0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: SAUL LOEB / AFPSAUL LOEB / AFP

We wtorek 7 lutego, kiedy wszyscy kongresmeni i senatorowie zebrali się na sali, żeby wysłuchać orędzia Joego Bidena o stanie państwa, na sali posiedzeń doszło do nieoczekiwanego starcia między dwoma politykami Partii Republikańskiej. Szacowny senator Mitt Romney, były kandydat na prezydenta i jeden z nielicznych polityków swojej partii, który potrafił jednoznacznie krytykować Donalda Trumpa i innych radykałów prawicy, obrugał pewnego młodego kongresmena. „Nie powinno tu pana być. Powinien się pan wstydzić”, oświadczył mu stanowczo.

„Kongresmen Santos powinien siedzieć gdzieś z tyłu, a nie pchać się na przód”, powiedział później dziennikarzom wzburzony Romney. Podobno miał go nazwać „zwyrodnialcem” (ang. sick puppy), co w słowniku pobożnego mormona takiego jak Romney jest zapewne jedną z najcięższych obelg. Ale w kwestii tego konkretnego kongresmana senator nie jest odosobniony – także inni politycy Partii Republikańskiej wzywają Santosa do rezygnacji z mandatu. Kierownictwo partii w Izbie Reprezentantów jest jednak dużo ostrożniejsze.

Santos albo i nie Santos

George Santos, 34-latek reprezentujący w Kongresie część przedmieść Nowego Jorku, błyskawicznie stał się jednym z najbardziej rozpoznawanych polityków w Stanach Zjednoczonych – i zarazem jednym z najmniej popularnych: tylko 14 procent badanych Amerykanów ma o nim dobre zdanie, a ponad połowa złe. W jego własnym okręgu jest jeszcze gorzej: blisko 80 procent mieszkańców zgadza się z Romneyem i uważa, że Santos powinien zrezygnować ze stanowiska; zaledwie trzy miesiące po tym, jak wybrali go do Izby Reprezentantów.

Co się takiego stało? W grudniu zeszłego roku, już po wyborach, „New York Times” opublikował artykuł, w którym wymienił pewne „nieścisłości” w biografii nowo wybranego kongresmena. Jak się miało okazać, był to dopiero pierwszy z wielu takich tekstów – szybko pękła tama i na jaw zaczęły wypływać kolejne kompromitujące informacje.

Okazało się, że George Santos sfałszował większość swojej biografii: kłamał na temat wykształcenia, doświadczenia zawodowego, pochodzenia.

Tak naprawdę nie ma nawet pewności, czy rzeczywiście nazywa się George Santos.

W przeszłości występował bowiem pod różnymi nazwiskami i pseudonimami – George Santos, Anthony Devolder, Anthony Zabrovsky, a nawet Kitara Ravache, w czasach, gdy w Brazylii występował jako drag queen. Tej ostatniej roli konserwatywny młody kongresman zaprzeczał gorąco, ale krótko – światło dzienne ujrzały bowiem niepozostawiające wiele wątpliwości zdjęcia. „Byłem młody, dobrze bawiłem się na festiwalu. Proszę wybaczyć, ale ja też mam życie”, mówił ścigany przez dziennikarzy na nowojorskim lotnisku La Guardia. I to też nie do końca była prawda, bowiem byli znajomi Santosa z Brazylii twierdzą, że w roli Kitary występował wielokrotnie. Jakie to jednak ma znaczenie, powie ktoś – to w końcu prywatna sprawa. I w normalnych okolicznościach miałby zapewne rację. Kłopot w tym, że drobne kłamstwa, na jakich przyłapano Santosa, są często jedynie odpryskiem kłamstw znacznie poważniejszych.

Dobrym przykładem jest opowieść o jego… karierze siatkarskiej. Otóż kongresman miał uprawiać ten sport w szacownej uczelni wyższej Baruch College zlokalizowanej na nowojorskim Manhattanie. I to uprawiać tak intensywnie, że musiał poddać się zabiegowi wymiany obydwu stawów kolanowych! Okazało się, że nie tylko kolana mają się dobrze, nie tylko nasz bohater nie grał w siatkówkę, nie tylko nie jest absolwentem Baruch College, ale nigdy tam nie studiował. Za to cała historia bardzo przypomina życiorys jednego z jego przełożonych. Podobnie rzecz się miała z Uniwersytetem Nowojorskim, gdzie Santos miał rzekomo uzyskać tytuł MBA – uczelnia nie ma w swojej dokumentacji dowodów na to, by kiedykolwiek tam uczęszczał. Polityk kłamał też na temat swojego doświadczenia zawodowego. Wyborców przekonywał, że pracował dla największych firm finansowych z Wall Street – Citi Group i Goldman Sachs. Po tym jak „New York Times” zwrócił się do obu z nich z prośbą o weryfikację tych twierdzeń, okazało się, że Santosa nigdy nie było na liście pracowników. Mało tego – dział, w którym rzekomo miał pracować w Citi został przez korporację zlikwidowany parę lat wcześniej. Skonfrontowany z tymi informacjami polityk zaczął przekonywać, że pracował dla firmy „współpracującej” z tymi korporacjami.

Przeczytaj także:

Żydowski Brazylijczyk z Angoli

Kłamał także na temat swojego pochodzenia. Chociaż w 2020 roku, kiedy o stanowisko kongresmena ubiegał się po raz pierwszy, nigdzie nie wspominał o swoim żydowskim pochodzeniu, już dwa lata później twierdził, że jego dziadkowie ze strony matki to ukraińscy Żydzi, którzy „przeżyli Holokaust” i „uciekali przed prześladowaniami w czasie drugiej wojny światowej”. Śledztwo dziennikarzy wykazało, że dziadkowie kongresmena urodzili się w Brazylii. W odpowiedzi zaczął przekonywać, że nigdy nie twierdził, że jest „Jewish”, czyli żydowskiego pochodzenia, a jedynie „Jew-ish”, co można by tłumaczyć jako „żydowskawy”, to jest mający z żydowskim pochodzeniem jakieś nieokreślone związki. Nie zmienia to faktu, że w czasie kampanii wyborczej, na forum Republican Jewish Coalition, czyli wpływowej grupy darczyńców na rzecz Partii Republikańskiej, występował właśnie w roli potomka ocalałych z Holokaustu.

Warto w tym miejscu dodać, że jego ostateczny konkurent w walce o mandat – Demokrata Robert Zimmerman – a także wszyscy inni demokratyczni kandydaci z okręgu byli Amerykanami żydowskiego pochodzenia. Można więc przypuszczać, że Santos dołożył sobie ten element biografii, aby wyeliminować ewentualną przewagą konkurentów. Czy zrozumiał swój błąd? Wiele tygodni po tym, jak przyznał się do kłamstw w tej kwestii, wygłosił w Izbie Reprezentantów krótkie przemówienie z okazji… Dnia Pamięci Holokaustu.

To nie koniec kłamstwa na temat historii rodzinnych. Swego czasu przekonywał również, że jego ojciec pochodził z Angoli, więc on sam jest osobą dwurasową. Niestety, ojciec Santosa urodził się w Brazylii, ale może inspiracją było nazwisko wieloletniego prezydenta Angoli, José Eduarda dos Santosa. Matka George'a, Fatima, miała z kolei umrzeć na chorobę nowotworową, na którą zapadła na skutek powikłań zdrowotnych, jakich doznała po ataku na nowojorskie World Trade Center w 11 września 2001 roku. Zdaniem syna Fatima Devolder przebywała wówczas w „swoim biurze w południowej wieży”, chociaż dokumenty wizowe wskazują, że w tym czasie nie było jej w USA. Nie bardzo wiadomo też, w jakiej roli miałaby przebywać w WTC. Swego czasu Santos opowiadał, że była pierwszą kobietą na stanowisku dyrektorskim w dużej firmie finansowej, ale dziennikarze ustalili, że pani Devolder pracowała jako pomoc domowa i opiekunka osób starszych, a angielskim posługiwała się słabo.

Jeszcze tego mało? Chociaż dziś przedstawia się jako zadeklarowany gej, który nigdy nie ma problemu ze swoją tożsamością, Santos ukrywał fakt, że w latach 2012-19 był żonaty. Ale jednocześnie w roku 2014 za pośrednictwem mediów społecznościowych zapraszał znajomych na przyjęcie z okazji zaręczyn z partnerem. Teraz ma podobno męża, z którym mieszka na Long Island, ale męża nikt nie widział na oczy, dziennikarzom nie udało się też znaleźć aktu ślubu. Nie ma nawet pewności czy Santos zameldowany jest w Nowym Jorku, który reprezentuje w Kongresie, czy na Florydzie, gdzie mieszkał wcześniej.

Republikanie kupują kota w worku

Pytany o te wszystkie niejasności kongresman próbował tłumaczyć, że jedynie „podkoloryzował” swój życiorys, co robią wszyscy politycy. Trafnie odpowiedział mu na to Romney: „Podkoloryzowanie, to stwierdzenie, że dostałeś piątkę, kiedy w rzeczywistości dostałeś piątkę z minusem. Kłamstwo to stwierdzenie, że ukończyłeś college, do którego nigdy nie chodziłeś”. Choć faktycznie politykom zdarzają się przeinaczenia i kłamstwa, skala zmyśleń Santosa jest bez precedensu. Właściwie cała persona, którą stworzył na potrzeby kampanii wyborczej, okazała się fikcją,

Jak to możliwe, że ktoś taki nie tylko wygrał wybory, ale w ogóle został kandydatem?

To pytanie, które zadają sobie wszyscy. Zawiodły partie polityczne – i to obie. Przede wszystkim Republikanie, rzecz jasna, którzy kogoś takiego wystawili do wyborów. W poszukiwaniu osoby odróżniającej się od typowego kandydata swojej partii (białego, starszego, zamożnego heteroseksualnego mężczyzny), kupili kota w worku – by potem odsprzedać go wyborcom. Demokraci też nie zrobili tego, co do nich należało: zlekceważyli politycznego oponenta i chcąc zaoszczędzić pieniądze, nie prześwietlili go jak należy. Zawiodły też media, zwłaszcza lokalne media ze stanu Nowy Jork, które – poza jedną niewielką gazetą – nieścisłościami w życiorysie polityka zajęły się na poważnie dopiero po wyborach.

Co więcej, czasu na sprawdzenie Santosa było aż nadto, bowiem, jak wspomnieliśmy, kandydatem był dwukrotnie – w 2022 roku wygrał, ale dwa lata wcześniej startował do Kongresu z tego samego okręgu i przegrał. Santos nie uznał wtedy porażki i na wzór Donalda Trumpa kłamał, że wynik został sfałszowany, a mandat mu ukradziono. Swoich republikańskich kolegów zapewniał z kolei (fałszywie), że ma osobiste poparcie byłego prezydenta. Był też w Waszyngtonie na wiecu „Stop the steal”, czyli „Powstrzymajmy kradzież”, zorganizowanym 6 stycznia w Waszyngtonie, po którym doszło do ataku na Kapitol. Skądinąd przyszły kongresmen wystąpił wtedy w drogim szaliku, który „pożyczył” od współlokatora i którego nigdy mu nie oddał.

Kłamstwa jak głowy hydry

Skoro już o kradzieżach mowa, to wspomnijmy, że nasz bohater przyznał się w Brazylii do sfałszowania czeku. Książeczkę czekową ukradł jednemu z podopiecznych swojej matki, a następnie próbował za jej pomocą zapłacić za ubrania. Nie są to jedynie podejrzenia: Santos przyznał się do zarzucanego czynu, ale kary nie odbył, bo w międzyczasie wrócił do USA i brazylijskie władze nie były w stanie go zlokalizować. Podobno teraz, kiedy już pół świata wie, gdzie przebywa George Santos, postępowanie ma być wznowione.

Z kolei już w Stanach Zjednoczonych miał oszukać bezdomnego weterana, który szukał pieniędzy na operację dla ukochanego psa.

Santos pomógł zorganizować zrzutkę internetową, ale ostatecznie weteran nigdy nie zobaczył 3 tysięcy dolarów.

I to właśnie oszustwa finansowe mogą się okazać dla Santosa najgroźniejsze. W tej materii także nie brakuje podejrzeń i niejasności. Przede wszystkim nie bardzo wiadomo, z jakich źródeł sfinansował swoją kampanię. Jeszcze w 2020 roku, kiedy walczył o miejsce w Kongresie po raz pierwszy, deklarował, że zarabia 50 tysięcy dolarów rocznie. Już dwa lata później pożyczył swojej kampanii 700 tysięcy dolarów, a w rozliczeniu zadeklarował, że były to jego prywatne pieniądze. Po pewnym czasie, nie potrafiąc wyjaśnić ich pochodzenia, stosowną rubrykę odznaczył i teraz utrzymuje, że środki nie pochodziły od niego. Skąd więc się wzięły? Nie wiemy. Wiemy jednak, że Santos w niektórych kręgach lubił przechwalać się swoim majątkiem. Twierdził, że jego rodzina ma kilkanaście nieruchomości na wynajem w Nowym Jorku, choć później okazało się, że on sam był wyrzucany z mieszkań, które wynajmował za niepłacenie czynszu. Już po wyborze na kongresmana przyznał, że opowieści o licznych nieruchomościach także były kłamstwem.

Inny podejrzany wątek jego sprawozdania finansowego to kilkadziesiąt tysięcy dolarów wydanych w pewnej włoskiej restauracji w Queens prowadzonej przez niejakiego Joego Oppedisano i jego córkę Tinę. Państwo Oppedisano wpłacili na kampanię Santosa 6,5 tysiąca dolarów. Kilkaset dolarów wpłacił także brat Joego, Rocco, którego w 2019 roku wydalono z USA, po tym jak został zatrzymany na pokładzie płynącej z Bahamów łodzi. Próbował przemycać ludzi, a w ścianach jachtu znaleziono ukryte 200 tysięcy dolarów.

Wątpliwości budzą też związki kongresmena z biznesmenem Andrew Intraterem, kuzynem Viktora Vekselberga, rosyjskiego oligarchy, którego interesy reprezentuje w USA. A właściwie reprezentował, bowiem Vekselberg został przez Stany Zjednoczone objęty sankcjami za jego bliskie związki z Kremlem. Co zabawne, obecnie to Intrater twierdzi, że Santos go oszukał, namawiając do zainwestowania ponad 600 tysięcy dolarów w firmę, która okazała się piramidą finansową. Żale Intratera należy jednak traktować z ostrożnością, bowiem kontakty z kongresmenem utrzymywał jeszcze w grudniu zeszłego roku, wiele miesięcy po tym jak stracił zainwestowane pieniądze.

Jak widać kłamstwa Santosa są jak głowy hydry – odkrycie jednego sprawia, że na jego miejscu natychmiast wyrasta kilka nowych. A kiedy sądzimy, że udało nam się rozwikłać jedną zagadkę, natychmiast otwierają się kolejne drzwi, a za nimi kolejne oszustwo. Ustalenie prawdy o młodym kongresmanie – jeśli kiedykolwiek się powiedzie – potrwa jeszcze bardzo długo. Za to jest prawie pewne, że doczekamy się filmu albo serialu o fascynującej postaci tego współczesnego barona Münchhausena.

Oszust, ale nasz oszust

W tym miejscu warto jednak zapytać, czy Santosowi grożą jakiekolwiek konsekwencje, poza nieprzyjemną połajanką ze strony Mitta Romneya? Władze lokalnego oddziału Partii Republikańskiej z okręgu, który reprezentuje kongresmen, wezwały go do ustąpienia ze stanowiska i zapowiedziały, że będą go traktować tak, jakby nie był jej przedstawicielem. Kierownictwo partii w Kongresie zachowuje się jednak inaczej, a to za sprawą prostej arytmetyki.

Przewaga Republikanów w Izbie jest znikoma i wynosi raptem cztery głosy, więc

dla spikera Kevina McCarthy'ego każdy republikański kongresmen jest na wagę złota – choćby i skompromitowany.

Co gorsza, Santos reprezentuje okręg, w którym wcześniej wygrywali Demokraci (i w którym zwyciężył Joe Biden), więc gdyby przyszło do rozpisania nowych, specjalnych wyborów, najprawdopodobniej wygrałby w nich kandydat lub kandydatka Partii Demokratycznej – zwłaszcza teraz, po skandalu z Santosem. McCarthy nabrał więc wody w usta i, jak gdyby nigdy nic, skierował nowego kongresmena do pracy w komisjach. Po paru tygodniach Santos zapowiedział jednak, że wprawdzie nie ma sobie nic do zarzucenia, ale zrezygnuje z zasiadania w komisjach, dopóki nie zakończy się postępowanie Komisji Etyki Izby Reprezentantów.

Usunięcie kongresmena ze stanowiska nie jest proste i nie zdarza się często: potrzeba do tego zgodnego głosu dwóch trzecich Izby, czyli 290 z 435 kongresmenów. Ostatni raz doszło do tego dwadzieścia lat temu, kiedy pewnego demokratycznego kongresmena z Ohio usunięto z izby po skazaniu go za korupcję i oszustwa podatkowe. Sęk w tym, że samo kłamstwo – złożone nie pod przysięgą – jest wprawdzie nieetyczne, ale nie jest karalne, człowiek może w internecie pisać na swój temat, co tylko sobie życzy. Santos oszukał wszystkich, lecz dopóki nie zostanie za coś prawomocnie skazany, nie jest przestępcą i nie ma podstaw do jego usunięcia z Izby. Można tylko wywierać na niego presję, by sam podał się do dymisji, choć nie bardzo wiadomo, w imię czego miałby to zrobić. Wie doskonale, że nie zostanie wybrany na drugą kadencję, więc równie dobrze może jeszcze przez dwa lata pielęgnować w Kongresie nowo zdobytą sławę – w nadziei na karierę w showbiznesie.

W czwartek, 9 lutego, po orędziu o stanie państwa, George Santos w rozmowie z radykalnie konserwatywną stacją Newsmax oświadczył, że choć Mitt Romney zachował się wobec niego „jak dupek”, to nie wszyscy koledzy i koleżanki z Kongresu traktują go jak pariasa. Senatorka z Arizony Kyrsten Sinema (do niedawna Demokratka, a obecnie niezależna) miała odnieść się do niego życzliwie i powiedzieć mu wspierająco „Trzymaj się, kolego”.

Dzień później rzecznik Sinemy wydał stanowcze oświadczenie: „To kłamstwo”.

;
Łukasz Pawlowski

Publicysta, doktor socjologii, doradca polityczny. Wspólnie z Piotrem Tarczyńskim prowadzi „Podkast amerykański” [https://www.facebook.com/podkastamerykanski]. Autor książki „Druga fala prywatyzacji. Niezamierzone skutki rządów PiS” [2020]. Dawniej sekretarz redakcji tygodnika „Kultura Liberalna”.

Piotr Tarczyński

Historyk, doktor nauk politycznych, amerykanista, tłumacz, pisarz. Autor książki „Rozkład. O niedemokracji w Ameryce”. Z Łukaszem Pawłowskim prowadzi „Podkast amerykański"

Komentarze