowa padły w ogólnokrajowej debacie. Podczas prawyborczej debaty Demokratów w Teksasie kandydaci mówili o „tajnej policji”, o „egzekucjach na ulicach” i o agencji, którą „trzeba rozmontować, jeśli ma jeszcze istnieć państwo prawa”. Wiceprezydent JD Vance odpowiedział, że odpowiedzialność spoczywa na władzach Minnesoty, które – jego zdaniem – odmawiają współpracy z ICE i „doprowadzają do eskalacji na ulicach”.

Śmierć: cena warta zapłacenia

Nowe sondaże pokazują, jak głęboki jest ten podział. Większość wyborców Trumpa uznaje, że ryzyko śmierci protestujących jest „ceną wartą zapłacenia” za twardą politykę migracyjną. Zdecydowana większość wyborców Demokratów uważa odwrotnie: że obecność federalnych agentów czyni miasta bardziej niebezpiecznymi.

Strzelanina w Minneapolis nie stała się więc impulsem do uspokojenia emocji ani do wspólnego dochodzenia prawdy. Przeciwnie – przyspieszyła proces, w którym spór o migrację przekształca się w spór o samą naturę państwa: o to, kto ma prawo do przemocy, kto kontroluje aparat bezpieczeństwa i czyje życie jest w tej konfrontacji warte ochrony.

Tymczasem Minneapolis żyje w stanie permanentnego napięcia od 7 stycznia, gdy funkcjonariusz ICE zastrzelił Renée Good – 37-letnią poetkę i matkę sześcioletniego dziecka, amerykańską obywatelkę.

Zginęła w swoim samochodzie, na osiedlowej ulicy, kilka minut po tym, jak odprowadziła syna do szkoły. Administracja Trumpa od pierwszych godzin twierdziła, że próbowała „rozjechać” agenta, choć nagrania wideo i analizy mediów temu przeczą. Śmierć Good wywołała masowe protesty, pozwy władz Minnesoty przeciwko rządowi federalnemu i falę rezygnacji prokuratorów po decyzji Departamentu Sprawiedliwości, by nie wszczynać śledztwa wobec strzelającego funkcjonariusza. To właśnie od tej chwili miasto stało się areną otwartego konfliktu między stanem a Waszyngtonem – konfliktu, w którym zginął później Alex Pretti.

W komentarzu Toma Nicholsa z „The Atlantic” punkt ciężkości nie leży już na samym Minneapolis, tylko na Waszyngtonie – a dokładniej na tym, jak administracja Trumpa zamienia operację migracyjną w kryzys ustrojowy.

Nichols pisze, że federalne formacje graniczne i imigracyjne zostały „wypuszczone” na amerykańskie miasto wbrew woli władz stanu, działają bez realnych ograniczeń i zaczynają przypominać mobilny oddział prewencji w kominiarkach, który szuka pretekstu do starcia. W tej logice śmierć Alexa Prettiego nie jest dla niego incydentem, tylko kolejnym dowodem na to, że eskalacja została wpisana w mechanikę tej operacji.

Nichols podkreśla, że administracja od razu próbuje narzucić narrację o „zamachu” i „zamachowcu”, mimo że nagrania nie potwierdzają opowieści o człowieku idącym na agentów z bronią w dłoni. I tu dochodzi do sedna jego tekstu: według Nicholsa najbardziej niepokojące nie są nawet propagandowe komunikaty DHS czy Białego Domu, tylko wejście do gry Pete’a Hegsetha. Nichols opisuje jego wpis na X jako gest nie tylko politycznie agresywny, ale instytucjonalnie groźny: szef Pentagonu deklaruje bezwarunkowe wsparcie dla agentów, zanim cokolwiek zostanie zbadane, i uderza w „przywódców Minnesoty”, jakby stanowili stronę wrogą państwu. Nichols pyta wprost,

co ma znaczyć hasło „ICE > MN” i dokąd to prowadzi: czy to obietnica osłony przed odpowiedzialnością prawną, czy zasugerowanie użycia wojska jako „wzmocnienia” dla służb imigracyjnych.

W jego ujęciu to przekroczenie czerwonej linii: cywilni funkcjonariusze, policja i armia są w demokracji rozdzieleni nie przez kaprys, tylko po to, by nikt nie używał siły państwa do tłumienia sporu politycznego. Nichols argumentuje, że Hegseth, zamiast studzić sytuację, dolewa benzyny do pożaru, wciąga Pentagon w konflikt między federacją a stanem i robi z oponentów Trumpa „wrogów narodu”. Konkluzja jest bezlitosna: jeśli minister obrony (chociaż Hegseth woli być nazywany ministrem wojny) nie potrafi zachować elementarnej dyscypliny i apolityczności, to zagraża nie tylko bezpieczeństwu ludzi na ulicy, ale też samej demokracji – i dlatego, pisze Nichols, powinien po prostu przestać się odzywać.

Początek wojny domowej?

Spójrzmy na wyjątkową strukturę tego wewnątrzamerykańskiego konfliktu. To, co dzieje się dziś między Waszyngtonem a Minnesotą, nie jest jeszcze wojną domową – ale brzmi jak jej pierwsze takty. Gubernator stanu mówi wprost, że rząd federalny „nie może być sędzią we własnej sprawie”. Biały Dom odpowiada oskarżeniami o „insurekcję”. Jedni mówią o „tajnej policji”, drudzy o „terrorystach”. To już nie jest spór o kompetencje, lecz o legitymację władzy. O to, kto naprawdę reprezentuje Amerykę.

W 1861 roku wojna secesyjna nie zaczęła się od strzałów pod Fortem Sumter. Zaczęła się wcześniej, od pęknięcia w wyobraźni politycznej: od momentu, w którym Południe i Północ przestały wierzyć, że żyją w tym samym państwie. Dziś w Minnesocie widać podobną rysę. Władza federalna wchodzi z bronią na teren stanu, którego władze mówią: „nie macie tu mandatu”. Stan odpowiada: „to nie jest już egzekwowanie prawa, to jest okupacja”.

Nie chodzi tylko o imigrację. Chodzi o to, czy Ameryka jest jednym państwem z różnymi poglądami, czy już tylko terytorium, na którym ścierają się dwa porządki moralne i formalnoprawne. Jeden mówi: państwo ma prawo używać siły, bo broni granic. Drugi: państwo przekroczyło granicę, bo strzela do własnych obywateli. Gdy te dwa języki przestają się rozumieć, prawo traci wspólną definicję, a przemoc przestaje być „nasza” – staje się „ich”.

Wojny domowe nie wybuchają w dniu, w którym pada pierwszy strzał. Zaczynają się w chwili, gdy ludzie po dwóch stronach barykady przestają wierzyć, że nadal należą do tej samej wspólnoty. Minnesota jest dziś miejscem, w którym Ameryka po raz pierwszy tak wyraźnie widzi własne pęknięcie. A kolejne punkty zapalne rozsiane są po całej Ameryce i są to po prostu zdominowane przez Partię Demokratyczną i jej elektorat duże miasta, choćby Chicago czy Portland.

;
Radosław Korzycki

Były korespondent polskich mediów w USA, regularnie publikuje w gazeta.pl i Vogue, wcześniej pisał do Polityki, Tygodnika Powszechnego, Gazety Wyborczej i Dwutygodnika. Komentuje amerykańską politykę na antenie TOK FM. Oprócz tego zajmuje się animowaniem wydarzeń kulturalnych i produkcją teatru w warszawskim Śródmieściu. Dużo czyta i podróżuje, dalej studiuje na własną rękę historię idei, z form dziennikarskich najlepiej się czuje w wywiadzie i reportażu.

Komentarze