Prawa autorskie: Arkadiusz Stankiewicz / Agencja GazetaArkadiusz Stankiewicz / Agencja Gazeta
05 kwietnia 2020

Grożą nam wybory nie fair. Samo głosowanie nie wystarczy, by uznać je za demokratyczne

Formuła, że wybory mogą być - lub nie - „wolne i fair” (free and fair) zaczęła pojawiać się w międzynarodowych raportach z wyborów w: Mongolii (1992), Płd. Afryce, Tanzanii, Ugandzie (1994). I co najistotniejsze dotyczy nie tylko samego dnia wyborów, ale także okresu przed, jak i po wyborach - pisze Bartłomiej Nowotarski*, prawnik konstytucjonalista

Słowo fair weszło do polskiego słownictwa już dawno, w dużej mierze za sprawą sportu. Tam rywalizacja fair play wydaje się nam oczywistą wartością i intuicyjnie wyczuwamy o co chodzi. Już starożytne zawody w Olimpii miały przecież być „szlachetnym współzawodnictwem”. Przesłanie stało się jasne: cel (zwycięstwo) nie może uświęcać wszystkich środków, bo to nie nobilituje, nie uszlachetnia (łać. nobilis – szlachetny).

Demokracja to też gra fair

Fair do światowej polityki (ale także i do prawa) weszło na dobre wraz z doświadczeniami tzw. „trzeciej fali” demokratyzacji (1974-2012), a dokładnie w roku 1990.

W Nikaragui odbywały się pierwsze, w historii tego państwa, demokratyczne wybory. Obserwatorzy Narodów Zjednoczonych mieli uzasadnione obawy, że rządzący do tej pory absolutnie dyktatorsko ruch sandinistów będzie chciał wykrzywić warunki wyborczej rywalizacji na swoją korzyść.

Wtedy po raz pierwszy zalecono obserwatorom przyjrzenie się nie tylko temu, co dzieje się w dniu wyborów, ale także jak wyglądał proces wyborczy na kilka miesięcy przed. I ujawniono m. in. w jak szerokiej mierze rządzący korzystają z pieniędzy i infrastruktury (urzędów i urzędników) państwa.

Fair ma być i przed, i po wyborach

Ocena czy wybory odbywają się - lub nie - jako „wolne i fair” (free and fair) zaczęła pojawiać się w międzynarodowych raportach z wyborów w: Mongolii (1992), Płd. Afryce, Tanzanii, Ugandzie (1994).

Powstające w tamtych latach różne tzw. „wyborcze dyktatury” (czyli takie, w których odbywają się wybory, tyle że manipulowane) ujawniły brak konieczności fałszowania przez rządzących wyników wyborów, a to z powodu umiejętności wywalczenia sobie nieuczciwej przewagi jeszcze przed wyborami.

W ONZ w 1994 podpisano Deklarację obejmującą 50 kryteriów oceny wyborów w formule „wolne i fair”. Zaczęto odmawiać więc opieczętowania tą klauzulą wyborów w przypadkach np.:

  • niepublikowania lub tylko częściowego publikowania rejestrów wyborców (rządzący uzasadniali to „problemami technicznymi”),
  • blokad w komunikacji krajowej czy regionalnej,
  • tendencyjnego rozmieszczania lokali wyborczych itp.

Swój awans do rangi pierwszorzędnych wartości klauzula fair zawdzięcza też kilku następnym doświadczeniom:

raz, z pełnych nadużyć (co tylko zaogniło konflikt) wyborów w Bośni i Hercegowinie (1996), uznanych jednak ze względu na konieczność powojennej stabilizacji;

dwa, z wyborów w Płd. Afryce (1994), które ujawniły druzgocącą dla demokracji moc dławienia przez rządzących, jeszcze przed dniem wyborów, zasady tzw. „równego pola gry” pomiędzy rywalizującymi stronami (był to pierwszy raport, który wprost wpisał tę zasadę).

Zasada równego pola gry

O co w takich przypadkach idzie?

Po pierwsze, o bezstronność procesu wyborczego, czyli o równe szanse kandydatów. A dokładnie o nietworzenie przewagi żadnej ze stron w sposób nieuzasadniony i nie wykorzystywanie w tym celu żadnych zasobów państwa np. mediów publicznych (po doświadczeniach z Rumunii 1990 i Kenii 1992, gdzie relacjonowały prawie wyłącznie aktywność jednej strony), ani też innych sprzyjających okoliczności.

Z perspektywy naszego podwórka można to ująć następująco: urzędujący prezydent (też premier itp.), jako kandydat musi respektować „równe pole gry” względem innych kandydatów, ale z faktu sprawowania urzędu może jednakowoż czerpać uzasadnioną przewagę. Z tym się trzeba zgodzić.

Pod warunkiem jednak, że podejmuje czynności, wykonuje kompetencje tylko te wyraźnie przeznaczone mu w konstytucji i nic ponadto. Ta i tylko ta okoliczność może budować jego przewagę nad pozostałymi kandydatami, żadna inna.

Zatem koronawirus też nie, ponieważ epidemia z kolei wymusza ograniczenia na konkurentach. Zresztą polska Konstytucja zaznacza, że nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym „z jakiejkolwiek przyczyny” (art. 32 ust.2).

I właśnie po drugie, o efekt niedyskryminowania, czyli także manipulacyjnego promowania kogokolwiek. W bliskich nam Węgrzech, aby uzyskać efekt przewagi przychylnego rządzącej partii konserwatywnego elektoratu, nie tylko dopasowywano granice części okręgów wyborczych, ale także wprowadzono głosowanie sporej diaspory za granicami, ułatwiając jednocześnie zdobycie obywatelstwa.

Po trzecie, są inne światowe doświadczenia wyborów nie-fair w różnych krajach.

To podejrzenie o manipulację jakimkolwiek z dostępnych zasobów w celu wygrania wyborów. Manipulacja diametralnie zmienia sytuację właśnie w kategorii „uzasadnionej przewagi” urzędujących funkcjonariuszy władzy.

Pieniądze z budżetu państwa (w tym ze spółek państwowych) na zdominowane przez rząd media, akcje propagandowe czy wykraczające poza konstytucyjne prerogatywy zachowania sprawujących urzędy kandydatów, rzucają zupełnie inne światło na to, co wydawać by się mogło w innej sytuacji uzasadnione zajmowaniem danego państwowego stanowiska. Wtedy przewaga urzędującego prezydenta czy innego polityka przestaje być już grą fair.

I po czwarte. Według standardów ONZ, za równe prawa wyborcze, brak dyskryminacji, dostęp do lokali wyborczych dla wszystkich, możliwość publicznego głoszenia poglądów przez kandydatów, możliwości poruszania się bez ograniczeń w kampanii po kraju odpowiada wszędzie rząd. Jeśli nie może tego zapewnić, a w Polsce obecnie nie może, to musi reagować ustawodawstwem wyjątkowym i epizodycznym, zgodnie ze światowymi zasadami.

Czy rządzą nami jeszcze demokraci?

Kategoria fair ma jeszcze jeden poważny wymiar, a mianowicie tzw. efekt kumulatywny w ocenie międzynarodowych obserwatorów.

Wytyczne w materiałach ONZ mówią wprost, aby nie koncentrować się wyłącznie na pojedynczych kryteriach uczciwości wyborów, ale spojrzeć czy dany kraj przejawia tendencję pogłębiania demokracji i praworządności czy wprost przeciwnie.

Trzeba umieć wychwycić prawdziwą intencję rządzących i czy naprawdę są demokratami.

Dlatego, jako fair, lub nie fair, ma być oceniany cały, rozciągnięty w czasie proces. Ponieważ, przykładowo, równy dostęp rywalizujących ze sobą w wyborach stron do różnych zasobów.

Co najmniej takich jak:

  • media,
  • niezależne sądownictwo (orzeka przecież o protestach wyborczych i ważności wyborów),
  • środki państwowe

jest wyznacznikiem jakości demokracji w danym kraju, a manipulacje wykrzywiające pole gry wyborczej są już składnikiem autokracji lub sugerują co najmniej autokratyczną tendencję danego kraju. A na pewno, taka zmanipulowana (stąd nie-fair), nawet zwycięska, rywalizacja zwycięzcy już nie nobilituje, nie uszlachetnia.

*Bartłomiej Nowotarski - prawnik konstytucjonalista, politolog, prof. UE we Wrocławiu, specjalizuje się we współczesnych dyktaturach, transformacjach demokratycznych i kryzysach demokracji

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne