„Rząd PiS wydaje 17 mld zł na F-35 i na to nas stać. Stać nas też na przekop Mierzei Wiślanej, na Centralny Port Komunikacyjny, tylko nie na zdrowie” – mówi Kaja Filaczyńska, lekarka i polityczka Lewicy Razem. „Lekarze będą uciekać do prywatnego sektora. A to zła wiadomość dla pacjentów, bo sektor prywatny zajmuje się tylko wycinkiem medycyny"

Jak powinien wyglądać ten dobry scenariusz zmian w opiece zdrowotnej po wyborach?

Do rządu zostaje powołany minister mający posłuch w swoim środowisku. Wspólnie z ministrem finansów ustalają plan zwiększania nakładów na ochronę zdrowia. Ale nie na takiej zasadzie jak do tej pory stosując kreatywną księgowość. I do prac nad strategią reform zapraszają partie opozycyjne, bo wszystkie komitety przed wyborami zgodziły się, że to obszar wymagający współpracy ponad podziałami partyjnymi (…).

A jeśli się to nie uda?

To czeka nas dalsza cicha prywatyzacja opieki medycznej.


O lewicowych planach i pomysłach przeciwdziałanie kryzysowi w ochronie zdrowia OKO.press rozmawia z Kają Filaczyńską, współautorką programu polityki zdrowotnej Razem.


Sławomir Zagórski: Współtworzyła Pani przedwyborczy program lewicy w kwestii ochrony zdrowia. Zaskoczyła Panią wyraźna wstrzemięźliwość PiS w tym względzie?

Kaja Filaczyńska*: Rzeczywiście, PiS mnożył różne obietnice przedwyborcze, a o zdrowiu mówił stosunkowo niewiele.

Kiedy na dwa tygodnie przed wyborami zapowiedziano ogłoszenie „piątki dla zdrowia”, pomyślałam, że zaproponują coś śmiałego, odważnego, a nas zepchną do defensywy. Nic takiego jednak nie nastąpiło.

W piątce znalazł się m.in. wzrost nakładów na ochronę zdrowia.

Tak, ale to gwarantuje ustawa 6 proc. wywalczona na początku 2018 roku przez rezydentów. Została ona niestety tak skonstruowana przez rząd, że faktyczne nakłady rosną znacznie wolniej niż określono w podpisanym porozumieniu. Dziś PiS zapowiada, że na zdrowie w roku 2024 przeznaczy 160 mld zł.

Te 160 mld w pierwszej może chwili robić wrażenie. Ale policzyliśmy to. Biorąc pod uwagę przewidywany wzrost gospodarczy te wydatki będą stanowić zaledwie 5,3 proc. PKB z 2024 roku. To zdecydowanie za mało, by zapewnić obywatelom dostęp do opieki zdrowotnej na europejskim poziomie. W Unii Europejskiej publiczne nakłady na zdrowie są znacznie wyższe.

A polski system ochrony zdrowia jest w zapaści, zamykane są kolejne oddziały szpitalne, brakuje kadr medycznych. Protestują pracownicy, protestują pacjenci. Tę zapaść widać też we wskaźnikach. Skraca się przewidywana długość życia, mamy dużo gorsze wyniki leczenia niż nasi sąsiedzi.

PiS wydaje się tym jednak nie przejmować. Nastawia się chyba na utrzymanie status quo plus łatanie na bieżąco największych dziur. Chyba że dojdzie do jakiegoś większego protestu społecznego.

Zaniepokoiła mnie jeszcze jedna informacja. Mianowicie, że pan Tomasz Grodzki, senator z PO, otrzymał propozycję, żeby zostać ministrem zdrowia w rządzie PiS. To dla mnie bardzo niepokojący sygnał, że wśród polityków PiS nie ma osoby, która chce się zająć naprawą systemu, że PiS nie ma pomysłu jak naprawić dramatyczną sytuację w ochronie zdrowia.

Łukasz Szumowski nie zamierza być dalej ministrem?

Problem z zarządzaniem ochroną zdrowia jest taki, że minister zdrowia ma bardzo ograniczone możliwości przy tak niskim finansowaniu. Jeśli rząd nie przeznaczy więcej pieniędzy na zdrowie, minister będzie miał związane ręce. Da swoją twarz działaniom, które nie rokują na poprawę.

Może minister Szumowski już wie, że dla nowego rządu zdrowie nie będzie priorytetem i być może dlatego nie chce być dłużej twarzą tego ministerstwa. Stąd łapanka osoby, która będzie dalej gasić pożary i świecić oczami za politykę rządu.

Jeśli PiS brałby zdrowie na poważnie, to minister finansów pracowałby ramię w ramię z ministrem zdrowia, żeby pieniądze się po prostu znalazły. W przeciwnym wypadku to po prostu szukanie w obozie politycznym kogoś, na kogo mogliby zrzucić ewentualną porażkę.

Odnoszę wrażenie, że w PiS nie brakuje chętnych na urząd ministra zdrowia. Zagrywka z prof. Grodzkim miała przecież zapewnić partii rządzącej dalszą kontrolę nad Senatem.

A gdzie w tym wszystkim los polskich pacjentów? Gdzie ważne priorytety społeczne?

Kondycja polskiej ochrony zdrowia przez ostatnie 4 lata pogorszyła się, ale pewne rzeczy ministrowi Szumowskiemu udało się jednak poprawić. Mam na myśli zwiększenie naboru na studia medyczne czy wprowadzenie na listy refundacyjne kilku ważnych leków.

Dobrym pomysłem PiS był program bezpłatnych leków dla seniorów i ten kierunek należałoby rozszerzać.

Niestety ostatnie 2 lata w ministerstwie zdrowia to stagnacja i gra na zwłokę do wyborów. O ile Konstanty Radziwiłł miał wizję systemu i pomysły, z którymi można się było zgadzać lub nie, to minister Szumowski nie przedstawił spójnego kierunku reform i mierzalnych celów.

Niezależnie od tego, kto obejmie stanowisko ministra, najważniejsze jest, by skończyć z grą na czas i w pierwszej kolejności znowelizować ustawę 6 proc.

Do tego jednak potrzeba osoby, z którą PiS by się liczył. Takim kimś kiedyś był Religa.

To prawda. Religa był chyba ostatnim ministrem, który otwarcie mówił o konieczności poniesienia składki zdrowotnej.

Ale dziś o takim rozwiązaniu praktycznie nikt nie mówi.

Lewica nie wyklucza tej drogi. W debatach przedwyborczych mówiliśmy, że jeśli chcemy europejskiej opieki zdrowotnej i europejskich wydatków, to to może być konieczne.

Dlaczego tak późno doszliście do tego wniosku?

Potrzebujemy poważnej debaty publicznej, żeby wprowadzić taką zmianę. Bo przecież ludzie już teraz płacą za ochronę zdrowia więcej niż składka – coraz więcej płacimy z własnej kieszeni.

W kampanii mówiliśmy zarówno o zwiększeniu dopłaty z budżetu jak i o podniesieniu składki zdrowotnej. Ale to rozwiązanie musi być mądrze skonstruowane. Opowiadamy się za rozwiązaniem hybrydowym. Tzn. zwiększona składka zdrowotna plus dopłata z budżetu.

Sam system budżetowy jest ryzykowny, bo może być tak jak w Wlk. Brytanii, kiedy Torysi doszli do władzy i zmniejszyli wydatki budżetowe. Składka daje tu więcej niezależności od rządzących, ale zależy z kolei od liczby pracowników. Dlatego najbezpieczniejsze wydaje się nam wspomniane rozwiązanie hybrydowe.

Ale to fakt, że w kampanii wyborczej pod względem podnoszenia składki zdrowotnej bardziej odważni byli przedstawiciele związków zawodowych, którzy przekonywali o konieczności zwiększenia składki i namawiali wszystkie komitety do zajęcia jasnego stanowiska w tej kwestii.

Co nas czeka w pierwszych miesiącach najbliższej kadencji?

Lewica szykuje ustawę o lekach za 5 zł. To nasz sztandarowy postulat, który spotkał się z bardzo dobrym przyjęciem i tę ustawę będziemy składać. Nasi posłowie i posłanki będą się starali przekonać do niej większość parlamentarną.

Jak Pani ocenia szanse powodzenia tego przedsięwzięcia?

Na razie trudno powiedzieć. Poczekajmy na powołanie rządu. W poprzedniej kampanii PiS mówił o limicie współpłacenia, zapowiadał darmowe leki dla kobiet w ciąży. Do tej pory opozycja sejmowa nie rozliczała PiS-u z tych zapowiedzi. My nie tylko będziemy ich punktować, ale będziemy zgłaszać konkretne projekty ustaw, które poprawią dostęp do leczenia dla pacjentów i pacjentek.

Jakie byłyby koszty tej ustawy?

Ok. 6 mld rocznie. W skali budżetu to nie są duże pieniądze. Ponadto one przyniosą też inne korzyści. Przede wszystkim pacjenci będą w większym stopniu przyjmować leki regularnie. Dziś osoby chore często nie wykupują leków, bo ich na to nie stać. To grozi pogorszeniem się stanu zdrowia, powikłaniami, niepotrzebnymi hospitalizacjami. A to wszystko kosztuje. My zwykle nie rozmawiamy o kosztach pośrednich, kosztach ukrytych. Tak jak lepiej jest płacić za profilaktykę, za badania przesiewowe, tak trzeba dobrze leczyć choroby przewlekłe. Żebyśmy nie mieli np. tylu amputacji stóp cukrzycowych co dziś.

O co jeszcze będzie walczyć lewica w Sejmie?

O wzrost nakładów na zdrowie. Bez tego nie ruszymy z miejsca.

Przypominam, że cały czas trwa protest lekarzy wypowiadających klauzulę opt-out. Najbardziej dotkliwe konsekwencje tego protestu spodziewane są w grudniu 2019. Do tego dochodzą diagności laboratoryjni, fizjoterapeuci, ratownicy medyczni. Wszyscy są zmęczeni. Wydaje mi się, że PiS nie będzie miał wyboru i pod wpływem nacisku społecznego będzie musiał się zająć zdrowiem. Wolałabym, żeby sytuacja nie była aż tak dramatyczna, żeby zrobili to z własnej woli, ale na to się niestety nie zanosi.

Jedną z obietnic wyborczych lewicy było zwiększenie liczby lekarzy o ponad 50 proc. w ciągu najbliższych 6 lat. Jak to osiągnąć?

Zwiększając nabory na studia. Podnosząc pensje. Zwiększając nakłady na zdrowie.

A doraźnie sytuację można poprawić odciążając lekarzy i lekarki od obowiązków administracyjnych.

Tymczasem dziś lekarze specjaliści zamiast przyjąć chorych, często w dyżurce numerują strony historii choroby albo dzwonią, żeby ustalić terminy badań albo transportu pacjentów. Bo z jednej strony mamy za mało kadry, a z drugiej nie szanuje się naszego czasu pracy. Musimy to koniecznie zmienić.

Jak powinien wyglądać ten dobry scenariusz zmian w opiece zdrowotnej?

Do rządu zostaje powołany minister mający posłuch w swoim środowisku. Wspólnie z ministrem finansów ustalają plan zwiększania nakładów na ochronę zdrowia. Ale nie na takiej zasadzie jak do tej pory stosując kreatywną księgowość. I do prac nad strategią reform zapraszają partie opozycyjne, bo wszystkie komitety przed wyborami zgodziły się, że to obszar wymagający współpracy ponad podziałami partyjnymi.

To wymagałoby zmian w budżecie na 2020 rok.

A sądzi pan, że to niemożliwe?

Rząd PiS wydaje 17 mld zł na F-35 i na to nas stać. Stać nas też na przekop Mierzei Wiślanej, na Centralny Port Komunikacyjny, tylko nie na zdrowie. Uważam, że to jest myślenie, które powinno trafić do kosza.

Teraz PiS ma niski deficyt budżetowy. Chwali się dobrą sytuacją gospodarczą. To jest właśnie ten moment, w którym można zrobić odważny ruch.

A jeśli się to nie uda?

To czeka nas dalsza cicha prywatyzacja opieki medycznej. Niskie nakłady, takie przyduszanie i tłamszenie systemu sprawiły, że naturalnie tworzą się prywatne alternatywy. Pacjenci korzystają z tej formy usług, przyzwyczajają się do tego.

Jeśli jakieś usługi publiczne działają źle, tak jak ochrona zdrowia w Polsce, to trudniej o nacisk społeczny w jej obronie. Łatwiej jest wprowadzić prywatyzację i wmówić ludziom, że jak sprywatyzujemy, to wszystko będzie dobrze.

Jarosław Kaczyński w kampanii zapewniał, że zadaniem PiS jest zapewnienie równego dostępu do ochrony zdrowia dla wszystkich Polaków.

Powtórzę po raz kolejny – jeśli nie zwiększymy wyraźnie nakładów na zdrowie nic z tego nie będzie. Lekarze będą uciekać do prywatnego sektora. A to zła wiadomość dla pacjentów, bo sektor prywatny zajmuje się tylko wycinkiem medycyny. To też pogłębi nierówności w dostępie do ochrony zdrowia.

Polacy zdają sobie sprawę w jak złym stanie jest cały system?

Świadomość społeczna w tej kwestii bardzo się ostatnio zmieniła. Zmienił się sposób, w jakim mówimy o ochronie zdrowia, wzrósł poziom debaty publicznej.

Proszę zwrócić uwagę, że wszystkie partie polityczne deklarowały wzrost nakładów na publiczną ochronę zdrowia. Ludzie wiedzą, kim są rezydenci, wiedzą, że mamy za mało lekarzy. A jak rozmawiam z pacjentami, również z wyborcami PiS, to nikt nie mówi, że jest dobrze. Zwolennicy PiS mówią, że było za mało czasu, by to poprawić, że jedna kadencja to za mało, ale zmian chcą wszyscy. Widać to w badaniach.

Według sondażu IBRiS dla „Dziennika Gazety Prawnej” i RMF FM, gdzie pytano o najważniejsze wyzwania dla nowego rządu aż 81,2 proc. badanych wskazało, że priorytetowa jest ochrona zdrowia.

Na koniec pytanie z trochę innej beczki. 28 września 2019 z okazji Dnia Bezpiecznej Aborcji nagrała Pani krótki filmik w Internecie na temat praw kobiet. Jak Pani zniosła hejt, który się na Panią wylał po jego emisji?

Skala i ilość reakcji zaskoczyła mnie. Głównie dlatego, że w filmie nie powiedziałam niczego kontrowersyjnego. Życzyłam kobietom w Polsce prawa do bezpiecznej aborcji, co przecież wszędzie poza Polską jest standardem. To my mamy bardzo radykalne i opresyjne prawo. Mówiłam też o wspieraniu kobiet i wspieraniu rodzicielstwa.

Pierwszy raz hejt spadł na mnie w takim natężeniu. Kolega z partii zaproponował pomoc w moderowaniu komentarzy, część zgłoszono za groźby i naruszenia regulaminu. A ja wyłączyłam powiadomienia i większości nawet nie czytałam.

Wiele młodych kobiet pisało do mnie, że dziękują za zabranie głosu, a takie wsparcie znaczy sto razy więcej niż bezmyślny, anonimowy hejt.

*Kaja Filaczyńska jest lekarką w trakcie specjalizacji z endokrynologii. Ukończyła Uniwersytet Medyczny we Wrocławiu. Współtworzyła program polityki zdrowotnej Razem. Zabierała głos m.in. w sprawie dostępu do opieki ginekologicznej na wsiach i zapewnienia bezpiecznej antykoncepcji. Uczestniczyła w proteście rezydentów.

Przychodzi OKO do lekarza...
Chcesz, byśmy nadal pilnowali zdrowia Polaków?

Biolog, dziennikarz. Zrobił doktorat na UW, uczył biologii studentów w Algierii. 20 lat spędził w „Gazecie Wyborczej”, założył tam dział nauki i napisał ok. 1000 tekstów. Niedawno przepracował 3,5 roku w Ambasadzie RP w Waszyngtonie zajmując się współpracą naukową i kulturalną między Stanami, a Polską. W OKO.press redaguje i pisze.


Komentarze

Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press