Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: il. Iga Kucharska / OKO.pressil. Iga Kucharska / ...

Powiedz nam, co myślisz o OKO.press! Weź udział w krótkiej, anonimowej ankiecie.

Przejdź do ankiety

Ulica Kissameqqotruunnguaq pnie się do góry pod ostrym kątem. Po zupełnie zasypanej śniegiem drodze trudno iść – spod świeżego śniegu co chwila przebija warstwa lodu. W Nuuk nikt nie bawi się w odśnieżanie chodników. Usuwane są co najwyżej zaspy i warstwy zalegającego śniegu.

Z naprzeciwka pewnym krokiem w dół schodzi starsza kobieta. Do butów ma przymocowane stare, metalowe raczki, na brodzie wytatuowaną niebieską, cienką kreskę. To inuicki tatuaż, który kiedyś kobiety tatuowały na znak pełnoletności.

Dziś, pomimo że na wyspie ogromną większość ludności – 50 z 57 tysięcy – stanowią Inuici, czyli ludność rdzenna tych terenów, ta tradycja nieco zaginęła. Choć coraz więcej młodych kobiet wraca do tego zwyczaju w geście celebrowania swojej kultury.

Rok bez snu

– Nie chcę rozmawiać o Trumpie – mówi, gdy zagaduję ją o to, co dziś interesuje media z całego świata. Po roku stresów i niepewności Karen, bo tak na imię, dopiero co znowu zaczęła przesypiać noce.

– Z nadzieją przyjęliśmy słowa Trumpa o tym, że „nie chciałby” jednak siłowo przejmować wyspy i że jest gotów zadowolić się jakimś rodzajem umowy z Grenlandią, która da USA gwarancje większej obecności wojskowej na wyspie, a być może i dostęp do surowców naturalnych – mówi, wspominając o nagłej zmianie retoryki wobec Grenlandii podczas szczytu w Davos. – To złagodziło napięcie, które narastało od początku roku. Ale czy można na tym polegać? – zastanawia się Karen.

– Trumpowi nie można ufać – podkreśla kobieta.

Po raz pierwszy wyrażone w 2019 roku, a następnie powtórzone w 2025 roku, tuż po powtórnym dojściu do władzy, groźby Donalda Trumpa dotyczące chęci przejęcia kontroli nad Grenlandią, wstrząsnęły lokalną społecznością.

Najpierw w 2019 roku Trump zaoferował Danii odkupienie wyspy. To zaskoczyło Grenlandczyków podwójnie – z jednej strony, co to za pomysł? Czy zakupy terytoriów to nie jakaś anachroniczna praktyka sprzed wieków? A z drugiej: Grenlandia jest terytorium autonomicznym i sama podejmuje decyzje o swojej przynależności politycznej. Zwracając się do duńskiego rządu, Trump zupełnie to pominął.

7 stycznia 2025 roku sytuacja stała się jeszcze poważniejsza. Amerykański prezydent stwierdził, że nie wyklucza siłowego przejęcia wyspy. To wzbudziło panikę.

– Ludzie zaczęli się zastanawiać, czy w razie inwazji, mielibyśmy jakiekolwiek szanse? Grenlandia nie ma armii, w kwestii obronności całkowicie polega na Danii. Ile czasu Duńczykom zajęłoby przerzucenie wojsk, by nas bronić? Ile czasu obcemu wojsku mogłoby zająć opanowanie najważniejszych punktów wyspy? Nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawialiśmy. A nagle stało się tematem rozmów niemal w każdym domu – opowiada Karen.

Wiele osób zaczęło nawet rozważać wyjazd z wyspy.

– To był bardzo trudny czas. Ludzie są bardzo straumatyzowani – mówi Karen.

Przeczytaj także:

To, czego lepiej nie wspominać

Karen jest emerytowaną nauczycielką. – Od wszystkiego – mówi z uśmiechem. 35 lat przepracowała w szkole podstawowej w Nuuk, ale urodziła się na północy w małej osadzie rybackiej, która już nie istnieje. Jej ojciec był rybakiem.

W latach 60., jak wielu mieszkańców małych, rozsianych głównie po wschodnim i północno-wschodnim wybrzeżu Grenlandii osad, jej rodzina została przesiedlona do rozrastającej się wówczas stolicy.

Przyzwyczajeni do życia w małych wioskach Kalaallici – jak w jednym z rodzimych dialektów określają się mieszkańcy Grenlandii, czyli Kalaallit Nunaat – zostali stłoczeni w przypominających długie baraki niskich blokach mieszkalnych.

Dla wielu ta zmiana stylu życia była źródłem traumy. Wyrwani ze swojego otoczenia, często zamieszkiwanego przez ich rodziny od pokoleń, Inuici stracili wszystko.

Życie, które od stuleci było budowane wokół sztuki przetrwania w niezwykle trudnych, arktycznych warunkach, co wymagało unikatowych umiejętności i niezwykłego rzemiosła, zostało przeniesione do kilkudziesięciometrowych mieszkań w betonie. Zgodnie z duńską zasadą, że na głowę należy się 20 metrów kwadratowych.

Ciepła woda w kranie i grzejniki były nie tyle wygodą, ile świadectwem tego wykorzenienia.
Zaśnieżona ulica w arktycznym miasteczku; na ścianie bloku ogromny mural kobiety opierającej dłoń na głowie niedźwiedzia polarnego, w tle długi biały blok mieszkalny, na pierwszym planie dziecko idzie po śniegu.
Jedne z pierwszych bloków mieszkalnych zbudowanych w Nuuk. To do takich bloków przesiedlani byli mieszkańcy małych grenlandzkich osad w latach 50 i 60. XX wieku. Fot. Paulina Pacuła, OKO.press

Gromadząc ludzi w jednym mieście, duńskim władzom łatwiej było zapewnić podstawowe usługi publiczne. Do dziś w stolicy mieszka blisko połowa populacji wyspy. Reszta rozsiana jest w kilkunastu niedużych miasteczkach głównie na zachodzie, południu i południowym wschodzie wyspy. Najmniejsze osady liczą po kilkuset mieszkańców, większe do pięciu tysięcy. Dostać się tam można co najwyżej samolotem lub łodzią. Między Nuuk a mniejszymi miasteczkami w ogóle nie ma połączeń drogowych.

– Ludzie wciąż żyją w ogromnej izolacji – mówi Karen.

Ucywilizować, czyli wykorzenić

Te przymusowe przesiedlenia i „modernizacja” to wspólne doświadczenie ludności rdzennej niemal ze wszystkich zakątków świata, do których dotarli zachodni kolonizatorzy. Zmuszanie ludzi do porzucenia tradycyjnego stylu życia, a co za tym idzie często znanych od tysiącleci sposobów utrzymania, było elementem ich „cywilizowania”.

Nierzadko doskonale dostosowany do wymogów środowiskowych tryb życia, w przypadku Inuitów oparty na łowiectwie, a np. w przypadku Saamów, ludów rdzennych północnej Europy, półnomadyczny tryb życia oparty na wypasie reniferów, w oczach kolonizatorów uchodził za „gorszy”.

Przejawem „cywilizacji” było nie łowiectwo, zbieractwo, nomadyzm czy kultura oralna, oparta na ustnych przekazach, lecz osadnictwo, rolnictwo i kultura piśmienna. Bez względu na to, czy warunki klimatyczne i środowiskowe odpowiadały wymogom takiego sposobu życia.

Te przymusowe przemiany społeczne najczęściej owocowały nie tylko bolesnym wykorzenieniem i utratą tożsamości, ale też znacznym zubożeniem i rozwojem patologii, w którą popadali ludzie, którym ciężko było odnaleźć się w nowych warunkach.

To także doświadczenie Karen i jej rodziny. Po tym, jak przenieśli się do Nuuk, jej ojciec popadł w alkoholizm i hazard. Ale tego Karen nie chce wspominać.

Jej zdaniem Trump chce Grenlandii ze względu na jej bogactwa naturalne. Bo przecież rozbudowa amerykańskich baz wojskowych jest możliwa na mocy umowy podpisanej między USA i Danią jeszcze w 1951 roku. – Wszyscy chcą teraz Grenlandii z tego powodu. Ale czy naprawdę wszystko trzeba wydrzeć ziemi i zużyć? – pyta.

Każde zdanie wypowiada cicho, powoli i z łagodnym uśmiechem.

– Światu potrzeba więcej szacunku – mówi.

To zdanie brzmi tak, jakby odnosiło się do wszystkiego. I do tego, co wczoraj, i do tego, co dziś, i do tego, co jutro. Podczas kilkudniowego pobytu w Nuuk usłyszę je wielokrotnie.

Kolorowe miasto

– Grenlandczycy już znają tę historię: potężny, biały mężczyzna chce zająć ich ziemię, by eksploatować jej zasoby. To nie pierwszy raz, gdy doświadczamy tego – mówi Miiti Geisler, właścicielka małej galerii z lokalnym rzemiosłem i inuicką sztuką w Nuuk.

Jej galeria mieści się w małym niebieskim domku położonym na niedużym klifie na samym wybrzeżu, w części Starego Nuuk, czyli dawnego, kolonialnego portu.

Z okien rozciąga się widok na krystaliczne wody fiordu Nuup Kangerlua. To najdłuższy fiord okalający Grenlandię od wschodu Morza Labradorskiego. Wzdłuż jego brzegów położona jest większość zamieszkałych miasteczek Grenlandii.

Na wysokości Nuuk wybrzeże fiordu usiane jest charakterystycznymi, kolorowymi domkami. To pozostałość po duńskich kolonizatorach, którzy stosowali kolory jako system rozpoznawczy: szpitale były żółte, kościoły i szkoły czerwone, domy rybaków i przetwórnie ryb niebieskie, a komendy policji czarne.

Małe, różnokolorowe domki na zasypanym śniegiem wybrzeżu nad wodą.
Jeden z najbardziej rozpoznawalnych widoków w Nuuk. Zbudowane przez duńskich kolonizatorów domy to dziś jedne z najdroższych nieruchomości w grenlandzkiej stolicy. Fot. Paulina Pacuła

Wyraziste kolory miały ułatwiać poruszanie się w arktycznych warunkach. Kontrastowe kolory ułatwiały orientację w terenie np. podczas zamieci śnieżnych. Do dziś domy w Nuuk malowane są w ten sposób. Te w starym porcie to obecnie jedne z najdroższych nieruchomości w mieście.

– Kolorowe miasto – tak Grenlandczycy nazywają swoją stolicę – mówi Miiti.

Z innego świata

Pogrążony w mroźnym błękicie arktyczny krajobraz i cisza sprawiają, że międzynarodowa gorączka wokół Grenlandii wydaje się odległa i nierealna. Ale to tylko miła, napędzana potęgą i pięknem wyspy, iluzja.

– Nie chcemy być Duńczykami, nie chcemy być Amerykanami. Jesteśmy odrębnym narodem i mamy prawo do decydowania o sobie. Grenlandia nie jest na sprzedaż – mówi Miiti stanowczo, powtarzając słowa premiera Grenlandii, Jensa-Frederika Nielsena ze stycznia 2026.

Podkreśla, że USA zachowują się tak, jakby Grenlandia była jakąś niezamieszkaną przez nikogo ziemią niczyją. Takim „big, beautiful piece of ice”, jak mówił Trump w Davos. Ale tak nie jest.

Od tysięcy lat wyspę zamieszkują Inuici, ludność rdzenna Ameryki Północnej. Jako pierwsi mieszkańcy wyspy Inuici mają szczególne prawa. Z jednej strony, zgodnie z Kartą Narodów Zjednoczonych, mają uniwersalne prawo do samostanowienia. Z drugiej, ze względu na fakt, że przodkowie Inuitów zamieszkiwali te ziemie na długo przed przybyciem tu pierwszych Europejczyków w X wieku, na mocy międzynarodowych konwencji o ochronie praw ludności rdzennej, to Inuici mają szczególne prawo do ziemi i jej zasobów.

To m.in. dlatego Grenlandia cieszy się sporą autonomią. To lokalne władze odpowiadają za sprawy wewnętrzne, służbę zdrowia, edukację, politykę gospodarczą, i – co najważniejsze – w pełni dysponują zasobami naturalnymi wyspy. Dania wciąż odpowiada jednak formalnie za politykę zagraniczną, bezpieczeństwo, politykę monetarną oraz wymiar sprawiedliwości.

Taki podział odpowiedzialności to skutek dwóch fal usamodzielniania się wyspy. Najpierw w 1979 roku, gdy za zgodą duńskiego parlamentu na wniosek mieszkańców wyspy przyjęto akt o rządach autonomicznych (tzw. Home-Rule Act), a następnie w roku 2009, gdy – także za zgodą duńskiego parlamentu po referendum – rozszerzono grenlandzką autonomię, przyjmując akt o samorządności (tzw. Act on Greenland Self-Government).

W swojej narracji na temat planów zakupu, czy przejęcia kontroli nad wyspą, władze USA zupełnie pomijają ten wątek. Grenlandia znowu, jak za czasów kolonialnych, pozbawiana jest podmiotowości.

– Ludzi to drażni. Niektórzy mówią, że to skutek „niepodległościowego rozkroku”. Grenlandia nie jest ani w pełni niepodległa, ani nie jest po prostu częścią Danii – tłumaczy Miiti.

Podkreśla, że jej zdaniem Donald Trump nie ma za grosz szacunku. Ani do ludzi, ani do ziemi. – Jego zdaniem wszystko można kupić. A tak nie jest. Jeśli zniszczymy ziemię, nie będziemy w stanie przetrwać. Bo nie da się jeść pieniędzy. Trudno o większą przepaść między jego spojrzeniem na świat a spojrzeniem Inuitów – mówi Miiti.

Być jak Duńczyk

Tuż obok wejścia do galerii Miiti na klifie stoi osobliwy pomnik. Składa się z trzech lekko zakrzywionych łuków, ozdobionych kolorowymi kamieniami. Łuki reprezentują trzy ludy inuickie, które zamieszkują Grenlandię: Kalaallitów z zachodniej Grenlandii, Inugguitów z okręgu Thule, oraz Iitów ze wschodniej Grenlandii. Spaja je duży centralnie ułożony kamień. Symbolizuje ziemię, która łączy inuickie ludy. Kamienie na pomnik były zbierane po całej wyspie. Pomnik stanął tu w 2009 roku w celu uczczenia wejścia w życie aktu o samorządności. – To był piękny moment – wspomina Mitti.

Miiti całe życie obserwowała, jak inuicka kultura uważana jest za gorszą, a Inuici za nieporadnych i niezdolnych do samodzielnego funkcjonowania. Do tego stopnia, że jej koleżanki usiłowały być „bardziej jak Dunki”: nie tatuowały twarzy, nie nosiły strojów ludowych, zamiast po grenlandzku, mówiły po duńsku. Duńczycy, którzy przyjeżdżali na wyspę, by prowadzić zaplanowane przez duńskie władze „projekty modernizacyjne”, mieli szereg przywilejów. Na mocy specjalnej ustawy z 1964 roku zarabiali więcej od Grenlandczyków, nawet jeśli pracowali na tych samych stanowiskach. Dostawali za darmo mieszkania, mieli płatne urlopy. To nierówne traktowanie bardzo rzucało się w oczy.

Kiedy była dzieckiem i chodziła do szkoły, zamiast po grenlandzku, musiała się uczyć po duńsku. Teoretycznie szkoły były dwujęzyczne, ale to, że brakowało inuickich nauczycieli, powodowało, że nauka odbywała się po duńsku. Zamiast poznawać inuickie tradycje, grenlandzkie dzieci poznawały i praktykowały duńskie zwyczaje. Celem duńskiej polityki oświatowej w Grenlandii w latach 50., 60. i 70. było „zduńszczenie” wyspy. Usiłowano wykorzenić dawne tradycje, by zasymilować ludność lokalną z resztą duńskiego społeczeństwa. W 1953 roku, by uniknąć ryzyka oderwania się kolonii od wyspy w okresie powojennej dekolonizacji, Dania zdecydowała o wcieleniu Grenlandii do swojego terytorium. Grenlandia stała się integralną częścią królestwa.

Miiti widziała tę niesprawiedliwość, ale pomimo że wszystko wokół kazało jej się czuć gorszą, odczuwała wielką dumę ze swojej kultury. To dlatego, już jako młoda dziewczyna, postanowiła, że będzie działać na rzecz kultywowania inuickich tradycji. Galerię z inuicką sztuką otworzyła w 1994 roku.

– Inuici mają niezwykłą wiedzę i umiejętności, które przez stulecia pozwalały im przetrwać w surowym i wymagającym środowisku. To są umiejętności związane z myślistwem, łowiectwem, budowaniem kajaków z drewna bez użycia nowoczesnych, mechanicznych narzędzi. To ziemia nas ukształtowała i wychowała. Nie posiadamy jej, tylko użytkujemy. Szanujemy ją, bo ona nas karmi – mówi.

Skutkiem tego historycznego przywiązania do ziemi jako żywicielki jest to, że Grenlandia ma ciekawie skonstruowane prawo własności. Grenlandczycy nie posiadają ziemi, a na wyspie praktycznie nie istnieje handel nieruchomościami, poza handlem zabudowaniami. Gdy ktoś chce postawić dom, zwraca się do władz lokalnych z prośbą o wskazanie kawałka ziemi, gdzie może to zrobić. Tym samym zyskuje prawo do użytkowania tego kawałka gruntu, ale nie staje się jego właścicielem.

Ta zasada to pozostałość po tzw. komunizmie pierwotnym, który charakteryzował organizację społeczną Inuitów w okresie przed kolonialnym. Władzom kolonialnym nie opłacało się tego zmieniać, bo to ułatwiało przesiedlanie ludności celem urbanizacji południowo-zachodniego wybrzeża. Grenlandczycy szydzą więc z Trumpa, który na wszystko patrzy okiem handlarza nieruchomości.

– Dla Trumpa ten brak własności ziemi to pewnie zupełnie nie do pomyślenia. A naszym zdaniem to podejście ma głęboki sens: ziemia nie jest niczyją własnością, my ją tylko zamieszkujemy i użytkujemy. To rodzi pokorę i szacunek. A świat potrzebuje tych jakości – podkreśla Miiti.

Pozbyć się kolonialnych wspomnień

Nieopodal galerii Miiti, na niedużym wzgórzu, nad niemal gęstą od lodu wodą, w oczy rzuca się kamienny pomnik mężczyzny w długiej szacie, o okrągłej twarzy i lekko kręconych włosach. To Hans Egede, norwesko–duński misjonarz, który dotarł na wyspę w 1721 roku. Pomimo że pierwsi Europejczycy (Norwegowie), dotarli tu już wcześniej, około X wieku, to od tego momentu datuje się formalnie kolonialne panowanie nad wyspą. Norwegowie przetrwali na wyspie zaledwie kilka stuleci. Osadnictwo norweskie zniknęło koło XV-XVI wieku prawdopodobnie ze względu na ochłodzenie klimatu.

Gdy na wyspę przybył Egede, nie zastał tu nikogo poza Inuitami, których ostatnia fala migracji dotarła na wyspę chwilę po Norwegach w XI wieku. To dlatego w Norwegii wciąż żywe jest przekonanie, że rdzenny charakter Inuitów w Grenlandii jest wątpliwy. Ale to nieprawda. Grenlandię już 2,5 tysiąca lat przed naszą erą zamieszkiwały ludy protoinuickie, w związku z czym to Inuici uznawani są za ludy rdzenne tych terenów.

W 2020 roku, na trzy dni przed grenlandzkim dniem narodowym, który od 1979 roku, kiedy podpisano pierwszy akt o częściowej autonomii Grenlandii, obchodzony jest 21 czerwca, pomnik Hansa Egedego został oblany czerwoną farbą, a na cokole napisano: „Decolonize” (z ang. zdekolonizuj).

Gest był wezwaniem do usunięcia ostatnich elementów grenlandzkiej podległości wobec Danii, w tym pomnika kolonizatora. Od 2009 roku, kiedy Grenlandczycy w referendum podjęli decyzję o rozszerzeniu uzyskanej w 1979 roku częściowej autonomii, przejawem tej podległości jest wciąż wspomniane już podporządkowanie Grenlandii Danii w sprawach polityki zagranicznej, bezpieczeństwa, wymiaru sprawiedliwości czy polityki monetarnej.

Kolorowe zabudowania na ośnieżonym wybrzeżu, na wodzie łódź policyjna, na pierwszym planie duże kawałki lodu w wodzie
Nad starym portem w Nuuk góruje pomnik Hansa Egede, duńsko-norweskiego misjonarza, który przybył na wyspę w 1721 roku. Od tego momentu formalnie datuje się duńskie panowanie kolonialne nad Grenlandią. Fot. Paulina Pacuła, OKO.press

Te postkolonialne pozostałości z jednej strony dręczą, a z drugiej strony sami Grenlandczycy zdają sobie sprawę z tego, że do niepodległości wiele im jeszcze brakuje.

Grenlandia nie ma armii, więc nie jest w stanie zapewnić sobie bezpieczeństwa. Także w kwestiach finansowych wciąż jeszcze polega na Danii. Duńczycy co roku dopłacają do grenlandzkiego budżetu ok. 585 milionów euro, co stanowi równowartość jednej piątej grenlandzkiego PKB. Oparta głównie na rybołówstwie gospodarka wyspy jest wciąż za mała, by pokryć koszty usług publicznych.

Mimo to Miiti nie zna ani jednego Grenlandczyka, który nie chciałby pełnej autonomii.

– Chcemy niepodległości, ale teraz to jeszcze niemożliwe. Teraz trzeba zażegnać kryzys wywołany przez Trumpa i doprowadzić do sytuacji, w której znowu będziemy mogli spokojnie żyć. Zresztą, niepodległość nie musi polegać na całkowitym oderwaniu się od Danii. To może być niepodległość w ramach Królestwa – mówi.

Podkreśla, że Donald Trump zabrał Grenlandczykom spokój. Podobnie zresztą jak dziennikarze, których przez ostatni rok przewinęły się tu setki. – Wy Europejczycy lubicie dużo mówić. My wolimy ciszę – uśmiecha się.

Najazd

Miiti Geisler i Karen to jedne z nielicznych osób, które podczas kilkudniowego pobytu w Nuuk, udaje mi się namówić na rozmowę. Bardzo mało dostępni dla obecnych tu dziennikarzy są pracownicy grenlandzkiego uniwersytetu, politycy, czy działacze organizacji zajmujących się obroną praw ludności rdzennej.

Zarówno przed przyjazdem, jak i już w trakcie pobytu, wykonuję dziesiątki telefonów, wysyłam dziesiątki maili z prośbą o wywiady i spotkania – w większości bezskutecznie. Przez pierwsze dwa dni czuję się jak intruz, który usiłuje Grenlandczykom coś zabrać. „Opowiedzcie mi swoją historię” – domagam się samą swoją obecnością. Podobnie jak setki innych dziennikarzy, którzy w ostatnim czasie najechali miasto.

Ludzie są tym wyraźnie zirytowani. Na stronach internetowych różnych instytucji publicznych można znaleźć apele do dziennikarzy:

  • o nieprzychodzenie na kampus bez zaproszenia (uniwersytet),
  • o przesyłanie próśb o wywiady jedynie drogą mailową, a nie dzwonienie (niektóre ministerstwa),
  • o nieprzeprowadzanie sond ulicznych, podczas których miejscowi pytani są np. o to, czy czują się zagrożeni amerykańską inwazją.

Lokalne władze usiłują w miarę możliwości uspokajać sytuację. Apelują więc do mediów o niegenerowanie dodatkowego stresu.

W związku z planowanym stopniowym zwiększaniem duńskiej obecności wojskowej na wyspie organizowane są spotkania z mieszkańcami, podczas których mogą oni zadawać pytania i uspokoić obawy. Mieszkańcy są też poinstruowani, by być przygotowanym na wypadek kryzysu. Mają mieć w domach zapasy żywności, leków, alternatywne źródła ogrzewania, paliwo.

Dla poczucia bezpieczeństwa Grenlandczyków duże znaczenie mają też gesty wsparcia od zaprzyjaźnionych krajów. 6 lutego na wyspie hucznie fetowane jest otwarcie konsulatu Kanady oraz pojawienie się w Nuuk francuskiego konsula. Mieszkańcy pozytywnie reagują też na wysłanie przez Danię, Norwegię, Szwecję, Francję, Niemcy, Wielką Brytanię, Holandię i Finlandię niewielkich kontyngentów wojskowych w odpowiedzi na groźby Trumpa. Choć ich rozmiary (od kilku do kilkunastu żołnierzy) stają się przedmiotem gorzkich żartów.

Grenlandię coraz częściej odwiedzają też duńscy oficjele. Kilkukrotnie w ciągu ostatniego roku na wyspie pojawia się premierka Danii Mette Frederiksen. Częstym gościem w Nuuk jest też Lars Løkke Rasmussen, minister spraw zagranicznych Danii. Rasmussen, wspólnie z grenlandzką odpowiedniczką, Vivian Motzfeldt, bierze udział w spotkaniach grenlandzko-duńsko-amerykańskiej grupy roboczej, która ma wypracować treść umowy, dzięki której Donald Trump ma odstąpić od planu przejęcia kontroli nad wyspą. W czwartek 18 lutego wyspę odwiedza też duński król Fryderyk z żoną, co jest uznane przez mieszkańców wyspy za szczególny znak jedności między Grenlandią i Danią.

Większa obecność Danii, która w zwyczajnych warunkach budziłaby rozdrażnienie miejscowych, dziś przyjmowana jest dużo przychylniej: zwiększa poczucie bezpieczeństwa mieszkańców. – Trump wpłynął na ocieplenie stosunków Grenlandii z Danią. Paradoksalnie Dania i Grenlandia jeszcze nigdy nie były tak blisko – mówi Miiti Geisler.

Amerykańskie groźby wobec Grenlandii wpłynęły też na to, jak Grenlandczycy myślą o swojej niepodległości. – Wyobrażenie, że niepodległość miałaby oznaczać pełne odłączenie się od Danii i stanie się suwerennym państwem, ulega pewnej modyfikacji. Podczas sesji parlamentu 2 lutego można było usłyszeć, że większość partii mówi o niepodległości jako o większej autonomii w ramach Królestwa. O współdecydowaniu, o pełnym uznaniu równości Grenlandii i tego, że nie jest ona podporządkowana Danii, lecz jest równym podmiotem, niż o niepodległości jako odłączeniu od Danii – mówi profesor Jeppe Strandsbjerg z Centrum Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa przy Uniwersytecie Grenlandzkim.

Jak Grenlandczycy wyobrażają sobie niepodległość? Jak amerykańskie groźby wpływają na relacje Grenlandii z Danią? Jak przebiega proces pojednania z Duńczykami, który obejmuje m.in. sprawę przymusowej antykoncepcji stosowanej wobec dziewczynek i kobiet w Grenlandii przez lekarzy w latach 60. i 70. w ramach „kontroli urodzeń”? W drugiej części cyklu rozmawiamy z Buuti Pedersen, grenlandzką malarką, jedną z pierwszych kobiet w Grenlandii, która głośno opowiedziała o tym doświadczeniu. Kolejne części grenlandzkiego cyklu już w czwartek 11 marca i w sobotę 14 marca.

;
Na zdjęciu Paulina Pacuła
Paulina Pacuła

Dziennikarka działu politycznego OKO.press. Absolwentka studiów podyplomowych z zakresu nauk o polityce Instytutu Studiów Politycznych PAN i Collegium Civitas, oraz dziennikarstwa na Uniwersytecie Wrocławskim. Stypendystka amerykańskiego programu dla dziennikarzy Central Eastern Journalism Fellowship Program oraz laureatka nagrody im. Leopolda Ungera. Pisze o demokracji, sprawach międzynarodowych i Unii Europejskiej. Publikowała m.in. w Tygodniku Powszechnym, portalu EUobserver, Business Insiderze i Gazecie Wyborczej.

Komentarze