Naczelny Sąd Administracyjny, który ostatecznie unieważnił zmiany nazw ulic w Warszawie narzucone przez wojewodę, korzystał z ekspertyzy historyka prof. Piotra Osęki. Według niego "za patronów symbolizujących komunizm można uznać wyłącznie osoby zaangażowane w budowę powojennego państwa totalitarnego na kierowniczych stanowiskach" [publikujemy ten dokument]

„Zrealizowanie zaleceń IPN zaostrzyłoby dzielące Polaków konflikty światopoglądowe, a przez to obniżyło autorytet instytucji demokratycznych i odbiło się niekorzystnie na obywatelskim poczuciu wspólnoty” – konkludował prof. Piotr Osęka. I szczegółowo uzasadnił, dlaczego nie ma powodu zabierać ulic przedwojennym komunistom czy Armii Ludowej.

Z jego opracowania skorzystał Naczelny Sąd Administracyjny. 7 grudnia 2018 NSA ostatecznie cofnął decyzję wojewody w sprawie zmian 44 nazw warszawskich ulic, które zdaniem IPN i władz „symbolizowały lub propagowały komunizm”. Wojewoda Zdzisław Sipiera (PiS) walczył o zachowanie zmienionych nazw ulic do końca, ale sąd uchylił 44 zaskarżone przez Radę Warszawy zarządzenia wojewody zmieniające nazwy ulic. NSA podtrzymał wyrok poprzedniej instancji, która uznała, że zarządzenia wojewody zostały podjęte z naruszeniem przepisów, a opinie IPN – które były podstawą decyzji – zostały sporządzone w niewłaściwy sposób.

Akcję „dekomunizowania” nazw ulic i placów PiS narzucił samorządom ustawą, która weszła w życie we wrześniu 2016 roku. Podobnie jak w wielu innych miastach, także w Warszawie PiS wykorzystał dekomunizację do uczczenia bohaterów i wydarzeń miłych jego pamięci – np. prezydenta Lecha Kaczyńskiego (pisaliśmy w OKO.press, jak wojewoda z PiS przemianował Plac Zwycięstwa w Łodzi na Plac Lecha Kaczyńskiego i o tym, jak w lipcu 2018 roku sąd uchylił decyzję wojewody. „Zwycięstwo” w nazwie odnosiło się do zwycięstwa nad Niemcami w II wojnie światowej). W Warszawie Al. Armii Ludowej, jedna z głównych arterii w centrum miasta, została przemianowana w ten sposób na Al. Lecha Kaczyńskiego.

Wyrokiem sądu są naturalnie oburzeni politycy PiS i sprzyjające mu media. „To wstyd” – oburzał się na Twitterze minister spraw wewnętrznych Mariusz Błaszczak. „Są w kraju tacy – dodał złowrogo – którzy gloryfikują i przywracają” dawnych patronów ulic”. Nie wiadomo, kim są ci „tacy”. Sędziowie? Samorządowcy z Rady Warszawy?

Żeby pokazać złożony historyczny wymiar sprawy, OKO.press publikuje w całości ekspertyzę historyka – prof. Piotra Osęki z Instytutu Studiów Politycznych PAN – która została wykorzystana przez sąd.

Osęka zwraca uwagę, że konieczność zmiany nazwy ulicy byłaby wynikiem ustawowego „zakazu propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego”. Ustawodawca posłużył się wąskim znaczeniem terminu „komunizm” rozumiejąc go jako synonim pojęcia „realny socjalizm” z nieograniczonymi rządami jednej partii. IPN próbował rozszerzyć to znaczenie.

Zgodnie z ustawą o „osobach, organizacjach, wydarzeniach lub datach symbolizujących komunizm lub inny system totalitarny” możemy zdaniem Osęki mówić jedynie w odniesieniu do okresu po 22 lipca 1944 r., wyznaczającym początek rządów komunistycznych w Polsce, oraz do praktyk i instytucji, nadających temu państwu charakter totalitarny. Upamiętnianie polskich organizacji powstałych przed 22 lipca 1944 nie będzie zatem sprzeczne z ustawą.

„Nie propagują [zatem] komunizmu ulice poświęcone wybitnym pisarzom (np. Leonowi Kruczkowskiemu), naukowcom (np. Oskarowi Lange), działaczom społecznym (np. Stanisławowi Tołwińskiemu) oraz bohaterom poległym w walkach z okupantem niemieckim (np. Józefowi Lewartowskiemu lub Romanowi Pazińskiemu)” — pisze Osęka.

„Za patronów symbolizujących komunizm można uznać wyłącznie osoby zaangażowane w budowę instytucji powojennego państwa totalitarnego bezpośrednio i na kierowniczych stanowiskach.”

Prof. Osęka podważa także argumentację historyków z IPN przypisujących „propagowanie komunizmu” Armii Ludowej czy Dąbrowszczakom. Zobacz argumentację Osęki w odniesieniu do czterech ulic.

  • Alei Armii Ludowej

    Armia Ludowa była formacją zbrojną o charakterze partyzanckim, utworzoną na mocy dekretu Krajowej Rady Narodowej z 1944. Chociaż stanowiła kontynuację Gwardii Ludowej, podporządkowanej Polskiej Partii Robotniczej, organizacja ta w okresie swoje istnienia (do wiosny 1945) nie deklarowała się jako komunistyczna, ani dążąca do zaprowadzenia ustroju komunistycznego. Przeciwnie – starała się uchodzić za formację ogólnonarodową; na pierwszy plan wysuwała konieczność z walki z Niemcami, a kwestię przyszłego urządzenia państwa pozostawiała do rozstrzygnięcia na czas po wojnie (chociaż nie ukrywano, że będzie to ustrój o charakterze lewicowym). Takie przesłanie wypełniało łamy podziemnego pisma „Armia Ludowa”, które po początkowych atakach na „kapitulancką postawę” Armii Krajowej z czasem zaczęło upowszechniać ideę współpracy między AK, AL i Batalionami Chłopskimi.

    Należy podkreślić, że perspektywy wielu Polaków, nie zorientowanych w kulisach gry politycznej uprawianej przez komunistów i nie znających rzeczywistych relacji między KRN i PPR a władzami radzieckimi, Armia Ludowa mogła w 1944 roku uchodzić za formację patriotyczną – orędownika narodowej niepodległości. W tym kontekście trzeba przypomnieć, że na obszarze okupacji niemieckie akces do ugrupowań podziemnych bywał wyborem przypadkowym, wynikającym z przynależności do określonej siatki społecznej. Młodzi ludzie, pragnący walczyć z okupantem wstępowali do tej formacji, do której należeli ich koledzy, sąsiedzi, nauczyciele ze szkoły itd. W warunkach konspiracyjnych nie było możliwości swobodnego wyboru opcji ideowej, porównania składu ciał dowódczych, uwikłań politycznych.

    Ta rozbieżność między motywacjami i postawami żołnierzy Armii Ludowej a politycznym zaangażowaniem jej kierownictwa uwidacznia się szczególnie wyraźnie w relacjach świadków historii dostępnych na stronach internetowych Muzeum Powstania Warszawskiego. Siły AL, stacjonujące na terenie Warszawy w sile ok. 1000 ludzi, na czas powstania podporządkowały się dowództwu AK i wzięły czynny udział w walkach (głównie na terenie Starego Miasta). Współpraca między dwiema formacjami opisana została w kilkudziesięciu relacjach.

    Halina Sadowska-Wasilewska, łączniczka AK wspominała: „Potem jeszcze była Armia Ludowa, też się uaktywniła. Więc Bohdan Czeszko, który był moim kolegą, jeszcze z okresu okupacji, jeszcze sprzed wojny. Właśnie on był w tym AL. Spotkaliśmy się, ja byłam w AK, on był w AL, ale cóż to miało za znaczenie? Wróg był ten sam, walczyliśmy przeciw Niemcom i ja [i on].

    Władysław Sieczyński, żołnierz w kompanii „Bradla” na pytanie „Jak się tutaj układała współpraca z żołnierzami Armii Ludowej?” odpowiedział: „Bardzo dobrze, przecież wtedy porucznik, dowódca plutonu Armii Ludowej tak samo był na posterunku. Byli gdzieś na Wiejskiej. Zapomniałem jego nazwisko, nie pamiętam. Został odznaczony razem [z nami], obok nas”.

    Barbara Kostrzewa-Bahrynowska, sanitariuszka w zgrupowaniu „Gurt” mówiła: „Była AK i była Armia Ludowa, więc schylam głowę przed Armią Ludową. Z kanałów ze Starówki tak samo szli z AK, jak i szła Armia Ludowa. Wychodzili akurat na naszym punkcie. My tam stałyśmy. Jeden z nich, musiał być ktoś bardziej odpowiedzialny, bo zwrócił się do naszego podporucznika. Powiedział mu, że jak skończy się Powstanie, to wszyscy dostaniemy legitymacje Armii Ludowej. To był bardzo ładny gest”.

    O tym, że wybór konkretnej formacji w czasie powstania mógł być dziełem przypadku przekonać się może z relacji Jerzego Włodka, który wspominał: „Nota bene ja się w Armii Krajowej i w Powstaniu znalazłem z prostej przyczyny. Trzeciego września chyba poszliśmy z kuzynem moim, który był ode mnie dwa lata młodszy, szukać możliwości uczestnictwa w Powstaniu. Bo wychodziliśmy z założenia, jesteśmy młodzi, zdrowi, dobrze zbudowani. Budowaliśmy poprzedniego dnia barykadę na Chopina, na wysokości dawnej ambasady szwajcarskiej, której chyba już nie ma w tej chwili, tylko dolina Szwajcarska jest, i poszliśmy Piękną w stronę Marszałkowskiej. Po lewej stronie na Pięknej, na wysokości spalonego czołgu niemieckiego było biuro werbunkowe. Przyznaję szczerze, że wtedy, gdyby to było biuro werbunkowe Armii Ludowej, powiedzmy, która tam w drobnym stopniu była, to bym chyba do nich poszedł. Bo ja chciałem bić Niemców, chciałem się im odwdzięczyć za te całe lata nieszczęść, jakie na nas sprowadzili”.

    Należy podkreślić, że ewentualne wymazanie z mapy imienia „Armii Ludowej” dalece wykraczałoby poza ramy formalnej czynności urzędowej – stanowiłoby akt nałożenia infamii. Żołnierze AL, którzy bohaterską postawą zapisali się w pamięci powstańców warszawskich, z pewnością na nią nie zasługują. Zwłaszcza w stolicy, o którą walczyli z Niemcami. 

  • Ulicy Dąbrowszczaków

    „Dąbrowszczakami” nazywano polskich ochotników walczących w szeregach XIII Brygady Międzynarodowej im. Jarosława Dąbrowskiego w hiszpańskiej wojnie domowej lat 1936-1939. Chociaż dzisiaj historycy są zgodni, że Brygady Międzynarodowe były narzędziem polityki Kominternu (a więc Moskwy), uczestnicy tamtych wydarzeń nie mieli tej świadomości. Do Brygad zaciągali się najczęściej ze szlachetnych pobudek, walkę przeciwko wojskom Franco widzieli w kategoriach moralnego obowiązku. Jak wspominał Roman Melchior, student i członek lewicowej organizacji młodzieżowej „Czuliśmy, że przed nami jest wielka szansa »sprawdzenia« samego siebie, zaszczytnego udziału w czymś historycznie wielkim, realizującym nasze ideały. Dano nam możliwość »robienia« historii”.

    Wojna domowa w Hiszpanii przyciągała uwagę całego świata, przy czym strona republikańska cieszyła się poparciem nie tylko partii komunistycznych, ale też przytłaczającej większości środowisk lewicowych i liberalnych. Powszechnie uważano, że w Hiszpanii toczy się walka między siłami sprawiedliwości i demokracji a faszystowską dyktaturą. Stąd ogromny napływ ochotników z całego świata, przekonanych że frankiści reprezentują uniwersalne zło, które – jeśli nie zostanie powstrzymane – wkrótce może zagrozić reszcie Europy i światu.

    Władze II RP zakazały swoim obywatelom udziału w walkach, a tych których schwytano na próbie nielegalnego przekroczenia granicy, karano więzieniem. Chociaż oficjalnie Polska zachowywała neutralność, elity sanacyjne oraz Kościół i endecja kibicowały frankistom – opowiedzenie się po stronie Republiki było w tej sytuacji formą udziału w rodzimym konflikcie światopoglądowym.

    „Strasznie przejmuję się wojną domową w Hiszpanii. Wewnętrznie przesuwam się coraz bardziej na lewo.” – notowała w sierpniu 1936 r. Maria Dąbrowska, jedna z najwybitniejszych polskich pisarek, którą trudno posądzić o sympatię dla komunizmu. W lutym 1937 r. dodała: „Wieczorem na odczycie dr Wroczyńskiego o Hiszpanii »czerwonej«, dokąd był wysłany w delegacji sanitarnej od Ligi Narodów. Bardzo ciekawe rzeczy mówił. Najciekawsze były wiadomości o tym, na czym zna się najlepiej, t.j. o służbie zdrowia, świetnie przez rząd hiszpański zorganizowanej. Ministrem zdrowia jest kobieta, prezeska tamtejszej sławnej Iberyjskiej Unii Anarchistów. Najciekawszą dla mnie była wiadomość, że w armii ludowej, broniącej Madrytu walczy 3000 Polaków. O tym się u nas milczy, a podaje się wiadomość o lotniku Lasockim, co w służbie tamtejszych targowiczan [tj. po stronie Franco] raził bombami cywilną ludność Madrytu”.

    Chociaż wśród około 5 tys. polskich ochotników nie brakowało członków i zwolenników KPP, należy pamiętać że w ówczesnych realiach sympatia dla mgliście pojmowanego komunizmu często były po prostu formą romantycznego radykalizmu społecznego – buntem przeciwko nierównościom społecznym i w obronie wolności. Idealizm „Dąbrowszczaków”, nawet jeśli naiwny i wykorzystywany dla celów politycznej gry, w żadnym wypadku nie oznaczał akceptacji sowieckiej dyktatury, terroru i totalitarnego zniewolenia.

    Na polu walki żarliwa wiara w słuszność sprawy nie rekompensowała braków w wyszkoleniu i fatalnego dowodzenia. Brygada im. Dąbrowskiego podzieliła los pozostałych formacji ochotniczych – dziesiątkowana w bitwach i zmuszana do odwrotu, w końcu, na podstawie decyzji rządu hiszpańskiego, została rozwiązana. Podczas drugiej wojny światowej jej żołnierze będą walczyć w szeregach różnych polskich formacji na Wschodzie i na Zachodzie.

    Zasługi ochotników z Brygad Międzynarodowych są powszechnie uznawane w prawie wszystkich krajach, z których pochodzili. „Brygadziści” mają swoje pomniki i tablice pamiątkowe m.in. w Stanach Zjednoczonych, Anglii, Francji, Hiszpanii, Niemczech, Szwecji i Australii.

    Usunięcie nazwy „Dąbrowszczaków” z przestrzeni publicznej w Warszawie byłoby formą niezasłużonego napiętnowania i okazaniem pogardy wobec śmierci tysięcy ludzi poległych w imię międzynarodowej solidarności przeciw dyktaturze – ideału, który dla dużej części polskiego społeczeństwa jest nadal aktualny.

  • Ul. Stanisława Tołwińskiego

    Stanisław Tołwiński (1895-1969) był inżynierem, urbanistą, działaczem socjalistycznym, a po wojnie członkiem PPR i PZPR. Przed wojną współtworzył Warszawską Spółdzielnię Mieszkaniową, łączącą nowatorskie koncepcje architektoniczne z dalekosiężnym programem społecznym, mającym zapewnić robotnikom dostęp do tanich i nowoczesnych mieszkań. W czasie okupacji angażował się w konspiracyjną pomoc ukrywającym się Żydom, za co został odznaczony pośmiertnie medalem „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”. Od 1945 do 1949 jako prezydent Warszawy był jednym z głównych organizatorów odbudowy stolicy. Po roku 1950 odsunięty na boczny tor jako zastępca szefa Urzędu Rady Ministrów.

    Zasługi Tołwińskiego z okresu II RP, okupacji oraz powojennej odbudowy państwa nie budzą wątpliwości. Jednocześnie nie są znane żadne dokumenty na temat jego ewentualnego zaangażowania w tworzenie instytucji komunistycznej dyktatury – w strukturach peerelowskich władz odpowiadał za działalność urbanistyczną. Stanisław Tołwiński jest postacią zdecydowanie zasługującą na upamiętnienie.

  • Ul. Józefa Lewartowskiego

    Józef Lewartowski (1895-1942) był działaczem komunistycznym (KPP, PPR) i jednym z organizatorów ruchu oporu w getcie warszawskim. Na jego biografii cieniem kładzie się udział w tworzeniu struktur władzy radzieckiej na terenach zajętych przez Armię Czerwoną podczas wojny 1920 r. Z drugiej strony nie budzi wątpliwości zaangażowanie Lewartowskiego w budowę Bloku Antyfaszystowskiego w getcie warszawskim – pluralistycznej struktury, skupiającej wiele konspiracyjnych organizacji politycznych, głównie o charakterze lewicowym. Lewartowski jako działacz komunistyczny był reprezentantem jednego z autentycznych nurtów ideowych w getcie, zdecydowanie opowiadał się także za walką zbrojną z Niemcami. Tragiczna śmierć uniemożliwiła mu realizację tych planów – podczas likwidacji getta latem 1942 r. został uwięziony na Umschlagplatz, skąd prawdopodobnie trafił do obozu zagłady w Treblince.

    Ze względu na zaangażowanie Lewartowskiego w zbrojny ruch oporu a także tragiczne okoliczności śmierci, wymazanie jego imienia z przestrzeni publicznej jest niewskazane i może zostać uznane za próbę manipulowania pamięcią Holokaustu.

„Stwierdzam, że wskazana na wstępie opinia Instytutu Pamięci Narodowej nie znajduje oparcia ani w powszechnie dostępnej wiedzy historycznej, ani w ustaleniach nauk społecznych. Z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, iż zrealizowanie zaleceń zawartych w piśmie IPN zaostrzy dzielące Polaków konflikty światopoglądowe, a przez to obniży autorytet instytucji demokratycznych i odbije się niekorzystnie na obywatelskim poczuciu wspólnoty”.

Zachęcamy do lektury całości dokumentu.

  • Cała ekspertyza prof. Piotra Osęki

    Ekspertyza Piotra Osęki

    Warszawa, 5 grudnia 2018 r.

    dr hab. Piotr Osęka

    Instytut Studiów Politycznych PAN

    Opinia dotyczącą proponowanych zmian nazw ulic w Warszawie

    Konstrukcja omawianego przepisu wyznacza kryteria, jakie winny być spełnione, aby zaistniała konieczność zmiany nazwy ulicy. Mowa jest o „zakazie propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego”. Z użytego sformułowania „innego ustroju totalitarnego” wynika jednoznacznie, że ustawodawca posłużył się wąskim znaczeniem terminu „komunizm”, rozumiejąc go jako synonim pojęcia „realny socjalizm” a więc zbiór rozwiązań ustrojowych i praktyk sprawowania władzy, przyjętych w krajach, które odwoływały się do marksizmu-leninizmu jako ideologii określającej kompetencje i wzajemne relacji instytucji państwowych.

    Znaczenie słowa „komunizm”, wyprowadzone z intencji ustawodawcy, obejmować będzie zatem przede wszystkim następujące cechy ustroju totalitarnego: rządy jednej partii, której struktury dublują aparat administracji państwowej, fasadowość instytucji demokratycznych (wyboru parlamentarne jako pusty rytuał), pełna kontrola instytucji publicznych nad dyskursem publicznym, w tym zwłaszcza środkami masowego przekazu, faktyczne zniesienie praw obywatelskich i praw człowiek – przede wszystkim poprzez uczynienie policji politycznej nadrzędną instytucją państwa, o nieograniczonych prerogatywach, odpowiedzialną jedynie przed kierownictwem partii.

    W konsekwencji należy przyjąć, że o „osobach, organizacjach, wydarzeniach lub datach symbolizujących komunizm lub inny ustrój totalitarny” możemy mówić jedynie w odniesieniu – łącznie – do okresu po 22 lipca 1944 r., wyznaczającym początek rządów komunistycznych w Polsce, oraz do praktyk oraz instytucji, nadających temu państwu charakter totalitarny. Upamiętnianie polskich organizacji powstałych przed 22 lipca 1944 (jak np. Armia Ludowa lub Dąbrowszczacy) nie będzie zatem sprzeczne z w/w ustawą. Na podobnej zasadzie nie można uznać za propagowanie komunizmu nazwy „17 stycznia”, która upamiętnia dzień zdobycia Warszawy przez żołnierzy Armii Czerwonej i I Armii Wojska Polskiego – dzień ważny dla setek tysięcy dawnych mieszkańców stolicy powracających do swoich domówi i na spotkanie swoich bliskich.

    W przypadku postaci historycznym należałoby – idąc za intencją ustawodawcy – przyjąć zasadę, że za patronów symbolizujących komunizm można uznać wyłącznie osoby zaangażowane w budowę instytucji powojennego państwa totalitarnego bezpośrednio i na kierowniczych stanowiskach. Nie propagują zatem komunizmu ulice poświęcone wybitnym pisarzom (np. Leonowi Kruczkowskiemu), naukowcom (np. Oskarowi Lange), działaczom społecznym (np. Stanisławowi Tołwińskiemu) oraz bohaterom poległym w walkach z okupantem niemieckim (np. Józefowi Lewartowskiemu lub Romanowi Pazińskiemu).

    W szczególności stwierdzam, że następujące nazwy stołecznych ulic – wbrew opinii wyrażonej przez Instytut Pamięci Narodowej, powołującego się na przepisy stosownej ustawy – nie propagują „komunizmu” ani „ustroju totalitarnego”. 

    1. Aleja Armii Ludowej

    Armia Ludowa była formacją zbrojną o charakterze partyzanckim, utworzoną na mocy dekretu Krajowej Rady Narodowej z 1944. Chociaż stanowiła kontynuację Gwardii Ludowej, podporządkowanej Polskiej Partii Robotniczej, organizacja ta w okresie swoje istnienia (do wiosny 1945 r.) nie deklarowała się jako komunistyczna, ani dążąca do zaprowadzenia ustroju komunistycznego. Przeciwnie – starała się uchodzić za formację ogólnonarodową; na pierwszy plan wysuwała konieczność z walki z Niemcami, a kwestię przyszłego urządzenia państwa pozostawiała do rozstrzygnięcia na czas po wojnie (chociaż nie ukrywano, że będzie to ustrój o charakterze lewicowym). Takie przesłanie wypełniało łamy podziemnego pisma „Armia Ludowa”, które po początkowych atakach na „kapitulancką postawę” Armii Krajowej z czasem zaczęło upowszechniać ideę współpracy między AK, AL i Batalionami Chłopskimi.

    Należy podkreślić, że perspektywy wielu Polaków, nie zorientowanych w kulisach gry politycznej uprawianej przez komunistów i nie znających rzeczywistych relacji między KRN i PPR a władzami radzieckimi, Armia Ludowa mogła w 1944 r. uchodzić za formację patriotyczną – orędownika narodowej niepodległości. W tym kontekście trzeba przypomnieć, że na obszarze okupacji niemieckie akces do ugrupowań podziemnych bywał wyborem przypadkowym, wynikającym z relacji towarzyskich. Młodzi ludzie, pragnący walczyć z okupantem wstępowali do tej formacji, do której należeli ich koledzy, sąsiedzi, nauczyciele ze szkoły itd. W warunkach konspiracyjnych nie było możliwości swobodnego wyboru opcji ideowej, porównania składu ciał dowódczych, uwikłań politycznych.

    Ta rozbieżność między motywacjami i postawami żołnierzy Armii Ludowej a politycznym zaangażowaniem jej kierownictwa uwidacznia się szczególnie wyraźnie w relacjach świadków historii dostępnych na stronach internetowych Muzeum Powstania Warszawskiego. Siły AL, stacjonujące na terenie Warszawy w sile ok. 1000 ludzi, na czas powstania podporządkowały się dowództwu AK i wzięły czynny udział w walkach (głównie na terenie Starego Miasta). Współpraca między dwiema formacjami opisana została w kilkudziesięciu relacjach. 

    Halina Sadowska-Wasilewska, łączniczka AK wspominała: „Potem jeszcze była Armia Ludowa, też się uaktywniła. Więc Bohdan Czeszko, który był moim kolegą, jeszcze z okresu okupacji, jeszcze sprzed wojny. Właśnie on był w tym AL. Spotkaliśmy się, ja byłam w AK, on był w AL, ale cóż to miało za znaczenie? Wróg był ten sam, walczyliśmy przeciw Niemcom i ja [i on].

    Władysław Sieczyński, żołnierz w kompanii „Bradla” na pytanie „Jak się tutaj układała współpraca z żołnierzami Armii Ludowej?” odpowiedział: „Bardzo dobrze, przecież wtedy porucznik, dowódca plutonu Armii Ludowej tak samo był na posterunku. Byli gdzieś na Wiejskiej. Zapomniałem jego nazwisko, nie pamiętam. Został odznaczony razem [z nami], obok nas.”

    Barbara Kostrzewa-Bahrynowska, sanitariuszka w zgrupowaniu „Gurt” mówiła: „Była AK i była Armia Ludowa, więc schylam głowę przed Armią Ludową. Z kanałów ze Starówki tak samo szli z AK, jak i szła Armia Ludowa. Wychodzili akurat na naszym punkcie. My tam stałyśmy. Jeden z nich, musiał być ktoś bardziej odpowiedzialny, bo zwrócił się do naszego podporucznika. Powiedział mu, że jak skończy się Powstanie, to wszyscy dostaniemy legitymacje Armii Ludowej. To był bardzo ładny gest.”

    O tym, że wybór konkretnej formacji w czasie powstania mógł być dziełem przypadku przekonać się może z relacji Jerzego Włodka, który wspominał: „Nota bene ja się w Armii Krajowej i w Powstaniu znalazłem z prostej przyczyny. Trzeciego września chyba poszliśmy z kuzynem moim, który był ode mnie dwa lata młodszy, szukać możliwości uczestnictwa w Powstaniu. Bo wychodziliśmy z założenia, jesteśmy młodzi, zdrowi, dobrze zbudowani. Budowaliśmy poprzedniego dnia barykadę na Chopina, na wysokości dawnej ambasady szwajcarskiej, której chyba już nie ma w tej chwili, tylko dolina Szwajcarska jest, i poszliśmy Piękną w stronę Marszałkowskiej. Po lewej stronie na Pięknej, na wysokości spalonego czołgu niemieckiego było biuro werbunkowe. Przyznaję szczerze, że wtedy, gdyby to było biuro werbunkowe Armii Ludowej, powiedzmy, która tam w drobnym stopniu była, to bym chyba do nich poszedł. Bo ja chciałem bić Niemców, chciałem się im odwdzięczyć za te całe lata nieszczęść, jakie na nas sprowadzili.”

    Należy podkreślić, że ewentualne wymazanie z mapy imienia „Armii Ludowej” dalece wykraczałoby poza ramy formalnej czynności urzędowej – stanowiłoby akt nałożenia infamii. Żołnierze AL, którzy bohaterską postawą zapisali się w pamięci powstańców warszawskich, z pewnością na nią nie zasługują. Zwłaszcza w stolicy, o którą walczyli z Niemcami.

    1. Ulica Dąbrowszczaków 

    „Dąbrowszczakami” nazywano polskich ochotników walczących w szeregach XIII Brygady Międzynarodowej im. Jarosława Dąbrowskiego w hiszpańskiej wojnie domowej lat 1936-39. Chociaż dzisiaj historycy są zgodni, że Brygady Międzynarodowe były narzędziem polityki Kominternu (a więc Moskwy), uczestnicy tamtych wydarzeń nie mieli tej świadomości. Do Brygad zaciągali się najczęściej ze szlachetnych pobudek, walkę przeciwko wojskom Franco widzieli w kategoriach moralnego obowiązku. Jak wspominał Roman Melchior, student i członek lewicowej organizacji młodzieżowej „Czuliśmy, że przed nami jest wielka szansa „sprawdzenia” samego siebie, zaszczytnego udziału w czymś historycznie wielkim, realizującym nasze ideały. Dano nam możliwość »robienia« historii.”

    Wojna domowa w Hiszpanii przyciągała uwagę całego świata, przy czym strona republikańska cieszyła się poparciem nie tylko partii komunistycznych, ale też przytłaczającej większości środowisk lewicowych i liberalnych. Powszechnie uważano, że w Hiszpanii toczy się walka między siłami sprawiedliwości i demokracji a faszystowską dyktaturą. Stąd ogromny napływ ochotników z całego świata, przekonanych że frankiści reprezentują uniwersalne zło, które – jeśli nie zostanie powstrzymane – wkrótce może zagrozić reszcie Europy i światu.

    Władze II RP zakazały swoim obywatelom udziału w walkach, a tych których schwytano na próbie nielegalnego przekroczenia granicy, karano więzieniem. Chociaż oficjalnie Polska zachowywała neutralność, elity sanacyjne oraz Kościół i endecja kibicowały frankistom – opowiedzenie się po stronie Republiki było w tej sytuacji formą udziału w rodzimym konflikcie światopoglądowym.

    „Strasznie przejmuję się wojną domową w Hiszpanii. Wewnętrznie przesuwam się coraz bardziej na lewo ” – notowała w sierpniu 1936 r. Maria Dąbrowska, jedna z najwybitniejszych polskich pisarek, którą trudno posądzić o sympatię dla komunizmu. W lutym 1937 r. dodała: „Wieczorem na odczycie dr Wroczyńskiego o Hiszpanii »czerwonej«, dokąd był wysłany w delegacji sanitarnej od Ligi Narodów. Bardzo ciekawe rzeczy mówił. Najciekawsze były wiadomości o tym, na czym zna się najlepiej, t.j. o służbie zdrowia, świetnie przez rząd hiszpański zorganizowanej. Ministrem zdrowia jest kobieta, prezeska tamtejszej sławnej Iberyjskiej Unii Anarchistów. Najciekawszą dla mnie była wiadomość, że w armii ludowej, broniącej Madrytu walczy 3000 Polaków. O tym się u nas milczy, a podaje się wiadomość o lotniku Lasockim, co w służbie tamtejszych targowiczan [tj. po stronie Franco] raził bombami cywilną ludność Madrytu”.

    Chociaż wśród około 5 tys. polskich ochotników nie brakowało członków i zwolenników KPP, należy pamiętać że w ówczesnych realiach sympatia dla mgliście pojmowanego komunizmu często były po prostu formą romantycznego radykalizmu społecznego – buntem przeciwko nierównościom społecznym i w obronie wolności. Idealizm „Dąbrowszczaków”, nawet jeśli naiwny i wykorzystywany dla celów politycznej gry, w żadnym wypadku nie oznaczał akceptacji sowieckiej dyktatury, terroru i totalitarnego zniewolenia.

    Na polu walki żarliwa wiara w słuszność sprawy nie rekompensowała braków w wyszkoleniu i fatalnego dowodzenia. Brygada im. Dąbrowskiego podzieliła los pozostałych formacji ochotniczych – dziesiątkowana w bitwach i zmuszana do odwrotu, w końcu, na podstawie decyzji rządu hiszpańskiego, została rozwiązana. Podczas drugiej wojny światowej jej żołnierze będą walczyć w szeregach różnych polskich formacji na Wschodzie i na Zachodzie.

    Zasługi ochotników z Brygad Międzynarodowych są powszechnie uznawane w prawie wszystkich krajach, z których pochodzili. „Brygadziści” mają swoje pomniki i tablice pamiątkowe m.in. w Stanach Zjednoczonych, Anglii, Francji, Hiszpanii, Niemczech, Szwecji i Australii.

    Usunięcie nazwy „Dąbrowszczaków” z przestrzeni publicznej w Warszawie byłoby formą niezasłużonego napiętnowania i okazaniem pogardy wobec śmierci tysięcy ludzi poległych w imię międzynarodowej solidarności przeciw dyktaturze – ideału, który dla dużej części polskiego społeczeństwa jest nadal aktualny. 

    1. Ulica Stanisława Tołwińskiego

    Stanisław Tołwiński (1895 – 1969) był inżynierem, urbanistą, działaczem socjalistycznym, a po wojnie członkiem PPR i PZPR. Przed wojną współtworzył Warszawską Spółdzielnię Mieszkaniową, łączącą nowatorskie koncepcje architektoniczne z dalekosiężnym programem społecznym, mającym zapewnić robotnikom dostęp do tanich i nowoczesnych mieszkań. W czasie okupacji angażował się w konspiracyjną pomoc ukrywającym się Żydom, za co został odznaczony pośmiertnie medalem „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”. Od 1945 do 1949 jako prezydent Warszawy był jednym z głównych organizatorów odbudowy stolicy. Po roku 1950 odsunięty na boczny tor jako zastępca szefa Urzędu Rady Ministrów.

    Zasługi Tołwińskiego z okresu II RP, okupacji oraz powojennej odbudowy państwa nie budzą wątpliwości. Jednocześnie nie są znane żadne dokumenty na temat jego ewentualnego zaangażowania w tworzenie instytucji komunistycznej dyktatury – w strukturach peerelowskich władz odpowiadał za działalność urbanistyczną. Stanisław Tołwiński jest postacią zdecydowanie zasługującą na upamiętnienie.

    1. Ulica Józefa Lewartowskiego.

    Józef Lewartowski (1895-1942) był działaczem komunistycznym (KPP, PPR) i jednym z organizatorów ruchu oporu w getcie warszawskim. Na jego biografii cieniem kładzie się udział w tworzeniu struktur władzy radzieckiej na terenach zajętych przez Armię Czerwoną podczas wojny 1920 r. Z drugiej strony nie budzi wątpliwości zaangażowanie Lewartowskiego w budowę Bloku Antyfaszystowskiego w getcie warszawskim – pluralistycznej struktury, skupiającej wiele konspiracyjnych organizacji politycznych, głównie o charakterze lewicowym. Lewartowski jako działacz komunistyczny był reprezentantem jednego z autentycznych nurtów ideowych w getcie, zdecydowanie opowiadał się także za walką zbrojną z Niemcami. Tragiczna śmierć uniemożliwiła mu realizację tych planów – podczas likwidacji getta latem 1942 r. został uwięziony na Umschlagplatz, skąd prawdopodobnie trafił do obozu zagłady w Treblince.

    Ze względu na zaangażowanie Lewartowskiego w zbrojny ruch oporu a także tragiczne okoliczności śmierci, wymazanie jego imienia z przestrzeni publicznej jest niewskazane i może zostać uznane za próbę manipulowania pamięcią Holokaustu. 

    Należy uwzględnić także szerszy kontekst sporu o nazwy warszawskich ulic. Otóż wpisuje się on w działania określane przez polskich publicystów i polityków mianem „polityki historycznej” a w międzynarodowym dyskursie akademickim nazywanego „polityką pamięci” (politics of memory). W naukach społecznych wyróżnia się kilka typów „ustrojów pamięci” (memory regimes) w zależności od tego czy uczestnicy debaty publicznej (w tym przypadku głównie politycy i urzędnicy państwowi) godzą się współistnienie w przestrzeni publicznej różnych narracji na temat przeszłości (pluralizm pamięci) czy raczej dążą do wyeliminowania opowieści konkurencyjnych wobec własnej (antagonizm pamięci). 

    Opinia Instytutu Pamięci Narodowej w sposób wyraźny lokuje się w drugiej z wymienionych kategorii i stanowi przejaw „wojowniczego dyskursu pamięci”. Jest konsekwencją i rozwinięciem stanowiska prezesa IPN Jarosława Szarka, który rok temu w publicznej wypowiedzi stwierdził, że „w historii nie może być schizofrenii, ona też opiera się o system wartości. Ktoś był po dobrej stronie, a ktoś po złej”. Prezes Szarek wskazał też na konieczność wykorzenienia „spuścizny [która] nadal istnieje w umysłach ludzkich”.

    Stanowisko IPN jest formą administrowania pamięcią społeczną, a nawet „konfiskowania pamięci”. Oto państwo poprzez swoje instytucje odgórnie wyznacza obywatelom, jakie osoby oraz instytucje zasługują na upamiętnienie, a o jakich powinno się zapomnieć. Działania takie, zwłaszcza gdy prowadzone wbrew opiniom lokalnych społeczności, są przeciwskuteczne i z reguły prowadzą do zohydzenia nowych patronów oraz wzbudzają nieufność wobec centralnych instytucji państwa. Paradoksalnie, mimo swojej antykomunistycznej retoryki mimowolnie nawiązują do kultury politycznej PRL ufundowanej właśnie na historycznych mitach i „jedynie słusznej” wykładni dziejów.

    Jak dowodzą badacze, wojny pamięci i próby ustanowienia partyjnego monopolu na interpretowanie przeszłości stanowią zagrożenie dla stabilności instytucji demokratycznych. Zero-jedynkowe widzenie historii często idzie w parze z radykalną polaryzacją sceny politycznej, w której wrogość między partyjnymi elitami staje się silniejsza niż poczucie odpowiedzialności za państwo. Z kolei na poziomie społecznym tożsamość wspólnotowa zostaje wyparta przez emocje towarzyszące quasi-plemiennej rywalizacji.

    W programie „dekomunizacji” nazw ulic uderza negatywna dynamika polityki pamięci. Należy mieć świadomość, że wymazanie danego imienia czy nazwy z przestrzeni publicznej nie jest powrotem do stanu neutralnego – nie jest tożsame z brakiem upamiętnienia. To zabieg o wiele mocniejszy i dalej idący. Mamy do czynienia – co kilkakrotnie podkreślałem w niniejszej opinii – z aktem zdeprecjonowania, pohańbienia, nałożenia infamii. Taki gest, zwłaszcza wykonany wobec ludzi, których bohaterskiej śmierci lub zasług nie sposób zanegować, budzi u żyjących niesmak i żal, a często też rodzi poczucie krzywdy.

    Ponadto opinia IPN została wyprowadzona z przesłanek fałszywych pod względem logicznym. Uzasadnienie stanowiska Instytutu w kwestii zmiany nazw stołecznych ulic zawarto w wydanej przed kilkoma miesiącami broszurze „Godność Niepodległej. Akcja #dekomunizacja”. Na kolejnych kartach publikacji przewija się argument, że dany patron nie zasługuje na uhonorowanie, albowiem jego imię było wykorzystywane przez komunistyczną propagandę. I tak: żołnierze Brygady Międzynarodowej im. Dąbrowskiego „stali się częścią propagandowego mitu PRL” (s. 30), Batalion Platerówek „był wykorzystywany propagandowo przez władze PRL” (s. 31), historia Armii Ludowej „po wojnie została całkowicie zakłamana” (s. 37), zaś podczas ceremonii pogrzebowej Oskara Langego „Henryk Jabłoński podsumowując jego działalność określił go mianem »bojownika o wierność marksizmowi« i o »sprawę rewolucji proletariackiej«” (s. 22).

    Gdyby przyjąć tok rozumowania opiniodawców z IPN, z przestrzeni publicznej należałoby usunąć takie postaci jak Tadeusz Kościuszko, Ludwik Waryński, Bolesław Chrobry, Władysław Jagiełło, Wincenty Witos, Romuald Traugutt – i wiele innych, które władze PRL skwapliwie wykorzystywały w swojej polityce pamięci bądź jako „bohaterów walk z germańskim naporem” bądź jako „wyrazicieli postępowym dążeń mas ludowych”.

    Konkludując, stwierdzam, że wskazana na wstępie opinia Instytutu Pamięci Narodowej nie znajduje oparcia ani w powszechnie dostępnej wiedzy historycznej ani w ustaleniach nauk społecznych. Z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, iż zrealizowanie zaleceń zawartych w piśmie IPN zaostrzy dzielące Polaków konflikty światopoglądowe, a przez to obniży autorytet instytucji demokratycznych i odbije się niekorzystnie na obywatelskim poczuciu wspólnoty.

Piotr Osęka jest historykiem, badaczem najnowszej historii Polski, jest profesorem w Instytucie Studiów Politycznych PAN, autorem wielu książek historycznych, a także publicystą.

Historyk i socjolog, profesor na Uniwersytecie SWPS, publicysta. Autor dwóch książek reporterskich o Afryce i kilku książek o historii. "Szkalował" Polskę m.in. w „the Guardian”, „Le Monde”, „El Pais”, „Suddeutsche Zeitung”. Ostatnio wydał książkę o polskiej samoocenie – „No dno po prostu jest Polska. Dlaczego Polacy tak bardzo nie lubią swojego kraju i innych Polaków” (WAB 2017). W OKO.press pisze o polityce i historii.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym