Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Anton Ambroziak, OKO.press: Gender is over – takim tytułem wystawy nie powstydziłaby się populistyczna prawica, choć pewnie rozumiałaby to zupełnie inaczej. Czym się bawicie i z kim tańczycie?

Filipka Rutkowska, artystka wizualna, performerka, historyczka sztuki: Magią dobrych tytułów jest to, że są niejednoznaczne. Mogą jednocześnie brzmieć jak prawicowa propaganda i radykalny lewicowy manifest.

Dla mnie to z jednej strony spojrzenie na ostatnią dekadę, podczas której czuję, że udało się – także w Polsce – zniszczyć choć trochę archaiczne pojęcie płci, które jest opresyjne.

Z drugiej strony tytuł ma też prowokować. To propozycja, żeby zastanowić się, na ile ruch queerowy, po tych intensywnych latach działania przeciwko władzy, wciąż może być świeży.

Przeczytaj także:

Michał Grzegorzek, kierownik Galerii Studio, kurator: Tytuł bezpośrednio odnosi się też do książki, którą Filipka wydaje w HELA Press, a która swoją premierę będzie mieć w czerwcu na naszej wystawie.

Ostatnia dekada faktycznie była rozkwitem queerowej sceny, zarówno społecznie, jak i artystycznie – i to nie tylko w Europie Środkowo-Wschodniej, ale też w Berlinie, Wiedniu, czy Londynie. Jednak polityki tożsamości, czyli walka o to, żebyśmy byli rozpoznani jako gej, trans, lesbijka, osoba niebinarna, osiągnęły przesyt i na wielu płaszczyznach zaczęły ujawniać swoje ograniczenia.

Stają się pułapką wtedy, gdy tożsamość zaczyna być traktowana jako coś zamkniętego i „posiadanego”, zamiast jako coś, co powstaje w relacjach – wtedy przestaje łączyć, a zaczyna wyznaczać granice. W efekcie energia polityczna często przesuwa się z działania i zmiany warunków życia w stronę moralizowania, wzajemnego osądzania czy walki o symboliczną widzialność, co prowadzi raczej do rozproszenia i paraliżu niż realnej sprawczości.

Deklaracja „Gender s over” w tytule, która nie jest ani znakiem zapytania, ani nie ma wykrzyknika, to próba zwrócenia uwagi na nowe zjawiska. Chęć uwolnienia nas z więzienia tożsamości.

Staramy się zastanowić, co się dzieje, gdy opuszczamy szuflady i definicje – czyli gdy zaczynamy szerzej myśleć o świecie. A dzisiejszy świat jest przecież bardzo mocno zdefiniowany przez granice i mury.

Eksperymenty w polu sztuki, w których sprawdzamy, co się wydarzy, gdy jakiś mur burzymy, mogą nas inspirować do tego, żeby potem rozmywać granice w kontekście działań politycznych, czy norm społecznych.

Filipka: Wystawa dotyczy głównie moich aktywności, które rozegrały się w ostatnich latach. Dla mnie to był okres społecznego dorastania, który pokrył się z prawicowym zwrotem w polskiej polityce. Najbardziej intensywny okres mojego tworzenia przypada na czasy rządów Prawa i Sprawiedliwości.

Moje istnienie w queerze i sztuce jest związane z momentem historycznym, w który ludzie masowo walczyli o głos, o widoczność, przestali być rozdrobnieni, co było możliwe także dzięki nowym technologiom komunikacji. Stworzyłam więc wyrazistą postać, byłam nastawiona na ekspansję, bo moim punktem odniesienia było dorastanie w świecie, gdzie queer pozostawał w ukryciu. Chciałam zrobić zatem coś w kontrze. Weszłam do teatru, do publicystyki, do filmu. Było coraz więcej, coraz bardziej kolorowo, coraz głośniej. Tak samo jak o społeczności LGBT+.

Gdy patrzę na młodsze pokolenie, osoby, które mają 15 lat mniej ode mnie, wydaje mi się, że strategie, którymi ja się posługiwałam, dla nich nie są już tak atrakcyjne. Oni uważają, że siła nie jest w wyrazistości, ale w rozmyciu, czy nawet braku widoczności. Mają inny punkt wyjścia niż ja, kiedy byłam nastolatkiem. Emancypacją nie jest obecność, ale zniknięcie.

Ta wystawa ma podsumować moment historyczny, w którym sama uczestniczyłam. Chcę spojrzeć na niego krytycznie. Czy to, co proponowałam ma dziś sens? A może już się zdezaktualizowałam i jestem czymś archaicznym?

To ciekawe, że w opisie czytamy o podsumowaniu dwóch dekad twórczości artystki, która ma...34 lata i zaczęła tworzyć w ostatnich latach.

Michał: Pierwsze prace, które pokazujemy są z 2008 roku – Filipka tworzyła je jako nastolatka. Masz rację, bo przewrotnie staramy się zagrać z typowymi narracjami i narzędziami muzeów, którymi są m.in. retrospektywa, dzielenie twórczości na okresy, porządkowanie i klasyfikacja.

Jest coś żartobliwego we włączaniu w wystawę prac dziecięcych, a zarazem przekraczającego, bo to prace, które powstawały prawdziwie poza rynkiem sztuki, myśleniem koniunkturalnym i normatywnym. Filipka znudzona siedziała na lekcji matematyki i rozwijała swój warsztat w szkolnym zeszycie. Wydaje mi się, że takie działania pozwalają na walkę z kanonem, czyli tym, co w historii sztuki uznaje się za dzieło sztuki, a co nie.

Mechanizm nazywania tego, co jest sztuką, jest w gruncie rzeczy taki sam, jak nazywanie tego, czy ktoś jest kobietą i mężczyzną, migrantem czy obywatelem. Narzędzia są te same – nazwy i definicje służą do ustanawiania pewnego porządku.

Dlatego my chcemy się zastanowić nie tyle, co to znaczy być wielką artystką, ile co to znaczy być artystką-nastolatką. Albo jak być artystką, która nie ukończyła Akademii Sztuk Pięknych, ale działa w ramach instytucji sztuki.

Filipka: Strategia Michała, która rozciąga moją twórczość na dwie dekady, to nie jest sposób na zbudowanie autorytetu, czy poprawienie pozycji rynkowej. Chodzi o to, żeby pokazać mój niewinny okres nastoletni, kiedy byłam no-namem, poza kuratelą i weryfikacją jakiejkolwiek instytucji sztuki.

Co tworzyła 14-letnia Filipka?

Filipka: Długopis i zeszyt towarzyszyły mi całe życie. Na pewnym etapie zaczęły się pojawiać kobiety, rysowałam je obsesyjnie. Pojawiały się też sceny z życia, queerowe fascynacje, o których nikomu nie mogłam powiedzieć. Namiętnie rysowałam szpilki, smukłe kobiece sylwetki z bujnymi włosami, wymyślne stroje, a także wydarzenia ze swojego sekretnego życia – romans z kolegą ze szkoły, pierwsza randka przez internet, burzliwe rozstania.

Rysowałam to wszystko, bo nie miałam komu o tym otwarcie powiedzieć. Traktowałam to jako całkowicie wyalienowany świat. Nie byłam sobie nawet w stanie wyobrazić, że 15, 20 lat później takie tematy będą obecne w Polsce w debacie publicznej, masowo trafią do sztuki, mediów.

Czyli tajemnice.

Filipka: Nie potrafiłam wówczas połączyć mojego życia wewnętrznego z czymkolwiek, co znałam. Wychowałam się w familoku na Górnym Śląsku. Nie wiedziałam, że są osoby na świecie, które mogą mieć podobnie. Chyba nie traktowałam tego jak tajemnice. Nie mówiłam o nich, bo wiedziałam, że w otoczeniu nikt mnie nie zrozumie.

Michał: To okres tajemnic także przed samą sobą. Pracuję z pojęciem queerowego dzieciństwa- te motywy pojawiały się wcześniej na wystawach Karola Radziszewskiego, gdy w dziecięcych rysunkach malował siebie jako kobietę. Albo w pracach Ani Nowak, która pracuje z młodzieżą, grupą społeczną, której tożsamość bywa niezwykle płynna.

Kiedy spoglądamy na własną twórczość z dzieciństwa czy rozpoznajemy w niej siebie? Czy może widzimy w niej kogoś innego? To jest fascynujące napięcie: przyglądanie się czemuś, co stworzyliśmy, a zarazem jakby nie do końca jest nasze. Nie dlatego, że zawodzi nas pamięć ale dlatego, że jesteśmy kimś innym i nie mamy dostępu do siebie z przeszłości.

Jak to było ze sztuką i queerem w dorosłości?

Filipka: Postanowiłam sformalizować swoją relację ze sztuką i poszłam na studia z historii sztuki. Wtedy w ogóle zacząłem uczyć się o kanonie – to było mocne przejście z intymnych doświadczeń pamiętnikowych do instytucjonalnej historii sztuki.

Potem gdy zaczęłam pracę w galerii, miałam codzienny kontakt z porządnie zrobionymi dziełami sztuki. Imponowały mi te wielkie rzeźby, obrazy – żeby tak tworzyć trzeba mieć przestrzeń, możliwości. Ja miałam malutkie, drobne, tanie pamiętniczki.

W końcu postanowiłam, że wejdę w performans. I od tego czasu cały czas coś zmieniam. Jeśli będę żyła 80 lat, planuję mieć jeszcze wiele różnych tożsamości. Sama jestem ciekawa, w jaki sposób ten queer będzie się u mnie objawiać.

Mówicie, że ten ostatni okres, to sztuka powstająca pod wpływem instytucjonalnej przemocy wobec osób queerowych w Polsce. W tym czasie mieliśmy kilka nurtów: budowanie widoczności, mocno złączone z aktywizmem i odbywające się poza instytucjami kultury. Było też budowanie queerowej historii Polski albo eksplorowanie przestrzeni przyjemności. Jak ty widzisz te ostatnie 10 lat?

Filipka: Lubię to, że nie funkcjonowałem w jednym świecie. Byłam w sztuce, w teatrze, w modzie, filmie, teraz – napisałam książkę. To najlepszy dowód na to, że tożsamość jest płynna, a wszystkie te środowiska są otwarte na współprace.

Tylko że każde z tych pól inaczej kupuje queer: moda urynkawia tożsamości, teatr tworzy rekwizyty i romantyzuje.

Filipka: Świat mody widzi magię ubrań, świat sztuki – zawiłe intelektualne praktyki, świat teatru – sceniczność, przebieranie się za kogoś i odgrywanie ról, a film – sensacyjność. Przypominam, że w filmie Małgorzaty Szumowskiej zagrałam scenę seksu w motelu, więc ewidentnie duży ekran potrzebował mięsa. Jak widzisz, traktuję to płynnie, jako zabawę.

A książka jest nasycona intymnością?

Filipka: To autoficka pełna biografii, ale też zbiorowy portret środowiska queer i świata kultury. Dużo się tam obnażam, uwielbiam to robić – obnażyć się, a potem zostawić i uciec. Ludzie zrobią z tym, co chcą, ja nie lubię feedbacków – wiem, co robię i nie czekam na opinię.

Książka spina wszystko, co się do tej pory wydarzyło. Jest oczyszczeniem, pokazuje moje momenty wahania, wątpliwości, że coś mogłam zrobić inaczej.

Michał: Dla mnie ostatnia dekada w polskiej sztuce queerowej jest nasycona performansem. Instytucje były zabetonowane, panowała nieprzychylna atmosfera i nienawistna narracja, więc działania artystyczne musiały się realizować poza klasycznym polem sztuki. Dużo działo się albo wokół protestów, albo na parkietach tanecznych w klubach. Ciało performujące było w centrum zainteresowania – obserwowaliśmy to w sztukach wizualnych, w muzeach i galeriach zainspirowanych performansem, tańcem, choreografią. To wyraźnie widać także w twórczości Filipki.

Patrząc na całość jej twórczości, od 2008 roku i pierwszych rysunków po niedawne performanse, to widzę, jak Filipka stopniowo dochodzi do ostatecznego medium, którym jest jej własna tożsamość. Ona używa jej w taki sposób, jak rzeźbiarze używają gliny, a filmowcy taśmy. Tożsamość jest materiałem plastycznym, z którego może lepić i cały czas przekształcać.

Kiedy wystawia tę tożsamość jak rzeźbę, w określonym świetle i kontekście, może nim manipulować, zaburzać jego oczywistość i – jak sama mówi – nawet „znikać”, podważając ramy, w których się pojawia.

To może jest oczywisty wniosek, ale dla mnie osobiście przełomowy – pomyśleć, o Filipce jak o performerkach totalnych Eva&Adele czy Genesis P-Orridge i Lady Jaye. Wszędzie tam życie staje się narzędziem sztuki, a jej granice są niemożliwe do nazwania.

Filipka: Do tej świadomości, że tożsamość może być medium artystycznym. bardzo długo dorastałam, próbowałem ją uchwycić z rożnych stron. Udało się dopiero gdy zaczęłam pisać książkę, retrospektywę, w której musiałam zmierzyć się z dużą ilością informacji, przetworzyć je i skonsolidować.

W czasach ciepłej wody w kranie, czyli konserwatywno-liberalnych rządów, queer zagościł na salonach – trafia do kolekcji muzeów, włączany jest w kanon, ma szerokie grono odbiorców. Ale traci pazur i wywrotowość. Dlatego szukacie czegoś nowego?

Filipka: Świat sztuki współczesnej z natury jest szybki, głodny nowości. Odruchowo czujemy, że nie można odpoczywać. Musisz mieć odwagę cały czas kwestionować to, co robisz. Zmierzyć się z tym, czy idziesz we właściwym kierunku. Chodzi o wyciskanie ciągle czegoś nowego z pozornie tego samego materiału.

Michał: Zawsze, gdy nasze tożsamości stają się towarem, narzędziem do opowiadania historii np. w muzeum, to bardzo szybko następuje kompromitacja jakiejś idei. W twórczości Filipki próbujemy opowiadać, że mniejsze ma znaczenie, kim jesteśmy, a większe, co i jak możemy zrobić. Niekoniecznie ważne są etykiety, ale nasze działania.

Gdy obserwuję pokolenie najmłodszych queerowych artystów, oni nie opowiadają tak intensywnie o sobie, tylko walczą o głos dla Palestyny na swoich uczelniach. Albo działają w Ostatnim Pokoleniu, które zajmuje się klimatem, przeprowadzając interwencje w przestrzeni miejskiej. Granice między aktywizmem i sztuką, nie pierwszy raz w historii, znów mocno się zacierają.

A może jest tak, że o płci i seksualności, sztuka nauczyła się mówić, ale o innych tożsamościach niekoniecznie? Łatwiej powiedzieć, że twoje zaimki to ona/jej i eksplorować swoje queerowe biografie niż opowiedzieć, że pochodzi się z klasy robotniczej a sztuka to kiedyś dla ciebie była ewentualnie teatralna w podstawówce.

Filipka: Ja intuicyjnie wplotłam w swoją sztukę górnicze pochodzenie, wiedząc, że to jest kolejna ściana. Teraz sztuka queerowa przechodzi ludowy zwrot, ale jeszcze 5 lat temu to był ból.

W swojej twórczości mocno eksplorują wątek tego, że dorastałam w klasie pracującej, nie miałam kontaktu z ludźmi, którzy mogli żyć w taki sposób, że

życie polega na ambicjach, realizowaniu i wyrażeniu siebie.

Klasa robotnicza jest socjalizowana to bycia tanią siłą roboczą – chcesz przetrwać, nie skupiasz się na ekspresji. To, co dziś jest moją siłą, kiedyś było tłumione.

Queer nie zawsze radził sobie z klasą. To było mocno ukrywane. Mam wrażenie, że kwestie klasowe były kojarzone z nudnym lewicowym klubem dyskusyjnym, a nie czymś, co błyszczy i jest sexy.

Michał: W naszej wystawie mówimy o queerze intersekcjonalnym, w którym różne doświadczenia wykluczenia i obcości mogą się ze sobą spotkać. Obejmuje to również wymiar klasowy – nawet jeśli w Polsce dyskusja o pochodzeniu i klasowości nie jest tak rozwinięta czy intensywna jak na Zachodzie.

Filipka: Ja akurat uważam, że świat sztuki na Zachodzie jest bardziej klasowy niż w Polsce. W Polsce jest lewicowo, choć ludzie uważają, że jest inaczej. Gdy porównasz Warszawę z Londynem czy Paryżem, to w kwestii tematów klasowych, dostępu do pracy w kulturze, jesteśmy do przodu, bo i nierówności społeczne mamy mniejsze.

Te rozważania brzmią frywolnie w czasach, gdy jest względnie bezpiecznie. Ale dla prawicy pole sztuki i tożsamości to pole walki. Przemysław Czarnek, namaszczony na przyszłego premiera w kolejnym rządzie PiS, już zapowiedział, że rozprawi się z antykulturą w myśl hasła, że „Polska albo będzie chrześcijańska, albo jej nie będzie”.

Filipka: Nie jest tak, że o tym nie myślimy. Wiemy, że to realny scenariusz. Być może queer będzie zmuszony zejść do undergroundu, tam, gdzie był kiedyś, tylko że z większą świadomością społeczną?

Może naszą siłą w przyszłości nie będzie widoczność tylko ukrycie – szczególnie że dzisiejszy świat coraz bardziej idzie w kierunku inwigilacji przez nowoczesne technologie i zanik prywatności. Walka z systemem polegać będzie na podtrzymywaniu tajemnicy i tworzeniu podziemnych sieci wsparcia?

Na sam koniec za obecność w mainstreamie też płaci się jakąś cenę, to nie jest tak, że mniejszość może być w nim całkowicie na swoich zasadach. To utopia, którą coraz bardziej zaczynamy rozumieć.

Jeśli chodzi o instytucjonalny krajobraz artystyczny, to przećwiczyliśmy to podczas dwóch kadencji PiS. Sztuka jednak nie umarła, bo twórczość funkcjonuje także bez rozległej bazy instytucjonalnej, choć jest to wtedy znacznie trudniejsze. Poza tym teraz jesteśmy po otwarciu nowej siedziby MSN-u, który na dodatek stał się instytucją miejską. To bardzo dużo zmienia.

Michał: Cały czas pokutuje przeświadczenie, że queer i sztuka queerowa, to rodzaj tendencji lub mody. Wydaje mi się, że to ważne, żeby wykorzystywać każdą platformę do pokazywania, że to nie jest wynalazek ostatniej dekady. W pewnym sensie każde życie queerowe ma w sobie wymiar aktywizmu – choćby dlatego, że samo istnienie bywa już formą sprzeciwu.

Na co dzień spotykam się z pozornie niewinnymi komentarzami uprzywilejowanych osób, które deklarują, że są „zmęczone queerem” i właśnie w takich momentach ujawnia się, jak krucha i warunkowa jest ta akceptacja. Walka o wolność nigdy się nie kończy, nawet jeśli nie zawsze przybiera ona spektakularną czy zorganizowaną formę.

Otwarcie wystawy „Gender is over” odbędzie się 13 kwietnia 2026 o godz. 19:00 w Galerii Studio na Placu Defilad 1 PKiN w Warszawie. Zwiedzać będzie można ją do 5 lipca 2026.

Na zdjęciu Anton Ambroziak
Anton Ambroziak

Rocznik ‘92. Dziennikarz i reporter. Uhonorowany nagrodami: Amnesty International „Pióro Nadziei” (2018), Kampanii Przeciw Homofobii “Korony Równości” (2019). W OKO.press pisze o migracjach, społeczności LGBT+, edukacji, polityce mieszkaniowej i sprawiedliwości społecznej. Członek n-ost - międzynarodowej sieci dziennikarzy dokumentujących sytuację w Europie Środkowo-Wschodniej. Gdy nie pisze, robi zdjęcia. Początkujący fotograf dokumentalny i społeczny. Zainteresowany antropologią wizualną grup marginalizowanych oraz starymi technikami fotograficznymi.

Komentarze