Podczas konferencji prasowej na Florydzie Trump nazwał Benjamina Netanjahu bohaterem. Rozmowy o drugiej fazie zawieszenia broni stoją w miejscu, a Netanjahu najpewniej świadomie je przedłuża. Niemal milion osób w Gazie mieszka w namiotach w fatalnych warunkach życiowych
Donald Trump nie ma najlepszego zdania o Gazie. „To straszny bałagan, tak było przez wieki, naprawdę, tak było od bardzo dawna. Zdaje się, że Gaza jest na to skazana, ale my to naprostujemy” – powiedział amerykański prezydent po spotkaniu z Benjaminem Netanjahu na Florydzie 29 grudnia 2025 roku.
Czy Gaza faktycznie jest w dramatycznym stanie od wieków? Faktycznie istnieją miejsca na świecie, gdzie gospodarcze zacofanie ma bardzo długą historię. Gaza nie jest takim przypadkiem
Nie podejrzewamy Donalda Trumpa o posiadanie wiedzy o historii Palestyny czy Imperium Osmańskiego. Miasto Gaza i cała okolica nie zawsze przypominały gruzowisko, w które obróciła je izraelska kampania militarna przeciwko Hamasowi. Przez cztery wieki istnienia Imperium Osmańskiego Gaza miała swoje wzloty i upadki. Ale długo była przyzwoicie prosperującym miastem portowym, stolicą sandżaku, czyli mniejszej jednostki administracyjnej imperium. I częścią większej całości – miastem połączonym siecią dróg z innymi ośrodkami w regionie.
To, że Gaza ma problemy gospodarcze nie tylko po październiku 2023, ale przez wcześniejsze lata i dekady, wynika przede wszystkim z izolacji. To od lat zamknięta enklawa, kontrolowana przez niechętny jej Izrael. A od 1948 roku nieustannie odcięta od innych ziem palestyńskich i najbliższego otoczenia – czy to pod kontrolą Egiptu, czy Izraela.
Gaza nie była więc – jak próbuje sugerować Trump – skazana na katastrofę. Jej sytuacja to wynik splotu wielu konkretnych decyzji polityków międzynarodowych, regionalnych, a przede wszystkim izraelskich.
Tu wracamy do Trumpa i Netanjahu. Obaj politycy spotkali się w poniedziałek 29 grudnia na Florydzie i wspólnie zademonstrowali bardzo dobre stosunki. Amerykański prezydent nazwał Netanjahu bohaterem i zasugerował, że bez jego przywództwa w czasie wojny Izrael mógłby już nie istnieć. Trump podkreślał, że nie ma problemu z tym, co Izrael robi w Gazie po wejściu w życie porozumienia o zawieszeniu broni. Od tego momentu, od 10 października 2025 roku, w izraelskich atakach zginęło ponad 400 Palestyńczyków. Słowa Trumpa to jasna sugestia, że Izrael ma wolną rękę w działaniach na terenie około połowy Strefy Gazy, która pozostaje pod kontrolą palestyńską. Drugą połowę kontroluje dziś izraelska armia.
26 grudnia serwis Axios pisał, że spotkanie między Trumpem i Netanjahu może być kluczowe dla dalszych losów Strefy Gazy. Według Axios, Netanjahu już dawno stracił zaufanie głównych negocjatorów po stronie amerykańskiej, w tym zięcia Trumpa Jareda Kushnera i jego przyjaciela Steve’a Witkoffa. Izraelski premier ma bowiem wątpliwości do każdej części negocjacji – mapy drogowej rozbrojenia Hamasu, składu międzynarodowej siły pokojowej, roli Turcji. To taktyka dobrze znana tym, którzy obserwowali negocjacje na temat zawieszenia broni przez dwa lata po październiku 2023 roku. Polega na torpedowaniu wszelkich ustaleń i ciągłym przedłużaniu rozmów.
Skoro więc Netanjahu działa w opozycji do amerykańskich negocjatorów, to jego strategia może polegać na tym, jak skutecznie uda mu się przekonać samego Trumpa. Jeśli wspólna konferencja obu polityków jest wyrazem ich stanowisk, to udało mu się to koncertowo.
Obaj przywódcy prezentowali też jedność w podejściu do wymuszonego w październiku przez Trumpa porozumienia co do zawieszenia broni i dalszych kroków ku pokojowi. Dziś jednak bardzo jasno widać ogromne słabości tego porozumienia, co do których wyrażaliśmy wątpliwości już w dniu jego ogłoszenia.
20-punktowy plan Trumpa mówi o drugiej fazie porozumienia, w której władza w Strefie Gazy ma przejść z rąk Hamasu do technokratycznego rządu palestyńskiego ze wsparciem międzynarodowym. Ale nie wymusza na stronach ani dalszych rozmów, ani żadnych terminów.
Tymczasem przez cały 2025 rok obserwowaliśmy wyraźny trend w podejściu Trumpa do konfliktów na świecie. Amerykańskiego prezydenta nie interesują żmudne negocjacje. Trump chce krótkich rozmów, które prowadzą do podpisania porozumienia między dwoma stronami w świetle fleszy oraz pochwał. Co dzieje się dalej – jest dla niego mało istotne.
Tak samo przebiega proces w przypadku wojny w Gazie.
W październiku podpisano porozumienie, które w wielu punktach dotyczących przyszłości było bardzo niekonkretne. Ale doprowadziło do zatrzymania intensywnie prowadzonej wojny i do wymiany zakładników i więźniów. Oraz do wielu hołdów dla Trumpa.
Trzy miesiące po ogłoszeniu planu ludzie w Gazie żyją w fatalnych warunkach, nie wiedzą, co się stanie w najbliższych tygodniach i miesiącach. Nie mogą się dostać do domów, które leżą w części Strefy kontrolowanej przez Izrael.
W wypadku jednego z kluczowych punktów drugiej fazy – rozbrojenia Hamasu – nie ma zgody co do tego, jak tego dokonać. Hamas nie zgadza się na złożenie broni bez gwarancji, że wojna do Gazy nie wróci. W połowie grudnia jeden z liderów Hamasu, Chalid Maszal, powiedział też, że złożenie broni będzie równoznaczne z pozbawieniem ruchu jego duszy.
Mamy więc do czynienia z sytuacją, w której od Hamasu wymaga się rozbrojenia, a w tym samym czasie Izrael atakuje Hamas. Z perspektywy Hamasu trudno się dziwić, że występuje ograniczone zaufanie do obecnych ustaleń i gwarancji. Donald Trump wyznaje jednak bardzo prostą wizję rozbrojenia:
„To będzie dla nich naprawdę, naprawdę złe, i nie chcę, żeby do tego doszło. Ale oni zawarli porozumienie, że się rozbroją. I nie można tu winić Izraela”.
Ponownie – jasny sygnał, że Izrael ma wolną rękę w tym, jak postępować z Hamasem w obecnej, przejściowej fazie porozumienia. A to raczej przepis na powolną eskalację i powrót intensywniejszej wojny.
Przypomnijmy – Izrael według oficjalnej komunikacji rządu prowadził wojnę w Strefie Gazy dwa lata z dwoma celami: by odzyskać zakładników porwanych przez Hamas 7 października 2023 roku i by pokonać Hamas. Pierwszy z celów można było osiągnąć dużo szybciej, za pomocą rozmów dyplomatycznych i wymian zakładników na Palestyńczyków przetrzymywanych w palestyńskich więzieniach. Niemal wszyscy żywi izraelscy zakładnicy, którzy wrócili do domów, zostali uwolnieni w ten sposób (poza kilkoma wyjątkami).
Jeśli więc brać na poważnie wielokrotnie powtarzane przez izraelskich polityków zapowiedzi, że to są dwa główne cele wojny, to jej przedłużanie musiało służyć zwycięstwu nad Hamasem. By ten cel osiągnąć, zginęło według różnych szacunków przynajmniej 70-80 tys. osób. Większość z nich to cywile.
Teoretycznie mamy dziś do czynienia z trwającym już ponad dwa miesiące zawieszeniem broni, choć jest ono regularnie łamane, o czym za chwilę. Najpierw jednak spójrzmy, jak skutecznie udało się Izraelowi zrealizować drugi deklarowany cel wojny. Innymi słowy: po co zginęło tyle osób?
Szybko można odpowiedzieć, że o żadnym ostatecznym pokonaniu Hamasu nie ma mowy. Szalom Ben Hanan, były ważny pracownik izraelskiego wywiadu, powiedział w rozmowie z „New York Times” 8 grudnia, że Hamas został osłabiony, ale nie pokonany. Przekazał też, że według informacji Szin Betu, do których ma dostęp, Hamas dysponuje dziś 20 tys. bojowników. Na początku wojny, w październiku 2023 roku, izraelska armia oceniała, że Hamas dysponuje… 25 tys. bojowników. To oczywiście nie znaczy, że Izraelczycy wyeliminowali tylko 5 tys. bojowników Hamasu. Podczas tak długiej wojny kadry zbrojnego skrzydła Hamasu musiały być wielokrotnie uzupełniane. Zapewne nowi członkowie są gorzej przeszkoleni od swoich poprzedników. Ale jednocześnie trudno nie ulec wrażeniu, że dziesiątki tysięcy ludzi zginęło, by w dynamice między Izraelem a Hamasem nie zmieniło się wiele.
Pomimo otrzymania wielu ciosów, Hamas zachowuje więc dominującą pozycję w tej części Strefy Gazy, którą kontroluje.
A rozmowy na temat drugiej fazy idą bardzo opornie.
Wspólne oświadczenie z 21 grudnia ze strony głównych negocjatorów – USA, Kataru, Egiptu i Turcji – nie podaje żadnych nowych szczegółów. Kraje apelują w nim o przestrzeganie zawieszenia broni. Mediatorzy w rozmowach przekazują, że kolejny krok wymaga ustępstw z obu stron. Tymczasem ton Trumpa podczas spotkania z Netanjahu jest zupełnie inny. Amerykański prezydent chwali Izrael i nakłada presję na Hamas. To również nie pozwala na żaden optymizm co do kolejnych kroków.
Wszystko to dzieje się, gdy kluczowi zainteresowani poprawą sytuacji – Palestyńczycy w Strefie Gazy – dalej cierpią i mają fatalną sytuację humanitarną.
Ponad milion z około dwóch milionów mieszkańców Strefy żyje w nieodpowiednich warunkach, a 850 tys. osób w tymczasowych osiedlach, które są zagrożone zalaniem po opadach deszczu. To dane ONZ.
Obszerny artykuł z „Wall Street Journal” z 13 grudnia opisuje dramatyczne warunki, w jakich żyją dziś mieszkańcy Strefy Gazy. „Wszędzie są kałuże wody, a ścieki się przelewają” – mówił „WSJ” 29-letni Chalaf. „Jest nam cały czas zimno. A teraz moje dzieci są chore”.
„Pomimo poprawy sytuacji, ludność Strefy Gazy nadal doświadcza ostrego braku bezpieczeństwa żywnościowego oraz ostrego niedożywienia. Chociaż pomoc humanitarna, w tym pomoc żywnościowa, uległa zwiększeniu, zaspokajane są jedynie podstawowe potrzeby niezbędne do przetrwania. Kluczowa infrastruktura i usługi – takie jak opieka zdrowotna, uzdatnianie wody oraz systemy sanitarne – nadal są niewystarczające, aby obsłużyć całą populację. Wiele osób wciąż mieszka w prowizorycznych schronieniach, co naraża je na trudne warunki zimowe” – czytamy z kolei w raporcie IPC z 19 grudnia.
30 grudnia Izrael ogłosił, że zawiesza pozwolenie na działanie w Strefie Gazy ponad 30 organizacji humanitarnych, w tym m.in. Lekarzy bez Granic. Zdaniem Izraela organizacje te nie dochowały zasad, które miały uniemożliwić Hamasowi infiltracji tych organizacji humanitarnych. Przedstawiciele organizacji stoją na stanowisku, że zasady, które narzuca Izrael, są arbitralne i uniemożliwiają niesienie niezbędnej pomocy.
26 grudnia brytyjski The Guardian opublikował krótki tekst palestyńskiej pisarki z Gazy, Aji al-Hattab. Czytamy w nim, że autorka cieszyła się, gdy 10 października w życie weszło zawieszenie broni. Ale dziś traci nadzieję na poprawę sytuacji. Od dwóch lat nie widziała swojego narzeczonego, któremu w 2024 roku udało się przedostać do Egiptu.
Z tekstu przebija desperacja i smutek.
„Widzę rodziny mieszkające w zniszczonych domach, w budynkach, które stale grożą zawaleniem. Nie mają wyboru. Wszystko, czego chcą, to dach nad głową, nawet jeśli może on runąć w każdej chwili. A ponieważ jest grudzień, nie mamy już domów, a nasze życie ogranicza się do namiotów, niektórzy z nas dosłownie toną w zimowej wodzie, w błocie – w każdym znaczeniu tego słowa” – pisze al Hattab.
Dziennikarz OKO.press od 2018 roku, współkierownik działu społeczno-gospodarczego (razem z Katarzyną Kojzar). Publikował też m.in. w Res Publice Nowej, Miesięczniku ZNAK i magazynie „Kontakt”. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu, arabistyki na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i historii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Autor reportażu historycznego "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022) o powojennych rozliczeniach wewnątrz polskiej społeczności żydowskiej. W OKO.press pisze głównie o gospodarce i polityce międzynarodowej oraz Bliskim Wschodzie.
Dziennikarz OKO.press od 2018 roku, współkierownik działu społeczno-gospodarczego (razem z Katarzyną Kojzar). Publikował też m.in. w Res Publice Nowej, Miesięczniku ZNAK i magazynie „Kontakt”. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu, arabistyki na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i historii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Autor reportażu historycznego "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022) o powojennych rozliczeniach wewnątrz polskiej społeczności żydowskiej. W OKO.press pisze głównie o gospodarce i polityce międzynarodowej oraz Bliskim Wschodzie.
Komentarze