0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: źródło ilustracji: zrzut ekranu, www.x.com/vahidźródło ilustracji: z...

Dziś nie ma już wątpliwości – zdjęcia z przynajmniej jednej zaimprowizowanej kostnicy są prawdziwe. Pojawiły się nawet w irańskiej telewizji państwowej. Widać na nich chaotyczne sceny, gdzie tłumy chodzą wokół dziesiątek ciemnych worków z ciałami i szukają swoich bliskich.

Niestety na dokładne oszacowanie liczby zabitych w trwających od dwóch tygodni protestach jest zdecydowanie za wcześnie. Na razie Hengaw Organization for Human Rights codziennie publikuje kolejne nazwiska, sylwetki i wizerunki zabitych osób. Inna grupa obrońców praw człowieka, HRANA, mówi o ponad 500 ofiarach śmiertelnych. Na dokładniejsze dane przyjdzie nam jeszcze poczekać.

Jaki interes ma rząd, by ujawniać tak drastyczne sceny?

Ostrzeżenie

Rządzący Iranem mają już gotową opowieść o protestach i wystąpieniach antyrządowych – to sterowana z zagranicy próba obalenia rządu Republiki Islamskiej. Drastyczne obrazy dziesiątek ofiar mają przekonać obywateli kraju, że protesty to zamach na państwo i zagrożenie dla każdego obywatela. I ostrzeżenie: wyjście na ulice może oznaczać śmiertelne niebezpieczeństwo.

Czy w opowieści władzy jest jakieś ziarno prawdy? Faktycznie mamy też doniesienia o zbrojnych wystąpieniach przeciwko rządowi. Trudno jednak uwierzyć w wersję rządu, który wyłącza dostęp do sieci i uniemożliwia międzynarodowym niezależnym dziennikarzom dostępu do kraju. Wiemy na przykład, że z chaosu starają się korzystać beludżyjscy separatyści na wschodzie kraju, przy granicy z Pakistanem. 11 stycznia ich bojownicy zabili kilku funkcjonariuszy państwowych w kolejnych starciach w regionie.

W tak wieloetnicznym państwie groźba separatyzmu zawsze będzie brana pod uwagę, szczególnie w czasach kryzysu. Persowie stanowią dziś 50-60 proc. Irańczyków. Nawet jeśli Kurdowie czy Beludżowie faktycznie będą w próbowali wykorzystać sytuację w ten sposób, to rządzący Iranem mają sporo innych problemów na głowie. A jeden gorszy od drugiego.

Ani kroku wstecz

Strategia irańskiego rządu w odpowiedzi na bieżące wydarzenia na razie jest jasna: ani kroku wstecz, ostra reakcja, wspólny front wobec protestujących i jedna opowieść dla obywateli i dla świata. Kolejny dzień widzimy też spore demonstracje poparcia dla władzy. Od początku eskalacji protestów i wyłączenia internetu to już stały schemat: w dzień demonstrują zwolennicy władzy, wieczorem na ulice wychodzą jej przeciwnicy.

To też sprawna taktyka propagandowa: widzimy starannie wyreżyserowane obrazy tłumów z flagami. W wypadku demonstracji mamy krótkie fragmenty nagrywane często z wewnątrz zdarzeń.

Rząd chce pokazać, że jest w liczebnej przewadze. By to wrażenie osiągnąć, musi jednak swoim przeciwnikom odciąć dostęp do sieci.

Minister spraw zagranicznych i przedstawiciel umiarkowanego obozu reformistycznego Abbas Arakczi mówi wprost: to wojna przeciwko naszemu krajowi. Twierdzi też, że rząd ma dokumenty potwierdzające ingerencję z zewnątrz. Arakczi powtórzył też to, co wcześniej mówili już prezydent Pezeszkian (również centrysta) i sekretarz Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego Ali Laridżani: że protestujący (w nomenklaturze rządu: terroryści) stosują metody Państwa Islamskiego: obcinają głowy policjantom i palą ich żywcem.

Media związane z Korpusem Strażników Rewolucji Islamskiej przekazały, że od 28 grudnia, od początku obecnej fali protestów, zginęło 114 członków różnego rodzaju służb bezpieczeństwa. Podając taką informację, władze dają do zrozumienia, że sytuacja jest poważna. A liczne zdjęcia podpalonych samochodów policyjnych czy budynków związanych z władzami pokazują, że ofiary wśród przedstawicieli irańskiego aparatu bezpieczeństwa faktycznie się zdarzają.

Potwierdzona aktywność protestujących była w niedzielę 11 stycznia niższa w porównaniu do wcześniejszych kilku dni. Analiza Institute for the Study of War mówi o potwierdzonych 22 protestach. Dwa dni wcześniej ci sami analitycy znaleźli dowody na 116 wystąpień. Poruszamy się jednak we mgle – musimy dziś polegać na tym, co przedostanie się przez ścisłą blokadę sieci, która trwa już piątą dobę i nie wiadomo, kiedy się skończy.

Przeczytaj także:

Trump rozważa kroki

Ważne pytanie dotyczy kolejnych kroków Amerykanów. Donald Trump w styczniu co najmniej dwukrotnie groził Irańczykom, że pożałują, jeśli będą zabijali protestujących. Mamy dziś wystarczająco dowodów na to, że tak się stało. Amerykański prezydent robił też już krok w tył, twierdząc, że śmierci są spowodowane paniką tłumu.

Wiemy jednak, że Trump otrzymał już briefing na temat dostępnych dla USA opcji militarnych. Na razie nie oznacza to oczywiście, że amerykański atak z pewnością nastąpi w ciągu kilku następnych dni. Dotychczas nie zaobserwowaliśmy nietypowej aktywności amerykańskiej armii w Zatoce Perskiej na wzór tej sprzed czerwcowego ataku. Ale poziom napięcia jest dzisiaj najwyższy od zakończenia starcia z czerwca 2025.

Widać jednak też ruchy dyplomatyczne, które najprawdopodobniej mają ostudzić napięcie.

W niedzielę 11 stycznia Donald Trump powiedział, że Irańczycy odezwali się do Amerykanów, proponując powrót do rozmów o programie nuklearnym. Amerykański prezydent nie wykluczył spotkania.

Czas na rozmowy?

Tymczasem 10 stycznia w Teheranie gościł minister spraw zagranicznych Omanu Badra ibn Hamada al-Busajdi. Komunikat po spotkaniu jest napisany przezroczystym językiem: czytamy w nim o wzmacnianiu wzajemnych relacji i dobrej współpracy. Jest jednak jasne, że tego typu spotkanie w środku jednego z najpoważniejszych kryzysów Republiki Islamskiej nie odbywa się bez powodu.

Jedną z kluczowych składowych ideologii państwowej Republiki Islamskiej jest antyamerykanizm. A to oznacza, że w większości wypadków z zasady odmawia się rozmów i kontaktów z Amerykanami. To utrudnia kontakty dyplomatyczne, ale ich nie wyklucza. W zeszłym roku, podczas prób rozmów między USA a Iranem przed czerwcową wojną pośrednikiem był właśnie Oman. I omański minister najpewniej przywiózł do Teheranu wiadomości z Waszyngtonu.

Republika Islamska będzie jednak trudnym partnerem rozmów dla Trumpa. Ten przyzwyczajony jest do pokłonów i pochwał, nawet ze strony nominalnych adwersarzy – jak Władimir Putin. Ze strony rządzących Iranem Trump niczego takiego nie może się spodziewać. Na prorządowym wiecu 12 stycznia przewodniczący Madżlesu Mohammad Bagher Ghalibaf prowokująco namawiał Trumpa, by uderzył w Iran i przekonał się, jak zostanie odepchnięty i zniszczony. To stała retoryka rewolucyjnych polityków irańskich. Można ją próbować sprowadzić do irańskiej kultury retorycznej przesady. Ale wiemy dobrze, że Trump prowokacji nie lubi, a kulturowe niuanse go nie zajmują. Amerykańskie media pisały, że jednym z czynników, który wpłynął na decyzję, by rozprawić się z Nicolasem Maduro, były jego publiczne tańce do antywojennych piosenek, odebrane jako prowokacja.

Daleka droga

Jeśli irański rząd pod płaszczem radykalizmu kryje jeszcze jakieś pokłady pragmatyzmu, to dla własnego dobra powinien podjąć rozmowy z Amerykanami. Bo może mu to dać jakąś ścieżkę wyjścia z dzisiejszej trudnej sytuacji. Oczywiście nie będzie to gwarantowany ratunek, bo nie zatrzyma wybuchu niezadowolenia tu i teraz. Ale jednocześnie trudno będzie Iranowi podjąć próbę naprawy sytuacji bez próby zdjęcia sankcji. To one od lat dławią irańską gospodarkę. A fatalne zarządzanie sytuacją wewnętrzną i stawianie na wierność rządowi i ideałom rewolucyjnym kosztem kompetencji ją pogrążyło.

Nagromadzonych dekadami kłopotów nie naprawi się jednymi rozmowami. Nawet gdyby stosunkowo szybko udało się załatwić zniesienie sankcji (Syrii Ahmada asz-Szar’y się to udało, ale nie natychmiast), Irańczycy musieliby uwierzyć, że obecna władza jest w stanie skutecznie przeprowadzić taką transformację. Do tego warunkiem minimum byłoby pozbycie się znienawidzonego symbolu obecnych rządów – rządzącego krajem niemal cztery dekady Alego Chameneiego.

Zużyte elity

A nawet po poświęceniu przywódcy byłoby to trudne. Kilkunastu członków wspomnianej już Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego to wyłącznie mężczyźni urodzeni w latach 50. i 60. Nawet jeśli któregoś z istotnych dla układu władzy polityków w niej nie ma, to są to osoby z tego samego pokolenia. Wszyscy to rewolucjoniści, którzy uczyli się budowania instytucji państwa i rządzenia podczas dramatycznej dla Iranu wojny z Irakiem, która wybuchła niedługo po rewolucji, trwała osiem lat i pozbawiła życia setki tysięcy osób, głównie młodych mężczyzn.

Elitę państwową połączyła rewolucja i heroiczna obrona przed zewnętrznym atakiem. Razem stworzyli wspólną ideologię, strategię obrony kraju, instytucje nowego państwa.

Dziś wciąż tkwią w latach 80. XX wieku. A świat poszedł do przodu.

Łatwo więc zauważyć, że system Republiki Islamskiej się zużył i nie przejawia zdolności do odnowy. Republika Islamska nie potrafi zaktualizować swojego oprogramowania tak, by móc odpowiadać na nowe wyzwania z 2026, a nie z 1979 roku.

Pryncypialny antyimperializm, który blokował możliwość ułożenia sobie stosunków z Zachodem to jedno. Ale nawet z bliższymi sobie państwami Iran ma dzisiaj niejednoznaczne relacje. Analityk Polskiego Instytutu Studiów Międzynarodowych Marcin Przychodniak przekonuje, że dla Chin Iran staje się coraz mniej istotnym partnerem w regionie Bliskiego Wschodu. Iran jest dziś dla Chin i Rosji (która sama przecież zmaga się z bardzo poważnymi problemami) raczej narzędziem polityki niż partnerem.

Dlatego dziś głównym narzędziem dialogu z obywatelami, jakim dysponuje Republika Islamska, jest siła. To może pozwolić się utrzymać przy władzy jeszcze przez jakiś czas. Nie bez powodu rewolucjoniści stworzyli podwójną strukturę sił zbrojnych. Obok armii (Artesz), istnieją równoważni jej Strażnicy Rewolucji (Sepah). W ramach tej formacji mamy Basidż, prorządową, złożoną z ochotników bojówkę. Strażnicy Rewolucji są formacją ideologiczną, wierną systemowi i przywódcy. Mają swoje osobne struktury, aparat przemocy, własne interesy gospodarcze (np. sieć sklepów spożywczych, które były atakowane przez protestujących).

To poważna przeszkoda na drodze do radykalnej zmiany systemu politycznego, np. na demokratyczny. W Iranie coś się skończyło. Ale okres przejściowy może być długi i bolesny.

;
Na zdjęciu Jakub Szymczak
Jakub Szymczak

Dziennikarz OKO.press od 2018 roku, współkierownik działu społeczno-gospodarczego (razem z Katarzyną Kojzar). Publikował też m.in. w Res Publice Nowej, Miesięczniku ZNAK i magazynie „Kontakt”. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu, arabistyki na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i historii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Autor reportażu historycznego "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022) o powojennych rozliczeniach wewnątrz polskiej społeczności żydowskiej. W OKO.press pisze głównie o gospodarce i polityce międzynarodowej oraz Bliskim Wschodzie.

Komentarze