0:000:00

0:00

Prawa autorskie: Ilustracja: Iga Kucharska / OKO.pressIlustracja: Iga Kuch...

Na taki wynik wyborów czekaliśmy przez całe osiem lat, a z rosnącą nadzieją przez całą wyborczą niedzielę 15 października 2023 roku. Fruwające po sieci „przecieki” wskazywały na przewagę trzech partii prodemokratycznych nad potencjalną acz niepewną parą do rządzenia PiS i Konfederacja. Także twarde dane o frekwencji podawane przez PKW wskazywały na wyższy wzrost – w porównaniu z 2019 r. – mobilizacji województw tradycyjnie anty-PiS, niż tych pro-PiS.

Sondaż przynosi jeden pewny wynik: PiS wygrał, ale zarazem przegrał. W porównaniu z wyborami 2019 r., kiedy zdobył 43,6 stracił prawie 7 pkt proc., wypadł nawet gorzej niż w 2015 r., kiedy tylko wyjątkowy splot okoliczności sprawił, że wynik 37,6 proc. dał mu samodzielną większość.

Wszystko inne jest jeszcze nie do końca pewne.

Wyniki sondażu exit poll podane przez Ipsos wskazują na jednoznaczny sukces opozycji prodemokratycznej, która na trzech listach uzbierała łącznie 53,2 proc. głosów w porównaniu z 43 proc. dla PiS i Konfederacji. To zasadnicza zmiana, bo w wyborach 2015 i 2019 siły prodemokratyczne cieszyły się poparciem tylko 48 i 48,5 proc. głosów.

Sejm wg Ipsos będzie z przewagą opozycji, która razem miałaby 248 mandatów. Przypuszczalny skład Sejmu według modelu analityka Leszka Kraszyny mówi, że trzy partie prodemokratyczne zdobywają trochę mniej – 243 mandaty.

Na pewno można odtrąbić demokratyczny sukces, czyli imponujący rekord frekwencji w wyborach parlamentarnych, wg Ipsos 72,9 proc. To dużo więcej niż w wyborach czerwcowych 1989 r. (62 proc.) i w 2019 r. (61, 74), więcej nawet niż w II turze wyborów prezydenckich 2020 (68,18 proc.).

To jeszcze nie są wyniki, czyli jeszcze się tak nie cieszmy

Byłoby jednak naiwnością uważać, że rzecz jest rozstrzygnięta.

Wyniki sondażu – pomimo ogromnej próby 90 tys. badanych (po ok. 100 osób odpytywanych przed 900 komisjami obwodowymi) – są obarczone błędem nawet do 2 proc. w przypadku największych partii. Tak naprawdę więc wynik PiS z całą pewnością (dokładniej z 95 procentową pewnością...) mieści się w przedziale 34,8-38,8 proc. a wynik KO – 29,6-33,6 proc.

Nie wydaje się więc możliwe, by KO wyprzedziła PiS.

W najgorszym dla demokratów wariancie PiS z 39 proc. miałby prawie 10 pkt proc. przewagi nad KO, ale nawet wtedy nie mógłby rządzić razem z Konfederacją, i o ile jej wynik byłby taki jak w exit poll.

Ostrożnie trzeba patrzeć zwłaszcza na poparcie PiS. W 2019 r. w eurowyborach Ipsos zaniżył wynik partii Kaczyńskiego aż o 3 pkt proc. (było 45,4 proc. podał 42,4 proc.), bo pracownia nie doszacowała, że wśród osób odmawiających ankieterom udziału w badaniu jest nadreprezentacja wyborców PiS. Od tego czasu Ipsos używa jednak programów, które na bieżąco, w dniu wyborów „uczą się” tego, kto odmawia (korzystając z informacji o wieku, płci i wielkości miejscowości).

Przeczytaj także:

Dla większej pewności trzeba poczekać do sondażu late poll, w którym wyniki sondażu exit poll będą zastępowane przez prawdziwe dane policzone przez komisje obwodowe: najpierw z 50 proc. komisji (powinny być w środku nocy), potem z 90 proc. (powinny być rano w poniedziałek).

Swoje wyniki poda też Obywatelska Kontrola Wyborów (tutaj). Będą oparte na informacjach od społecznych obserwatorów z 1024 komisji wylosowanych ze wszystkich 34 tys. Będzie to zatem de facto late poll, na który trzeba będzie poczekać do końca liczenia głosów w tych komisjach.

Ponadto przeliczenie głosów na mandaty może być nieprecyzyjne. W exit poll w wyborach parlamentarnych 2019 roku Ipsos trafił niemal idealnie w notowania KO (błąd = 0,0 proc.) i PiS (błąd – 0,1 proc.), ale pomylił się właśnie w wyliczeniu mandatów.

Nierówna walka z aparatem władzy

Tak czy inaczej, wynik opozycji jest wielkim sukcesem społeczeństwa obywatelskiego, a także klasy politycznej. I klęską władzy, która z roku na rok traciła jakiekolwiek oparcie w wartościach politycznych, ograniczając się do samym utrzymywania władzy i otwarcie zapowiadając autorytarny kurs w razie wygranej w wyborach.

Sukces opozycji jest tym większy, że stanęła wobec zorganizowanej armii przemocy, kasy i propagandy. Na kampanię partii władzy poszły ogromne środki publiczne, które transferowane przez spółki Skarbu Państwa miały służyć m.in. „promowaniu referendum”. Tymczasem ten prostacki zabieg propagandowy mógł władzy wręcz zaszkodzić. Bezczelność pomysłu i obrażające inteligencję pytania referendalne, dodatkowo zmobilizowały liberalną publiczność, a mogły też wprowadzić w zakłopotanie część elektoratu PiS..

Po stronie władzy stała policja, która zamiast chronić demonstrantów, wciągała ich do suki. Prokuratura była po prostu pałką na opozycję. MEN i kuratoria zastraszały szkoły. Pieniądze publiczne bez żenady rozdawane były fundacjom i mediom prorządowym, katolickim i konserwatywnym (w polskim znaczeniu tego słowa). Mimo deklarowanej neutralności Episkopatu, Kościół katolicki wspierał władzę – co najmniej na poziomie parafii. Może dlatego niedziela wyborcza w TVP była pełna Jana Pawła II. Nie pomogło.

Na całego pracowały też media publiczne produkując – razem z politykami PiS – kolejne kampanie strachu. Zagrożeniem dla polskich interesów i dumy narodowej mieli być Niemcy, Bruksela, Rosja, nielegalni imigranci, a nawet niepokorny prezydent Ukrainy, ale ostatnio zawsze kończyło się na Tusku, bo to Tusk chciał sprowadzić migrantów, żeby gwałcili polskie kobiety, i to z Tuskiem dogadała się Holland (w sensie Agnieszka, a nie kraj, choć i on pobił naszych kibiców). Ta parodia nie jest daleka od tego, jak prostacka była ta propaganda.

Po stronie władzy stały też służby ponurego ministra Mariusza Kamińskiego, które zawsze przez wyborami (także w piątek 13 października) znajdywały „taśmy prawdy”.

I na koniec, bolesna sprawa, czyli naruszenie równości szans w wyborach. Nie były równe, bo media publiczne, które – jakby ktoś zapomniał – powinny „realizować misję publiczną, oferując całemu społeczeństwu i poszczególnym jego częściom, zróżnicowane programy cechujące się pluralizmem, bezstronnością, wyważeniem i niezależnością” służyły PiS na ślepo, z pokorą i podlizywaniem się. W dodatku zablokowanie zmian w ordynacji dawało fory PiS, który łatwiej zdobywa mandaty niż opozycja.

PiS przegrał na depolaryzacji

„Olbrzym się obudził” – wołał Donald Tusk na warszawskim Marszu Miliona Serc, ale to raczej ludzie tacy, jacy są się obudzili, ludzie, którzy „mają dość”. Dokładniej rzecz biorąc, po okresie małej stabilizacji pod znakiem 500 plus i triumfie PiS-u w wyborach 2019 roku, przebudzeniem były protesty kobiet po wyroku Trybunału Przyłębskiej w październiku 2020, ale ruch nie nabrał kształtu politycznego. To wtedy jednak PiS zjechał z sondażowych notowań 40+ na 30+ i już nigdy nie wrócił na tamten poziom, choć trochę się podreperował.

Kluczowe znaczenie miał powrót do polskiej polityki w czerwcu 2022 Donalda Tuska z hasłem, że „nie wygra ten, kto nie wierzy we własne siły”. Z talentem trybuna ludowego (który powinien unikać debat przypominających teleturniej...) przekonywał, że „zwykli ludzie podchodzą i mówią: »Panie, zrób porządek, bo przecież z nimi się nie da wytrzymać«”.

I – uwaga – ten plan się powiódł. Ludzie uwierzyli, politycy uwierzyli. W naszych sondażach uchwyciliśmy wzrost demokratycznych nadziei.

Poszło jednak inaczej, niż miało. Tusk trzymał się koncepcji wyborów jako pojedynku jeden na jeden i polityki jak patetycznego boksu (co miało m.in. uzasadniać obecność Giertycha na listach KO – bo mocny). Temu też służyła opowieść o jednej liście, która chyba nigdy nie była na serio projektem politycznym i stała się raczej sposobem na łajanie partnerów do rządzenia.

Jedna lista była też publicystyczno-sondażową linią kilku ważnych mediów, coraz bardziej oderwaną od realiów. Wołanie o dyscyplinę w szeregach prowadziło do absurdalnych oskarżeń o symetryzm mediów takich jak OKO.press, które wyrażały pogląd, że może lepiej uderzyć na twierdzę prawicowego autorytaryzmu z różnych stron, różnymi oddziałami.

Wyszło na to, że nasze podejście do polityki okazało się bardziej realistyczne.

Wyobraźcie sobie debatę w TVP bez Szymona Hołowni i Joanny Scheuring-Wielgus. Kto wytrzymałby godzinę wzajemnych oskarżeń i licytowania się, kto jest większym tchórzem Morawieckiego i Tuska, niezależnie od tego, że ten pierwszy bredził, a drugi nie. (Bez)partyjni Samorządowcy i Konfederacja zbieraliby punkty. Ile by ich uzbierali? Dużo. Jaka byłaby frekwencja w wyborach? Niska.

Na szczęście dla opozycji Tuska dostrzegł, że rzeczywistość nie chce się go słuchać i zaczął namawiać na głosowanie także na Trzecią Drogę i Lewicę. Zrozumiał, że solo nie wygra, bo nie o to chodzi, by powalić rywala na ringu, ale by przekonać widzów, a oni mają różne upodobania, wrażliwości i doświadczenia.

Im bliżej wyborów, a zwłaszcza po debacie w TVP, rosły notowania Trzeciej Drogi i Lewicy.

Bezradność tłustych kotów

Kampania wyborcza to targowisko emocji. PiS ograniczył się do straszenia. Kaczyński nie potrafił się wytłumaczyć – bo tego nie da się zrobić – ze straty ogromnych środków z KPO. Partia coraz bardziej ograniczała się do defensywy, czego mimowolnym wyrazem był żałosny apel Beaty Szydło, by zamknąć oczy i uszy i głosować na PiS.

KO, na czele z Tuskiem postawiła na patriotyzm biało-czerwonych serc skupiając uwagę na potępieniu moralnym władzy z użyciem ostrych ataków personalnych. W efekcie KO uzyskała prawie 32 proc., o 4 pkt więcej niż w wyborach 2019 i tyle samo (licząc PO i .Nowoczesną razem) co w 2015 roku. Pod koniec kampanii KO próbowała dodać pozytywne elementy programowe w postaci 100 konkretów i i narrację o pojednaniu narodowym, ale dominował ton potępienia i rozliczeń PiS.

Trzecia Droga odwołała się do odruchu niechęci wobec podstawowego sporu PiS – KO i zagospodarowała elektorat środk, który nie znosi PiS, ale nie chciał głosować na Tuska. Talentem wykazała się para liderów.

Lewica umocniła pozycję konsekwentnie odwołując się do kobiet, jako ofiar patriarchalnego, konserwatywnego i katolickiego porządku, najodważniej formułując progresywny punkt widzenia. Joanna Scheuring-Wielgus pokazała przy tym w debacie TV, że jest „normalną kobietą”, matką trzech synów odważyła się nawet na wyznanie, że straciła pierwszego męża w wypadku samochodowym. Lewica okazała się kobietą i na tym wygrała, chowając w cień swoich trzech tenorów. Jednak nie udało się partii zbliżyć do wyniku z 2019 r. (12,6 proc.).

Kontrast liderów opozycji z bezczelnością tłustych kotów i poddziadziałym liderem Jarosławem Kaczyńskim oraz kłamiącym jak z nut premierem, aż bił po oczach.

Po stronie demokracji stanęły silne osobowości, determinacja i ogromna praca tysięcy osób. Propozycja Szymona Hołowni z debaty w TVP, żeby tłuste koty zabierały już swoje kuwety i sobie poszły, znalazła aprobatę rosnącej części społeczeństwa.

Zaczyna się polityka

Jakiekolwiek nie będą oficjalne wyniki wyborów podane przez Państwową Komisję Wyborczą, jedno jest pewne: skończył się czas organizowania życia społecznego przez jednego wodza i jedną partię – Polską rządzić będzie koalicja.

To w każdym możliwym scenariuszu oznacza powrót prawdziwej polityki, o jakiej przez ostatnie 8 lat zdążyliśmy zapomnieć, a która zawiera publiczne ścieranie się racji, poglądów, interesów, negocjacje i kompromisy.

Wszystko to, co wzmacnia demokrację, przypomina wszystkim, że nikt nie ma 100 proc. racji w żadnej sprawie, a prowadzenie spraw publicznych to nie walka dobra ze złem, tylko działanie na rzecz dobra wspólnego.

;

Udostępnij:

Piotr Pacewicz

Naczelny OKO.press. Redaktor podziemnego „Tygodnika Mazowsze” (1982–1989), przy Okrągłym Stole sekretarz Bronisława Geremka. Współzakładał „Wyborczą”, jej wicenaczelny (1995–2010). Współtworzył akcje: „Rodzić po ludzku”, „Szkoła z klasą”, „Polska biega”. Autor książek "Psychologiczna analiza rewolucji społecznej", "Zakazane miłości. Seksualność i inne tabu" (z Martą Konarzewską); "Pociąg osobowy".

Komentarze