0:00
0:00

0:00

Burmistrz warszawskich Włoch, Artur W., znany z zamiłowania do luksusu i jazdy lamborghini, o którym zresztą nie poinformował w oświadczeniu majątkowym, został przyłapany przez agentów CBA na przyjęciu łapówki od Sabriego B. Turecki biznesmen starał się o wydanie korzystnej decyzji administracyjnej.

O co chodzi w tej aferze?

Gra w planowanie

System planowania przestrzennego służy do godzenia sprzecznych interesów poszczególnych osób zainteresowanych kształtem naszego otoczenia. Mieszkańcy chcą przestrzeni o wysokiej jakości życia. Biznes zdominowany przez deweloperów interesuje przede wszystkim maksymalizacja zysku. Gdzieś pomiędzy krążą samorządowcy: odpowiedzialni politycznie przed mieszkańcami, ale również zainteresowani równoważeniem finansów.

Ich wystawienie na korupcyjne pokusy jest oczywiste.

To właśnie władze szczebla lokalnego są odpowiedzialne za planowanie przestrzenne, które w założeniu ma regulować inwestorskie zapędy. Związany z planowaniem system ulega w Polsce systematycznym zmianom, które raz na dekadę lub dwie wywracają całość do góry nogami.

System składa się – w dużym uproszczeniu – z dwóch najważniejszych elementów.

Pierwszy to „studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego gminy”. Pod tą długą nazwą kryją się tzw. masterplany, czyli strategiczne plany uchwalane dla całych gmin lub miast. Nie jest z nimi aż tak źle, nawet jeżeli jakość wykonania tej dokumentacji bywa różna. Zdaniem GUS studia te pokrywają obecnie ok. 99 proc. powierzchni Polski.

Studia to jednak dokumenty zawierające raptem zbiór ogólnikowych wytycznych. Nie mają mocy prawnej, a realizacja inwestycji w obecnym ładzie prawnym nie musi być zgodna z ich ustaleniami. W związku z tym kluczowym elementem stają się miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego (MPZP).

Te ostatnie sporządza się dla mniejszych obszarów. Ich ustalenia są bardziej precyzyjne i mają moc prawną.

Niestety, na koniec ubiegłego roku aż 69,4 proc. powierzchni Polski takich planów nie posiadało. Warszawa wypada pod tym względem trochę lepiej niż średnia, bo planów nie ma „tylko” 63,7 proc. powierzchni stolicy. Lepiej radzą sobie Kraków (38,2 proc.) i Wrocław (41,9 proc.), a wyraźnie gorzej Łódź (79,5 proc.).

Z roku na rok planów przybywa, ale dzieje się to bardzo powoli. Zbyt powoli.

Przeczytaj także:

Wuzetka, czyli prosta droga do łapówki

Często opracowanie planu zajmuje kilkanaście lub więcej lat. Czy to oznacza, że miasto przestaje się w tym czasie rozwijać i zabudowywać? Bynajmniej. W obowiązującej od 2003 roku ustawie o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym wprowadzono instytucję o nazwie „decyzja o warunkach zabudowy i zagospodarowania terenu”. Popularnie określa się ją mianem „warunków zabudowy” lub jeszcze prościej – „wuzetki”.

Plany miejscowe nie zawsze są dobre pod względem jakości wykonania i same w sobie mogą stać się przedmiotem rozmaitych nacisków i manipulacji. Są jednak przynajmniej przewidywalne, mają precyzyjne reguły: mówią, co budować, w jakiej proporcji i wysokości, a biorą pod uwagę względy estetyczne.

Wuzetki nie uchwala kontrolowana politycznie rada, jest to bowiem jednostkowa decyzja administracyjna wójta, burmistrza lub prezydenta miasta. Często wydaje ją oddelegowana do tego celu jednostka niższego rzędu, na przykład warszawska dzielnica.

W teorii organy wydające wuzetki muszą przestrzegać pewnych zasad. W praktyce interpretują je nad wyraz swobodnie. Skoro zasady są niejasne, a przepisy pełne luk, pojawia się pole do korupcji. Inwestorzy naciskają i płacą pod stołem za to, co chcą uzyskać.

Pokusy są duże, bo wpływ na planowanie i decyzje dotyczące wuzetek mają często osoby, które w samorządzie wcale nie zarabiają wielkich pieniędzy. Łatwo je więc przekupić.

Ile wynoszą pobory radnej będącej przewodniczącą komisji odpowiedzialnej za planowanie przestrzenne na poziomie warszawskiej dzielnicy? To zarobki na poziomie ok. 2,4 tys. zł. Brutto. Na rękę będzie to już kwota około pięć razy mniejsza niż cena zakupu jednego metra kwadratowego mieszkania w Warszawie.

Zarobki aresztowanego burmistrza Włoch były wyższe - wedle oświadczenia majątkowego w ubiegłym roku sięgnęły 146,2 tys. zł. Ale i w jego przypadku jedna domniemana łapówka przekroczyła jednak jego roczne pobory.

Wuzetka miała dotyczyć sytuacji wyjątkowych. W praktyce w latach 2009-2018 wydano 1 443 418 takich decyzji. Polski rozwój przestrzenny tylko w teorii opiera się zatem na planach, których nie posiada większość powierzchni kraju. Najważniejszym elementem regulującym Polską przestrzeń są tak naprawdę wuzetki.

Na styku biznesu i urbanistyki

Wuzetki dotyczą rozmaitych inwestycji. Czasem są to domki jednorodzinne, innym razem biurowce w centralnych dzielnicach. W taki sposób decydowano np. o wieżowcu powstającym obecnie… u zbiegu ul. Marszałkowskiej z al. Jerozolimskimi. To być może najbardziej prestiżowe skrzyżowanie w Polsce.

W skali całego miasta w latach 2009-2018 wydano 17 657 takich jednostkowych decyzji. Nie oznacza to, że wszystkie uległy realizacji. Taki jest zresztą charakter wuzetki – wydaje ją się łatwo, aby ją otrzymać, nie trzeba być nawet jeszcze właścicielem nieruchomości.

Po wuzetkę sięgają w związku z tym na przykład osoby dysponujące roszczeniami dekretowymi do kamienic objętych “dziką reprywatyzacją”. Nawet jeśli nie przejęły jeszcze w pełni budynku, już mogą planować jego nadbudowę. Nie szkodzi, że już projektowany plan miejscowy tego zabrania.

Przed paroma dniami media informowały o planach budowy w tym samym trybie 11-piętrowego bloku w Bielsku-Białej. W czym problem? Mowa o jednym z najwyższych budynków w mieście. Brak planu miejscowego pozwala ominąć tu ustalenia masterplanu, który sugeruje w tej okolicy zabudowę o skali 2,6 kondygnacji. Czyli mówiąc po ludzku: budowę domków jednorodzinnych.

Jak powszechne jest to zjawisko? Już 10 lat temu, czyli po raptem kilku latach istnienia obecnych przepisów, mniej więcej co piąty pracownik branży budowlanej deklarował, że miał do czynienia z korupcją przy wuzetkach. Były to zresztą jedne z najwyższych łapówek w tym sektorze. W ubiegłym roku skazano byłego burmistrza Gietrzwałdu, odwołanego przez mieszkańców w referendum. Kiedy pracował w referacie planowania przestrzennego, podrobił wuzetkę dla nieruchomości, którą następnie kupił.

W stolicy wystarczy spojrzeć na okolice ul. Łopuszańskiej w Warszawie, czyli obszar kojarzony z domniemaną łapówką dla burmistrza Włoch. Niebieskie pola i punkty to działki objęte wuzetkami wydawanymi w ostatnich latach w tej dzielnicy. Sprawa dotyczy prestiżowej okolicy z wysokimi cenami nieruchomości. Położonej blisko kluczowego węzła na ważnej wylotówce ze ścisłego centrum Warszawy w kierunku autostrady A2.

Źródło: mapa.um.warszawa.pl

Zagęszczenie niebieskiego koloru pokazuje, że wuzetki kształtują nie tylko pojedyncze inwestycje, ale całe kwartały. W sposób niespójny, nieskoordynowany, wystawiony na korupcję. Wydawanym decyzjom nie towarzyszy natomiast przemyślany plan, tylko niepewne i jednostkowe decyzje.

Kiedy w tym miejscu będzie uchwalony regularny MPZP? Trudno powiedzieć, skoro prace nad nim trwają już przeszło 9 lat. Rada Warszawy uchwałę o przystąpieniu do jego sporządzenia przyjęła 21 października 2010 roku. Od tego czasu okolica zmienia się nie do poznania i seriami powstają kolejne biurowce.

Turecki biznesmen

Człowiek przyłapany na wręczaniu łapówki Arturowi W. to biznesmen Sabri B., który w okoliczne nieruchomości inwestuje od wielu lat. To właśnie on razem ze wspólnikami rozpoczął w 1998 roku budowę pobliskiego centrum handlowego Blue City.

Dzisiaj liczy ono sobie 158 tys. metrów kw. powierzchni użytkowej, a działalność prowadzi w nim aż 230 sklepów, 25 restauracji i wielosalowe kino. Na działkę, na której położone jest Blue City, też zresztą wydano w przeszłości wuzetkę. Z trudno zrozumiałych względów miejski system informacji przestrzennej nie podaje jednak żadnych informacji na jej temat.

Podobny rozmach mają inne inwestycje, z którymi łączony jest turecki milioner. Rok po rozpoczęciu prac nad Blue City zainwestował on w klub piłkarski Pogoń Szczecin. Drużyna ta osiągnęła krótkotrwały sukces sportowy, sięgając nawet po wicemistrzostwo Polski. Już w 2001 r. została jednak porzucona przez B. z ogromnymi długami, a po kilku latach zbankrutowała i odbudowywała się od podstaw. Także i w tym przypadku chodziło o nieruchomości. Biznesmen wszedł bowiem ze szczecińskim samorządem w spór dotyczący dzierżawy 18 hektarów wokół stadionu Pogoni.

Nazwisko B. wraca jak bumerang przy wielu inwestycjach na styku interesów samorządu i branży nieruchomości. Ostatnio łączony był w styczniu z pomysłem zakupu innego podupadłego klubu w dużym mieście – Stomilu Olsztyn.

To, co jest wspólnym mianownikiem tych historii, to przestarzały charakter aren sportowych. Ich modernizacja, zarówno w Szczecinie, Olsztynie, a także Bytomiu, gdzie w kontekście stadionu lokalnej Polonii nazwisko B. wspominały lokalne media, dawałaby pole do popisu przy okazji inwestycji na rynku nieruchomości.

Podobnych historii jest zresztą więcej. W samej Warszawie wielu inwestorów od lat ostrzy sobie z tego względu zęby na stadion Polonii, ulokowany tuż obok prestiżowego nabrzeża Wisły i Starego Miasta. Jeszcze parę lat temu właścicielem tego klubu był inny ekscentryczny milioner z branży nieruchomości i właściciel wielkiej firmy deweloperskiej J.W. Construction – Józef Wojciechowski.

Jak pozbyć się wuzetek?

Odpowiedzialność polityczną za problemy tworzone przez wuzetki obarczają właściwie wszystkie obozy polityczne.

Ten oczywisty, groźny i jawnie korupcyjny bubel prawny wprowadziła w 2003 roku chyląca się już wówczas ku upadkowi koalicja SLD-UP-PSL. Poparła go też wtedy Samoobrona. Ani rządząca później przez 8 lat razem z ludowcami Platforma, ani sprawujący władzę dwukrotnie przez łącznie przeszło 6 lat PiS, nie podjęły próby demontażu wuzetki w polskim systemie prawnym. I to pomimo otwartej krytyki ze strony ekspertów.

Co można w tej sytuacji zrobić? Dość oczywiste wydają się trzy potencjalne ścieżki.

  • Wariant pierwszy to prosta nowelizacja istniejącej ustawy. Za jej pomocą można byłoby zwyczajnie nadać moc prawną ustaleniom obecnych masterplanów. Nie jest to rozwiązanie doskonałe. Zwłaszcza ze względu na niską jakość niektórych studiów, o czym wspominał w rozmowie z OKO.press urbanista Grzegorz Buczek. Sugeruje on, że obecne masterplany to swoisty ukryty dług publiczny. Pozwala bowiem wyłudzać właścicielom nieruchomości odszkodowania za utracone korzyści po uchwaleniu niekorzystnych dla nich MPZP. To wada obecnych przepisów, skoncentrowanych bardziej na dopieszczaniu własności prywatnej niż ładzie przestrzennym. Proponowane w tym wariancie rozwiązanie jest jednak z pewnością najszybsze. Budowa centrum handlowego zamiast domków jednorodzinnych czy ogródków działkowych stanie się wówczas niemożliwa. Ustalenia studiów, nawet jeśli dyskusyjne, są przynajmniej łatwo dostępne i przewidywalne.
  • Kolejna możliwa droga to zmiana całej ustawy. Taki scenariusz rozważany jest od kilku lat przez kolejne rządy. Najnowszy wariant zakłada przekształcenie studiów i MPZP w nowe dokumenty planistyczne. Takie masterplany miałyby mieć już moc prawną. Wada tego pomysłu? Znowu cały system miałby być organizowany od początku. A to otwiera drogę do tworzenia nowych luk w przepisach. Prace nad ustawą wloką się w dodatku od kilku lat. Zmianom ulegają nie tylko same projekty, ale nawet pracujące nad nimi zespoły eksperckie.
  • Wariant trzeci wydaje się najlepszy. To całkowity zakaz zabudowy czegokolwiek na obszarach, które nie są zaplanowane, czyli 2/3 terytorium Polski. Takie przepisy wymusiłyby na samorządach, aby wreszcie uchwaliły MPZP. Tymczasowo należałoby wprowadzić okres przejściowy na przynajmniej kilka lat, zanim takie przepisy weszłyby w życie.

Nawet jeśli nie wszystkie plany uda się uchwalić do tego czasu, przynajmniej zahamuje to niekontrolowaną urbanizację.

Pierwszym zagrożeniem jest oczywiście potencjalnie niska jakość planowania. Drugie, to znany z przypadku speucstaw mechanizm ciągłego przedłużania ich ważności, chociaż teoretycznie to akty prawne obowiązujące jedynie tymczasowo. Mimo wszystko system stanie się dzięki temu przejrzysty, a kształt przyjmowanych planów będą w takim wariancie głosować całe rady miast i gmin. A nie w większym stopniu narażeni na korupcję i słabiej kontrolowani urzędnicy.

Historie wuzetek do złudzenia przypominają przypadek dzikiej reprywatyzacji. Dopóki nie zostanie uchwalona dotycząca jej ustawa w jasny sposób regulująca kwestię odszkodowań za wywłaszczone mienie, nic się nie zmieni. Cały proces będzie miał bowiem korupcyjny charakter i będzie narażony na jednostkowe błędy w decyzjach pojedynczych urzędników i sędziów. Wuzetki wprowadzają podobny chaos.

Dopóki istnieją w porządku prawnym, dopóty będzie można spodziewać się większej liczby Arturów W.
;
Łukasz Drozda

politolog i urbanista, adiunkt w Instytucie Profilaktyki Społecznej i Resocjalizacji UW. Autor m.in. książki pt. „Urbanistyka oddolna: koszmar partycypacji a wytwarzanie przestrzeni” (2019).

Komentarze