Prawa autorskie: Krzysztof Ćwik / Agencja GazetaKrzysztof Ćwik / Age...
21 grudnia 2020

Fundusz Inwestycji Lokalnych dla "swoich". Tak PiS uzależnia od siebie samorządy

Publiczne środki na wsparcie samorządów miały wyciągnąć je z kryzysu. Okazuje się, że Fundusz Inwestycji Lokalnych służy przede wszystkim tym, którzy układają się z obecną władzą. A dla PiS jest kolejnym narzędziem ograniczania autonomii samorządowców

Nawet premier Mateusz Morawiecki wielokrotnie przyznawał, że bez silnych władz lokalnych nie uda się odbudować gospodarki nadwyrężonej pandemicznymi restrykcjami. Ostatnie miesiące dla samorządowców były faktycznie katastrofalne - znacząco spadły wpływy, szczególnie z podatków PIT i CIT czy lokalnych opłat (np. transport), a jednocześnie wzrosły koszty związane z przeciwdziałaniem COVID-19 i utrzymaniem usług publicznych.

Według ekspertów kurczące się budżety samorządowców to prosta droga do klientelizmu i utraty ich niezależności. Łatanie dziur coraz częściej opiera się bowiem na przyjmowaniu dotacji celowych z budżetu państwa, a te - jak pokazuje przykład rządowego funduszu na wsparcie inwestycji - są nieprzejrzyste i uznaniowe. Co to oznacza?

Fundusz dla "naszych"

O nieprawidłowościach w Funduszu Inwestycji Lokalnych alarmowały korporacje samorządowe. 16 grudnia 2020, podczas Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego przedstawiły wyliczenia, z których wynika, że druga pula środków (ok. 6 mld z 12 mld zł) nie została przyznana w oparciu o przejrzysty algorytm. Wysokość wsparcia miała być bowiem uzależniona od stanu finansów gminy, powiatu lub województwa. Tym razem z procedury przyznawania środków wyeliminowano automatyzm. Oceną wniosków zajęła się specjalna komisja złożona z przedstawicieli Kancelarii Premiera i trzech ministerstw (Finansów, Gospodarki i Rozwoju). Efekt? Według samorządowców pieniądze popłynęły szerokim strumieniem do "swoich", czyli władz lokalnych, które sprzyjają PiS.

"Najłatwiej zobrazować to na przykładzie 16 województw samorządowych, podzielonych równo na pół: osiem, gdzie współrządzi PiS i osiem, gdzie rządzi opozycja.

Aż 89 proc. środków trafiło do ośmiu regionów współrządzonych przez Prawo i Sprawiedliwość, a 11 proc. - do pozostałych, przy czym 4 województwa wcale nie otrzymały wsparcia. Podział pieniędzy karze więc mieszkańców, którzy »źle wybrali« swoje władze"

Dysproporcje w alokacji środków widać też w zestawieniu wysokości dotacji ze wszystkich gmin w województwie w przeliczeniu na liczbę mieszkańców. Największym beneficjentem jest woj. podkarpackie, dokąd popłynie aż 453 mln zł, co daje 232 zł per capita - na głowę mieszkańca. Dalej są:

  • woj. podlaskie (152 zł per capita),
  • lubelskie (149 zł per capita),
  • świętokrzyskie (136 zł per capita).

Zestawienie zamykają:

  • woj. mazowieckie (91 zł per capita),
  • opolskie (89 zł per capita),
  • lubuskie (84 zł per capita),
  • wielkopolskie (76 zł per capita).

Rząd broni się przed zarzutami twierdząc, że duże miasta - które jak wynika z dotychczasowych prognoz, na pandemii straciły najwięcej, a w których rządzi opozycja - nie są zupełnie pozbawione wsparcia.

Na liście dotacji nie znajdziemy m.in. Warszawy, Lublina, Łodzi, Gdańska, Poznania, Białegostoku czy Kielc. Ale faktycznie, są wyjątki. Pieniądze dostaną np. Bydgoszcz, Radom, Częstochowa, Katowice, Koszalin czy Ruda Śląska.

Jednak sam fakt ich umieszczenia w zestawieniu nie dowodzi, że pieniądze rozdzielane są równo. Gdy przyjrzymy się uważniej, okaże się, że te miasta otrzymały niewielki procent środków, o które wnioskowały.

Dla przykładu: Bydgoszcz chciała uzyskać 485 mln zł na inwestycję, a dostała 25 mln zł, które wystarczą na realizację jednego projektu termomodernizacji. Podobnie jest w Rudzie Śląskiej, której przyznano 12,5 mln zł na inwestycje drogowe.

"Oczywiście cieszy nas każda pomoc, ale trzeba podkreślić, że wnioskowaliśmy o ponad 280 mln zł na 36 projektów. Kryteria podziału są niejasne, a sam sposób wspierania inwestycji poprzez decyzje urzędnika w Warszawie jest zabijaniem samorządności" - mówił w rozmowie z "Rzeczpospolitą" Krzysztof Mejer, prezydent Rudy Śląskiej.

Takich nieprawidłowości, mniej lub bardziej oczywistych, jest więcej.

Jak odkryła "Gazeta Wyborcza" w okręgu ministra Michała Dworczyka lista dotacji jeden do jeden pokrywa się z listą samorządowców, którzy poparli kandydaturę Andrzeja Dudy w ostatnich wyborach prezydenckich.

Dlatego samorządowcy domagają się ujawnienia zasad przyznania środków, a także powołania specjalnego komitetu monitorującego ich podział w kolejnych transzach. Są też jednostki samorządu terytorialnego, które skarżą decyzję do wojewódzkich sądów administracyjnych, a także wnioskują do NIK o przeprowadzenie kontroli.

Związek Miast Polskich poszedł o krok dalej i o nieprawidłowościach poinformował Komisję Europejską.

„Ostatnie doświadczenia w zakresie finansów publicznych skłaniają nas do ponownego postawienia żądania odejścia od uznaniowości w transferach środków publicznych, pozostających w dyspozycji rządu. Kolejne ubytki w dochodach własnych JST są »rekompensowane« wzrastającymi kwotami dotacji celowych, przyznawanych według niejasnych kryteriów, co skutkuje ograniczeniem samodzielności społeczności lokalnych w kształtowaniu rozwoju lokalnego oraz pogłębianiem się patologii kumoterstwa i klientelizmu”

- piszą w liście do KE przedstawiciele miast.

"Samorząd staje się petentem"

Dlaczego przykład Funduszu jest tak groźny? Jak tłumaczy OKO.press dr Adam Gendźwiłł, socjolog, ekspert Fundacji im. Stefana Batorego, jest to kolejny krok w zmianie modelu relacji między rządem i samorządem.

"Podobnie było z Funduszem Inwestycji Drogowych, który ustawił samorządy na pozycji petenta, a nie partnera. Wydaje się, że relacje klientelistyczne wpisują się wizję, którą ma obecny obóz rządzący. Kryteria przyznawania dotacji nie tylko są nieprzejrzyste i nie wynikają z żadnych uzgodnień, ale też nie podlegają kontroli. Dodatkowo, gdy występuje korelacja między tym, kto rządzi w danym samorządzie, a kwotą dotacji, możemy mówić o bardzo niebezpiecznym zjawisku".

Według dr Gendźwiłła prowadzi to w prosty sposób do uzależnienia samorządów (które same mają niezależny mandat demokratyczny) od władzy centralnej.

"Najważniejszym terminem staje się »przełożenie«. Lokalni włodarze, którzy marzą o inwestycji dla swojej gminy, muszą poszukiwać kanałów dostępu do władzy: podróżować do centralnych urzędów, dogadywać się z politykami wyższego szczebla, szukać sobie patronów. A to nieuchronnie tworzy relacje zależności i zobowiązania.

Niektórzy samorządowcy będą tłumaczyć swoim mieszkańcom, że odnieśli sukces dlatego, że mają klucz do tych, którzy rozdzielają środki. A jak ludzie ich ponownie nie wybiorą, to przyszłość lokalnej społeczności będzie niepewna".

Samorządy potrzebują jednak wsparcia. Jeszcze zanim w ich budżety uderzyła pandemia, spadły dochody podatkowe (wskutek reform fiskalnych), a wzrosły koszty utrzymania usług publicznych, czego najlepszym przykładem są wydatki na edukację. Straty budżetów samorządowych nie zostały zrekompensowane, a przyszły nowe obciążenia.

Według dr. Gendźwiłła inwestycje publiczne na szczeblu lokalnym mogłyby pomóc w walce z kryzysem, ale większą swobodę dysponowania środkami powinni mieć samorządowcy. "Nie potrzebujemy centralnego sterowania według niejasnych zasad, wystarczy delegowanie tej odpowiedzialności samorządom".

Udostępnij:

Anton Ambroziak

Dziennikarz i reporter. W OKO.press od 2017 roku. Wcześniej pracował w kulturze i współtworzył trzeci sektor. Za pracę dziennikarską uhonorowany nagrodami: Amnesty International „Pióro Nadziei” (2018), Kampanii Przeciw Homofobii “Korony Równości” (2019). Najchętniej pisze o usługach publicznych i prawach człowieka. Entuzjasta data journalism i human stories

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne