0:00
Prawa autorskie: Agata KubisAgata Kubis
03 stycznia 2023

Eksplozja życzliwości wobec osób LGBT. Jak znalazłem odpowiedź na konserwatyzm polityków [MÓJ TEKST ROKU]

„Dobrze, że przyjechałyście. W telewizji mówią o was straszne rzeczy, a tak człowiek może wyrobić sobie własną opinię". Zgadlibyście, że właśnie tak skończy się rozmowa aktywistek LGBT z Kołem Gospodyń Wiejskich w przygranicznej miejscowości?

Wydrukuj

Mój tekst roku. Poprosiliśmy autorów/autorki OKO.press, by wybrali jeden swój tekst lub podcast opublikowany w 2022 roku – najważniejszy, najtrudniejszy, najbardziej poruszający lub po prostu – we własnej ocenie – najlepszy. Tekst Antona Ambroziaka ukazał się 17 lipca 2022 r.

***

Jeśli miałbym zadedykować jeden tekst z 2022 roku politykom i polityczkom, byłby to właśnie ten. Szczególnie oni mają bowiem tendencję do upraszczania rzeczywistości i stawiania złych diagnoz. Jeśli chodzi o prawa osób LGBT, w ławach opozycji poza Lewicą, panuje nieuzasadniony konsensus, że związki partnerskie "tak", a na uświęcone małżeństwa przyjdzie czas, bo społeczeństwo wciąż nie jest gotowe. Wszystkie badania społeczne ostatniego roku, w tym szczególnie sondaże OKO.press, pokazują, że to absolutna nieprawda. Gdyby wyborców opozycji zachęcić do wzięcia udziału w referendum, w którym mają przyznać parom jednopłciowym prawo do zawierania małżeństw, 80-90 proc. z nich zagłosowałoby za.

Większości zmian w stosunku Polek i Polaków do osób LGBT, nie da się jednak uchwycić za pomocą tego jednego pytania. Bo jak wytłumaczyć fakt, że strażak z OSP sam zaprasza aktywistów LGBT do swojej miejscowości, bo chce być dobrym ojcem dla swoich dzieci, niezależnie od tego, kim będą lub kogo będą kochać? Albo jak to się stało, że częścią walki o praworządność i europejski standard jest dziś dla "mieszczuchów" w średnim wieku pełna akceptacja tęczowej społeczności? Dlaczego mieszkańcy polskiej wsi lepiej wytłumaczą transpłciowość niż prezes Kaczyński? I w końcu, skąd wzięła się w Polsce ta kolorowa młodzież, która od Szczecina, aż po Przemyśl, zupełnie wywraca nasze myślenie o tożsamości i seksualności?

Te wszystkie przesunięcia udało nam się zbadać w rozmowie, którą przeprowadziłem z aktywistką i badaczką Funduszu dla Odmiany, organizacji, która wspiera tych, którzy chcą działać na rzecz społeczności LGBT w małych miastach i na wsiach.

Z Aleksandrą Muzińską, a także współpracującą z organizacją socjolożką Katarzyną Zaniewską rozmawialiśmy m.in. o pierwszych badaniach sojusznictwa LGBT w Polsce przeprowadzonych latem 2021 roku. Wniosków jest wiele, ale najważniejszy jest jeden:

jesteśmy dużo bardziej życzliwi niż jesteśmy gotowi przyznać.

Co nas jednak paraliżuje?

Sojusznik brzmi obco, Polak chce być życzliwy

Anton Ambroziak: Najczęściej na nastroje i sympatie społeczne wobec mniejszości patrzymy z perspektywy wielkomiejskiej. Wy wyszłyście poza schemat i nie dość, że skupiacie się na tym, co dzieje się w Polsce lokalnej, to jeszcze zajmujecie się tymi, którzy co prawda społecznością LGBT nie są, ale chcą ją wspierać. Skąd ten pomysł i co w zasadzie chciałyście sprawdzić?

Kasia: Celem Funduszu dla Odmiany, poza przekazywaniem mini grantów, jest mobilizowanie sojuszników do działania i odważnego wspierania osób LGBT+ w Polsce lokalnej. Zaczęłyśmy się zastanawiać, czego w ogóle brakuje osobom, które wspierają naszą społeczność i jakie ścieżki do bycia sojusznikiem są już wydeptane.

Wymyśliłyśmy, że zrobimy sześć wywiadów grupowych: dwa z osobami, które już dziś uważają się za życzliwe, cztery z osobami potencjalnie tym zainteresowanymi, a potem ogólnopolskie badanie na próbie 1400 dorosłych Polek i Polaków, żeby sprawdzić, jak te pomysły rezonują w szerszej skali. Przekopałyśmy się też przez narracje aktywistyczne o tym, jak być sojusznikiem. Muszę przyznać, że miałam dobrą intuicję, że głównie straszymy i bijemy po łapach.

A nie jest tak?

Jako aktywiści często brzmimy jak karzący nauczyciel. Mówimy ludziom, co robią źle i czego nie wolno, zaczynamy też opowiadać o tym, co mogliby robić, ale mało o tym jak. Weźmy jednak poprawkę na to, że nasze badanie przeprowadziłyśmy rok temu, tuż po gorącym politycznie momencie, gdy nasz ruch był przeciążony i wypalony walką z nagonką.

Jak określiłyście definicję sojusznictwa? To słowo w Polsce jest kopią angielskiego „ally”, ale mam intuicję, że wciąż brzmi obco.

Niczego z góry nie zakładałyśmy. Najpierw pytałyśmy w wywiadach, co to znaczy być osobą wspierającą, a potem próbowałyśmy wspólnie stworzyć listę działań, które mogą być formą sojusznictwa.

Co z tego wyszło?

Pierwszy, fundamentalny wniosek jest taki, że słowo sojusznik jest dla Polek i Polaków trudne do udźwignięcia. Sojusz to może być północnoatlantycki albo wojenny.

Badani mówili o konszachtach, dogadywaniu się za zamkniętymi drzwiami, obietnicach bez pokrycia. Czyli tak, sojusznik brzmi nie tylko obco, ale wręcz zniechęcająco. Dlatego w naszym badaniu odnosimy się do kategorii „życzliwości”, którą można napełnić różnymi działaniami.

Ludzie mają też trudność, by przyjąć na klatę kolejną etykietkę. Jak słuchałam badanych, to przypomniały mi się te wszystkie nakładki na zdjęcia profilowe, które można ustawić w mediach społecznościowych. Ostatnie lata były tak intensywne politycznie, że ludzie są zmęczeni deklaracjami tożsamościowymi. Wspieranie nauczycieli, strajk kobiet, tęcza – ile epoletów można mieć naraz? Wolą robić konkretne rzeczy niż gdzieś przynależeć.

Odkryłyśmy też, że tęczowa flaga absolutnie nie jest lokalna. Argument, który często się słyszy — jeśli nie wiecie, co zrobić, jak wesprzeć społeczność, to chociaż wywieście w oknie flagę, załóżcie skarpetki, albo noście kolorowe torby — sprawdza się tylko w wielkomiejskiej bańce. Tak samo marsze równości, które w dużych miastach wydają się być pierwszym stopniem wtajemniczenia, dla ludzi z mniejszych miasteczek lub wsi są ostatnią formą wsparcia, o której by pomyśleli.

Mówią np. „dalej to już tylko zapisać się do tych od Biedronia”.

Tylko dlatego, że nie chcą kolejnej łatki?

Zrozumiałyśmy też, że lokalnie tęczowa flaga, emblematy, zamykają dyskusję. To jest rodzaj wsparcia, który działa wtedy, gdy nie masz czasu porozmawiać w wielkomiejskiej masówce, gdzie taki obraz jest wart tysiąca słów. Dla nas to takie minimum, lokalnie to jak wybranie barw klubowych. Kto z nami, kto przeciwko nam. W małych społecznościach jest masa rzeczy, które można zrobić wcześniej, ale trzeba je sprowadzić na bardziej intymny poziom. Tam wsparcie opiera się w rozmowach, bezpośrednim i wspólnym działaniu.

No dobra, mieszkam w małej miejscowości, nie wywieszę flagi, bo przyjedzie sąsiad i będzie afera. Nadal chcę jednak wspierać, ale nie znam geja, lesbijki, osoby trans. Co mogę zrobić?

Ola: Z naszych wyjazdów, lokalnej pracy, bardzo jasno wynika, że to nie jest tak, że na wsiach i w małych miastach ludzie nie znają osób LGBT. To raczej wielkomiejska fantazja. Niedawno odwiedzałyśmy wieś w południowej Wielkopolsce. Pojechałyśmy tam na zaproszenie Koła Gospodyń Wiejskich i Ochotniczej Straży Pożarnej z podstawową pogadanką: kim są osoby LGBT i jak o nich, a w zasadzie o nas, mówić.

Gdy opowiadałam o osobach transpłciowych, włączali się w dyskusję. „My wiemy, kto to. Ta dziewczyna ze wsi obok. Ona miała trudno, w końcu wyjechała, ale ostatnio przyjeżdża matkę odwiedzać”.

Z poziomu edukacyjnego, abstrakcyjnego, sami przeszli do własnych doświadczeń z codziennego życia. I to jest właśnie coś, co pozwala im lepiej zrozumieć potencjalne trudności, wyzwania, bariery, z którymi mierzą się osoby LGBT.

Kasia: Nasze badanie chyba najbardziej pokazało, że ludzie chcą wspierać, ale nie wiedzą jak. Dominujące przekazy dostarczają mało skryptów. Albo kogoś znasz i możesz się za nim wstawić, bo jest ci bliski, albo nosisz emblematy i chodzisz na parady. W zasadzie nie ma innych wariantów zachowań. Tymczasem najszerszą platformą do wspierania okazał się być język.

Polki i Polacy deklarowali, że przede wszystkim chcą się nauczyć, jak nie obrażać i jak reagować na krzywdzące słowa.

Czyli jednak ten często wyśmiewany język równościowy?

Możemy być znużeni słowniczkami, możemy się śmiać, że przecież to już było, ale pomyślmy o tym jak o szkole, w której co roku pojawia się nowy rocznik. Jeżeli jasno powiesz, dlaczego dane sformułowanie wyrządza krzywdę, większość osób nie będzie chciała myśleć o sobie źle i zacznie długi proces oduczania się.

Nie rozjeżdża wam się ta deklaratywna niechęć do obrażania z homofobią silnie zakorzenioną w języku polskim? Słowa pedał, lesba, babochłop, a ostatnio cała paleta określeń dotyczących osób trans, to bardzo żywe imaginarium Polki i Polaka. Co więcej, wiele osób reaguje alergicznie na wszelkie słowniczki, twierdząc, że w ten sposób odbiera się im wolność wyrażania poglądów, czy ekspresji.

Nie myślisz, że chodzi właśnie o to, że wciąż nie ma alternatywnego podręcznika? Ulica, rodzina, szkoła, polityka uczą jednego, a jakaś mała grupka aktywistów drugiego. Kto ma większe przełożenie? Ci, którzy uczą obrażania, czy ci, którzy wyposażają w tęczowe kompetencje?

Oczywiście, także w badaniu pojawiły się głosy kontestujące. No bo dlaczego nie możemy śmiać się z pedałów, w taki sam, w domyśle powszechny, sposób, w jaki żartujemy z blondynki i teściowej? Lepiej śmiać się ze wszystkich po równo, niż napinać się i walczyć z każdym słowem – mówili badani.

I co odpowiadacie?

Nie mamy recepty na patriarchat, który chyba najbardziej jaskrawo wyszedł nam w badaniach. Wciąż w czterech na pięciu przypadkach życzliwa dla osób LGBT będzie kobieta i to ona będzie mieć wrażliwość także na inne wykluczenia.

Wprowadzić równość małżeńską to jedno, ale jak ją utrzymać

A czy życzliwość w Polsce ma barwy polityczne?

Ola: To by było pewnie poznawczo ciekawe, ale odpuściłyśmy w badaniach wątek polityczny.

Dlaczego?

Uznałyśmy, że interesuje nas człowiek. Nie robimy badań na cele inżynierii wyborczej, nie chcemy się dowiedzieć, z jaką partią i o czym rozmawiać w kontekście postulatów. Takie badania robicie wy, w OKO.press. Takie badania robią też inne organizacje LGBT. Nie ma sensu ich powielać.

My staramy się podejść do sprawy trochę inaczej, długofalowo. Nawet jeśli uda nam się zbudować szerokie poparcie, czy wybrać w Polsce taki rząd, który w końcu wprowadzi równość małżeńską, to trzeba ją jeszcze umieć w społeczeństwie utrzymać.

To jest sytuacja, z którą dziś mierzą się Stany Zjednoczone, a o czym bardzo mało się mówi. Od kiedy wprowadzono równość małżeńską w USA na poziomie federalnym, poparcie dla niej rośnie, a liczba coming outów dzieciaków przebija skalę – młodzi ludzie wiedzą, że państwo za nimi stoi. Z drugiej strony, rośnie bezdomność osób LGBT, rośnie przemoc, szczególnie wobec osób transpłciowych.

Działaczki z USA wieszczą, że Sąd Najwyższy może wkrótce znieść konstytucyjne prawo do zawierania małżeństw jednopłciowych, tak jak zniósł właśnie prawo do aborcji. Dlaczego? Bo jest wiele miejsc na mapie, w których społeczność nie odrobiła podstawowej roboty. I pomimo progresywnych rozwiązań prawnych, wciąż osoby LGBT muszą z tych miejsc uciekać.

Niedawno rozmawiałam z działaczką LGBT z Seattle, która zajmuje się budowaniem lokalnych społeczności. Opowiadała mi, że gdy wprowadzono równość małżeńską, ona jednocześnie płakała ze szczęścia i przerażenia, bo wiedziała, że to nie koniec, a potencjalnie ryzykowny, niebezpieczny moment – wiedziała, z jak ostrym atakiem spotkają się szczególnie młode osoby LGBT+.

A darczyńcy i politycy odpłyną, bo temat odfajkowany…

Tak, ten scenariusz powtarza się w wielu miejscach na świecie. Bardzo nie chciałabym, żeby tak też stało się w Polsce. Dlatego myślimy perspektywicznie — odkładamy na bok podziały, elektoraty, tabelki, w których liczmy, ile jest liberałów, konserwatystów, a ilu lewicowców.

Polityka nie wychodziła wam bokiem?

Kasia: Nie da się jej uniknąć w interpretacji, ale my skupiłyśmy się na konkretach. Całą chęć do wsparcia osób LGBT+ rozbroiłyśmy wspólnie z badanymi na kilkanaście czynności. Od tych uważanych za najłatwiejsze, czyli nie używanie obraźliwych słów, czy umieszczanie wspierających treści w mediach społecznościowych, po okazywanie wsparcia w bezpośrednim kontakcie, czy protest na przemoc. Do tego dołożyłyśmy pytanie, na ile akceptujesz osoby LGBT+ w skali od 1-7. W ten sposób powstał dość kompleksowy obraz polskiej życzliwości.

Zapytałyśmy ich też wprost o to, ile ich zdaniem jest w społeczeństwie takich życzliwych osób jak oni. Odpowiadali, że pewnie nie więcej niż 5-10 proc.

A naprawdę?

43 proc. Polek i Polaków deklaruje się jako skłonni do życzliwości. A dokładniej tacy, którzy chętnie zrobią albo już robią coś konkretnego co przeciwdziała wykluczeniu osób LGBT+. Bierni to grupa porównywalna, 38 proc., a hejterzy to kolejne 19 proc.

Czyli sami o sobie źle myślimy?

Ola: Albo mamy poczucie osamotnienia i nie ujawniamy naszego wsparcia. Często używam tego przykładu, gdy rozmawiamy z nauczycielkami w małych miejscowościach. Mają żal, że w ich szkołach są jedynymi osobami, które wspierają uczniów LGBT+. Co więcej, boją się o tym otwarcie mówić, żeby nie mieć problemów. Jestem w stanie to zrozumieć i w tych rozmowach tego nie kwestionuję.

Staram się natomiast przełożyć te procenty na realia i pokazać, że jeśli w pokoju nauczycielskim będzie 10 nauczycieli, to czworo z nich nie będzie najpewniej zainteresowanych tematem, a dwoje może sprawiać problemy. Ale pozostała czwórka to potencjalnie życzliwe osoby. Jedną z nich jesteś ty, znajdź pozostałe trzy.

Nie mówię, że ta statystyka zadziała w każdej szkole i miejscowości, ale wiem, że ona zachęca ludzi, by się rozejrzeli, odważyli. Czasem wystarczy jedna otwarcie życzliwa osoba, by za chwilę zebrała się cała taka grupa ludzi, którzy chcą zmieniać świat. Tak długo, jak będzie zjadał cię lęk, tak długo nie uda się nic zbudować.

Czasem Europa, czasem dobra zabawa

No to kto w końcu wspiera LGBT+?

Kasia: Podejście do wsparcia różni się pomiędzy miastem, a wsią, o czym opowiadałyśmy już wcześniej, ale

tym, co najmocniej oddziela życzliwych od biernych i hejterów jest płeć. Im więcej jadu, tym bardziej męsko, im więcej życzliwości, tym bardziej kobieco.

To jedyna zależność demograficzna, która tak silnie nam się wyklarowała.

Ta krzywa chyba pojawia się we wszystkich badaniach, które pokazują wrażliwość na problemy społeczne i mniejszości. A gdybyśmy chcieli poznać typy życzliwych. Kim oni i one będą?

Mój ulubiony, bo kojarzy mi się z moim teściem, to typ wielkomiejskiego mężczyzny w dojrzałym wieku, który nie ma osobistych relacji ze społecznością LGBT+, ale wsparcie jej jest dla niego wyrazem europejskości i przywiązania do demokracji liberalnej. Z przyjemnością będzie dyskutował w mediach społecznościowych o równości, chętnie przejdzie też w marszu równości. Najpierw chodził na demonstracje w obronie praworządności, a teraz wspiera grupy najbardziej uciśnione. Dla osób z tej grupy to jest sposób, by pokazać, że są po stronie państwa, które chroni wszystkich obywateli.

Jest też typ dojrzałych kobiet, które po prostu nie zgadzają się na przemoc fizyczną i werbalną. Jest to dla nich kwestia nienegocjowalnych wartości.

Są też młode osoby z małych i średnich miast, dla których prawa osób LGBT+ także są pochodną bycia w Europie, ale w sensie standardu życia. Oni nie chcą czuć się gorsi, czy wykluczeni.

Nie ma młodych, którzy mówią, że akceptacją dla osób LGBT po prostu oddychają?

Są, a odpryskiem tej grupy są osoby, dla których wspieranie społeczności LGBT+ jest elementem życia towarzyskiego. Jak przyniosłam te wyniki do Funduszu, zespół się trochę oburzył, że jak to tak może być, że osoby te tylko korzystają ze wspaniałych imprez, a nic od siebie nie dają.

No jak to? Przecież dają masę i tę naturalność, której tak długo brakowało.

Dokładnie, bez nich tej widoczności się nie zrobi. Te osoby w życiu nie nazwą się aktywistkami, nie potrzebują też zgłębić całej literatury tematu. Ich wsparcie dzieje się w życiu towarzyskim.

A jaki procent życzliwych w 100 proc. spełnia oczekiwania polskiego aktywisty LGBT: wywiesił flagę w oknie, nie rusza się z domu bez tęczowych emblematów, reaguje na przemoc, chodzi w marszach, wpłaca kasę na fundacje, wspiera swoich nieheteronormatywnych przyjaciół i jeszcze wykuł na pamięć równościowy słowniczek?

To nie jest dużo. Wśród wszystkich Polaków to będzie 5 proc., czyli trochę ponad dwa razy tyle w grupie życzliwych.

I to jest mało? Myślałem, że powiecie, że tacy ludzie statystycznie nie istnieją.

Ola: Gdy pokazujemy wyniki naszym odmieniaczkom, czyli osobom, które już dziś aktywnie działają w lokalnych społecznościach, reakcje są na ogół dwie: smutek i złość. Smutek z poczucia, że osób życzliwych i gotowych do działania jest jeszcze za mało, a złość z przekonania, że w lokalnym aktywizmie trzeba teraz schować tęczową flagę, co byłoby krokiem w tył.

Naszym zdaniem jest jednak inaczej. Z naszych badań nie wynika, że nie możesz nosić tęczowej torby, jeśli mieszkasz na wsi. Ten rodzaj działania bazujący na godności jest przecież bardzo ważny. Wynika z poczucia osobistej dumy, chęci pokazania: zobaczcie jestem tu i jestem u siebie.

Naszymi badaniami chcemy jednak zachęcić do aktywizmu strategicznego. Możesz wkurzać się, że w twoim mieście niewiele osób chce przyjść na marsz równości. Może ci być przykro, że krzywo na ciebie patrzą, bo obwiesiłaś dom tęczą. To są wszystko słuszne reakcje.

Ale możesz też poszukać wokół siebie tych życzliwych osób, które potrzebują innego rodzaju zaangażowania. Bez problemu udostępnią ci miejsce na spotkanie o osobach LGBT+, zareagują, gdy ktoś opluje cię na ulicy, nie będą śmiać się z homofobicznych żartów. Jedyne czego potrzebują to twojej podpowiedzi, jak robić to mądrze.

To nie jest grupa do robienia aktywizmu w sferze symboliki, tylko w relacjach, w bezpośrednim kontakcie. I tych ludzi w Polsce jest naprawdę bardzo dużo.

Hejterów jest mało, ale ich głos jest wciąż silny

Masa jest też osób biernych. Czy to was zaskoczyło?

Kasia: Nie, to osoby, których co do zasady nie interesują problemy społeczne. A pytaliśmy ich o wszystkie możliwe formy zaangażowania, od piesków, po chore dzieci, czy akcje dzielnicowe. Ci bierni to taka grupa, która uważa, że ma wystarczająco dużo na głowie, żeby się jeszcze zajmować bolączkami grup, do których nie należą.

Na tej grupie oczywiście również nam zależy, bo to oni są podatni na te wszystkie obrzydliwe homofobiczne i transfobiczne ścieki. Tyle że w tym badaniu bardzo zależało nam na tym, by zrozumieć tych, którzy już chcieliby wspierać, ale nie wiedzą jak. Trochę idąc za myślą, że działaczki LGBT nie mogą być wszędzie, w każdej polskiej miejscowości. Potrzebujemy życzliwych na miejscu, i to ich super moce starałyśmy się zrozumieć.

Ola: Jest jeden bardzo ważny wniosek. Czasem nie zauważamy, jak dużą grupę stanowią życzliwi, bo deklaratywnie ludzie chcą być po środku. Dopiero, gdy wejdziesz w szczegóły, okaże się, że działania i chęci są rozbieżne z autoprezentacją. Tylko 13 proc. Polek i Polaków nazwałaby się sojusznikiem, za to 50 proc. osobą neutralną.

A kim są hejterzy?

To tylko 19 proc. i powinniśmy cieszyć się z tej liczby.

Czekaj, czekaj, 1/5 Polaków nienawidzi osób LGBT i życzy im źle, a my się cieszymy?

Biorąc pod uwagę stan debaty publicznej, nieduże jeszcze zasoby organizacji LGBT+, a także fakt, że poza ochroną w kodeksie pracy nie mamy żadnych praw, to tak.

Tak naprawdę to jest wynik godny starych demokracji, tzw. zachodnich.

Akceptacja dla osób LGBT+ rzadko przebija tam pułap 80 proc. W neurolingwistyce, która bada związki języka, struktury mózgu i naszą podatność na metafory i komunikaty, przyjmuje się, że w każdej społeczności na świecie 10-20 proc. to osoby o bardzo konserwatywnym światopoglądzie. Właśnie tam spotkamy hejterów. Ta grupa nie zmieni się, niezależnie od okoliczności. A potencjał, żeby w niej cokolwiek zdziałać, jest na tak niskim poziomie, że szkoda marnować czas i energię na tę grupę.

Kasia: I to jest pułapka, w którą często wpadamy.

Za każdym razem, gdy cytujemy wypowiedź Kai Godek, czy Ordo Iuris?

Kasia: Tak, bo reklamujesz ich słowa klucze, a ich narrację przenosisz do lewicowo-centrystycznych mediów. To jest nasz prawdziwy dramat.

I dlatego tworzy się mylne wrażenie, że prawdziwych sojuszników jest 5 proc., czyli tyle, ile osób LGBT+. W porównaniu z hejterami – garstka. Hejterzy są tak groźni, bo potrafią zastraszać: temat najmocniej ich wzburza emocjonalnie i potrzebują, żeby zniknął. Stąd takie silne reakcje na działania związane z widocznością.

Ola: To jest tylko 19 proc., ale cholernie widoczne w debacie publicznej i sowicie wspierane przez ruch antygender, czyli przez skrajnie prawicowych miliarderów z Rosji i Stanów Zjednoczonych. To jest 19 proc., które jest aktywne w mediach społecznościowych. To jest 19 proc., które z łatwością może uruchomić prawicowy populista. To jest w końcu 19 proc., które ma ogromny potencjał zastraszania życzliwych. I o tym musimy pamiętać.

Kasia: I tutaj też szukałabym odpowiedzi na pytanie, dlaczego wiele osób życzliwych woli określać się jako neutralne. Dla mnie szokujące były opowieści osób z małych miejscowości, które mówiły, że gdy ktoś od nich wybiera się na marsz równości do większego miasta, to jego dom zostaje obrzucony psią kupą.

Do głowy mi nie przyszło, że kogoś może w ogóle obchodzić, co robisz w wolnym czasie. Wydawało mi się, że domyślną reakcją jest po prostu brak wsparcia, a nie otwarta agresja. Jak wiemy takie rzeczy, to trochę inaczej myślimy o tęczowej fladze, która w dużym mieście doprowadzi czasem do wybitego okna, a w mniejszej społeczności może być początkiem nękania.

Co o LGBT powie ci kobieta z Koła Gospodyń Wiejskich

Modelowym przykładem fałszywej symetrii w debacie publicznej jest sytuacja, w której do programu publicystycznego w telewizji zaprasza się tzw. dwie strony sporu. Na jednym krześle siedzi aktywista LGBT, na drugim członek ruchu narodowego. Kogo wy byście zaprosiły do takiej narodowej, tęczowej debaty?

Członkinię koła gospodyń wiejskich z Polski wschodniej, strażaka OSP, starszą kobietę rolniczkę, głęboko wierzącą katoliczkę, mieszkającą we wsi bez światłowodu, tylko z pierwszym kanałem TVP.

Kasia: Pana w średnim wieku, który wie, po co obalał komunizm i nie pozwoli, żeby Polskę rujnować, bo kogoś się piętnuje i wyklucza.

Ola: I jeszcze nauczycielkę ze szkoły podstawowej, z małej miejscowości.

Co miałyby do powiedzenia?

Ola: Prowadziłam takie rozmowy. Pani z KGW zapytałaby, dlaczego osoby LGBT+ obrażają katolików w Polsce. Zaprezentowałaby przekaz, który dostaje z jedynego kanału, który odbiera w swojej wsi. Zapewniam, że bardzo łatwo jest o tym z nią porozmawiać. Wystarczy powiedzieć, że to nie myśmy zaczęli, tyko episkopat mówiąc o nas obrzydliwe rzeczy. Wtedy ona zaprotestuje i powie, że się nie zgadza na taką retorykę ze strony kościoła i że to nie jest ok, że episkopat nas tak potraktował.

Strażak z OSP, silny facet o miękkim sercu, powiedziałby, że też ma dzieci i zdaje sprawę z tego, że mogą być różne, heteroseksualne, homoseksualne, że nie muszą być cis płciowe, mogą być transpłciowe. On gdzieś przeczuwa, że czasy się zmieniają. Chce być przygotowany, żeby być dobrym tatą.

Nauczycielka z małego miasta powiedziałaby, że czuje się złapana w pułapkę i że chce wiedzieć, jak może pomóc i jak sobie radzić w tych wszystkich fikołkach między kuratorium, samorządem a dyrekcją szkoły. Jak wspierać w partyzanckich warunkach, tak, żeby żadne dziecko nie zostało same.

Kasia: Ludzie w Polsce naprawdę mają głód rozwiązań. Najczęściej zadawane pytanie w naszym badaniu brzmiało: co i jak mam robić?

Zamiast mówić mi, po której stronie mam się opowiedzieć, powiedz mi, jak mam działać.

Ludzie chcą wiedzieć, ale nie lubią być pouczani. Jak wy to robicie, by uniknąć sytuacji, w której do wsi przyjeżdżają panie z Warszawy i Berlina i wykładają, jak być dobrym dla osób LGBT.

Ola: To wymaga wielkiej uważności i życzliwości z naszej strony. Bardzo ważna jest tutaj intencja. Samoświadomość, czy ja tam jadę, żeby pouczać i nauczać, czy żeby te osoby poznać, dać się poznać i naprawdę porozmawiać. Chyba najwięcej nauczyła mnie wizyta we wsi Wygnanka, pod granicą polsko-białoruską. Mieszka tam 120 osób, a zaprosiły nas panie z Koła Gospodyń Wiejskich.

Przyjechałyśmy, żeby wygłosić swój wykład, ale nie działał nam rzutnik. Wszystko się schrzaniło, nie mogłyśmy nic pokazać, więc trzeba było usiąść przy stole i ze sobą porozmawiać. Spotkanie, które miało być jednostronne, zamieniło się w wymianę. My opowiadałyśmy o sobie, a one o tym, jak żyje się na wsi, z czym mierzymy się razem jako Polki i Polacy. Rozmawiałyśmy o prawie do aborcji, roli Kościoła Katolickiego, wykluczeniu transportowym, braku internetu, dostępie do informacji i pognębieniu wsi przez duże miasta.

To było dla nas bardzo pouczające. Nie możemy pojechać tam i oczekiwać wsparcia, jeśli nie dowiemy się, jakimi problemami ci ludzie żyją. Dużo słuchałyśmy o tym, że ludzie z miast ich obrażają, nazywają wieśniakami i burakami, a ich to boli. Przypuszczam, że wiele uczestniczek tego spotkania sympatyzuje z PiS. Nie sądzę, żeby moja opowieść zmieniła ich wybory polityczne. Ale wierzę w to, że ta grupa nie ulegnie już narracji homo- czy transfobicznej ze strony rządu.

„Dobrze, że przyjechałyście. W telewizji mówią o was straszne rzeczy, a tak człowiek może wyrobić sobie własną opinię” – usłyszałyśmy.

Czyli budujecie odporność na hejt?

Tak, znów głównie rozmawiamy o języku. W codziennym życiu dla ludzi naprawdę ważne jest to, żeby nie skrzywdzić i nie urazić. Część ludzi mówi, że woli nic nie powiedzieć, nie reagować, bo boi się, że zaszkodzi.

Nie gadam bo zaszkodzę, czy nie gadam, bo to, co w łóżku i sercu to sprawa prywatna?

Kasia: Myślę, że paradoksalnie w małych miejscowościach gada się o tym więcej niż przy mieszczańskim stole.

Ola: Pierwsze pytanie, jakie usłyszałyśmy na spotkaniu w Wygnance brzmiało: „Ale jak wy te dzieciaki robicie?”.

Zasadne pytanie.

Tak, ale zwróć uwagę, że to nie jest pytanie o to, czy mamy dzieci. One wiedzą, że my je mamy. Tylko pytają, jak je robimy. Chciały wiedzieć konkretnie, jak to wygląda. To była więc dyskusja o inseminacji i in vitro.

Albo jesteś normalny, albo jesteś LGBT

Co jeszcze spycha ludzi w bierność?

Kasia: Outsourcowanie i delegowanie na szkołę. To nie ja mam uczyć dzieci równościowego języka, bo od uczenia jest szkoła. Niech zajmą się tym specjaliści.

A czy w Polkach i Polakach zakiełkowało rozróżnienie na sąsiada geja, porządnego człowieka, oraz aktywistę LGBT, który chce demoralizować dzieci?

To wychodziło w wywiadach grupowych, czyli mam kolegę geja, on się śmieje z dowcipów o „pedałach”, więc o co wam chodzi, drodzy aktywiści. Ale poza niechęcią do jakiegokolwiek zrzeszania się, tak, pojawiały się zastrzeżenia do działalności naszych organizacji.

Bo są za głośni? Zbyt bezczelni?

Bo ktoś, kiedyś coś „źle zrobił” czy „źle się odezwał w sprawie Kościoła”. A w ogóle to „Biedroniowi nie można ufać”.

Czyli figura publiczna, z którą utożsamiamy całą społeczność?

Tak, to też przypadek Stop Bzdurom, które dla wielu osób było „zbyt radykalne”. Barierą, tak jak już wspominałyśmy, jest też obawa przed byciem kojarzonym z LGBT+.

Z kim przestajesz, takim się stajesz?

W dyskursie publicznym albo jesteś zwykły, w domyśle normalny, albo LGBT. Nie ma gradacji, nie ma żadnej otuliny.

Ratuje nas okno Overtona

Z waszych badań wynika, że nie jest wcale tak źle, jak mogłoby się wydawać. Z drugiej strony, z jakiegoś powodu Jarosław Kaczyński na każdym spotkaniu z wyborcami, puszcza oko do najbardziej konserwatywnego elektoratu i sonduje, czy przypadkiem hejt na osoby transpłciowe i walka o „biologiczność płci” nie będzie nową „ideologią LGBT”.

Ola: Patrząc na nasze badania, ale też sondaże OKO.press czy nawet CBOS-u, cały czas się zastanawiam, czy powinnam się cieszyć, że pomimo tego, co się złego dzieje w Polsce, to jednak jest całkiem okej, czy raczej powinnam się smucić, bo gdyby nie hejt polityków, bylibyśmy w zupełnie innym miejscu.

Nie umiem tego rozstrzygnąć, ale bardzo mocno chcę bronić tezy, że największy wpływ na zmianę postaw społecznych miała sytuacja wokół „Stop Bzdurom”.

Czyli oczywista przemoc i przesuwanie dyskursu?

Wiadomo, z czasem energia sprzeciwu opada, ale wtedy wiele osób zaangażowało się we wsparcie. Nie tylko dlatego, że kogoś spałowali na Krakowskim Przedmieściu, ale dlatego, że osoby zaczęły się dowiadywać, jak naprawdę żyje nam się w Polsce. Stop Bzdurom przeniosło też dyskusję na zupełnie inny poziom. Społeczeństwu wydawało się, że najbardziej radykalnym postulatem w Polsce będzie równość małżeńska.

Po czym przyszły działaczki uliczne i uczyniły ten małżeński postulat konserwatywnym, spokojnym i bardzo dalekim od radykalnego.

Lepiej dać im tę równość małżeńską, niż nam mają pomniki obalać? Albo, co gorsza, domagać się „całego życia” dla osób LGBT, jak niegdyś Zofia Nałkowska dla kobiet w Polsce?

No tak, to klasyczna strategia, tzw. okno Overtona. Metoda wprowadzania do debaty publicznej tematów z kategorii „nie do pomyślenia”, co skutkuje tym, że postulaty, które początkowo wydają się społeczeństwu kontrowersyjne, zaczynają być widziane jako nieradykalne.

Korzystamy z niej w ruchu feministycznym, LGBT+, czy szeroko pojętym aktywizmie równościowym, ale świetnie używa jej też ruch antygender ze swoimi pomysłami na zakazywanie wszystkiego. W tym sensie Kaja Godek ze swoją ideą całkowitego zakazu aborcji jest PiSowi bardzo na rękę. Rządzący liczą na to, że ich częściowy zakaz aborcji może stać się akceptowalny dla części elektoratu.

Nie jestem socjolożką, więc ciężko mi formułować spójne diagnozy społeczne, ale ja szansy upatruję w tworzącym się w Polsce tworzy się sojusz pogardzanych, wykluczanych.

PiS zbudował zresztą na tym swoją pozycję, na dostrzeżeniu poczucia krzywdy części obywateli. Ale teraz używa tego samego narzędzia pogardy, które uformowało jego potransformacyjny elektorat, wobec kobiet, osób z niepełnosprawnościami, czy LGBT+.

I jestem przekonana, że dzięki naszej mrówczej pracy, a także świadomości ludzi życzliwych, PiS przejedzie się też na hejcie wobec osób transpłciowych.

Udostępnij:

Anton Ambroziak

Dziennikarz i reporter. W OKO.press od 2017 roku. Wcześniej pracował w kulturze i współtworzył trzeci sektor. Za pracę dziennikarską uhonorowany nagrodami: Amnesty International „Pióro Nadziei” (2018), Kampanii Przeciw Homofobii “Korony Równości” (2019). Najchętniej pisze o usługach publicznych i prawach człowieka. Entuzjasta data journalism i human stories

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne