Gdyby prawica zamiast rekonstruować historię, zechciała się jej trochę pouczyć, zauważyłaby, że także polska historia jest głęboko genderowa i bez genderu nie da się jej zrozumieć

Wojna z „ideologią gender” wróciła na czołówki gazet, tym razem w związku z planami wypowiedzenia konwencji anty-przemocowej.

Obóz PiS od początku zarzucał dokumentowi, że pod pozorami ochrony kobiet przed przemocą, „wprowadza treści sprzeczne z naszą tradycją i obce wzorce ideologiczne i kulturowe” – jak określił to prezydent Andrzej Duda.

W słowach prezydenta ujawnia się charakterystyczny dla niektórych odmian konserwatystów sposób myślenia o gender: istnieje harmonijny świat naturalnych wzorców płci uświęconych tradycją. Świat ten niszczy jakaś katastrofa dziejowa: reformacja, rewolucja przemysłowa, oświecenie, bolszewizm lub właśnie „ideologia gender”. Do ekstremum ten typ myślenia doprowadza nowy metropolita krakowski abp. Marek Jędraszewski, który o gender powiedział niedawno, że „prowadzi do śmierci cywilizacji”.

Nie ma historii bez genderu

Większość historyków powiedziałaby, że żadnej cywilizacji nie da się w pełni zrozumieć bez kategorii gender. Mija trzydzieści lat odkąd amerykańska historyczka Joan W. Scott opublikowała w „American Historical Review” słynny esej „Gender jako użyteczna kategoria analizy historycznej”. Po początkowych kontrowersjach tekst trafił do kanonu.

Historia zawsze jest też historią zmian płci społeczno-kulturowej – twierdzi autorka. Historia to (także) sposoby, w jakie kobiety i mężczyźni negocjowali społeczne relacje między sobą i kształt instytucji – rodziny, pokrewieństwa, zasad dziedziczenia. Dzieje powszechne to kalejdoskop pozycji, jakie płcie zajmują w społecznym podziale pracy czy dostępie do władzy politycznej.



A role przypisywane płciom zmieniają się. Trudno znaleźć czasy, gdy wzorce te byłyby niezmienne. Trudno o miejsce, gdzie każdej z płci przypisany byłby jeden wzorzec.

W średniowieczu inny wzorzec męskości obowiązywał rycerza, a inny kupca. O chłopie nie wspominając.

Kobiety i mężczyźni różnie odnosili się do tych wzorców. Jedni podporządkowywali się im z mniejszym lub większym entuzjazmem, inni się buntowali, jeszcze inni szukali w obowiązujących wzorcach luk i wyjątków. Kulturowe wzorce płci nigdy nie były stabilne i dane raz na zawsze.

Starożytna trzecia płeć

Przednowoczesne, pozaeuropejskie kultury także dostrzegały problematyczność kulturowych wzorców, a nawet samego podziału na dwie płcie.

Jeden z fundacyjnych tekstów hinduizmu, „Manu Smriti” (ukończony najpóźniej w okolicach drugiego wieku po Chrystusie), mówi o trzech płciach. O „trzeciej płci” wspomina też „Kamasutra”, tekst z IV wieku po Chrystusie.

We współczesnych Indiach żyje dziś największa na świecie społeczność osób identyfikujących się jako „trzecia płeć” – hidźrowie.

Hidźra rodzi się jako mężczyzna, ale nie utożsamia z tą płcią. Nosi kobiece stroje i makijaż. Mężczyźni, którzy utrzymują stosunki seksualne z hidźrami, nie są uważani za homoseksualistów. Niektórzy hidźrowie wychodzą nawet za mąż.

Hidźrowie pozostawali na marginesie społeczeństwa przedkolonialnych Indii, zajmowali się głównie żebractwem i prostytucją. Tym nie mniej kultura rozpoznawała i uznawała ich tożsamość.



Także rdzenne kultury Ameryki Północnej znały pojęcie trzeciej płci. Wśród Indian Lakota występowała postać winkte – mężczyzny, który nie czuje się mężczyzną, ubiera się, zachowuje, mówi jak kobieta i wykonuje przypisane kobietom prace. Takie osoby miały uznane miejsce w swoich społecznościach, często pełniły funkcje sakralne. Wśród Indian Odżibwe występują mężczyźni pełniący społeczne funkcje kobiet i kobiety zachowujące się i ubierające jak mężczyźni.

Europa nie jest wyjątkiem – długo przed „genderem” znała trzecią płeć.

Czym jeśli nie trzecią płcią są bowiem kastraci, wykorzystywani w muzyce kościelnej i operowej od wczesnej nowożytności aż do połowy XIX wieku? Młodzi chłopcy pozbawiani byli jąder przed okresem dojrzewania, w efekcie nie rozwijały się u nich wszystkie cechy płciowe, w tym mutacja głosu i rozrost krtani. Głos kastrata przekraczał granice podziału płci, nie był ani męski, ani kobiecy. Gdy w 1994 roku kręcono film „Farinelli: ostatni kastrat”, by uzyskać specyficzną barwę i skalę głosu tytułowego bohatera cyfrowo połączono osobno nagrane partie wokalne kobiecej sopranistki i męskiego kontratenora.

Damy i dżentelmeni

Na długo zanim ktokolwiek usłyszał o ideologii gender zmieniały się społeczne ideały obu płci, często w krótkim czasie. Zobaczmy jak w wieku XVIII ewoluuje ideał dżentelmena w Anglii.

Na początku tego stulecia dżentelmena definiowała uprzejmość (politeness). Jak twierdzi badająca epokę historyczka, Michéle Cohen, kierowane do młodych chłopców poradniki radzą ćwiczyć ją w konwersacjach z damami na salonach. Mężczyzna potrzebuje bowiem towarzystwa kulturalnych kobiet, by nadać odpowiednie wyrafinowanie swoim manierom. Ich pielęgnowaniu służyć mają także podróże do Francji Włoch.

W ciągu stulecia wzorzec ten zostaje zakwestionowany. Uprzejmość staje się symptomem zniewieścienia. W okresie wojen napoleońskich brytyjska kultura przeciwstawia wzorzec męskiego, opanowanego, twardego Anglika, obrazowi zniewieściałego, zbyt długo przesiadującego w salonie w towarzystwie dam Francuza. Epoka wiktoriańska przynosi wzorzec Brytyjczyka ukształtowanego na boisku do rugby stosującej zimny wychów public school i gotowego służyć imperium, czy to jako żołnierz, czy jako opanowany cywilny funkcjonariusz zachowujący spokój, samokontrolę i dyscyplinę nawet w słońcu tropików.



Także wzorce i sposób mówienia o kobiecości ulegają na Wyspach Brytyjskich zmianom w podobnym czasie. Jeszcze za wojen napoleońskich idealna kobieta z klas wyższych była dość sztywna, zdroworozsądkowa i umiała opanować emocje – takie są np. najbardziej lubiane przez pisarkę bohaterki powieści Jane Austen. Epoka wiktoriańska przynosi wielką zmianę: kobieta ma być emocjonalna, nieracjonalna, niezdolna kontrolować emocji, naturalnie przeznaczona wyłącznie do macierzyństwa. Fala ta wzbiera w kontrze do dokonującej się emancypacji kobiet.

Gdy w wiktoriańskiej Anglii uczelnie otwierają drzwi kobietom, pojawiają się pseudonaukowe wywody, przekonujące, że uniwersytecka edukacja nie jest stworzona dla kobiet i szkodzi ich zdrowiu.

Co to znaczy „rodzina”

Wszystko to pokazuje, że „płeć kulturowa” nie jest wymysłem.

Do podobnych wniosków dojdziemy, jeśli przyjrzymy się jednej z podstawowych instytucji, regulującej relacje między płciami: rodzinie i małżeństwu. Przez długi czas małżeństwo było ekonomiczną lub polityczną transakcją między rodzinami, uczucia małżonków nie miały wiele do rzeczy. Idea małżeństwa jako związku ludzi, którzy dobrowolnie decydują się być partnerami i których łączy emocjonalna więź, pojawia się w Europie dopiero w wieku XVIII. Przez długi czas w tym układzie kobieta pozostawała przy tym stroną podporządkowaną mężowi, także prawnie. Do lat 60. XX wieku kodeksy cywilne niektórych europejskich państw nie pozwalały kobiecie otworzyć konta w banku czy podjąć pracy bez zgody męża.



Współczesna forma małżeństwa, oparta na elementarnej, prawnej równości małżonków – czego nie kwestionuje chyba nawet Andrzej Duda – jest czymś powszechnym w Europie dopiero od około pół wieku. Stwierdzenia, że „ideologia gedner niszczy rodzinę” nie wytrzymują konfrontacji z historią. Nie ma jednego, tradycyjnego modelu rodziny, jeśli coś w rodzinie jest tradycyjne, to ciągła ewolucja tej instytucji.

My też mamy gender

Walcząca z gender polska prawica lubuje się w rozpamiętywaniu historii i historycznych rekonstrukcjach. Gdyby jednak zamiast powtarzać historię w rekonstrukcjach zechciała się jej trochę pouczyć, zauważyłaby, że także polska historia jest głęboko genderowa i nie da się jej  zrozumieć bez genderu.

W historii tej mamy i kobietę-pułkownika – Emilię Plater – i przemiany wzorców męskości i kobiecości. Mężczyzna z „Żywotu człowieka poczciwego Reja” (epikurejski, grecko-rzymski, ziemiański) nijak się ma do romantycznie rozpalonych bohaterów „Dziadów” czy „Kordiana”. „Husarz” – uskrzydlony jeździec siejący przerażenie w szeregach wrogów – to konstrukt XIX wieku, próba wpisania Rzeczpospolitej szlacheckiej w twarde, anglosaskie wzorce męskości ery wiktoriańskiej. A przecież szlachta wcale nie paliła się do walki w szeregach husarii. Wolała dbać o swój majątek, ucztować z sąsiadami i procesować się w trybunałach. Tymczasem jeszcze w XIX wieku szum husarskich skrzydeł wywoływał większy entuzjazm wśród mieszczańskich i ludowych czytelników niż wśród ziemian faktycznie mogących być „potomkami husarii”.

Historia jest genderowa na długo przed pojawieniem się tego słowa. Polska, husarska i wyklęta także.


OKO sprawdza, czy politycy mówią prawdę o historii.
Wesprzyj nas, byśmy mogli działać dalej.

Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) “Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej”.


Twoje OKO

Specjalne teksty. Niepublikowane taśmy. Poufne wiadomości. Za darmo. Na zawsze.

Załóż konto. Otwórz OKO!