19 listopada 2022

Egzotyczna koalicja. Co łączy Jarosława Kaczyńskiego i Putina? [SPRAWDZAMY]

„Na świecie rozgrywa się wielka tragedia, musimy zrobić wszystko, aby chronić nasze dzieci, te które chcą żyć normalnie. Wszystko inne jest grzechem, sodomią, ciemnotą, nasz kraj z tym walczy". Zgadniecie, kto to powiedział?

"Ja bym to badał" - słowa prezesa Jarosława Kaczyńskiego o transpłciowości, choć brzmią brutalnie, nie są rodzimym wymysłem. Lider PiS, który objeżdża Polskę w przedwyborczym tournée, testuje narrację, której używają prawicowi populiści na całym świecie.

„Musimy doprowadzić, chociaż to może najtrudniejsze, żeby powróciła prawda. Oczywiście ktoś się może z nami nie zgadzać, ma lewicowe poglądy, uważa, że każdy z nas w pewnym momencie może powiedzieć, że teraz…" – mówił Kaczyński na wiecu we Włocławku, spoglądając na zegarek. – "Jest w tej chwili wpół do szóstej, byłem mężczyzną, a teraz jestem kobietą”.

Brzmi znajomo? Powinno, bo patrząc szeroko chodzi tu wciąż o sprzeciw wobec "ideologii gender". Ta kategoria rozpala zbiorową wyobraźnię co najmniej od końca lat 90., ale rekonstrukcja argumentów jej przeciwników jest o tyle trudna, że nie są one ani spójne, ani stałe.

Mieszczą się w niej zarówno zarzuty o porzucanie stereotypowych (czyli rzekomo właściwych i naturalnych) ról płciowych, negowanie "płci biologicznej", jak i podważanie naturalnego, a nawet boskiego charakteru heteronormatywnej rodziny.

Emancypacja kobiet, a także powolny proces oswajania homoseksualności, szczególnie w społeczeństwach zachodnich, sprawia, że coraz częściej w tej nieracjonalnej opowieści złoczyńcami są ci, którzy podnoszą rękę na nienaruszalność kategorii płci.

Są to oczywiście same osoby transpłciowe, ale też bezimienni lobbyści, aktywiści i edukatorzy, którzy rzekomo wchodzą do szkół, by indoktrynować dzieci. I jakkolwiek karykaturalnie to nie brzmi, oskarżani są o to, że namawiają uczniów, by ci "zmieniali płeć".

Narrację dopełniają elementy wolnościowe, w których obrońcy "naturalnego porządku" lub "zdrowego rozsądku" występują przeciwko cenzurze, politycznej poprawności, ideologicznemu skrzywieniu.

Cykl „SOBOTA PRAWDĘ CI POWIE” to propozycja OKO.press na pierwszy dzień weekendu. Znajdziecie tu fact-checkingi (z OKO-wym fałszometrem) zarówno z polityki polskiej, jak i ze świata, bo nie tylko u nas politycy i polityczki kłamią, kręcą, konfabulują. Cofniemy się też w przeszłość, bo kłamstwo towarzyszyło całym dziejom. Będziemy rozbrajać mity i popularne złudzenia krążące po sieci i ludzkich umysłach. I pisać o błędach poznawczych, które sprawiają, że jesteśmy bezbronni wobec kłamstw. Tylko czy naprawdę jesteśmy? Nad tym też się zastanowimy.

Mody mijają, a naród trwa?

"Mamy elementarną wiedzę z biologii, wiemy, że płeć jest zdecydowana na poziomie chromosomów. I że rzeczywiście zdarzają się przypadki, to jest mniej więcej promil, jeden na tysiąc, że człowiek ma jakieś zachwianie w świadomości. I takim ludziom trzeba pomóc, w skrajnych wypadkach trzeba przeprowadzić operację, ale to nie oznacza, że po tej operacji mężczyzna będzie kobietą a kobieta mężczyzną" - mówił do wyborców Jarosław Kaczyński w Białymstoku.

Żarty o Włodku, który z dnia na dzień stał się Anią, są stałym elementem przedwyborczego repertuaru lidera PiS. Ale narracja, która zawierałaby tylko kpinę z odmienności, byłaby politycznie pusta.

Dopiero umieszczenie transpłciowości w świecie antywartości, skojarzenie jej na przemian z zachodnim imperializmem i komunizmem (wątek równie widoczny w środowiskach prawicowych w Stanach Zjednoczonych jak i w Polsce), pozwala wpisać opowieść w ramy walki o tożsamość i prawdę.

"»Żeby Polska była Polską« to pieśń, która porywała Polaków. Ta Polska ma być zmieniona przez ofensywę antykultury, która przychodzi stamtąd, z Zachodu. Chcą wszystko małpować, kopiować, niezależnie od tego, jaki to jest absurd. Ofensywa ta jest skierowana przeciwko obyczajom. Oni domagają się nie tylko tolerancji, ale żeby te wszystkie szaleństwa były afirmowane i wspierane przez państwo i żeby zakazana była krytyka, żeby inne zdanie było penalizowane. Tak już jest w wielu krajach na Zachodzie. W niektórych uczelniach pracownik może stracić pracę przez to, że do jakiegoś chłopca, który ogłosił się dziewczyną, mówi dalej proszę pana, a nie proszę pani" - mówił prezes PiS w Stargardzie.

Podczas spotkania z wyborcami w Białymstoku stwierdził, że "zachwianie tradycyjnego sposobu myślenia w innych krajach", nie musi oznaczać, że także Polska pójdzie tą drogą.

"Mody mijają, a naród trwa" — podsumował Kaczyński.

Siła w chaosie

Prezes PiS nie skupia się zresztą tylko na osobach transpłciowych. Do opisania nowoczesnej degrengolady wykorzystuje wszystkie elementy antygenderowej agendy, m.in. homofobię, gdy wychowywanie dzieci w parach jednopłciowych porównywał do adopcji psa lub kota, czy seksizm, gdy stwierdził, że kobieta, która sięga po alkohol to nie jest prawdziwa kobieta.

Judith Butler, amerykańska filozofka, teoretyczka gender, autorka kanonicznej książki "Uwikłani w płeć", stwierdza, że

ruch antygenderowy nie dąży do spójności typowej dla myśli konserwatywnej, ale swoją siłę czerpie właśnie z chaosu.

Celem takich narracji ma być zmaksymalizowanie poczucia zagrożenia ze strony różnych, rozproszonych sił społecznych.

W fantazjach populistów, takich jak Kaczyński, społeczna akceptacja kategorii gender ma - jak pisze Butler - "rozpętać powódź seksualnych perwersji, w tym bestialstwa i pedofilii".

Ma też grozić rozpadem więzi społecznych, naturalnego porządku, narodu oraz pogrzebać wszelkie świętości - Boga lub rozum (co ciekawe, te kategorie są stosowane wymiennie).

Strachy pielęgnowane na Kremlu

"Na świecie rozgrywa się wielka tragedia, musimy zrobić wszystko, aby chronić nasze dzieci, te, które chcą żyć normalnie. Wszystko inne jest grzechem, sodomią, ciemnotą, nasz kraj z tym walczy" - to wypowiedź przewodniczącego rosyjskiej Dumy Wiaczesława Wołodina z 27 października 2022.

W Rosji od 2013 roku obowiązują ustawy zakazujące propagandy LGBT wśród nieletnich. Po inwazji Rosji na Ukrainę, na Kremlu pojawił się pomysł rozszerzenia zakazu "propagowania nietradycyjnych stosunków seksualnych" na całe społeczeństwo. Bynajmniej nie dlatego, że Rosjanie stykają się z takimi zachowaniami na co dzień.

Według socjologów z Ogólnorosyjskiego Centrum Badania Opinii Publicznej (WCIOM) większość Rosjan (86 proc.) nigdy nie spotkała się z tzw. propagandą LGBT. Ponad połowa badanych (51 proc.) jest też przekonana, że orientacja seksualna jest zjawiskiem wrodzonym.

Nowe prawo nakłada też grzywny na obywateli za “rozpowszechnianie w internecie lub w mediach informacji, które mogą powodować chęć zmiany płci nieletnich”.

Po co propaganda w kółko opowiada o zagrożeniach ze strony absolutnie niewidocznej i stłamszonej w Rosji mniejszości?

Chodzi o dyskredytację największego obecnie wroga Moskwy, czyli tzw. zbiorowego Zachodu, który Putinowi kojarzy się ze "zmianą płci" i "nietradycyjnym seksem". Chodzi też o uzasadnienie dla krwawej wojny z Ukrainą, czy odciągnięcie uwagi od krajowych problemów - niezadowolenia z powszechnego poboru, czy sytuacji gospodarczej.

Pierwsze materiały "Wiesti" (rosyjskich "Wiadomości") wskazujące na powrót potwora gender, który zagraża rosyjskim dzieciakom, pojawiły się już latem. Sygnał do dokręcenia śruby dał jednak sam Putin.

W mowie “aneksacyjnej” z 30 września zwrócił się do żołnierzy i ich rodzin mówiąc, że stawką wojny jest obrona tradycyjnych wartości, w tym dzieci przed zmianą płci i tym, że im się zamieni mamę i tatę w “rodzica 1, 2 i 3”.

“Czy chcemy, by w Rosji zamiast mamy i taty był rodzic 1, rodzic 2, a może i rodzic 3? Czy w szkołach dzieci od początku mają się uczyć zboczeń, które prowadzą do wymierania? Czy chcemy wbijać im do głów, że są różne inne płcie obok mężczyzn i kobiet oraz oferować im operację zmiany płci? Czy tego właśnie chcemy dla naszego kraju i naszych dzieci? To dla nas nieakceptowalne.

My mamy inną, swoją przyszłość” - mówił Putin.

To samo podczas procedowania ustaw anty-LGBT w rosyjskiej Dumie mówił Wołodin:

“Działania krajów, które narzucają nietradycyjne wartości, mają na celu niszczenie normalnego świata. Jak mogą być przyjaciółmi, kiedy niosą destrukcyjną ideologię, to są nasi wrogowie, to nasi przeciwnicy, ci, którzy niszczą normalny świat, wyrządzają więcej szkody (niż ci), którzy angażują się w jawną agresję. do zniewolenia krajów później. Zmieniają całe państwa, tworząc światopogląd, a następnie przez tych, którzy przyjęli tę ideologię, dochodzą do władzy”.

Nie każdy może żyć, jak mu się podoba?

Nikt nie operuje lepiej niż Kreml katastroficznymi wizjami genderowego triumfu, a także syndromem oblężonej twierdzy. Tyle że wypowiedzi rosyjskich notabli nie odbiegają znacząco od retoryki przyjętej przez (skrajną) prawicę na całym świecie.

Różnią się lokalne konteksty, czy koloryt emocjonalny (od furii po rechot), ale cel pozostaje taki sam - mobilizacja wokół fantazmatycznych zagrożeń.

W 2019 roku, gdy węgierski rząd wydał dekret, który wycofał akredytację i finansowanie dla gender studies na krajowych uniwersytetach, rzecznik prasowy Victora Orbána tłumaczył CNN, że „stanowisko rządu jest takie, że ludzie rodzą się albo jako mężczyźni, albo kobiety”.

W tym samym roku László Kövér, przewodniczący Zgromadzenia Narodowego, przyrównał pary jednopłciowe, które chcą mieć dziecko do pedofilów, mówiąc, że „w sensie moralnym” nie ma między nimi żadnej różnicy. Dodał także, że „normalni homoseksualiści są świadomi tego, jaki jest porządek świata… próbują się do tego świata dostosować niekoniecznie uważając się za równych”.

Nieco później István Boldog, wiceszef klubu parlamentarnego Fideszu, domagał się zakazania lokalnego marszu równości "Budapest Pride", a lojalny wobec rządu publicysta Zsolt Bayer oświadczył z dumą: „Tak, jesteśmy homofobami”.

W maju 2020 roku w życie weszła ustawa, która uniemożliwia osobom transpłciowym legalną korektę płci, czyli zmianę imienia i markera płci w oficjalnych dokumentach, co stanowi bezprecedensową sytuację w UE. Orbán tłumaczył wówczas, że

Węgry są demokracją nieliberalną, a więc państwem, w którym "nie każdy może żyć tak, jak mu się podoba".

W 2021 roku rządzący Fidesz w błyskawicznym tempie przepchnął przez parlament ustawę wykluczającą z przestrzeni publicznej wszelkie wzmianki o osobach LGBT+.

Od czerwca 2022 nad wprowadzeniem odpowiednika rosyjskiego zakazu homoseksualnej propagandy pracuje także Rumunia. Parlamentarzyści popierający homofobiczne prawo twierdzą, że "kraj zagrożony jest przez teorię gender, która przeczy wartościom chrześcijańskim i tradycyjnej rodzinie".

Polityczny kapitał na homofobii i transfobii zbijał też były prezydent Brazylii, Jair Bolsonaro. W 2019 roku zadeklarował, że nie pozwoli, by kraj stał się miejscem "gejowskiej turystyki", bo "my tu mamy rodziny".

Najbardziej szokująca dla opinii publicznej była jednak wypowiedź z poprzedniej kampanii wyborczej, w której Bolsonaro przyznał, że wolałby mieć martwego syna niż syna geja. I to w kraju, który przoduje w światowym rankingu zabójstw motywowanych homofobią i transfobią.

Dyskurs mylący i zniewalający

Na dyskurs antygender nie są też odporne starsze demokracje, z bogatszym dorobkiem równościowym. Była premier Wielkiej Brytanii, Liz Truss wielokrotnie przekonywała, że potrzebne jest prawo, które "ochroni nieletnich przed decyzjami, których skutków nie da się odwrócić, takimi jak zmiana płci".

Narodową debatę o transpłciowości na Wyspach nie podnieśli jednak politycy. Zaczęło się tzw. ruchu gender-critical, który uważa transpłciowość za przejaw "denializmu płci", a osoby poddające się tranzycji nazywa w najlepszym razie zbłąkanymi, zranionymi jednostkami, które dokonują okaleczeń, w najgorszym - zagrożeniem dla "prawdziwych" kobiet. Najbardziej znanym głosem ruchu jest autorka książek o Harrym Potterze, J.K. Rowling.

Wzrost znaczenia ruchu antygender na świecie przeanalizowały w książce "Kto się boi gender" Agnieszka Graff i Elżbieta Korolczuk.

Autorki twierdzą, że ultrakonserwatywna agenda pod z pozoru neutralnym hasłem "ratowania dzieci", toruje zwycięstwa wyborczej skrajnej prawicy, bo mobilizuje szerokie grupy społeczne, szczególnie rodziców, młodych mężczyzn oraz starszych, głęboko religijnych wyborców. Najbardziej podatne na argumenty antygender są osoby, które boją się zmian kulturowych, a także społecznej marginalizacji.

Wydaje się, że najwięcej lęków, także wśród osób o umiarkowanych, a nawet liberalnych poglądach, budzi ostatnio kwestia poluzowania przywiązania do klasycznych kategorii płci, szczególnie wśród osób nieletnich.

"Zazwyczaj myślimy o przypisaniu płci jako jednorazowym wydarzeniu, ale co jeśli jest to złożony i zmienny proces, odwracalny w czasie dla tych, którzy zostali źle oznaczeni [red. - przy urodzeniu]?" - pyta Butler w tekście dla brytyjskiego "Guardiana".

I przekonuje, że takie pytanie nie jest zajęciem stanowiska przeciwko nauce, tylko próbą zrozumienia, jak nauka i prawo wchodzą w regulację tożsamości płciowej. Szczególnie, że nawet nauka ma bardziej skomplikowane odpowiedzi na kwestie płci niż "są dwie, koniec, kropka". Ideał dymorfizmu, który rządzi naszą wyobraźnią, kwestionują np. osoby interpłciowe. Opowiadał o tym szczegółowo w wywiadzie dla OKO.press, biolog prof. dr hab. Jacek Kubiak.

Skąd jednak panika, którą ciężko sprowadzić do irracjonalnej paniki moralnej?

Transpłciowość przez lata była zamknięta w gabinetach lekarskich. Dopóki była traktowana jako zaburzenie, które można diagnozować i leczyć, i które nie odbiega od binaryzmu płci (kobieta i mężczyzna), problemu nie było.

Dopiero niebinarność, która zmusza nas, by potraktować płeć jako spectrum, a nie dwie, nieprzenikalne kategorie, poważnie zatrzęsła podstawami naszych tożsamości.

Większa widoczność osób transpłciowych wprowadziła też na salony wiedzę na temat procedur medycznych, którym mogą (ale nie muszą) poddawać się osoby, które zmagają się na dysforią płciową. To pokazało, jak wielowarstwowe, także na poziomie biologicznym, jest zagadnienie płci. I uruchomiło niepokoje, że to moda, która dla kształtujących się dopiero tożsamości nastolatek i nastolatków może być w jakiś sposób niebezpieczna.

Tak skomplikowane, a jednocześnie fundamentalne debaty najlepiej byłoby prowadzić w atmosferze spokoju. Właśnie dlatego rechot prezesa Kaczyńskiego, choć może wydawać się przaśny i skrojony pod wąską grupę obywateli, w praktyce jest niebezpieczny. Populistyczne strategie wyborcze żerują bowiem nie tylko na niewiedzy, czy lęku przed zmianami społecznymi, ale też na rodzicielskiej trosce.

Współpraca: Agnieszka Jędrzejczyk

Udostępnij:

Anton Ambroziak

Dziennikarz i reporter. W OKO.press od 2017 roku. Wcześniej pracował w kulturze i współtworzył trzeci sektor. Za pracę dziennikarską uhonorowany nagrodami: Amnesty International „Pióro Nadziei” (2018), Kampanii Przeciw Homofobii “Korony Równości” (2019). Najchętniej pisze o usługach publicznych i prawach człowieka. Entuzjasta data journalism i human stories

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne