0:00
Prawa autorskie: Getty Images via AFPGetty Images via AFP
15 września 2022

Piwniczka z tajnymi dokumentami. Co FBI znalazło w rezydencji Trumpa oprócz „listów miłosnych Kima"

Prawniczka Trumpa tłumaczyła, że dostęp do schowka z dokumentami miała „bardzo ograniczona” liczba ludzi, a zamek otwierał tylko jeden klucz. Gdzie ten klucz był przechowywany, kto miał do niego dostęp, jak był zabezpieczony i czy prawniczka mówiła prawdę?

Wydrukuj

8 sierpnia to dzień, co najmniej dwóch bezprecedensowych wydarzeń w historii amerykańskiej prezydentury. W 1974 Richard Nixon zapowiedział ustąpienie z urzędu wskutek afery Watergate. W roku 2022 Donald Trump został pierwszym eksprezydentem, któremu śledczy przeszukali dom.

W Mar-a-Lago, rezydencji Trumpa na Florydzie, agenci FBI 8 sierpnia 2022 spędzili 9 godzin na poszukiwaniu poufnych, tajnych i ściśle tajnych dokumentów, które były prezydent bezprawnie zabrał opuszczając Biały Dom.

Tylko tego dnia agenci zabrali ze sobą dwadzieścia kilka pudeł, w tym ponad setkę dokumentów mających jakąś klauzulę tajności, od zwykłej, po najwyższą. Przetrzymywano je przede wszystkim w zlokalizowanym w piwnicy składziku, ale niektóre znaleziono w gabinecie Trumpa, włącznie z szufladami biurka, obok jego paszportów.

Informacje o agentach wywiadu

Dziennik „Washington Post” podliczył, że łącznie w czasie wielomiesięcznego procesu odzyskiwania od Trumpa dokumentów, do Archiwów Narodowych (National Archives, NA) trafiło 300 dokumentów niejawnych. Wśród nich – jak donoszą media – m.in. informacje na temat źródeł osobowych amerykańskiego wywiadu oraz takie opisujące jednostki obronne jakiegoś obcego państwa, w tym jego potencjał nuklearny.

Bezprecedensowa decyzja o przeszukaniu domu byłego prezydenta nie została podjęta z dnia na dzień. Wystąpienie o nakaz sądowy było ostatecznością.

Poprzedziły je wielomiesięczne próby polubownego odzyskania dokumentacji, które podejmowały różne instytucje państwa, na czele z Archiwami Narodowymi.

Z biegiem czasu rosły jednak podejrzenia, że przetrzymywane na Florydzie materiały nie tylko mają różne statusy tajności, ale też, że nikt nie gwarantuje ich bezpieczeństwa.

Setki osób mają wstęp na teren posiadłości

Mar-a-Lago, czyli „Od morza do jeziora”, to nazwa rezydencji kupionej przez Trumpa jeszcze w latach 80. Ukończona w 1927 roku nieruchomość początkowo należała do Marjorie Merriweather Post, bogatej dziedziczki producenta… płatków śniadaniowych, swego czasu najbogatszej kobiety na świecie.

Post zmarła w 1973 roku, a dom zgodnie z jej życzeniem został przekazany rządowi Stanów Zjednoczonych. Była właścicielka liczyła na to, że stanie się letnią rezydencją prezydencką. Niestety, uznano, że koszty jego zabezpieczenia oraz utrzymania będą zbyt duże. Posiadłość wróciła na rynek, a następnie kupił ją Donald Trump.

Ponad czterdzieści lat później marzenie pani Post się spełniło: Mar-a-Lago stało się „letnim Białym Domem” prezydenta Trumpa, a po jego przegranej w 2020 roku główną rezydencją. Rodzina właściciela zajmuje jednak tylko część gigantycznej posiadłości – już w latach 90. Trump przekształcił większość Mar-a-Lago w klub towarzyski, do którego należy obecnie blisko 500 osób.

To istotne, bo na teren klubu wstęp mają nie tylko jego członkowie, lecz także ich goście, uczestnicy wesel i innych doraźnych imprez. A także, rzecz jasna, personel. Wiadomo, że corocznie w trakcie sezonu firma byłego prezydenta zatrudnia blisko setkę okresowych pracowników pochodzących z zagranicy. Czy są sprawdzani pod kątem bezpieczeństwa? „Washington Post” zwrócił się z tym pytaniem do rzeczniczki Trump Organization, ale nie otrzymał odpowiedzi.

Pseudodziedziczka Rotszyldów

Skądinąd wiemy jednak, że poziom zabezpieczeń od dawna budzi poważne wątpliwości. Niedawno głośno zrobiło się o pewnej obywatelce Ukrainy, która weszła do Mar-a-Lago podając się za… dziedziczkę fortuny Rotszyldów. Jak informuje jej prawnik, tożsamości pani Inny Jaszczyszyn nikt nie sprawdził.

Na polu golfowym przy rezydencji udało jej się także zrobić sobie zdjęcie z Trumpem oraz jego dobrym znajomym, senatorem z Karoliny Południowej Lindseyem Grahamem. Nie był to pierwszy tego rodzaju przypadek.

Zmiana rodzinnej rezydencji w klub wymagała również pewnych inwestycji. Jedną z nich była budowa pomieszczenia magazynowego, które ulokowano w piwnicy, pod najbardziej reprezentacyjną salą. Przechowywano w nim stoły, krzesła, jedzenie – słowem artykuły potrzebne do obsługi klubu.

Zamek otwierał tylko jeden klucz

W rogu tej przestrzeni, za zamykanymi na pojedynczy zamek drzwiami znajduje się kolejny pokój. To właśnie tam Trump miał przechowywać zabrane z Białego Domu dokumenty.

Prawniczka Trumpa tłumaczyła, że dostęp do schowka – w odróżnieniu od części magazynowej – miała jedynie „bardzo ograniczona” liczba osób, a zamek otwierał tylko jeden klucz. Gdzie ten klucz był przechowywany, kto miał do niego dostęp, jak był zabezpieczony i czy prawniczka mówiła prawdę?

Tego już nie wiemy. Wiemy jednak, w jaki sposób Archiwa Narodowe wpadły na trop brakujących dokumentów.
View post on Twitter

„Listy miłosne" od Kima

Wszystko zaczęło się od… Kim Dzong Una. A dokładnie od korespondencji koreańskiego dyktatora z Trumpem. To właśnie brak słynnych listów w dokumentach zwrócił uwagę archiwistów. Później okazało się, że opuszczając Biały Dom były prezydent nie tylko zabrał owe listy, ale chwalił się nimi gościom w Mar-a-Lago nazywając „listami miłosnymi”.

Okazało się, że wśród rzeczy wywiezionych z Białego Domu w styczniu 2021 roku, kiedy Trump kończył prezydenturę, znalazły się też inne łatwe do zidentyfikowania dokumenty, takie jak list od Baracka Obamy, który były prezydent zgodnie z tradycją przekazał swojemu następcy. Wbrew opinii głównego doradcy prawnego Białego Domu pudła z dokumentami zamiast do archiwów pojechały na Florydę.

W maju 2021 roku National Archives zwróciło się do ludzi Trumpa z prośbą o zwrot dokumentów. W kolejnych miesiącach prośby były ponawiane, ale dopiero w grudniu prawnicy byłego prezydenta poinformowali, że znaleźli brakujące papiery, wśród nich wspomniane listy.

W styczniu 2022 roku (a więc rok po tym, jak Donald Trump odszedł ze stanowiska) do Waszyngtonu trafiło 15 pudeł. Trump miał ponoć osobiście nadzorować proces ich pakowania. Na miejscu okazało się jednak, że pomiędzy mało istotnymi pamiątkami, jak wycinki gazet, znaleziono dokumenty tajne.

W tej sytuacji Archiwa zwróciły się do Departamentu Sprawiedliwości o wszczęcie dochodzenia. Pojawiły się również podejrzenia, że prezydent nie oddał wszystkiego, co miał.

Wtedy do akcji wkroczyli agenci FBI, rozpoczęły się przesłuchania współpracowników Trumpa i analiza już odzyskanych dokumentów. Wielka ława przysięgłych (ang. grand jury) zgodziła się na sądowe wezwanie byłego prezydenta do wydania brakujących dokumentów, a prawnicy Trumpa odpowiedzieli, że dokonają „starannych poszukiwań”.

W czerwcu śledczy udali się na Florydę, gdzie otrzymali jeszcze jedną teczkę, a w niej kolejne 38 dokumentów objętych klauzulą tajności. Jednocześnie prawniczka Trumpa podpisała dokument stwierdzający, że według jej najlepszej wiedzy w Mar-a-Lago nie ma już żadnych dokumentów, które należałoby przekazać do zwrotu.

Jej deklaracja najwyraźniej nie przekonała śledczych. Przedstawiciel Departamentu Sprawiedliwości napisał bowiem list, w którym prosił o poprawę bezpieczeństwa pomieszczenia, gdzie przechowywane są pozostałe pudła, a FBI wystąpiło o nagrania z kamer monitoringu w Mar-a-Lago. Jednocześnie przesłuchano członków personelu pracujących w Mar-a-Lago i dla Trumpa osobiście.

5 sierpnia sąd zaakceptował wniosek o przeszukanie domu byłego prezydenta. Trzy dni później agenci przystąpili do działania.

Trump: to polowanie na czarownice

Byłego prezydenta nie było wówczas w domu, a o przeszukaniu miał go poinformować młodszy syn Eric. Donald Trump przebywał w Nowym Jorku, zajęty innymi problemami prawnymi – 10 sierpnia miał odpowiadać na pytania zespołu prokurator generalnej stanu Nowy Jork, Letitii James, w śledztwie dotyczącym publikowania nieuczciwych sprawozdań finansowych przez Trump Organization.

(A właściwie nie odpowiadał, bo po każdym pytaniu, łącznie kilkaset razy powołał się na piątą poprawkę do Konstytucji, w której zapisano m.in., że „nikt nie może być zmuszony do zeznawania w sprawie na swoją niekorzyść”).

Już 8 sierpnia wydał oświadczenie zarzucając śledczym „prześladowanie”, strasząc „mrocznymi czasami” i „polowaniem na czarownice”. Pytał nawet, czym to przeszukanie różni się od włamania do siedziby Partii Demokratycznej, które rozpoczęło aferę Watergate. Pytanie jest oczywiście absurdalne, a odpowiedź banalna.

W przypadku Watergate mieliśmy do czynienia z nielegalnym włamaniem dokonanym na zlecenie współpracowników Richarda Nixona do sztabu konkurencyjnej partii. W przypadku Trumpa z legalnym, zatwierdzonym przez sąd przeszukaniem dokonanym przez uprawnione do tego służby z poszanowaniem wszelkich procedur.

Mimo to wśród zwolenników prezydenta natychmiast pojawiły się teorie spiskowe. Przez chwilę dominująca wersja wydarzeń mówiła, że FBI podłożyło dokumenty, żeby Trumpa skompromitować. Prowadząca poranny program prawicowej stacji Fox Ainsley Earhardt snuła na wizji takie domysły:

A po co agenci FBI mieli plecaki?

„Prawniczka Trumpa powiedziała, że [agenci] przynieśli plecaki. Co było w tych plecakach? Czy przynieśli je po to, by je spakować, czy już coś w nich mieli?”.

Wkrótce potem pojawiły się inne tłumaczenia. Przekonywano, że dokumenty co prawda w Mar-a-Lago były, ale żaden nie był tajny, ponieważ Trump jeszcze jako prezydent dokonał ich odtajnienia. Nie przedstawiono jednak żadnych dowodów na to, że taka procedura faktycznie miała miejsce.

Ponadto w trwającej wiele miesięcy przepychance z organami ścigania, prawnicy Trumpa nigdy się na ten argument nie powołali. Podobnie jak na argument mówiący, że były prezydent miał prawo zachować dokumenty dla siebie na mocy „przywileju władzy wykonawczej” (executive privilige).

To tłumaczenie z góry odrzuca Departament Sprawiedliwości przekonując, że przywilej przysługuje jedynie obecnym prezydentom, a nie byłym.

Do kompletu „wyjaśnień” dodajmy jeszcze to, że „wszyscy tak robią”, a Barack Obama rzekomo przywłaszczył sobie 30 milionów (!) stron dokumentów. Na ten zarzut odpowiedziały Archiwa Narodowe tłumacząc, że owe miliony stron ma nie Obama, ale oddział Archiwów w Chicago i że trafią one do prezydenckiej biblioteki.

Korzyści i straty

Na krótką metę zainteresowanie i oburzenie wywołane przeszukaniem z pewnością Trumpowi pomaga – elektryzuje bazę wyborców i pozwala zbierać pieniądze od oburzonych zwolenników. Syn byłego prezydenta, Donald Junior, krótko po przeszukaniu zamieścił na Twitterze jego zdjęcie opatrzone podpisem – „Tak naprawdę nie chodzi im o mnie, tylko o Ciebie. Ja tylko stoję na przeszkodzie”.

View post on Twitter

Grafika wpisuje się w pielęgnowany przez Trumpa wizerunek obrońcy zwykłych Amerykanów, na których dybie opanowane przez „radykalną lewicę” państwo.

„Lewica zrobi wszystko, żeby powstrzymać mnie przed ocaleniem Ameryki, wpłać 10 dolarów”. Maile takiej treści już trafiły do zwolenników Partii Republikańskiej i przyniosły przychody liczone w milionach.

Zarabiają też inni. Na przykład stronniczka Trumpa, kongresmenka z Georgii Marjorie Taylor Greene zaczęła wzywać do „Odcięcia pieniędzy FBI” (Defund FBI). Hasło było inspirowane wcześniejszym hasłem części amerykańskiej lewicy wzywającej do „Odcięcia funduszy policji” po słynnym zabójstwie George’a Floyda.

Ataki na FBI skrytykowali pojedynczy Republikanie, m.in. były wiceprezydent Mike Pence. Ale wpływy Pence’a są w partii, mówiąc najdelikatniej, ograniczone, a w sieci już pojawiły się koszulki, czapeczki i bluzy z kontrowersyjnym hasłem i inicjałami Marjorie Taylor Greene. W cenie od kilkunastu do kilkudziesięciu dolarów.

Korzyści dla Trumpa i jego stronników nie ograniczają się jednak wyłącznie do pieniędzy. Przeszukanie, postrzegane jako atak na lidera partii, zmusiło wielu polityków republikańskich do jednoznacznego opowiedzenia się za Trumpem. I to nawet tych, którzy – jak gubernator Florydy Ron DeSantis – sami mają ambicje prezydenckie i woleliby budować własną markę.

Uzasadnione podejrzenie przestępstwa

Na dłuższą jednak metę cała sprawa może Trumpowi zaszkodzić, i to nawet jeśli nie skończy się aktem oskarżenia czy tym bardziej karą pozbawienia wolności. 26 sierpnia, pod wpływem presji z obu stron sceny politycznej, Departament Sprawiedliwości zdecydował się opublikować uzasadnienie, na podstawie którego sąd wydał zgodę na przeszukanie Mar-a-Lago. Chociaż wiele ważnych fragmentów pisma zaczerniono ze względu na dobro śledztwa, opinia publiczna i tak mogła się dowiedzieć jak poważne były obawy organów ścigania ze względu na rodzaj dokumentów przetrzymywanych przez Trumpa.

Zdaniem śledczych istniało uzasadnione podejrzenie, że w Mar-a-Lago popełniono przestępstwo – naruszając trzy różne prawa, w tym Ustawę o szpiegostwie (Espionage Act).

Kolejne oskarżenie dotyczy utrudniania pracy wymiarowi sprawiedliwości. Szczegółowość informacji wskazywała na to, że FBI może mieć informacje od kogoś z najbliższego otoczenia Trumpa.

Ujawnienie nakazu nieco zmieniło nastawienie części Republikanów. Zaczęli mówić, że były prezydent nie powinien przetrzymywać dokumentów, ale jednocześnie pytali dlaczego przeszukanie nastąpiło teraz, przed wyborami. Fakt, że Trump miał całe miesiące, aby dyskretnie rozwiązać problem, najwyraźniej im umykał.

Co się stanie podczas wyborów 8 listopada

Konsekwencje polityczne całej sprawy poznamy już niedługo, bo 8 listopada. To data wyborów w połowie kadencji prezydenckiej, midterms. Amerykanie wybiorą w nich m.in. całą Izbę Reprezentantów, 1/3 Senatu, a także polityków stanowych: 36 gubernatorów i lokalne legislatury. Historia uczy, że wybory w połowie kadencji kończą się zwykle klęską partii prezydenta. I tak też miało być w tym roku. Rozmaite sondaże zapowiadały nadejście „czerwonej fali”, czyli wielki sukces Republikanów.

Po słynnej decyzji Sądu Najwyższego z czerwca, znoszącej ogólnokrajowe prawo kobiet do przerywania ciąży, wiele się jednak zmieniło i Demokraci zaczęli odzyskiwać siły. W czterech wyborach uzupełniających do Izby Reprezentantów, jakie odbyły się od czasu wyroku Sądu Najwyższego, kandydaci Demokratów uzyskali lepsze wyniki niż prezydent Biden osiągnął w ich okręgach w roku 2020.

Skazywana na pożarcie partia dziś ma duże szanse na zachowanie większości w Senacie, a niemal pewna utrata Izby Reprezentantów nie jest już aż tak pewna (choć wciąż bardzo prawdopodobna).

Ważnym elementem strategii Demokratów jest mobilizacja swoich wyborców poprzez przypominanie im o Trumpie i jego ekscesach. Chociaż nie kandyduje on na żaden urząd, chodzi o przedstawienie wyborów jako plebiscytu między Demokratami z jednej strony, a Trumpem z drugiej. I jak na razie to się udaje.

Special master

A co ze sprawą dokumentów? Prawnicy Trumpa zażądali, aby sąd dokonał ich niezależnej oceny, wyznaczając do tego niezależnego eksperta nazywanego „special master”.

Strona Trumpa argumentowała, że wśród zajętych dokumentów mogły być takie objęte tajemnicą adwokacką lub wspomnianym wcześniej „przywilejem władzy wykonawczej”. Departament Sprawiedliwości był przeciw, przekonując, że byłemu prezydentowi ów przywilej nie przysługuje, dokumenty przeglądał już niezależny zespół FBI, a poza tym celem wniosku Trumpa jest jedynie przedłużenie śledztwa.

Prowadząca sprawę sędzia Aileen Cannon przychyliła się jednak do prośby byłego prezydenta. Media natychmiast zwróciły uwagę, że została na swoje stanowisko powołana w 2020 roku właśnie przez Trumpa oraz że należy do bardzo wpływowego stowarzyszenia konserwatywnych prawników - Federalist Society. Decyzję Cannon skrytykowało wielu ekspertów, w tym nawet William Barr, były prokurator generalny w administracji Trumpa.

W uzasadnieniu swojej decyzji Cannon powołała się jednak na niezwykłe okoliczności i przeszłe stanowisko, jakie zajmował Trump, potwierdzając tym samym, że były prezydent jest traktowany przez wymiar sprawiedliwości inaczej niż zwykły obywatel. Co więcej, zabroniła też śledczym korzystać z zebranych materiałów do czasu zakończenia ich oceny.

Obecnie trwają negocjacje obu stron zmierzające do wybrania „weryfikatora” dokumentów, ale jednocześnie Departament Sprawiedliwości odwołał się od decyzji sędzi Cannon.

W opublikowanej notce na ten temat szczególną uwagę mediów zwróciło jedno zdanie. Mowa w nim o tym, że pozbawienie możliwości korzystania z zebranych materiałów może „utrudnić wysiłki zmierzające do zidentyfikowania jakichkolwiek dodatkowych tajnych dokumentów, które nie są odpowiednio przechowywane – co samo w sobie stanowi potencjalne ryzyko dla bezpieczeństwa narodowego”. Czy to znaczy, że Trump wciąż nie oddał wszystkiego?

Jeszcze nie wiemy. Ale wiemy, że ten serial będzie trwał.

Udostępnij:

Piotr Tarczyński

Historyk, doktor nauk politycznych, amerykanista, tłumacz, pisarz. Z Łukaszem Pawłowskim prowadzi „Podkast amerykański"

Lukasz Pawłowski

Publicysta, doktor socjologii, doradca polityczny. Wspólnie z Piotrem Tarczyńskim prowadzi „Podkast amerykański” [https://www.facebook.com/podkastamerykanski]. Autor książki „Druga fala prywatyzacji. Niezamierzone skutki rządów PiS” [2020]. Dawniej sekretarz redakcji tygodnika „Kultura Liberalna”.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne