Prawa autorskie: Dawid Zuchowicz / Agencja Wyborcza.plDawid Zuchowicz / Ag...
26 maja 2022

Finanse publiczne i dług Polski. Czy naprawdę za chwilę staniemy się „drugą Grecją"?

W niespokojnych czasach więcej mówi się o zadłużeniu Polski. W mediach wraca więc ponure proroctwo: będziemy drugą Grecją. Tymczasem Polska ma swoje, unikalne problemy ekonomiczne. Porównania do Grecji raczej zaciemniają ich obraz niż cokolwiek tłumaczą

Ile razy słyszeliście, że Polska lada chwila stanie się „drugą Grecją”? U każdego, kto choć trochę pamięta to, co stało się z grecką gospodarką po 2010 roku, taki scenariusz musi budzić grozę. W Polskiej debacie ekonomicznej słyszymy to bardzo często.

„Budżetowa »Jenga«. Czy Polska może być drugą Grecją?” – pisali w październiku 2020 Pracodawcy RP.

„Czy Polska może być drugą Grecją?” – pytał na łamach „Rzeczpospolitej” w tym samym miesiącu ekonomista Stanisław Gomułka.

O Grecji mówili też czasem politycy PiS, by zaatakować PO.

„Powinniśmy się cieszyć, przyglądając się Grecji, że nie została spełniona obietnica Donalda Tuska i Platformy Obywatelskiej z września 2008 roku, że Polska wejdzie do strefy euro” – mówił w kampanii wyborczej ówczesny rzecznik PiS, Marcin Mastalerek.

„Polska będzie drugą Grecją? Balcerowicz wskazuje sygnały ostrzegawcze” – brzmi tytuł wywiadu z profesorem Leszkiem Balcerowiczem z 2021 roku.

Balcerowicz: Grecja najbardziej socjalna

Profesor Balcerowicz szczególnie upodobał sobie to odniesienie. Były wicepremier w swojej opowieści o "drugiej Grecji" mówi o nadmiernych wydatkach socjalnych, które mają doprowadzić do katastrofy. 8 maja na Twitterze napisał:

„Dla wierzących socjalistów liczą się głównie prawa socjalne. No to przypomnę, że w PRL było mnóstwo praw socjalnych, a mało towarów i wolności.

A w UE najbardziej socjalny kraj to Grecja
Oceń wypowiedź
PrawdaFałsz
Twitter,08 maja 2022

„Najbardziej socjalny kraj” to niezbyt konkretne sformułowanie — być może ograniczenia Twittera nie pozwalają na większą precyzję. Ale trudno jest nam znaleźć interpretację tej wypowiedzi, przy której byłaby ona prawdziwa.

Eurostat zbiera statystyki na temat wydatków na ochronę socjalną (social protection). W przyjętej przez organizację definicji ochrona socjalna to wszelkie interwencje państwowe lub prywatne, które mają uchronić gospodarstwa domowe przed obciążeniem [finansowym] w wyniku ryzyka lub realizacji podstawowych potrzeb. Wyróżnionych jest osiem grup takich ryzyk i potrzeb:

  • Choroba/ochrona zdrowia
  • Niepełnosprawność
  • Starość
  • Utrata najbliższych
  • Rodzina/dzieci
  • Bezrobocie
  • Mieszkanie
  • Inne wykluczenie społeczne

Spójrzmy na wydatki na zabezpieczenie socjalne w euro na osobę według Eurostatu. Grecja jest tutaj 16. w całej Unii w 2019 roku z wydatkami w wysokości 4,3 tys. euro na osobę rocznie. Dla porównania, średnia unijna to 8,8 tys., osiem krajów wspólnoty przekracza 10 tys. euro. W Polsce to 3 tys. euro. Pamiętajmy jednak, że Grecja po kryzysie finansowym 2008 została zmuszona do przeprowadzenia radykalnych cięć w wydatkach publicznych, co doprowadziło m.in. do dramatycznego wzrostu bezrobocia. Może w takim razie przed cięciami Grecja była tutaj liderem? Nic z tych rzeczy. Gdy spojrzymy np. na 2005 rok, nie zmienia się wiele. Grecja jest 14., a kwoty dalej są poniżej unijnej średniej.

To jednak wartości nominalne. Mają tę zaletę, że widzimy rzeczywistą walutę, którą znamy – euro. Ale ten minus, że w różnych krajach za tę samą kwotę możemy kupić inną ilość podstawowych produktów. Dlatego Eurostat stosuje też umowną walutę PPS (purchasing power standard, standard siły nabywczej), by ułatwić nam porównania pomiędzy krajami. Tutaj Grecja jest nieco niżej, na miejscu 17., tuż pod Polską.

Jeśli spojrzeć na procent PKB, jaki kraje wydają na zabezpieczenie socjalne, tutaj Grecja również nie jest w czołówce. W 2019 roku wydaje 25 proc., gdy średnia unijna to 28,1 proc. Na czele mamy Francję z 33,6 proc., Polska sporo poniżej średniej - 21,3 proc. (przy czym w niektórych kategoriach wydatków wypadamy wręcz katastrofalnie, bo prawie ich nie ma — tak jest mieszkalnictwem i wsparciem dla bezrobotnych; sporo wydajemy za to na świadczenia rodzinne).

Wydatki na ochronę socjalną w relacji do PKB, Grecja na niebiesko, Polska na czerwono. Źródło: Eurostat., źródło

Grecja ma jednak rzeczywiście jeden obszar ochrony socjalnej, w którym jest jednym z czołowych krajów Europy, jeśli chodzi o wielkość wydatków — emerytury. W tej statystyce (relatywnie do PKB) Grecja jest na pierwszym miejscu od lat, w 2019 roku dogoniły ją Włochy. Wydatki na emerytury stanowią równowartość aż 16 proc. greckiego PKB (średnia dla 27 państw UE wynosi 12,7 proc.). Ale z samych wydatków na emerytury nie możemy wyciągnąć wniosku, że Grecja jest „najbardziej socjalnym” krajem w Europie.

Grecki scenariusz

Co w takim razie rzeczywiście stało się z Grecją?

„Jedną z ważniejszych przyczyn załamania się greckiej gospodarki była utrata zaufania ze strony potencjalnych kredytodawców do oficjalnych statystyk dotyczących długu i deficytu sektora finansów publicznych” – tłumaczy dla OKO.press dr hab. Michał Myck, szef think tanku ekonomicznego CenEA – „Wyjście nieścisłości na jaw i konieczna bardzo istotna korekta statystyk długu, w połączeniu ze spowolnieniem gospodarczym i wysokim długiem publicznym, który przez szereg wcześniejszych lat utrzymywał się w okolicach 100 proc. PKB, spowodowało dalszy szybki przyrost zadłużenia, a problemy strukturalne gospodarki okazały się na tyle poważne, że z kryzysu trudno było Grecji wyjść zwiększając tempo wzrostu. Dalsze problemy gospodarcze w kolejnych latach to już konsekwencje z jednej strony narzuconych wymogów fiskalnych, a z drugiej niskiej produktywności greckiej gospodarki”.

Zadłużenie Grecji i zadłużenie Polski

Poważnym problem Grecji był wysoki poziom zadłużenia. A to przede wszystkim dług publiczny sprawia, że część komentatorów ekonomicznych straszy nas „drugą Grecją”. Skorzystajmy tutaj z danych OECD, które dług liczą nieco inaczej niż np. metodologia polskiego rządu czy Eurostatu. Nie będziemy w te różnice metodologiczne wchodzić, bo nie jest to istotne — dane OECD są zasadniczo odporne na praktykowane przez polski rząd sztuczki z wypychaniem zadłużenia w różnego rodzaju fundusze jak Fundusz Przeciwdziałania COVID-19.

Najważniejsza jest skala różnic. Spójrzmy na wykres od 1995 roku:

Oficjalne zadłużenie Grecji zawsze było znacząco wyższe od Polskiego. Grecy — z pomocą lekkomyślnych pożyczkodawców — uzbierali tego długu sporo.

"Grecki dług, choć wysoki, nie był aż tak wysoki jak na historyczne standardy. Tym, co zamieniło greckie kłopoty w zadłużenie w katastrofę, była niezdolność Grecji, za sprawą Euro, do zrobienia tego, co zwykle robią kraje z dużymi długami: owszem, narzucenia oszczędności fiskalnych, ale też zrównoważenia tego łatwymi pieniędzmi" - pisał ekonomista prof. Paul Krugman, który na łamach New York Times przez lata opisywał grecki kryzys (krytykował przy okazji straszenie "drugą Grecją" w USA, pisał: "Ten tłum od »Jesteśmy Grecją!« ma naprawdę niezwykłe osiągnięcia, jeśli chodzi o prognozy ekonomiczne: mylił się we wszystkim, rok po roku, ale nie chce uczyć się na swoich błędach".)

W tekście o przyczynach greckiego kryzysu w Spider’s Web dziennikarz ekonomiczny Rafał Hirsch podsumowywał:

„Grecja weszła do strefy euro i to jeszcze w fatalnym momencie szczytowego euroentuzjazmu. Wchodząc tam, pozbawiła się możliwości reagowania na przyszłe kryzysy stopami procentowymi i kursem walutowym, zostawiając sobie w zanadrzu tylko ewentualne manewry polityką fiskalną, czyli podatkami i deficytem budżetowym”.

W przypadku deficytu Grecy oszukiwali opinię publiczną i europejskie ciała kontrolne. W przypadku podatków zawsze mieli problem z ich ściąganiem. Według danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego w latach 1999-2010 (czyli przed kryzysem) grecka szara strefa stanowiła 27 proc. PKB, w porównaniu do 20 proc. średnio w innych bogatych krajach.

Polska jest daleko od sytuacji, w której kilkanaście lat temu znalazła się Grecja. Po pierwsze, ma własną walutę i bank centralny, który może elastycznie reagować na kryzysy. Po drugie — dużo niższy dług publiczny. Po trzecie, lwia część naszego zadłużenia to dług wewnętrzny, który nie tworzy tak wielkiego ryzyka. O tych czynnikach pisaliśmy m.in. tutaj:

Nie znaczy to, że z Polską gospodarką wszystko jest ok — wrócimy jeszcze do tego pod koniec tekstu.

Okładka z „drugą Grecją”

Tymczasem spójrzmy na inny, świeży przykład użycia figury „drugiej Grecji”.

Na okładce pierwszego majowego „Newsweeka” widzimy premiera Mateusza Morawieckiego i prezesa NBP w tradycyjnych, greckich strojach, razem z osiołkiem. Pod nimi pytanie: „Czy zrobią z Polski drugą Grecję?”

A do tego krótkie zdanie: „Przez dwa lata Polacy zbiednieli dwa razy bardziej niż mieszkańcy strefy euro, ale NBP wciąż nie panuje nad inflacją, a PiS zamiata rekordowe zadłużenie państwa pod dywan. Jak to się skończy?”

Skąd się bierze tak mocne stwierdzenie? W okładkowym tekście Newsweek cytuje dr. Sławomira Dudka.

„Ludzie powinni dostrzec, że w dwa lata od rozpoczęcia drukowania pieniądza przez NBP i po wejściu ustaw zwanych piątką Kaczyńskiego, wypłaty emerytalnych trzynastek i czternastek oraz wszystkich wymyślonych przez rząd tarcz inflacja w Polsce wzrosła o 17 proc. A w strefie euro o 9 proc. To oznacza, że nasze społeczeństwo dwa raz bardziej zubożało” - mówi główny ekonomista FOR.

Wysoka inflacja nie zawsze idzie w parze z ubożeniem

Problem w tym, że inflacja nie jest równoznaczna z ubożeniem, a dokładnie to sugeruje Dudek. Inflacja to uśredniony dla przeciętnego gospodarstwa domowego wzrost cen. Trudno powiedzieć na jego podstawie, o ile społeczeństwo się bogaci lub ubożeje – trzeba wziąć też pod uwagę pensje (o nich więcej za chwilę), majątki i ew. dochód z nich, oszczędności.

Jeżeli liczymy inflację przez ostatnie dwa lata, najnowsze dane, jakie możemy uwzględnić, pochodzą z marca. W ten sposób otrzymamy skumulowany wskaźnik wzrostu cen pomiędzy marcem 2020 a marcem 2022. To też skumulowana inflacja od początku pandemii i początek tego, co Sławomir Dudek nazywa „drukowaniem pieniądza przez NBP”. (O tym, dlaczego to nie najlepsze ujęcie problemu mówił w wywiadzie z OKO.press dr Wojciech Paczos). Według Eurostatu taka skumulowana inflacja w strefie euro wynosi 8,8 proc., a w Polsce 15 proc. To nieco inne proporcje niż te, które podaje dr Dudek - nawet jeśli rzeczywiście byłaby to miara ubożenia, nie można byłoby powiedzieć, że "zubożeliśmy" dwa razy bardziej.

Korzystamy tutaj z eurostatowej inflacji HICP w marcu 2021 i marcu 2022, nie wiemy dokładnie z jakich liczb i założeń korzystał dr Dudek. Ostatecznie różnice w danych są minimalne. Ważniejsza jednak jest ich interpretacja.

Istotny jest bowiem wzrost płac. Eurostat nie podaje średniej płacy we wszystkich krajach i strefie euro, nie jesteśmy więc w stanie wyliczyć realnego średniego wzrostu wynagrodzeń pomiędzy marcem 2020 a marcem 2022. Ale jesteśmy w stanie sprawdzić, jak wzrosły zarobki między 2020 a 2021 rokiem. Eurostat podaje m.in. dane dla rocznych zarobków netto dla różnych typów rodzin. W przypadku rodziny z dwójką dzieci, gdzie oboje dorośli zarabiają średnie wynagrodzenie, w Polsce zarobki netto wzrosły w tym czasie o 9,3 proc., w strefie euro o 2,7 proc. Jeśli weźmiemy singla bez dzieci ze średnim wynagrodzeniem, w Polsce mamy wzrost o 6,7 proc., w strefie euro – o 2,6 proc. Podobnie wygląda to w kolejnych kategoriach rodzin i gospodarstw domowych.

W kwietniu 2022 pomimo wysokiej inflacji wciąż mieliśmy w Polsce realny wzrost wynagrodzeń.

Nie znaczy to, że wszyscy wciąż wychodzimy na plus. Podwyżek praktycznie nie ma w sektorze publicznym. Nie wiemy też, co się dzieje w mikrofirmach i wśród samozatrudnionych — bo tych GUS nie bada. Ale zdanie, które zapowiada nam „drugą Grecję” na okładce „Newsweeka”, jest po prostu nieprawdziwe.

Polacy nie Grecy, ale swoje problemy mają

Problemy polskiej gospodarki są w ten sposób banalizowane. Tymczasem mamy przecież powody do niepokoju. Zapytaliśmy dr hab. Michała Mycka o to, czy Polska rzeczywiście ma szansę powtórzyć przypadek Grecji i jak różnią się nasze problemy gospodarcze:

„W przypadku Polski dług publiczny jest jak dotąd zdecydowanie poniżej poziomu przedkryzysowego zadłużenia Grecji, a gospodarka była do tej pory raczej odporna na zewnętrzne szoki gospodarcze. Mamy poza tym stosunkowo silny eksport, a w kryzysowej sytuacji mechanizmy, których Grecy nie mogli zastosować” – mówi dr hab. Myck. Ale przestrzega przed optymizmem – „Jest kilka czynników, które moim zdaniem przyczyniają się do zwiększenia ryzyka gospodarczego załamania: chodzi o kombinację niskiego poziomu inwestycji oraz coraz bardziej niejasnego sposobu prowadzenia polityki fiskalnej.

Silne zewnętrzne tąpnięcie gospodarcze, którego nie można przecież wykluczyć, może błyskawicznie przełożyć się na duży wzrost deficytu i długu, a możliwości manewru w polityce fiskalnej wydają się w takim scenariuszu mocno ograniczone. W takiej sytuacji, po dłuższym okresie niskich inwestycji, nie można wykluczyć wyraźnego gospodarczego hamowania ze wszystkimi jego konsekwencjami.

Margines bezpieczeństwa w polityce fiskalnej jest moim zdaniem wąski i rząd powinien teraz zrobić wszystko, by go poszerzyć, dostosowując swoje decyzje w polityce podatkowo-wydatkowej – byłoby to swoją drogą spójne z wysiłkami NBP w ograniczaniu inflacji”.

Dr hab. Michał Myck podsumowuje:

„Porównanie obecnej polskiej sytuacji do kryzysu w Grecji odbieram na dzień dzisiejszy bardziej jako ostrzeżenie niż prognozę, jest to jednak ostrzeżenie, którego osoby odpowiedzialne za politykę gospodarczą nie powinny ignorować”.

Udostępnij:

Jakub Szymczak

Dziennikarz OKO.press. Autor książki "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022). W OKO.press pisze o gospodarce i polityce społecznej.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne