„Denerwuję się, ale jestem szczęśliwy. To już koniec Islamskiej Republiki. Mam nadzieję, że wkrótce będziemy wolni” – pisze Kurusz z półtoramilionowego Karadżu na północy Iranu, tuż przed kolejną blokadą internetu.
Powiedz nam, co myślisz o OKO.press! Weź udział w krótkiej, anonimowej ankiecie.
Przejdź do ankietyDziś, 28 lutego rano, po miesiącach gróźb i tygodniach napiętych negocjacji, USA i Izrael rozpoczęły bezpośredni atak na Iran. Donald Trump mówi otwarcie: nie chodzi tylko o program atomowy, celem jest obalenie irańskiego reżimu.
W powietrzu już od dawna czuć było zapach wojny. Po miesiącach gróźb, trzech rundach negocjacji i kilku tygodniach presji dyplomatycznej, Stany Zjednoczone i Izrael zdecydowały się na atak.
Już wcześniej USA wysłały na Morze Arabskie dziesiątki okrętów i samolotów, podczas gdy administracja Trumpa kontynuowała maksymalną presję na Iran i prowadziła w Szwajcarii rozmowy na temat ograniczenia programu nuklearnego z irańskimi urzędnikami.
Rozmowy zakończyły się impasem. Władze Iranu odrzuciły propozycje zakładające trwałe ograniczenie wzbogacania uranu oraz demontaż kluczowych elementów programu nuklearnego. Administracja USA twierdzi, że mimo wcześniejszych uderzeń w infrastrukturę atomową, Iran ponownie zbliżył się do zdolności produkcji broni jądrowej.
Kurusz, który wcześniej brał udział w antyrządowych protestach, wspomina dramat tamtych wydarzeń: „To była masakra. Nikt tutaj nie jest w dobrej formie psychicznej. Wszyscy straciliśmy kogoś bliskiego. Człowiek obok mnie został postrzelony – patrzyłem, jak umiera. Strzelali do nas jak do zwierząt. Od tamtej pory nie mogę spać. Krew można zmyć tylko krwią. Pomścimy naszych zmarłych. Dziś tylko rakiety Netanjahu i Trumpa mogą mnie uspokoić”.
W Teheranie i Karadżu na ulicach widać mieszankę strachu i euforii. W mediach społecznościowych, zanim zostały zablokowane, pojawiły się nagrania Irańczyków tańczących na ulicach i świętujących trafienia w cele rządowe.
Niektórzy traktują atak jako szansę na uwolnienie z reżimu, który przez lata zabił dziesiątki tysięcy protestujących. Inni są przerażeni i próbują znaleźć sposób na ucieczkę. Część mieszkańców Teheranu i Karadżu – a przynajmniej ci, których na to stać – już wcześniej przygotowywała się do ewakuacji, przenosząc rodziny do bardziej spokojnych miejscowości na północ od stolicy.
Obok entuzjazmu obecne są jednak także głosy niepokoju. Część Irańczyków obawia się, że scenariusz znany z Iraku czy Afganistanu może się powtórzyć: wojna przyniesie chaos i zniszczenie, a nie demokrację. Pada też pytanie, dlaczego Stanom Zjednoczonym i Izraelowi miałoby zależeć na demokracji w Iranie, skoro tolerują i współpracują z wieloma innymi autorytarnymi reżimami na Bliskim Wschodzie.
Ataki rozpoczęły się nad ranem i objęły ponad 30 miejscowości w całym Iranie. Według relacji The New York Times zniszczone zostały budynki rządowe w Teheranie, m.in. biuro prezydenta Iranu oraz domniemana rezydencja Ajatollaha Chameneiego. Jednak irańskie media informują, że podczas ataku Chamenei przebywał w bezpiecznym miejscu poza stolicą.
Niepotwierdzone informacje wspominały też o śmierci lub zranieniu Irańskiego prezydenta Masuda Pezeszkiana, a według relacji Reutersa zginął irański minister obrony narodowej Aziz Nasirzadeh.
Równolegle odnotowano intensywne cyberataki na irańską infrastrukturę informacyjną. Włamano się na strony państwowych agencji prasowych ISNA, IRNA, Fars i Mehr. Niektóre z nich przestały działać, najpierw jednak publikując antyrządowe artykuły.
Głównym formalnym celem wojny jest wywarcie strategicznej presji na Republikę Islamską oraz zniszczenie potencjału nuklearnego i rakietowego Iranu. Jednak prezydent Trump nie ukrywa, że chodzi także o obalenie reżimu, który od lat jest solą w oku amerykańskiej i izraelskiej polityki w regionie.
Czy będzie to tak proste jak w Wenezueli? Irański system polityczny (tzw. nezam) jest głęboko zakorzeniony w gospodarczych i samorządowych strukturach kraju. Nie podda się tak łatwo, nawet jeśli izraelska czy amerykańska rakieta dosięgnie w końcu Ajatollaha Chameneiego.
Nie tylko stolica i budynki rządowe padły ofiarą ataków. W niewielkiej miejscowości Minab nad Zatoką Perską rakieta uderzyła w szkołę dla dziewcząt. Według rządowej agencji Tasnim zginęło 40 uczennic, a kolejne kilkadziesiąt zostało rannych. Pojawiają się także doniesienia o ataku na szkołę w miejscowości Adjek w prowincji Qazwin. W samym Teheranie, obok budynków rządowych, bombardowane są całe kwartały. Wkrótce liczba ofiar może znacznie wzrosnąć.
W pierwszych godzinach po rozpoczęciu ataków głos zabrali przywódcy państw zaangażowanych w operację. Prezydent Donald Trump, w odezwie skierowanej do Irańczyków wezwał ludność cywilną do pozostania w domach, zapowiadając dalsze uderzenia w infrastrukturę państwową Iranu:
„Wasz czas wolności jest bliski, nie opuszczajcie domów, bo jest niebezpiecznie i wszędzie będą bomby. Damy wam znać, kiedy skończymy, a wy przejmijcie kontrolę – to wasza szansa”.
Premier Izraela Benjamin Netanjahu podziękował Trumpowi za „historyczne przywództwo”, podkreślając, że celem operacji jest wyeliminowanie zagrożenia ze strony Iranu.
W podobnym tonie wypowiedział się Reza Pahlawi – żyjący na emigracji w USA syn obalonego w rewolucji szacha, który uważa się za lidera ostatnich protestów i aspiruje do udziału w pokojowej transformacji irańskiego rządu na bardziej demokratyczny.
Pahlawi nazwał atak „operacją humanitarną” i oświadczył: „Przed nami decydująca chwila. Oto dotarła pomoc, jaką obiecał nam Prezydent Donald Trump. Ta operacja nie jest wymierzona w naród irański, lecz w system, który wziął go jako zakładnika”.
Apelował jednocześnie do sił bezpieczeństwa o porzucenie lojalności wobec Islamskiej Republiki i opowiedzenie się po stronie protestujących.
Irańskie władze wprowadziły nadzwyczajne środki bezpieczeństwa. Rząd zaapelował do mieszkańców o unikanie zgromadzeń w miejscach publicznych. Szkoły i uniwersytety zostały zamknięte do odwołania, natomiast urzędy państwowe i banki mają funkcjonować w ograniczonym zakresie. Jednocześnie kraj po raz drugi w tym roku został odcięty od internetu – to metoda regularnie stosowana przez władze w momentach kryzysowych, by utrudnić koordynację potencjalnych protestów i przepływ wrogiej propagandy.
Irański MSZ napisał: „W przeddzień Nowruzu oraz w dziesiątym dniu świętego miesiąca Ramadanu Stany Zjednoczone i reżim syjonistyczny, w rażącym naruszeniu integralności terytorialnej i suwerenności narodowej Iranu, zaatakowały szereg celów, infrastrukturę obronną oraz obiekty cywilne w różnych miastach naszego kraju. Naród irański może być dziś dumny, że uczynił wszystko, co konieczne, aby zapobiec wojnie. Teraz nadszedł czas, by bronić ojczyzny i przeciwstawić się militarnej agresji wroga. Tak jak byliśmy gotowi do negocjacji, tak jesteśmy bardziej niż kiedykolwiek przygotowani do obrony. Siły zbrojne Islamskiej Republiki Iranu odpowiedzą agresorom stanowczo i z pełną mocą”.
Iran przeprowadził ataki rakietowe i dronowe na terytorium Izraela. Syreny przeciwlotnicze zawyły w sąsiednim Ammanie, stolicy Jordanii, oraz w południowym Libanie. Mieszkańcy Izraela byli przygotowani i w większości ewakuowali się do schronów. Tego dnia izraelska „Żelazna Kopuła” pracowała na pełnych obrotach.
Równocześnie Iran uderzył na amerykańskie bazy wojskowe w Bahrajnie, Katarze i Iraku. Do gry włączają się irańskie proxy – szyickie milicje w Iraku, Libanie i Jemenie – co może doprowadzić do kontrataków na Izrael i amerykańskie bazy z kilku kierunków. Incydenty w różnych częściach Bliskiego Wschodu wskazują, że konflikt może zaangażować kolejne kraje regionu.
Jeśli chodzi o nastroje wewnątrz Iranu, pomimo blokady internetu możemy przypuszczać, że są one napięte – wielu Irańczyków pragnie zemsty za ofiary protestów. Irańska władza może być osamotniona jak nigdy wcześniej.
Trudno określić, ilu Irańczyków wciąż popiera reżim, ale z pewnością ma swoich lojalnych zwolenników, których wrogi atak może jedynie zjednoczyć w oporze przeciwko izraelsko-amerykańskiej dominacji na Bliskim Wschodzie.
Jest stanowczo za wcześnie, by mówić o „wyzwoleniu Irańczyków przez Trumpa”. Konflikt może okazać się równie krótki co poprzednia, dwunastodniowa wojna. Niewykluczone, że posłuży jedynie jako pretekst do narzucenia nowego kompromisu korzystnego dla polityki Stanów Zjednoczonych i bezpieczeństwa Izraela. Nie musi to jednak oznaczać końca Islamskiej Republiki Ajatollahów.
„Już wkrótce spotkamy się w wolnym Iranie” – zapewnia mnie Sepehr. Podobnie jak wielu innych Irańczyków traktuje on amerykańską interwencję jako szansę na koniec dyktatury i odzyskanie wolności. Na to jednak starszy i bardziej doświadczony przez historię Irańczyk mógłby odpowiedzieć: In ham begzarad – „To też przeminie”.
Kulturoznawca i student iranistyki. Miłośnik autostopu i wszystkiego co na wschód od Polski. Wolontariusz i powsinoga z potrzeby serca.
Kulturoznawca i student iranistyki. Miłośnik autostopu i wszystkiego co na wschód od Polski. Wolontariusz i powsinoga z potrzeby serca.
Komentarze