0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Kerem YUCEL / AFP)Fot. Kerem YUCEL / A...

Agent federalnej służby US Immigration and Customs Enforcement (ICE) zastrzelił w Minneapolis 37-letnią Renee Nicole Good, matkę trójki dzieci i obywatelkę USA, która znajdowała się w swoim samochodzie, podczas federalnej operacji antymigracyjnej. Oddał strzały, choć żadne z dostępnych nagrań nie sugeruje, że użycie broni było konieczne ani że funkcjonariusz znalazł się w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia.

Z opublikowanych nagrań wideo i relacji świadków oraz lokalnych urzędników – w tym burmistrza Minneapolis Jacoba Freya – wynika, że samochód Good nie nadjeżdżał w sposób, który stanowiłby realne zagrożenie dla agentów, a ona sama po prostu próbowała odjechać z miejsca konfrontacji.

Już samo działanie służb jest wstrząsające dla wielu Amerykanów. Obawy zwiększa jeszcze reakcja władz federalnych i czołowych polityków.

Na zdjęciu głównym – patrole ICE w Minneapolis, 11 stycznia 2026. Fot Kerem Yucel/AFP

Przeczytaj także:

Zastraszanie obywateli?

Prezydent Donald Trump, zgodnie ze swoim politycznym stylem, zbagatelizował całe zdarzenie, wpisując je w narrację o „obronie porządku” przed wewnętrznymi wrogami. „To są prowokatorzy, a my zawsze będziemy chronić ICE. Zawsze będziemy chronić naszą straż graniczną i nasze organy ścigania” – oświadczył.

Słowa te padły bez odniesienia do okoliczności śmierci kobiety ani do nagrań, które podważają tezę o koniecznej samoobronie.

Jeszcze dalej posunął się wiceprezydent J.D. Vance

Na platformie X opublikował komentarz sugerujący, że funkcjonariusz ICE działał w pełni słusznie. „Czy naprawdę uważacie, że ten funkcjonariusz postąpił niewłaściwie, broniąc swojego życia przed obłąkaną lewicową aktywistką, która próbowała go rozjechać?” – napisał na portalu X.

Tak sformułowana wypowiedź nie tylko przesądza o winie ofiary, lecz także wpisuje użycie siły przez funkcjonariusza państwowego w szerszą narrację o rzekomej przemocy „radykalnej lewicy”.

Dla wielu Amerykanów to sygnał, że

wystarczy w jakikolwiek sposób podpaść służbom państwa, aby zostać uznanym przez najważniejszych ludzi w kraju za „obłąkaną lewicową aktywistkę”, która zasługuje na zastrzelenie. Jak stwierdziła dziennikarka Michelle Goldberg: „Wszyscy – obywatele i imigranci – jesteśmy rządzeni przez ludzi, którzy uważają, że życie jest przywilejem nadanym przez władzę, a śmierć sprawiedliwą karą za nieposłuszeństwo”.

Trudno abstrahować od faktu, że tak jednoznaczne sądy przeciwko ofiarom formułują członkowie tej samej administracji, która ułaskawiła uczestników ataku na Kapitol. Mimo że w tamtym przypadku istniały niepodważalne dowody na realne zagrożenie życia i bezpieczeństwa funkcjonariuszy.

Policjant Michael Fanone był ciągany po schodach, bity, oblewany chemikaliami i rażony paralizatorem.

Tłum krzyczał: „Zabijcie go jego własną bronią!”. Fanone stracił przytomność, doznał zawału serca i urazu mózgu. Trump ułaskawił między innymi Daniela Josepha Rodrigueza, który raził Fanone paralizatorem.

Ten kontrast pokazuje, że w logice administracji Trumpa fakty i procedury nie są stałymi zasadami, lecz narzędziami stosowanymi selektywnie – w zależności od tego, czy sprawa dotyczy jego zwolenników, czy przeciwników.

Przemoc popełniana przez „swoich” bywa relatywizowana, wpisywana w narrację o prowokacji lub „napiętej atmosferze”, nawet przy jednoznacznych dowodach.

Gdy jednak ofiarą pada cywil postrzegany jako polityczny wróg, te same osoby bez wahania zawieszają procedury,

unieważniają wątpliwości i wydają publiczny wyrok, zanim zakończy się jakiekolwiek postępowanie wyjaśniające.

Nawet osoby przychylniej nastawione do działania ICE i służb federalnych, skłonne do symetrystycznego podejścia w rodzaju „zarówno radykalna prawica, jak i radykalna lewica odpowiadają za napięcia polityczne”, przyznają dziś, że sprawy zaszły za daleko. Dobrym przykładem jest wypowiedź konserwatywnego komentatora Rossa Douthata, publicysty „New York Timesa”, który napisał:

„W tej chwili, niezależnie od tego, jak interpretujecie dowody z nagrań wideo, nie sądzę, by dało się uzasadnić normalność intensywnego egzekwowania prawa wewnętrznego bez pewnych ustępstw wobec nieradykalnych krytyków ICE. Ustępstw takich jak zaprzestanie noszenia masek przez agentów w tak wielu publicznych sytuacjach. Albo spowolnienie operacji i wydłużenie szkoleń, by zachęcać do profesjonalizmu i ograniczać nękanie. Albo umożliwienie pełnego śledztwa w sprawie każdego strzału oddanego przez agenta, zanim Biały Dom lub jego agencje potępią ofiarę strzelaniny”.

Inwazja amerykańskich miast

Trudno w pełni zrozumieć te napięcia bez uwzględnienia szerszego kontekstu, czyli sporu wokół działań ICE, które budzą kontrowersje od początku drugiej kadencji Trumpa.

ICE stała się jednym z głównych narzędzi realizacji twardej, demonstracyjnie bezwzględnej polityki migracyjnej obecnej administracji. Przyznano służbom imigracyjnym wyjątkowo szerokie uprawnienia, przy równoczesnym ograniczeniu przejrzystości i mechanizmów kontroli.

Wątpliwości dotyczą nie tylko tego, kogo ICE zatrzymuje, ale także na jakiej podstawie i w jaki sposób.

Praktyka pokazuje rosnącą arbitralność działań: funkcjonariusze często operują w maskach, bez wyraźnej identyfikacji, w cywilnych ubraniach, uzbrojeni jak oddziały specjalne. Taki model egzekwowania prawa utrudnia pociągnięcie ich do odpowiedzialności i sprzyja nadużyciom. Niedawno jeden z funkcjonariuszy został nagrany, gdy brutalnie popycha kobietę na ziemię w nowojorskim sądzie. Początkowo odsunięto go od obowiązków, lecz kilka dni później – bez widocznych konsekwencji – przywrócono do służby.

Choć administracja Trumpa chętnie opisuje działania ICE jako wymierzone głównie w przestępców lub osoby, które nielegalnie przedostały się do USA w ostatnich latach, coraz częściej widać, że w praktyce dotykają one znacznie szerszych grup.

„New Yorker” opisał historię Francisco Urizara, 64-letniego imigranta z Gwatemali, który od ponad trzydziestu lat mieszkał i pracował w Los Angeles. 17 czerwca został zatrzymany przez uzbrojonych i zamaskowanych funkcjonariuszy federalnych podczas rutynowej dostawy tortilli do sklepu spożywczego w Pico Rivera. Całe zdarzenie nagrał przypadkowy świadek; wideo szybko obiegło media społecznościowe i stało się jednym z wielu podobnych nagrań dokumentujących nasilającą się falę agresywnych akcji imigracyjnych w regionie.

Podobne obrazy napływają z innych części kraju. Stacja CNN relacjonowała w październiku nocną obławę w Chicago, podczas której z mieszkań wyciągano dorosłych i dzieci – płaczących, krzyczących, przerażonych. Świadkowie mówili o helikopterze Black Hawk krążącym nad budynkiem, wojskowych pojazdach na parkingu i agentach blokujących całe osiedle. Według relacji lokatorów zatrzymano wszystkich mieszkańców budynku – w tym obywateli USA. Jeden z sąsiadów porównał tę scenę do operacji wojskowych.

Równolegle administracja rozszerzyła stosowanie procedury tzw. expedited removal – przyspieszonej deportacji bez pełnego postępowania i realnej możliwości obrony. Narzędzie, które historycznie miało zastosowanie w wąskich przypadkach osób zatrzymywanych na granicy, zaczęto wykorzystywać na masową skalę wobec ludzi przebywających od dawna w kraju.

Jednocześnie Trump zadeklarował możliwość wysyłania Gwardii Narodowej w dowolne miejsce w USA, gdzie dochodzi lub może dojść do protestów przeciwko działaniom ICE. W praktyce oznacza to militaryzację reakcji na obywatelski sprzeciw wobec polityki rządu.

Nic dziwnego, że w wielu miastach narasta społeczny opór.

Protesty przeciwko ICE przyciągają nie tylko aktywistów, lecz także prawników, nauczycieli, lokalnych polityków i duchownych. Pastor Quincy Worthington z Chicago opisywał demonstracje pod ośrodkiem ICE w Broadview jako jedne z najbardziej napiętych, w jakich brał udział: z uzbrojonymi, zamaskowanymi agentami po jednej stronie i narastającym gniewem społeczności po drugiej. Duchowni różnych wyznań próbowali pełnić rolę mediatorów: być obecni, uspokajać sytuację, pomagać ludziom.

W takim krajobrazie politycznym i społecznym śmierć Good nie jawi się jako tragiczny wyjątek, lecz jako eskalacja logiki, w której siła, pośpiech i polityczna lojalność coraz częściej zastępują procedury, proporcjonalność i odpowiedzialność. Jak pisze Elizabeth Bruenig w „The Atlantic”:

„Zabójstwo Good było kulminacją miesięcy narastających napięć między Departamentem Bezpieczeństwa Krajowego a społecznościami, do których ten regularnie wkracza, by łapać ludzi i poddawać ich natychmiastowym deportacjom. Po tym, jak w ciągu kilku miesięcy ponad dwukrotnie zwiększono liczebność ICE, Departament z teatralnym niepokojem opowiadał o tym, że agenci narażają własne życie, usuwając najgorszych z najgorszych. Z dzisiejszej perspektywy te rzekome obawy zaczynają wyglądać raczej jak groźby – prewencyjne usprawiedliwienie dla maksymalnego użycia przemocy”.

„To nasi wrogowie”

Zabójstwo Good uruchomiło kolejną falę protestów. Według CNN w jeden tylko weekend po strzelaninie zaplanowano ponad tysiąc demonstracji przeciwko zaostrzonej polityce migracyjnej administracji Trumpa – od Minneapolis po Nowy Jork i Los Angeles.

W samym Minneapolis reakcja władz na protesty była natychmiastowa i gwałtowna. Policja użyła gazu łzawiącego wobec demonstrantów zgromadzonych przed federalnym budynkiem w pobliżu lotniska. Trump wysłał do miasta dodatkowych agentów federalnych.

W tym napiętym kontekście coraz głośniej powracają hasła, że ICE jest niepożądanym gościem w amerykańskich miastach. Samantha Fujikawa, jedna z organizatorek protestów, mówiła wprost, że śmierć Good była momentem przełomowym: „To nie są nasi przyjaciele. To są nasi wrogowie – i musimy jasno pokazać, że będziemy stawiać opór”.

Opinia publiczna pozostaje podzielona, ale – jak pokazują sondaże – zwolenników ICE jest coraz mniej. Już w lipcu ogólnokrajowe badanie University of Massachusetts Amherst wskazywało na ważne rozróżnienie: większość Amerykanów akceptuje pokojowe zatrzymywanie osób podejrzewanych o nieuregulowany status migracyjny, ale jednocześnie sprzeciwia się wielu metodom stosowanym przez ICE w ostatnich latach. Jak podkreślał Jesse Rhodes, politolog z Amherst, Amerykanie w większości odrzucali takie praktyki jak

  • noszenie masek uniemożliwiających identyfikację funkcjonariuszy,
  • używanie broni o charakterze wojskowym
  • czy stosowanie siły wobec protestujących.

Nowsze badania tylko wzmacniają ten obraz. Według sondażu YouGov z początku stycznia 2026 roku Amerykanie znacznie częściej deklarują dezaprobatę niż aprobatę dla sposobu, w jaki ICE wykonuje swoje zadania: 40 procent badanych „zdecydowanie nie aprobuje” jej działań, a kolejne 12 procent „raczej nie aprobuje”, podczas gdy jednoznaczne poparcie wyraża niespełna jedna czwarta respondentów.

Nie wygląda jednak na to, by administracja Trumpa miała zamiar z tego powodu ograniczyć intensywność swojej polityki antyimigracyjnej.

Coraz częściej w debacie publicznej powraca film Alexa Garlanda „Civil War”, opowiadający o wojnie domowej we współczesnych Stanach Zjednoczonych. To wciąż bardziej figura retoryczna niż opis rzeczywistości, ale trudno nie zauważyć, że skala napięć społecznych i nieufności wobec instytucji państwa jest dziś największa od czasów ruchu na rzecz praw obywatelskich i protestów przeciw wojnie w Wietnamie.

Trump, jego najbliżsi współpracownicy, Partia Republikańska i agenci ICE robią zaś wiele, aby ten konflikt się zaostrzał, a nie wygasał.

;
Tomasz Markiewka

Filozof, publicysta, tłumacz. Wykłada na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Autor książek "Język neoliberalizmu" (2017), "Gniew" (2020), "Zmienić świat raz jeszcze. Jak wygrać walkę o klimat" (2021) oraz "Nic się nie działo. Historia życia mojej babki" (2022).

Komentarze