Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. AFPFot. AFP

Pociski zazwyczaj spadają pod osłoną nocy. Tym razem jednak pierwszy wybuch Amer Khaled usłyszał tuż po godzinie 11 rano 4 marca, po nim nastąpiły dwa kolejne. Pobiegł kilkaset metrów przez kompleks równych rzędów musztardowych domów – osiedle dla żon i dzieci członków Partii Wolności Kurdystanu (PAK) w pobliżu miejscowości Gomaspan, około 30 minut drogi od Irbilu.

Wśród gruzów przed biurem sekretarza generalnego ugrupowania, Husseina Yazdanpanaha, znalazł ciało jednego z towarzyszy, 31-letniego Kevana. – Zostawił żonę i dwuletniego syna – mówi Khaled.

- Mieliśmy ogromne szczęście. Kak [w kurdyjskim grzecznościowy zwrot do mężczyzny – przyp. aut.]Husseina nie było wtedy na miejscu, a obóz ewakuowano dwa dni wcześniej po uderzeniu drona w pobliskie wzgórze. W przeciwnym razie ofiar byłoby znacznie więcej – westchnął z rezygnacją na miejscu zdarzenia, rozglądając się po gruzowisku. – Nie ma tu żadnych instalacji wojskowych, tylko cywile. Nawet mężczyźni, którzy przyjeżdżają w odwiedziny, nie noszą broni.

W zniszczonych domach wciąż leżą naczynia kuchenne, kosmetyki i ubrania; szyby w oknach zostały wybite przez eksplozje. W biurze Yazdanpanaha z regałów pospadały książki, głównie dotyczące nauk politycznych i historii Kurdów oraz Kurdystanu.

Na zewnątrz opuszczony plac zabaw przypomina o tym, czym to miejsce było jeszcze niedawno. Spalone fragmenty rakiet nadal leżą rozrzucone po całym terenie. Khaled i jego kolega są pewni jednego: pociski były irańskie. – Nikt inny w tym regionie nie dysponuje takim typem broni – tłumaczą mi, wskazując na pozwijane pod wpływem ekstremalnie wysokiej temperatury kawałki metali.

Przeczytaj także:

Uwięzieni w nieswojej bitwie

Od czasu gdy 28 lutego rozpoczęła się wojna Stanów Zjednoczonych i Izraela z Iranem, Irak, a zwłaszcza jego północny Region Kurdystanu, stał się jednym z pól bitwy, uwięzionym między obiema stronami konfliktu. Żaden inny kraj nie znalazł się pod ostrzałem obu stron.

Irak jest atakowany z wielu kierunków: amerykańskie i izraelskie naloty uderzają w wspierane przez Iran milicje działające na jego terytorium, podczas gdy Iran i powiązane z nim ugrupowania odpowiadają rakietami i dronami wymierzonymi w amerykańskie bazy oraz kurdyjskie obszary.

Znaczna część ostrzału kierowana jest w stronę amerykańskich instalacji przy międzynarodowym lotnisku w Irbilu. Nadlatujące pociski są w większości przechwytywane przez systemy obrony powietrznej. Mieszkańcy miasta, szczególnie chrześcijańskiej dzielnicy Ankawa – ze względu na jej bliskość do lotniska i amerykańskiej bazy Harir – niemal co noc słyszą eksplozje, a odłamki często spadają w pobliżu zabudowań mieszkalnych.

Wspierane przez Iran ugrupowania zbrojne działające w Iraku pod parasolem głównie szyickich Sił Mobilizacji Ludowej atakowały bazy wojskowe, placówki dyplomatyczne, pola naftowe, rafinerie oraz obszary mieszkalne.

W ostatnich tygodniach w całym Iraku zginęło już prawie sto osób. Celem irańskiego ataku 28 marca stała się nawet rezydencja Nechirvana Barzaniego, prezydenta Regionu Kurdystanu. Choć Barzani nie ucierpiał, stało się jasne, że Teheran w kurdyjskiej autonomii widzi narastające zagrożenie.

Strażnicy atakują Kurdów

Ataki ze strony Iranu nasiliły się szczególnie po tym, jak Donald Trump zasugerował, że uzbrojone ugrupowania irańskich Kurdów działające w Regionie Kurdystanu mogłyby potencjalnie posłużyć jako siły lądowe. Choć później wycofał się z tej wypowiedzi, irański Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej od tamtej pory bez przerwy atakuje to, co określa jako „separatystyczne grupy”.

Choć zarówno władze Regionu Kurdystanu, jak i rząd w Bagdadzie, deklarują, że terytorium Iraku nie stanie się platformą do ataków na Iran, utrzymanie neutralności jest trudne – i niebezpieczne. Bagdad próbuje powstrzymać milicje powiązane z Iranem, jednocześnie starając się uniknąć bezpośredniego zaangażowania w wojnę.

Sytuacja ta obnaża ograniczoną kontrolę państwa nad zbrojnymi aktorami i grozi ponowną fragmentacją kraju po okresie względnego spokoju.

„Martwi mnie to, ponieważ wojny regionalne rzadko pozostają zewnętrzne. Zazwyczaj pogłębiają wewnętrzne podziały, zwłaszcza w krajach, w których istnieją nierozwiązane napięcia polityczne i religijne. Irak w przeszłości bardzo na tym ucierpiał i żaden odpowiedzialny przywódca nie powinien lekceważyć tego zagrożenia” – mówi Ano Jawhar Abdoka, minister transportu i komunikacji w rządzie Regionu Kurdystanu.

Renad Mansour, dyrektor Iraq Initative w brytyjskim think tanku Chatham House, ocenia, że iracki rząd znalazł się w pułapce.

„Będzie próbował utrzymać neutralność, ale w rzeczywistości to rząd o ograniczonej władzy. Nawet jeśli zajmie neutralne stanowisko, istnieją bardzo znaczące uzbrojone grupy powiązane z państwem, które będą prowadzić własną politykę, potencjalnie atakując interesy Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników. Widzieliśmy to już wielokrotnie w Regionie Kurdystanu, ale także w Bagdadzie” – wyjaśnia Mansour.

Gotowi do wkroczenia

Kurdyjskie ugrupowania pozostają niewiadomą. Choć utrzymują, że mają dobre relacje zarówno z władzami Regionu Kurdystanu, jak i z rządem w Bagdadzie, partie kurdyjskie działające na terenie Autonomii Kurdyjskiej w Iraku (KRG) deklarują gotowość do włączenia się do walk – pod warunkiem otrzymania wsparcia ze strony Stanów Zjednoczonych i Izraela.

Reza Kaabi, sekretarz partii kurdyjskiej Komala-Toilers, mówi w siedzibie ugrupowania w Irbilu, że gdyby takie wsparcie zostało udzielone, jego bojownicy byliby gotowi przekroczyć granicę z Iranem. Kluczowe, jak podkreśla, byłoby zamknięcie przestrzeni powietrznej nad zachodnim Iranem oraz zapewnienie wsparcia lotniczego. „W takich warunkach mamy szansę wyprzeć siły reżimu z zachodniego Iranu” – twierdzi Kaabi.

Komentując słowa Donalda Trumpa, który wycofał się z pomysłu kurdyjskiej ofensywy lądowej, stwierdza stanowczo: „Nie ma już odwrotu. Ani dla Izraela, ani dla USA, ani dla Iranu”.

Także bojownicy Komali i Partii Wolności Kurdystanu (PAK) deklarują gotowość do udziału w konflikcie. „Nie będziemy czekać na zielone światło z Waszyngtonu” – mówi Saman Hosseinpanahi, peszmerga, który do Irbilu przyjechał z Wielkiej Brytanii.

Choć jak do tej pory żadna z kurdyjskich grup w Iraku nie ogłosiła, by jej bojownicy przenikali przez granicę – czy raczej system podziemnych tuneli pod nią – do Iranu, wciąż utrzymują, że trwają w oczekiwaniu na sprzyjające okoliczności, gotowe do włączenia się w walkę przeciwko rządowi w Teheranie.

Możliwość samodzielnego działania zbrojnych ugrupowań to jedno z najpoważniejszych zagrożeń, uważa Abdoka. „Kiedy podmioty niepaństwowe podejmują decyzje dotyczące wojny i pokoju, osłabiają autorytet legalnych instytucji w Bagdadzie, a tym samym podważają legitymację irackiego państwa, które nie jest w stanie chronić swoich obywateli przed zagrożeniami wewnętrznymi” – mówi minister.

Eksport spadł do 9 proc.

Oprócz bezpośrednich zagrożeń dla bezpieczeństwa wojna przynosi również poważny wstrząs fiskalny, który utrudnia życie mieszkańcom i nadwyręża kruchą równowagę kraju. Około 90 proc. irackiego budżetu publicznego zależy od dochodów z ropy naftowej, tymczasem eksport gwałtownie spadł w wyniku regionalnych zakłóceń, przede wszystkim blokady Cieśniny Ormuz, i ataków na infrastrukturę energetyczną.

„Oznacza to, że całkowity eksport wynosi obecnie zaledwie 250–300 tysięcy baryłek dziennie, czyli mniej niż 9 proc. normalnego poziomu Iraku” – mówi Luay al-Khatteeb, były minister energii Iraku i doradca American University of Iraq w Bagdadzie. – „Jeśli konflikt potrwa przez najbliższe tygodnie, pracownicy sektora publicznego mogą w przyszłym miesiącu nie otrzymać wypłaty”.

Jak dodaje, podczas gdy inne państwa regionu mogą przetrwać miesiące zawirowań na rynkach energii, Irak do nich nie należy.

„Kluczowa różnica między Irakiem a krajami Zatoki polega na wielkości lokalnej populacji. Jeśli nie liczyć pracowników zagranicznych, liczba obywateli państw Zatoki jest stosunkowo niewielka w stosunku do ich rezerw finansowych, co pozwala im dłużej utrzymywać stabilność w czasie kryzysów. Irak, z dużo większą populacją i ograniczonymi rezerwami, takiego komfortu nie ma”.

Problem nie dotyczy jednak tylko ropy. Przed wybuchem obecnej wojny Irak przeżywał długo oczekiwane ożywienie. Irbil, od dawna uznawany za najbardziej stabilny region kraju, wypełniły nowe kompleksy mieszkaniowe i dźwigi budowlane, a do kraju wracały duże amerykańskie firmy, takie jak Chevron. Po odbudowie po amerykańskiej inwazji z 2003 roku i wojnie z tzw. Państwem Islamskim Irakowi udało się uniknąć wciągnięcia w dwunastodniową wojnę z Iranem w czerwcu 2025 r., zachowując kruchą stabilność.

Kłopoty ze sformowaniem rządu

Od nierozstrzygniętych wyborów parlamentarnych w listopadzie 2025 roku Irak pozostaje pod rządami gabinetu tymczasowego kierowanego przez premiera Mohammed Shia al-Sudani. Próby utworzenia nowej koalicji utknęły w martwym punkcie po sprzeciwie Waszyngtonu wobec możliwego powrotu byłego premiera Nouriego al-Malikiego. Dysponując słabym mandatem i ograniczonymi uprawnieniami, rząd Sudaniego ma niewielkie możliwości powstrzymania potężnych zbrojnych frakcji działających w kraju, z których wiele wydaje się coraz chętniej testować granice państwowej władzy.

„W poprzednich etapach eskalacji Irak w dużej mierze pozostawał na uboczu, ponieważ zarówno rząd w Bagdadzie, jak i Iran prowadziły politykę powstrzymywania milicji i zapobiegania bezpośredniemu wciągnięciu kraju w konflikt. Tym razem sytuacja wygląda jednak zupełnie inaczej” – mówi Mansour.

Kata’ib Hezbollah, powszechnie uznawana za najpotężniejszą z irackich milicji powiązanych z Iranem, oświadczyła w komunikacie z 16 marca, że będzie kontynuować ataki „dopóki ostatni zagraniczny żołnierz nie opuści terytorium Iraku”. Ugrupowanie ostrzegło, że kraj nie zazna stabilności, dopóki obce wojska pozostaną na jego terytorium: „Albo wszyscy będą cieszyć się bezpieczeństwem, albo nikt”, oświadczyła grupa.

„USA przegrają”

Wraz z tym, jak ataki stają się coraz częstsze i bardziej śmiercionośne, napięcia stają się coraz widoczniejsze. We wtorek 24 marca iracki premier Mohammad Shia al-Sudani zapowiedział, że Irak wezwie ambasadorów zarówno Stanów Zjednoczonych, jak i Iranu, aby przekazać im „oficjalne noty protestacyjne” w związku z narastającą przemocą.

Dzień później amerykański nalot na wojskową klinikę medyczną w zachodniej prowincji Anbar zabił siedmiu bojowników i ranił 13 kolejnych. Po ataku Sudani polecił ministerstwu spraw zagranicznych wezwać chargé d’affaires USA w Bagdadzie w związku z uderzeniami wymierzonymi w, jak określił rząd, irackie „jednostki wojskowe”.

Obecnie większość obywateli zmaga się z niedoborami energii elektrycznej: prąd z sieci dostępny jest zaledwie przez około cztery do sześciu godzin dziennie. W połączeniu z zamkniętą przestrzenią powietrzną i zakłóceniami w łańcuchach dostaw utrudnia to dostawy żywności, leków i innych podstawowych towarów.

Analitycy ostrzegają, że kryzys pogłębi cierpienie ludności cywilnej, a jednocześnie osłabi wpływy Stanów Zjednoczonych w i tak niestabilnym regionie.

Jak argumentuje Mansour: „Stany Zjednoczone przegrają. Ich firmy się wycofują, więc ich wpływy gospodarcze maleją. Słabnie także ich oddziaływanie ideologiczne, ponieważ są postrzegane jako część nielegalnej wojny prowadzonej przez USA i Izrael przeciwko Iranowi, co wzmacnia w regionie obraz obu państw jako czynników destabilizujących”.

Na zdjęciu Jagoda Grondecka
Jagoda Grondecka

Iranistka, publicystka i komentatorka ds. bliskowschodnich, współpracuje z „Kulturą Liberalną”. Absolwentka Instytutu Stosunków Międzynarodowych UW. Doświadczenie zdobywała m.in. w ambasadach RP w Teheranie i Islamabadzie. Współautorka publikacji „Muzułmanin, czyli kto? Materiały dydaktyczne dla nauczycieli i organizacji pozarządowych”.

Komentarze