Pełnych symboliki i trwających tydzień uroczystości pogrzebowych nie przerwały dwa dni amerykańskich ataków. Ali Chamenei został pochowany w swoim rodzinnym mieście w tym samym miejscu, co kalif Harun ar-Raszid. Amerykanie i Irańczycy wracają do dyplomacji, ale nadzieje na przełom są nikłe
W środę 8 lipca w redakcji usłyszałem pytanie: a ten pogrzeb to już się nie odbył?
Otóż nie. Ale to zrozumiała reakcja, gdy od kilku dni docierały do nas obrazy ubranych na czarno tłumów, które żegnają trumny z Alim Chameneim i innymi członkami jego rodziny (w tym roczną wnuczką). Rozpoczęte 3 lipca uroczystości zakończyły się dopiero w czwartek 9 lipca.
W naszym kręgu kulturowym to rytuał, który nie ma odpowiednika. W ostatnich dekadach obserwowaliśmy w Polsce tylko jeden pogrzeb państwowy podobnej rangi. Po katastrofie smoleńskiej uroczystości pogrzebowe Lecha i Marii Kaczyńskich trwały dwa dni. Ale daleko było im do tego, z jakim namaszczeniem Irańczycy (i Irakijczycy) żegnają drugiego przywódcę Islamskiej Republiki Iranu.
Gdy w 1989 roku umarł przywódca rewolucji i założyciel państwa Ruhollah Chomeini, również żegnały go miliony osób. Uroczystości były jednak krótsze i bardziej chaotyczne. Przynajmniej osiem osób zginęło zadeptanych w wyniku paniki, w jednym momencie ciało przywódcy wypadło z trumny, a żałobnicy desperacko próbowali go dotknąć.
Tym razem tego typu scen udało się uniknąć.
To, że uroczystości pogrzebowe Chameneiego trwają tydzień, obejmują dwa kraje i miliony żałobników, ma dwa źródła. Po pierwsze to demonstracja wewnętrznej spójności i siły państwa wobec amerykańskiej agresji. Po drugie to wyraz specyficznej szyickiej kultury męczeństwa. A w oczach wielu Irańczyków po śmierci w izraelskim ataku z 28 lutego Ali Chamenei został właśnie męczennikiem.
W Polsce imię Husajn kojarzy się przede wszystkim z obalonym w 2003 roku irackim dyktatorem Saddamem Husajnem. Wśród szyitów (a Iran i Irak to jedne z czterech i jedyne duże państwa, gdzie ta odmiana islamu jest dominująca) to jednak przede wszystkim trzeci imam szyizmu, Husajn ibn Ali, wnuk proroka Mahometa. W 680 roku Husajn zginął w nierównej walce z siłami dynastii Umajadów, która przejęła władzę w tworzącym się arabsko-muzułmańskim imperium w bitwie pod Karbalą. Husajn odmówił złożenia hołdu umajadzkiemu kalfowi, Jazidowi. W oczach szyitów podjął nierówną walkę z niesprawiedliwością i zginął w imię obrony swoich wartości, chroniąc słabszych przed niegodziwością ze strony podstępnych Umajadów.
Te odległe w czasie wydarzenia stanowią podstawę szyickiej tożsamości i politycznego wymiaru tej odmiany islamu. Co roku w święto aszura wielotysięczne tłumy demonstrują przywiązanie do tych ideałów w ekspresyjnych, żałobnych demonstracjach. W tym roku aszura wypadła 25 czerwca, a w księżycowym kalendarzu muzułmańskim jest to zawsze dziesiąty dzień miesiąca muharram. Ten dla szyitów też związany jest z celebracją męczeństwa. I nie bez powodu pogrzeb Chameneiego wypadł właśnie w muharram.
Z perspektywy dzisiejszych władz Iranu opowieść o męczeństwie Husajna idealnie wpisuje się w walkę przeciwko amerykańskiej agresji. I nie jest to odległa historia z przeszłości – to centralna narracja państwa i uroczystości pogrzebowych.
26 czerwca minister spraw zagranicznych Abbas Arakczi (z perspektywy rozkładu sił na irańskiej scenie politycznej umiarkowany zwolennik dialogu z USA) napisał w mediach społecznościowych:
„Szyici czczą Imama Husajna jako Mistrza Męczenników, ponieważ poświęcił siebie na przedpolach Karbali. Tak samo nigdy nie zapomnimy męczeństwa Wielkiego Ajatollaha Sejeda Alego Chameneiego jako Mistrza Męczenników Islamskiej Republiki Iranu”.
By pociągnąć tę symbolikę, trumna z ciałem Chameneiego powędrowała nie tylko ulicami Teheranu czy Kom, ale także irackiej Karbali, gdzie zginął Husajn i gdzie znajduje się jego mauzoleum. Irańskie źródła podkreślają, że Chamenei wrócił tam „po 70 latach”. Jego ostatnia wizyta w Karbali miała mieć miejsce w 1957 roku. Chamenei w ogóle niechętnie podróżował poza Iran, a przez większość czasu jego rządów wizyta w Iraku była niemożliwa z powodów politycznych.
Procesja i pogrzeb zakończyły się w Meszhedzie, gdzie Chamenei został pochowany w mauzoleum Imama Rezy. To ósmy imam szyizmu z dwunastu. Dwunasty Mahdi zaginął w 874 roku w wieku sześciu lat, a szyici wierzą, że wróci. Pod jego nieobecność ktoś jednak musi sprawować najwyższy autorytet religijny. I spora część szyitów uznaje, że ich religijnym przywódcą był właśnie Ali Chamenei.
Dodajmy, że nazwa Meszhed pochodzi od arabskiego słowa, które oznacza „miejsce męczeństwa”. A Chamenei spoczął nie tylko obok Imama Rezy, ale też obok przywódcy muzułmańsko-arabskiego imperium, kalifa Haruna ar-Raszida, a także monarchów z rządzących Iranem dynastii między czasami Haruna ar-Raszida i Alego Chameneiego – Timurydów, Safawidów i Kadżarów.
Te pozornie nieistotne ciekawostki historyczne i religijne są kluczowe, by zrozumieć, jak starannie wyreżyserowanym spektaklem z perspektywy irańskiego państwa był pogrzeb Chameneiego. By go przeprowadzić, czekano ponad trzy miesiące, gdy wojna przynajmniej teoretycznie została zakończona, a także, gdy trwał miesiąc muharram. Na procesjach i uroczystościach ubrani na czarno żałobnicy nie tylko żegnali irańskiego lidera, ale też demonstrowali sprzeciw wobec polityki USA i Izraela. Powszechne były transparenty atakujące Trumpa.
Z tak dużego i dobrze wyreżyserowanego przedstawienia można łatwo wyciągnąć wniosek, że poparcie dla władz Iranu jest dziś powszechne. Byłby to jednak wniosek przedwczesny. Choć jednocześnie z pewnością udało się skutecznie wysłać w świat przekaz: Amerykanie i Izraelczycy nie docenili Iranu i determinacji części irańskiego społeczeństwa do obrony ich państwa.
Szacowanie liczby osób, które w ciągu tego tygodnia wyszły na ulice irańskich miast, jest skazane na niepowodzenie. Po zakończeniu uroczystości irańskie media państwowe podały, że szacują liczbę uczestników wszystkich uroczystości na 41-43 miliony osób. Liczby te obejmują też obchody w Iraku, nie można więc odnieść ich do pełnej populacji Iranu. Tak czy inaczej, oznaczałoby to, że bardzo duża część Irańczyków wzięła udział w pogrzebie. Liczne zdjęcia z procesji i uroczystości pokazują bardzo duże tłumy, z pewnością liczące wiele tysięcy osób, bardzo możliwe, że setki tysięcy. Twierdzenia o milionach – choć nie da się ich w pełni lokalnie wykluczyć, szczególnie w Teheranie – są niemożliwe do weryfikacji.
Poza stałymi korespondentami Irańczycy wydali zagranicznym dziennikarzom około 300 wiz, by relacjonowali wydarzenia żałobnego tygodnia. W ich relacjach, szczególnie tych realizowanych za pomocą wideo, właściwie nie znajdziemy głosów odrębnych – dominują głosy poparcia dla Chameneiego i systemu władzy oraz złość wobec USA. Dziennikarze na miejscu mają jednak ograniczoną swobodę doboru rozmówców.
A nie ma wątpliwości, że pomimo pewnej konsolidacji Irańczyków w obliczu amerykańskiego ataku, nadal spora część obywateli kraju kontestuje własny system polityczny.
„Grzebią kogoś, kto jest odpowiedzialny za styczniowe masakry. Rodziny ofiar, które straciły własne dzieci, były traktowane [przez władze] okropnie” – powiedział „New York Times’owi” podczas uroczystości pogrzebowych 28-letni Mahzad.
Mahzad mówi o styczniowych antyrządowych protestach, które zostały krwawo stłumione przez władze kraju. W tym samym tekście 45-letni Mehdi mówi:
„Ci sami funkcjonariusze, którzy dziś rozdają jedzenie uczestnikom pogrzebu, kilka miesięcy temu strzelali do naszej młodzieży, w dokładnie tym samym miejscu”.
Wielki publiczny pogrzeb to pokoleniowe, ale jednorazowe doświadczenie. Władzy udało się zorganizować go tak, by był efektowną demonstracją poparcia ze strony części społeczeństwa. W zarządzaniu państwem pozostają jednak poważne wyzwania – problemy, które sprowokowały Irańczyków, by wyjść na ulice w styczniu, pozostają, a część z nich – jak bezrobocie i inflacja – tylko się pogorszyło.
Pozostaje jeszcze kwestia wojny, którą teoretycznie zakończyło wstępne porozumienie (memorandum of understanding) podpisane 17 czerwca. Ale Iran i USA de facto tkwią w stanie, którego nie można w pełni nazwać ani wojną, ani pokojem.
W trakcie uroczystości pogrzebowych Chameneiego doszło do najpoważniejszej wymiany ognia od kwietniowego zawieszenia broni. W największym skrócie: w środę Amerykanie uderzyli w cele w Iranie. Miała to być odpowiedź na ataki Iranu na statki w cieśninie Ormuz. Wstępne porozumienie zakłada stopniowe przywrócenie przedwojennego ruchu w cieśninie. Ale brakuje mu szczegółowych ustaleń. Te miały być przedmiotem dalszych negocjacji. Ich elementem jest jednak też przeciąganie liny i sprawdzanie oponenta.
A Iran nie chce oddać kontroli nas cieśniną. Więc napięcia w tym wąskim przesmyku morskim między Iranem a Omanem nigdy nie ustały. Ich zwiększenie dotychczas zwykle oznaczało, że negocjacje idą opornie, przez co rozmowę prowadzono za pomocą rakiet i dronów. Ostatecznie Amerykanie podali, że uderzyli w 170 celów w Iranie, głównie na południu kraj, na wybrzeżu. W porcie w mieście Czahabar silnie uszkodzili wieżę kontroli ruchu morskiego. Irańczycy twierdzą, że Amerykanie trafili też infrastrukturę kolejową na północy kraju, by utrudnić żałobnikom podróż na ostateczny pogrzeb Chameneiego w Meszhedzie. W odpowiedzi Irańczycy ponownie uderzyli w kilka arabskich krajów Zatoki Perskiej (Iran uznaje, że kraje te, goszcząc amerykańskie bazy wojskowe, są stroną konfliktu).
Zirytowany Trump na szczycie NATO mówił:
„Sądzę, że to koniec. Nie chcę już mieć z nimi nic do czynienia. To szumowiny. Wiecie, co to są szumowiny? Oni są szumowinami. To chorzy ludzie”.
W postach w mediach społecznościowych dodał kilka tradycyjnych już gróźb o kolejnych atakach i niszczeniu irańskiej infrastruktury.
A potem: cisza. W czwartek 9 lipca ataki ustały. W irańsko-amerykańskiej konfrontacji mieliśmy mniej więcej trzy tygodnie względnego spokoju. Ale wracamy ponownie do wymiany ciosów jako języka dyplomacji.
Co dalej? Tuż po atakach słyszymy, że… rozmowy są kontynuowane. Oczywiście chwilowo nie ma mowy o rozmowach liderów, ale dyplomaci nieustannie próbują ruszyć porozumienie do przodu. Od kwietnia rozmowy między Iranem i USA to permanentny dzień świstaka. Mamy przedłużające się rozmowy, eskalację, wymianę ciosów, następnie kraje trzecie jak Pakistan i Oman robią wszystko, by wrócić do rozmów. A potem te się przeciągają i wracamy do tego samego cyklu. Nie inaczej jest teraz. Znów Pakistańczycy, Saudyjczycy, Turcy i Katarczycy intensywnie dzwonią do USA lub latają do Iranu.
I nieustannie to wyraz tego samego problemu:
i Trump i Irańczycy negocjują z pozycji przekonania o swojej sile i zwycięstwie, obie strony nie gryzą się w język, obie maskują swoje słabości agresywną retoryką.
We wstępnym porozumieniu obie strony dały sobie 60 dni na dojście do pełnej umowy. Od początku był to ambitny i mało możliwy cel. Dziś mija 24 dzień od popisania wstępnej umowy. Jeśli w kolejnych dniach uda się faktycznie załagodzić ostatnie napięcia i wrócić do poważnych rozmów i tak mało możliwe, by w ciągu najbliższych 5 tygodni udało się uzyskać pełne porozumienie, obejmujące jasne zasady dotyczące cieśniny Ormuz i irański program atomowy.
Za chwilę opadnie kurz po procesjach pogrzebowych Chameneiego i po ostatniej eskalacji. Wracamy do punktu wyjścia w opisanym wyżej cyklu rozmów. Wciąż nikt nie wymyślił jak go przerwać i jak stopniowo zwiększać zaufanie pomiędzy stronami, które dziś jest wzajemnie bardzo niskie. A to może oznaczać, że serial pod tytułem „negocjacje” może trwać jeszcze wiele sezonów.
Dziennikarz OKO.press od 2018 roku, współkierownik działu społeczno-gospodarczego (razem z Katarzyną Kojzar). Publikował też m.in. w Res Publice Nowej, Miesięczniku ZNAK i magazynie „Kontakt”. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu, arabistyki na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i historii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Autor reportażu historycznego "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022) o powojennych rozliczeniach wewnątrz polskiej społeczności żydowskiej. W OKO.press pisze głównie o gospodarce i polityce międzynarodowej oraz Bliskim Wschodzie.
Dziennikarz OKO.press od 2018 roku, współkierownik działu społeczno-gospodarczego (razem z Katarzyną Kojzar). Publikował też m.in. w Res Publice Nowej, Miesięczniku ZNAK i magazynie „Kontakt”. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu, arabistyki na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i historii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Autor reportażu historycznego "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022) o powojennych rozliczeniach wewnątrz polskiej społeczności żydowskiej. W OKO.press pisze głównie o gospodarce i polityce międzynarodowej oraz Bliskim Wschodzie.
Komentarze