Zaproponowane przez rząd Fideszu zmiany w finansowaniu Węgierskiej Akademii Nauk to ostatni krok na drodze do zupełnego podporządkowania węgierskiego środowiska badawczego rządowi Viktora Orbána. Trudno nie dostrzec podobieństwa do ustawy Gowina, która będzie głosowana na obecnym posiedzeniu Sejmu

12 czerwca 2018 prezydium Węgierskiej Akademii Nauk (Magyar Tudományos Akadémia, MTA) zostało poinformowane przez urzędnika Ministerstwa Innowacji i Technologii, resortu uformowanego niedługo po reelekcji Orbána w kwietniu, o proponowanej poprawce do ustawy z 1994 roku regulującej funkcjonowanie Akademii. Zmiany miały zmniejszyć finansowanie badań podstawowych, oceniać je wspólnie z projektami dziedzin stosowanych, a także wyprowadzić ewaluację projektów badawczych poza Akademię.

Dzień później światło dzienne ujrzał projekt budżetu państwa na rok 2019, w którym ponad dwie trzecie środków przeznaczanych dotychczas na funkcjonowanie MTA przesunięto do budżetu ministerstwa.

Transfer ten miałby objąć nie tylko środki na konkursy, na projekty badawcze, ale również koszty stałe działalności MTA, takie jak pensje. To podsyca podejrzenia o nieczyste zamiary rządu.

Jeżeli budżet zostanie przyjęty w obecnej formie, ministerstwo uzyska bezpośredni wpływ na całe naukowo środowisko akademickie na Węgrzech. MTA jest ostatnim niezależnym źródłem finansowania badań w kraju po reformie fiskalnej uniwersytetów w latach 2010-2014, która wprowadziła na każdy wydział kanclerza nominowanego bezpośrednio przez właściwego ministra.

Na zdecydowane oświadczenie prezydium Akademii w tej sprawie odpowiedział „Figyelő” – dawniej biznesowy, obecnie zaś prorządowy tygodnik blisko związany z Fideszem, węgierską partią rządzącą. Opublikowano listę węgierskich akademików (często wraz ze zdjęciami) zajmujących się naukami społecznymi, sugerując, że żerują na pieniądzach podatników ze względu na swoje lenistwo lub absurdalne, bądź wręcz szkodliwe, tematy badań.

Na cenzurowanym znalazły się prace dotyczące dyktatury, rasizmu, przemocy na tle nacjonalizmu i ksenofobii, nierówności ze względu na płeć, pochodzenie, a także orientację seksualną.

Czyli wszystkie zagadnienia trudne do pogodzenia z autorytarną i konserwatywną obyczajowo wizją Węgier Viktora Orbana.

To już druga próba zastraszenia środowiska naukowego przez ten magazyn. W kilka dni po tegorocznych wyborach parlamentarnych „Figyelő” wydrukował listę „najemników Sorosa”: naukowców, działaczy społecznych oraz pracowników organizacji pozarządowych, które pozostają krytyczne wobec obecnego rządu.

Publikacje magazynu „Figyelő” są koordynowane z akcjami propagandowymi rządu, na przykład z kampaniami billboardowymi wymierzonymi w instytucje współfinansowane przez Open Society Foundation lub w docierających na teren Węgier emigrantów z Bliskiego Wschodu.

Poprawka do ustawy o Węgierskiej Akademii Nauk nie trafiła jak dotąd pod obrady węgierskiego parlamentu. Błyskawiczna reakcja międzynarodowego środowiska naukowego oraz zeszłotygodniowe protesty pod siedzibą MTA skłoniły rząd do podjęcia negocjacji.

We wtorek przewodniczący Akademii, László Lovász, spotkał się z Ministrem Innowacji i Technologii, László Palkovicsem. Palkovics zaproponował, by Akademia sama przedstawiła odpowiadający jej plan finansowania.

W tym samym czasie parlament rozpoczął już jednak dyskusję nad projektem ustawy budżetowej zawierającej przesunięcie ponad 2/3 środków z bezpośredniej dotacji dla Akademii do ministerstwa.

Nauka centralnie planowana. Polak, Węgier, dwa bratanki

Trudno nie zauważyć podobieństw między trwającą od 2011 roku węgierską reformą nauki i szkolnictwa wyższego a czekającą na głosowanie w Sejmie Ustawą Gowina, zwaną przez ministerstwo „Konstytucją dla Nauki”. Rząd Orbána motywuje radykalne uszczuplenie dotacji bezpośredniej dla MTA koniecznością zwiększania efektywności w tworzeniu i wdrażaniu innowacji. Współpraca z lokalnymi przedsiębiorstwami przy prowadzeniu projektów badawczych oraz kształceniu studentów była z kolei flagowym postulatem wcześniejszej reformy uniwersytetów, która pozbawiła je autonomii finansowej. Brzmi znajomo?

Podczas konferencji poświęconej innowacjom, rewolucji przemysłowej i sytuacji wiodących krajowych branż minister Gowin podkreślił związek między rozwojem i działaniami proinnowacyjnymi a polityką naukową państwa: To, co już udało nam się dokonać w tej mierze, to ustawa deregulacyjna dla szkolnictwa wyższego”.

Chcemy wytyczyć nowe ścieżki kariery akademickiej, przyspieszyć awans młodego pokolenia badaczy i tworzyć takie rozwiązania, które będą sprzyjały współpracy uczelni z gospodarką. (…) Zwiększenie innowacyjności polskiej gospodarki jest jednym z celów Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju. Rząd przyjął już przygotowaną przez nasz resort ustawę o innowacyjności”.

Jeśli chcemy mieć silną polską gospodarkę, musimy ją oprzeć na rodzimych innowacjach. Te z kolei nie powstaną bez ścisłej współpracy przedsiębiorców z naukowcami”.

To schemat niemal każdej wypowiedzi Jarosława Gowina.

Podstawowy przekaz szykującej się reformy polskiej nauki był jasny od samego początku, jeszcze przed ogłoszeniem konkursu na założenia do ustawy: deregulacja, komercjalizacja, współpraca z biznesem. Powszechna deregulacja, obok walki z zapłodnieniem in vitro, to zresztą czołowy postulat całej kariery wicepremiera.

Nie tylko pretekst do gruntownej reformy nauki i szkolnictwa wyższego jest w Polsce taki sam, jak na Węgrzech. Również metody i bezpośrednie skutki przypominają rozwiązania z Budapesztu.

Po pierwsze: erozja wewnętrznej autonomii uczelni

Najważniejsze decyzje finansowe, organizacyjne i polityczne podejmuje się na wydziałach. Ze względu na bliskie stosunki formalne i osobiste pracowników naukowych w ramach jednego wydziału, a także demokratyczne mechanizmy wyboru władz wydziału, są to jednostki administracyjne uniwersytetów o najsilniejszej tożsamości i poczuciu wspólnej sprawy.

To dlatego węgierska reforma wprowadziła rządowych kanclerzy do zarządzania finansami każdego wydziału, a nie uniwersytetu.

Bez niskopoziomowej demokracji uczelnianej nie ma mowy o sprawnym opieraniu się silnej zewnętrznej władzy rektora czy ministra. Autorzy projektu doskonale zdają sobie z tego sprawę, dlatego nowa ustawa zniesie obowiązkowy podział na wydziały i przekazuje w zasadzie całkowitą władzę w ręce rektorów, tradycyjnie bliskich ministerstwu.

W uchwale z marca 2018 Rada Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego – gremium nieszczególnie skłonne do rewolt, w którym zasiadają również wysocy urzędnicy związani z obecną partią rządzącą – pisze:

„Szczegółowa analiza projektu ustawy upoważnia do stwierdzenia, że wbrew deklarowanym założeniom w znacznej mierze służy on na uczelniach utrwaleniu starego układu, jednocześnie potencjalnie umożliwiając pozbycie się z uczelni czynników niesubordynowanych.

Przyjęty system jest prosty: ustawy przyznają rektorom władzę niemal absolutną, a ci, popierając projekty Min. J. Gowina, dają w efekcie asumpt w ograniczaniu autonomii poszczególnych wydziałów”.

Po drugie: ścisła kontrola nad finansowaniem etatów i projektów

Wbrew oficjalnym deklaracjom rządy Polski i Węgier są znacznie bardziej zainteresowane humanistyką i naukami społecznymi niż naukami przyrodniczymi i technicznymi.

Podstawowym celem jest przykręcenie kurka z budżetu dziedzinom tradycyjnie uciążliwym dla rządzących; tym, które analizują poczynania władzy w ramach codziennej pracy badawczej.

Na Węgrzech w 2011 roku Orbán próbował zlikwidować bezpłatne studia prawnicze, ekonomiczne i socjologiczne. Lista akademików opublikowana przez Figyelő koncentruje się na przedstawicielach nauk społecznych. Finansowanie trafi tylko do tych prawników, ekonomistów, politologów, socjologów, którzy nie będą poruszać problematycznych dla partii lub podejrzanych ideologicznie obszarów badawczych.

I znów użyteczna okazała się instytucja rządowego kanclerza na wydziałach, a teraz odebranie MTA budżetu na projekty badawcze odetnie węgierskich naukowców od ostatniego niezależnego od Orbána publicznego źródła finansowania.

W Ustawie Gowina rektorowi przyznaje się zwiększona funkcję kontrolną nad pracownikami uczelni, a kryteria okresowej oceny naukowców będą ustalane rozporządzeniem ministra o nieznanych jeszcze założeniach. Instytuty Polskiej Akademii Nauk, jedynej publicznej instytucji naukowej w Polsce ze znacznym finansowaniem i bez rektora, którego silniejsze kompetencje można by jakkolwiek uzasadnić, będą mogły być przyłączane do uniwersytetów według widzimisię ministra.

Innowacyjność i deregulacja to najnowsza przykrywka dla zaprowadzania autorytarnych rządów.

Na Węgrzech są to pozory wręcz śmiesznie płytkie: jednego dnia Orbán zapowiada, że nie będzie ograniczenia liczby bezpłatnych miejsc na uniwersytetach, a następnego ogłasza, że na niektórych kierunkach miejsc bezpłatnych nie będzie w ogóle. W Polsce społeczeństwo obywatelskie jest jednak silniejsze niż na Węgrzech, a poparcie dla PiS odległe od totalnej dominacji Fideszu.

Nad Wisłą trzeba było lepszego kamuflażu, a nie ma lepszego kamuflażu niż człowiek z tym samym od lat przekazem, akurat zbieżnym z neoautorytarną modą. Dlatego Gowin był idealnym kandydatem na twarz tej reformy.

Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego spędził dwa lata opowiadając o innowacjach, a tymczasem urzędnicy dobrej zmiany pisali mu pod nosem ustawę po cichu wprowadzającą na uczelniach rozwiązania sprowadzone żywcem z Węgier. Na ile było to jego intencją przestało mieć już znaczenie.

To z nazwiskiem Gowina kojarzony będzie ostateczny demontaż niezależnej nauki w III RP.


Borys Jastrzębski – współpracownik OKO.press, pisał m. in. dla Res Publiki Nowej, Tygodnika Polityka, Krytyki Politycznej i Polski The Times. Studiował w Kolegium MISH Uniwersytetu Warszawskiego oraz na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim w Budapeszcie.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym