Prawa autorskie: AFPAFP
02 października 2022

Gen. Bogusław Pacek: Putin może użyć taktycznej broni jądrowej. Nie ustąpi, dopóki stoi na czele państwa

Putin przegrał już dwa pierwsze etapy wojny - oba zakończyły się ogromnymi kompromitacjami Rosji, jej armii i jej prezydenta. Tym razem postawił wszystko na jedną kartę. I się nie cofnie - mówi generał dywizji Bogusław Pacek, były rektor Akademii Obrony Narodowej

"Atak na rurociągi Nord Stream może być świadectwem tego, że Rosja nie ma już złudzeń, że kiedyś nastąpi powrót do względnie normalnych relacji handlowych z Zachodem" - mówi OKO.press generał dywizji Bogusław Pacek, były rektor Akademii Obrony Narodowej. Według Packa może to być jeden z powodów, dla których Putin zdecydował się na dalszą eskalację wojny - ogłoszenie mobilizacji, aneksję okupowanych ziem Ukrainy i sformułowanie nuklearnego szantażu wobec napadniętego przez Rosję kraju .

"Użycie taktycznej broni nuklearnej przez Rosję staje się obecnie jednym z wciąż nie do końca prawdopodobnych, ale jednak realnych scenariuszy. W razie jego realizacji nawet bardziej niż o Ukraińców chodziłoby o Zachód. I o to, by spróbować obudzić w zachodnich społeczeństwach tak silny lęk przed wojną nuklearną, by zmusiło to polityków Zachodu do zakończenia wspierania Ukrainy" - mówi generał Pacek.

„NIEDZIELA CIĘ ZASKOCZY” to cykl OKO.press na najspokojniejszy dzień tygodnia. Chcemy zaoferować naszym Czytelniczkom i Czytelnikom „pożywienie dla myśli” – analizy, wywiady, reportaże i multimedia, które pokazują znane tematy z innej strony, wytrącają nasze myślenie z utartych ścieżek, zaskakują właśnie.

Witold Głowacki, OKO.press: Panie generale, czy możemy już uznać za pewnik, że gazociągi Nord Stream 1 i Nord Stream 2 zostały zniszczone z pomocą ładunków wybuchowych?

Gen. Bogusław Pacek*: Bardzo wiele na to wskazuje, ale jednak to, co wiemy dziś z całą pewnością, to tyle, że nastąpiły eksplozje w łącznie czterech nitkach obu tych gazociągów. Ale poza oceną - notabene rosyjską - że samoistny wybuch gazu w aż czterech nitkach gazociągu w podobnym czasie byłby niezwykle mało prawdopodobny, nie mamy nic więcej. W związku z powyższym dzisiaj opieramy się na źródłach duńskich, szwedzkich i niemieckich, które wskazują nam potencjalnego sprawcę, jednak wciąż opierając się raczej na przypuszczeniach i poszlakach, nie zaś dowodach. Wiemy też, że do wycieków gazu doszło w niedzielę w nocy i poniedziałek, ale zauważone zostało to znacznie później - i dopiero po zachodniej stronie gazociągu - co jest bardzo dziwne.

Dziwne jest też to, że rosyjskie źródła, które powinny podać na temat tych zdarzeń najwięcej danych, nie podają praktycznie żadnych informacji. Po raz chyba pierwszy spotykam się z sytuacją, że rosyjskie źródła cytują w sprawie dotyczącej przecież Rosji wszystkie możliwe wypowiedzi pochodzące z Zachodu - Niemiec, Szwecji, Danii, Stanów Zjednoczonych i oczywiście Polski - natomiast same zachowują się bardzo powściągliwe. Relacjonują tylko same fakty - że nastąpiły eksplozje, że jest wyciek, że potrzebny będzie remont, które może potrwać tyle a tyle. To jest zastanawiające – zwłaszcza w sytuacji, w której poważnie uszkodzony został gazociąg stanowiący rosyjską własność.

W efekcie mamy do czynienia z bardzo poważnym, wręcz bezprecedensowym, jeśli chodzi o skalę skutków atakiem na infrastrukturę krytyczną, ale jednocześnie nie możemy jednoznacznie wskazać sprawcy?

Mamy jedynie źródła, które wskazują nam tego sprawcę na podstawie przypuszczeń, lecz nie dowodów. Typowana jest na przykład 561 Brygada Morska GRU, która stacjonuje w Obwodzie Kaliningradzkim, ale prawdę mówiąc jednostek i podmiotów, które byłyby w stanie tego dokonać jest znacznie więcej.

Zdaje się, że z wojskowego punktu widzenia taka operacja leży w zasięgu możliwości praktycznie każdych sił zbrojnych - a nawet firm prywatnych?

Tak, oczywiście.

Głębokość 70 czy 90 m - bo na takiej leżą w rejonie wybuchów rurociągi - nie stanowi w dzisiejszych czasach jakiejś nieosiągalnej bariery. To, rzecz jasna, zadanie dla wysokiej klasy specjalistów - ale jak najbardziej wykonalne.

Można było umieścić ładunki z pomocą podwodnego drona, mogli też tego dokonać płetwonurkowie z morskich jednostek specjalnych - tacy, jakich mamy w Polsce w FORMOZIE, a Rosjanie we wspomnianej 561 brygadzie i innych podobnych jednostkach. Ale płetwonurkowie o podobnych kwalifikacjach pracują też dla podmiotów prywatnych lub w sektorze PMC (firm najemniczych - przyp. red). I nie wykluczałbym, że to właśnie taki podmiot podjął się realizacji tego działania. Jeszcze bardziej zastanawiające jest jednak co innego.

Co takiego?

Rosjanie mają bardzo zaawansowane systemy monitorujące stan gazociągów i ich bezpieczeństwo - a w żaden sposób nie zaalarmowali świata o eksplozjach. Mają tam czujniki akustyczne, czujniki satelitarne, kamery - cały ogromny system instalowany jeszcze w trakcie budowy. Od początku z myślą, że rurociągi mogą stać się celem ataku lub sabotażu i trzeba temu zapobiegać i przeciwdziałać.

Tymczasem nie powiedzieli nic - zarówno na temat tego, że do eksplozji w ogóle doszło, jak i na temat potencjalnych sprawców.

Rosjanie są tu pierwsi na liście podejrzanych - ale czy aby na pewno wybranie akurat gazociągów jako celu ich ataku byłoby racjonalne? Kreml przestał już liczyć, że kiedyś znów będzie zarabiał na dostawach gazu do Europy? To przecież było poważne źródło rosyjskich dochodów.

Mam tu inne wrażenia. Jestem przekonany, że zniszczenie gazociągów nie jest dla Rosji żadną katastrofą - bo Kreml zdaje sobie sprawę z tego, że prawdziwa katastrofa w zakresie handlu gazem z Europą nastąpiła już znacznie wcześniej. To się nie do końca przebija w naszych mediach, ale przecież m.in. Niemcy, Włochy i Francja ogłosiły, że poradzą sobie bez rosyjskiego gazu, nawet jeśli będzie to oznaczać ogromne problemy. I atak na gazociągi mógł być wyrazem rosyjskiej desperacji.

Niemcy początkowo się ociągały, ale ostatecznie poszły jednoznacznie w stronę uniezależniania się od dostaw gazu z Rosji. Obecnie w rozgrywce energetycznej grają całkowicie przeciwko Rosji - i to nie szczędząc środków. W ostatnich miesiącach Niemcy przejęły z rąk Gazpromu i Rosnieftu znaczną część infrastruktury energetycznej. To przejmowanie następuje metodami biznesowymi - nie politycznymi w rodzaju nacjonalizacji - ale działa na tyle skutecznie, że Rosjanie są obecnie dosłownie rugowani z infrastruktury energetycznej funkcjonującej na terenie Niemiec. Natomiast Niemcy musieli na to wydać ogromne pieniądze, liczone już w miliardach euro. Szacuje się, że tylko jedno z takich przejęć dokonane kilka miesięcy temu przez niemiecką spółkę Gazprom Germania, kosztowało ok. 9,8 miliardów euro.

W Polsce niechętnie to dostrzegamy - ale wydaje mi się, że Niemcy dokonali strategicznego wyboru. I że pójdą dalej własną drogą rozwoju - już bez bratania się z Rosją.

Błyskawicznie znajdują nowe źródła surowców energetycznych, kontraktują dostawy, w ekspresowym tempie budują ogromne zbiorniki na gaz płynny. To kosztuje gigantyczne pieniądze - i tego wszystkiego nie buduje się na rok czy dwa, żeby po zakończeniu wojny znów się poklepać po plecach z Rosjanami. To inwestycje na dekady, które tworzą całkowicie nowe realia.

I sugeruje pan, że Rosja zdaje sobie z tego sprawę - co może sprawiać, że hamulce puszczają?

W mediach wciąż przeważa myślenie, że Rosja nadal marzy o powrocie do business as usual z Zachodem, jeśli chodzi o energetykę, gaz, ropę etc. Ale może wcale tak nie jest? Może Rosjanie ocenili, że nie ma już na to szans? Jeśli przyjrzymy się na przykład rosyjskim kontaktom politycznym i kontraktom z Chinami i Indiami, zobaczymy, że same Indie wykupiły w tym roku od Rosji prawie wszystkie surowce energetyczne, które trafiłyby do Unii Europejskiej. Być może Rosja nie przeżywa aż takiego dramatu, jak sobie wyobrażamy - po prostu dlatego, że znalazła już nowych odbiorców surowców - wprawdzie po niższej cenie, ale jednak względnie pewnych? Putin może mieć pełną świadomość, że ta wojna zakończy się utrzymaniem zachodnich sankcji nie przez rok czy dwa, ale znacznie dłużej. I że Rosja i tak musi się strategicznie przestawić ze swymi rynkami zbytu z Europy na Azję. Bo po prostu w Europie już nic z tego nie będzie.

To tłumaczyłoby motyw ataku na Nord Stream.

Ale wciąż nie mamy tu pełnego obrazu. Jeśli chodzi o atak na Nord Stream, bardzo zastanawiające jest dla mnie to, że Rosjanie nie podchwycili słynnego tweeta Radosława Sikorskiego "Dziękujemy, USA", na poziomie którego można by się po nich spodziewać. Reakcja była intrygująco powściągliwa. Sam myślałem, że skoro dostali taki "argument" do ręki, rozlegnie się wielki wrzask. Ale nie. Owszem - napisała o tym rzeczniczka rosyjskiego MSZ i parę rosyjskich gazet, ale nie zostało to wykorzystane do oskarżenia na wielką skalę przez rosyjską machinę propagandową Stanów Zjednoczonych o dokonanie tego ataku. Stany Zjednoczone też wypowiadają się jak dotąd zastanawiająco oględnie - trochę tak, jakby cała sprawa nie wywoływała u obu stron zbytnich emocji. Bardzo to ciekawe.

Czy po dokonaniu takiego sabotażu państwo, które go dokonało, nie zyskałoby więcej niejako podpisując się pod tym działaniem? Oczywiście nie na poziomie np. oficjalnego oświadczenia Ławrowa, ale w inny dość jednoznaczny sposób? Bo przecież w sytuacji, gdy nie mamy stuprocentowej pewności co do sprawstwa, zawarty w tym akcie sygnał nie jest jednoznacznie czytelny.

Niekoniecznie, bo to jednak sabotaż przeciwko infrastrukturze cywilnej. Akt energetycznego terroryzmu - a zatem działanie, którym niekoniecznie wypada się chwalić - nawet przed krajową opinią publiczną, nie mówiąc już o tej międzynarodowej.

Na długo przed wojną należał pan do tych ekspertów, którzy publicznie formułowali obawy związane z atakami na różnego rodzaju elementy infrastruktury krytycznej - także w związku z rosyjską doktryną wojenną. Czy możemy się spodziewać kolejnych takich ataków - np. na międzykontynentalne linie światłowodowe, czy na przykład satelity?

Tak, możemy.

Te wybuchy mogą być początkiem nowej wojny wypełnionej atakami na infrastrukturę energetyczną dostarczającą gaz do Europy – np. z Bliskiego Wschodu.

Putin wie, że energetyka to wrażliwa dla Zachodu strefa i może tu wiele zdziałać. Ma to bezpośredni związek z najnowszą doktryną, czy może raczej koncepcją działania sił zbrojnych Federacji Rosyjskiej ogłoszoną w 2019 roku na Uniwersytecie Wojskowym w Moskwie przez szefa Sztabu Generalnego generała Walerija Gierasimowa. Ta koncepcja znacząco różni się od doktryny z 2013 roku opartej na idei wojny hybrydowej, "walki o dusze" i działań psychologicznych. Owszem, te wszystkie elementy nadal w niej występują - ale główny nacisk dotyczy teraz działań technologicznych i wymierzonych w infrastrukturę krytyczną - także prowadzonych w cyberprzestrzeni i w kosmosie. Ta doktryna została wprowadzona w życie. Kiedy obserwujemy wojnę w Ukrainie, najczęściej skupiamy się na tym - co naturalne - co dzieje się na linii frontu. Nie dostrzegamy, że Rosja każdego dnia atakuje także obiekty należące do infrastruktury krytycznej Ukrainy.

Na linii frontu wojna wygląda bardzo, ale to bardzo tradycyjnie - nawet wybitni eksperci nie stronią od porównań z II czy nawet I wojną światową. Od działań w kosmosie dzielą ją, hmm, lata świetlne.

Ale w tym samym czasie w głębi kraju rosyjskie wyrzutnie i pociski Kalibr czy Iskander trafiają właśnie w elementy ukraińskiej infrastruktury krytycznej. Nie tylko w magazyny uzbrojenia czy amunicji, lecz także w elektrownie, stacje przesyłowe, urządzenia sterowania ruchem kolejowym, rurociągi, magazyny paliw etc. To bardzo skuteczna strategia, która odpowiednio wdrażana może wręcz rzucić na kolana zaatakowane państwo.

Ukraińskie PKB spadło o około 40 procent - i tylko w relatywnie niewielkim stopniu jest to wynik działań na froncie. Spowodowały to przede wszystkim wielokrotne uderzenia w infrastrukturę krytyczną, które uniemożliwiają prawidłowe działanie całych gałęzi ukraińskiej gospodarki.

Brakuje prądu i paliwa, paraliżowana jest służba zdrowia, systemy łączności, transport. Konieczność zapewnienia właściwej ochrony infrastruktury krytycznej to bardzo ważny wniosek dla krajów Zachodu, w tym Polski - nie tylko dla krajów objętych działaniami wojennymi. Tu musimy sobie zadać zupełnie elementarne pytania - jak to robić oraz kto ma to robić. Bo dzisiaj większość infrastruktury krytycznej ochraniają sami jej właściciele. Widać, że potrzebne są tu działania systemowe – nie tylko w zakresie wykrywania zagrożeń, ale także ich zwalczania. W przypadku ataku nie zrobi tego wobec wszystkich podmiotów cywilnych samo wojsko.

Wojna właśnie wchodzi na kolejny poziom eskalacji - wraz z ogłoszeniem przez Rosji aneksji okupowanych ziem Ukrainy uruchamia się sformułowany już przez Putina nuklearny szantaż. Jak ocenia pan skalę zagrożenia?

Z rosyjskiego punktu widzenia zaczął się trzeci etap wojny po dwóch poprzednich - całkowicie przegranych i zakończonych kompletną kompromitacją Federacji Rosyjskiej, jej armii i jej prezydenta. W trakcie kompromitacji kijowskiej zobaczyliśmy, jak słaba jest rosyjska armia i jak bezsensowny był jej plan na opanowanie Ukrainy. Teraz oglądaliśmy kolejną kompromitację - w obwodzie charkowskim i serię nieco mniejszych, ale również wymownych kompromitacji w obwodzie chersońskim i nawet donieckim, gdzie przecież też zakończyły się wszelkie rosyjskie postępy, a Ukraińcy stanęli do walki jak równy z równym. Rosjanie nie mają żadnego pomysłu na odwrócenie tej sytuacji - przeszli generalnie do obrony i w tej obronie się gubią. Putin zapewne zrozumiał, że prowadząc tę wojnę w dotychczasowy sposób po prostu jej nie wygra. Dlatego przeszedł do trzeciego etapu - w którym rzucił wszystko na jedną szalę.

To desperacja?

W jakimś sensie na pewno. Zdając sobie doskonale sprawę z tego, że Rosjanie źle zareagują na mobilizację - Putin i tak ją ogłosił. Rozumiejąc, jak świat zareaguje na nuklearny szantaż, również go sformułował. Wszystko po to, by podjąć rzeczywiście desperacką próbę zakończenia tej wojny jakimkolwiek sukcesem - a nie byłoby nim samo przyłączenie "republik" Donbasu do Rosji, bo przecież one w oczach Rosjan już do niej od 2015 roku właściwie należały. On potrzebuje tych czterech ukraińskich obwodów - bo w ten sposób może uzasadniać tę niezwykle kosztowną dla Rosji wojnę zdobyciem m.in. "korytarza na Krym", bardzo cennych surowcowo rejonów Donbasu oraz cennych rolniczo ziem Zaporoża i Chersońszczyzny, nie mówiąc już o tym, że na okupowanych terytoriach mieszka około 7 milionów ludzi. I temu ma służyć aneksja. Ale jeśli Putinowi się to nie uda, istnieje i taka możliwość, że sięgnie on po taktyczną broń nuklearną. Z braku jakichkolwiek innych dostępnych narzędzi. Dopóki będzie stał na czele państwa, on - według mnie - nie ustąpi.

Jakie jest tego prawdopodobieństwo?

Użycie taktycznej broni nuklearnej przez Rosję staje się obecnie jednym z wciąż nie do końca prawdopodobnych, ale jednak realnych scenariuszy. W razie jego realizacji nawet bardziej niż o Ukraińców chodziłoby o Zachód. I o to, by spróbować obudzić w zachodnich społeczeństwach tak silny lęk przed wojną nuklearną, by zmusiło to polityków Zachodu do zakończenia wspierania Ukrainy.

Prawda jest też bowiem taka, że Rosjanie nie będą mieli żadnych szans na wygranie tej wojny w sensie militarnym, dopóki Zachód prowadzi dostawy broni, amunicji i surowców dla Ukrainy oraz wspiera ją finansowo.

Osiągnięcie takiego efektu byłoby możliwe?

Popatrzmy, co się dzieje w Czechach, gdzie 70 tysięcy ludzi wyszło na ulice żądając złagodzenia polityki wobec Rosji. Zobaczymy za chwilę, co się będzie działo na Węgrzech. Możemy tu wymienić jeszcze kilka państw, które mogą mieć podobne problemy społeczne, nawet jeśli rządy i elity tych państw są w pełni solidarne z tym, co robią NATO i Unia Europejska.

Gdyby zaś taki atak nastąpił bliżej granic NATO, głęboko na zachodzie Ukrainy - na przykład w celu przerwania łańcuchów dostaw broni, nie jestem też wcale pewien, jak zareagowałyby społeczeństwa tych najbardziej niechętnie nastawionych do Rosji krajów Europy Wschodniej - w tym Polski. Zauważmy przy tym, że wybór przez Rosję tego rodzaju celu jest bardziej prawdopodobny niż użycie taktycznej broni nuklearnej gdzieś na linii frontu – co przecież oznaczałoby ogromne zniszczenia i skażenie na terytorium, które Rosja zamierza okupować. Istnieje tu zresztą i taki scenariusz, że w rosyjskim ataku na zachodnią Ukrainę mogłyby brać także udział siły konwencjonalne – w tym armia białoruska otwarcie już włączona do wojny. Być może to właśnie temu ma również służyć ogłoszenie przez Rosję mobilizacji.

Jaka powinna być więc odpowiedź Zachodu na ewentualność użycia przez Rosję broni nuklearnej?

Nie wejdę w buty mojego dobrego kolegi generała Bena Hodgesa i nie będę proponował konkretnych rozwiązań - jak sformułowana przez niego idea zniszczenia w odwecie Floty Czarnomorskiej. Ale podkreślę, że ta odpowiedź powinna być zbrojna, jednak zdecydowanie oparta na broni konwencjonalnej. Pokrywa się to zresztą z amerykańskimi sugestiami, że byłoby to „niszczące” konwencjonalne uderzenie o katastrofalnych dla Rosji skutkach. Moje obawy wzbudza nie tylko sama możliwość użycia taktycznej broni atomowej – tym bardziej, że może to być atak o bardzo małej mocy przeprowadzony w terenie niezamieszkanym – bardziej po to, by zastraszać, niż niszczyć.

Zastanawiam się jednak, co się stanie po zapowiadanej przez Zachód odpowiedzi. Jeśli ta odpowiedź będzie katastrofalna dla Rosji – to jak Rosja na nią odpowie?

Wtedy – jak łatwo się domyślać – nie będzie to już przecież odpowiedź tylko wobec Ukrainy.

*generał dywizji Bogusław Pacek, profesor nauk społecznych, były komendant Żandarmerii Wojskowej i były rektor Akademii Obrony Narodowej.

Udostępnij:

Witold Głowacki

Dziennikarz, pracował w "Dzienniku" i "Polsce The Times". W Oko.press od 2021 roku. Zajmuje się tematyką polityczną i okołopolityczną.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne