0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Foto Henry NICHOLLS / AFPFoto Henry NICHOLLS ...

Na zdjęciu u góry: Diaspora irańska demonstruje w Londynie przeciwko tłumieniu protestów w Iranie, przed ambasadą Iranu, 9 stycznia 2026. Fot. Henry NICHOLLS/AFP

Czwartek jest pierwszym dniem irańskiego weekendu i zarazem momentem, w którym na ulice wychodzi najwięcej ludzi. Tego dnia na demonstrację wybiera się Sohrab, mieszkaniec Karadżu, miasta satelickiego Teheranu. Przed wyjściem z domu wysyła mi zdjęcie swojej dłoni. Obleczone w kastet palce zaciskają duży, zardzewiały klucz francuski. „Dziś ruszamy naprawić system” – oświadcza z dumą.

Protesty w Iranie trwają już drugi tydzień. Zaczęły się od strajku teherańskich sklepikarzy, którzy w reakcji na gwałtowny spadek wartości waluty zamknęli swoje sklepy, lecz szybko przerodziły się w ogólnokrajowe demonstracje. Wielu protestujących nie wierzy już w możliwość reform obiecanych przez prezydenta Masuda Pezeszkiana. Domagają się zakończenia projektu Islamskiej Republiki Iranu.

W ciągu kilku dni demonstracje rozlały się poza Teheran i objęły większość irańskich prowincji. W wielu miastach doszło do starć z siłami bezpieczeństwa. Świadkowie relacjonują brutalne pacyfikacje protestów, a także działania paramilitarnej formacji Basidżów, których członkowie mieli wmieszać się w tłum, by następnie atakować demonstrantów.

Do najpoważniejszych starć doszło m.in. na wielkim bazarze w Teheranie, w kurdyjskiej prowincji Ilam oraz w sąsiednim Lorestanie. W tych regionach siły bezpieczeństwa przeprowadziły również naloty na szpitale, w których opatrywano rannych demonstrantów.

Największa dotychczas eskalacja nastąpiła w miniony czwartek i piątek (8 i 9 stycznia 2026), czyli w islamski weekend. Dziesiątki tysięcy ludzi protestowały nie tylko w liberalnej stolicy, ale też w Maszhadzie – konserwatywnym mieście na północnym wschodzie kraju, z którego pochodzi najwyższy przywódca Iranu, ajatollah Ali Chamenei.

Dotychczas potwierdzono śmierć około 40 demonstrantów, ale w czwartek władze Iranu odcięły dostęp do internetu.

To znak, że demonstracje przybrały gwałtowny obrót. Ofiar może być już dużo więcej.

Przeczytaj także:

Nadzieja

„Wszyscy naprawdę liczą, że to już koniec reżimu” – pisze mi Sasan, znajomy z Teheranu.

Jego zdaniem protestujący są teraz bardziej zdeterminowani, mniej skłonni do kompromisów i pozbawieni złudzeń co do możliwości reformy systemu od wewnątrz.

Wkrótce po wybuchu protestów prezydent USA Donald Trump zagroził, że dokona interwencji, jeśli Iran nie przestanie zabijać demonstrantów. Dziś, kilka dni po porwaniu przez amerykański wywiad wenezuelskiego dyktatora Nicolasa Maduro, groźby Trumpa brzmią poważniej.

Sceptycy zadają sobie pytanie, czy Trumpowi naprawdę chodzi o ratowanie irańskiej opozycji, czy o zdobycie irańskich złóż ropy. Ale niektórzy spośród protestujących Irańczyków wydają się być pomysłem Trumpa zachwyceni: „Na co czekasz? Musisz nam pomóc” – pisze Sohrab na swoim Instagramie.

Zapytany o sens takiego rozwiązania odpowiada: „To my jesteśmy bici i ostrzeliwani przez policję. Są różne opinie na temat interwencji USA, ale według mnie to na sto procent może pomóc”.

Entuzjazm protestujących studzi wąskie grono ekspertów zajmujących się Iranem (należy do nich orientalista z UJ Marcin Krzyżanowski). To nie pierwsze takie przesilenie – zwracają uwagę – Islamska Republika wielokrotnie w przeszłości potrafiła zdławić protesty liczące setki tysięcy uczestników.

Od lat protestom brakuje wyraźnego przywództwa, które mogłoby przekształcić uliczny gniew w trwałą zmianę polityczną. Liczący się opozycjoniści, Mostafa Tadżzade oraz noblistka Narges Mohammadi, siedzą w więzieniu.

Niektórzy nadziei dopatrują się w Cyrusie Rezie Pahlawim, żyjącym na emigracji w Stanach Zjednoczonych synu ostatniego szacha Iranu. Jest to jednak postać budząca kontrowersje zarówno wśród irańskiej diaspory, jak i w samym Iranie. Źródłem sporów jest nie tylko jego związek z dawnym reżimem panującym przed rewolucją 1979 roku, lecz także jego otwarcie pozytywny stosunek do takich polityków jak Benjamin Netanjahu czy Donald Trump.

Kłopotliwy książę zza oceanu

Książę, być może wzorem noblistki Marii Coriny Machado, żyjącej na emigracji wenezuelskiej kandydatki na prezydenta, próbuje wkupić się w łaski tych dwóch polityków, deklarując swoją bezgraniczną przyjaźń i powołując się na względy historyczne: przedrewolucyjny Iran, rządzony twardą ręką przez jego ojca i dziadka, był bowiem najbliższym sojusznikiem USA w regionie i jednym z nielicznych państw muzułmańskich uznających istnienie Izraela.

Chociaż dotychczasowe deklaracje Trumpa były nie po jego myśli – „to miły facet, ale nie wiem, czy to dobry pomysł dla Iranu” – stwierdził prezydent USA – książę pozostaje politycznie aktywny i uważnie obserwuje, ilu ma zwolenników w kraju. Z bezpiecznego Los Angeles regularnie nawołuje rodaków do kontynuowania protestów. W jednej z ostatnich odezw, opublikowanej w mediach społecznościowych, zwrócił się do Irańczyków słowami:

„Rodacy, od tygodnia obserwuję wasze demonstracje. Wasz opór w obliczu przemocy władzy jest inspirujący. Wzywam was, aby w czwartek i piątek, 8 i 9 stycznia, punktualnie o godzinie 20:00 – gdziekolwiek będziecie, na ulicach, a nawet w domach – rozpocząć skandowanie. Na podstawie waszej reakcji ogłoszę kolejne wezwania do działania”.

Był to ruch politycznie zręczny. Cyrus Reza Pahlawi wiedział bowiem, że w tych dniach i o tej porze demonstracje i tak były już zaplanowane – ze względu na irański weekend. Dzięki temu łatwo mógł przypisać sobie symboliczne przywództwo nad wydarzeniami.

Dla niektórych taki scenariusz jest nie do przyjęcia. Wahid, socjalista z Teheranu narodowości tureckiej, jest zdecydowanym przeciwnikiem powrotu monarchii. Uważa, że emigracyjna telewizja Iran International – podobnie jak media rządowe – selektywnie przedstawia rzeczywistość. Samych protestów nie popiera właśnie ze względu na obecność haseł odwołujących się do monarchii.

Wielu protestujących skanduje hasło „Dżawid Szah” i w proteście wznosi flagi, na których zamiast ligatury słowa „Allah” na środku widnieje lew i słońce – symbol przedrewolucyjnego Iranu. Wahid postrzega jednak ich używanie jako brak szacunku wobec historii kraju, który zapłacił wysoką cenę za walkę z autorytaryzmem Pahlawich.

Obecność haseł monarchistycznych nie oznacza jednak jednoznacznie realnego poparcia dla restauracji dawnego ustroju. Tu znowu Sohrab: „Ja również nie popieram powrotu monarchii” – mówi. – „W tym temacie nie ma między nami zgody. Ale i tak skanduję te hasła. Zrozum: my nie mamy innego wyjścia”.

Zwolennicy widzą w księciu symbol jedności i jedyną rozpoznawalną figurę zdolną skupić sprzeciw wobec republiki islamskiej. Monarchistyczne hasła pełnią więc często funkcję najprostszego, najbardziej czytelnego znaku sprzeciwu, szczególnie tam, gdzie brakuje alternatywnego języka politycznego. Nie wszędzie jednak ten sprzeciw jest jednolity.

Kurdowie: peryferie płoną pierwsze

Choć protesty objęły większość irańskich prowincji, ich intensywność była wyraźnie zróżnicowana regionalnie. Szczególnie widać to w regionach zamieszkałych przez mniejszości etniczne (które stanowią blisko 40 proc. populacji kraju).

Rząd w Teheranie już nieraz zarzucał im nielojalność, tendencje separatystyczne bądź wyimaginowaną współpracę z Izraelem. Według raportów organizacji HRANA na karę śmierci za „baghi” (zbrojne wystąpienie przeciwko rządowi) skazywani są przede wszystkim członkowie mniejszości etnicznych.

Protesty w prowincjach zamieszkałych przez mniejszości rzecz jasna też miały miejsce, ale na dużo mniejszą skalę. Być może z powodu sprzeciwu wobec monarchistycznych haseł, a być może z przezorności.

Regiony zamieszkałe przez Kurdów czy Beludżów są od dekad traktowane przez władze w Teheranie jak obszar permanentnego zagrożenia bezpieczeństwa, gdzie każdy przejaw sprzeciwu bywa szybko kryminalizowany i pacyfikowany. Wyjątek stanowią tu prowincje Ilam i Lorestan, zamieszkane przez Kurdów i Lurów. Tam jednak dużo rzadziej wznoszono hasła promonarchistyczne, bowiem społeczności te nie tylko sceptycznie odnoszą się do obecnych elit władzy, lecz także źle wspominają okres monarchii, kojarzony z brutalnym centralizmem i systemowym ograniczaniem ich praw.

Hasła odwołujące się do dynastii Pahlawich nie budzą tu nostalgii, lecz raczej obawy przed powrotem dawnego reżimu pod nową nazwą.

W odpowiedzi na eskalację przemocy i pogłębiający się kryzys polityczny kurdyjskie ugrupowania działające w podziemiu zainicjowały bezprecedensowe rozmowy, w których uczestniczyli przedstawiciele głównych organizacji regionu, m.in. Irańskiej Demokratycznej Partii Kurdystanu, Komali, Partii Wolności Kurdystanu oraz Partii Wolnego Życia Kurdystanu (PJAK).

Celem było skoordynowanie reakcji na wydarzenia w Iranie, przy czym szczególnie wyraźne stanowisko zajęła PJAK, określając obecne protesty jako kontynuację ruchu „Kobieta, Życie, Wolność” i podkreślając, że ich źródłem nie jest wyłącznie załamanie gospodarcze, lecz sam charakter irańskiego systemu – oparty na przemocy wobec kobiet i mniejszości oraz na silnie scentralizowanej władzy.

Reakcje

Początkowo irańskie władze uznały gniew obywateli wynikający z kryzysu gospodarczego za działania „chuliganów i zdrajców”. Prezydent Masud Pezeszkian publicznie uznał błędy poprzednich rządów – „nie możemy wiecznie szukać winy w Stanach Zjednoczonych i nałożonych przez nich sankcjach” – oświadczył, zapowiadając działania osłonowe, w tym zwiększenie wartości tzw. bonów żywnościowych do miliona tomanów miesięcznie, co odpowiada kwocie niespełna siedmiu dolarów.

Być może w reakcji na to w kilku miastach demonstranci niszczyli worki z subsydiowanym ryżem – produktem o szczególnym znaczeniu symbolicznym w irańskiej kulturze, porównywalnym z rolą chleba w Polsce. Być może demonstranci chcieli w ten sposób pokazać, że nie oczekują wsparcia od państwa, którego nie uznają i które postrzegają jako źródło systemowej przemocy.

Piątek to dla wielu kolejny dzień protestów. Dla innych, dzień modlitwy połączonej z kazaniem wielkiego ajatollaha. Podczas ostatniego Ali Chamenei odwoływał się do historii. Przekonywał wiernych, że przez stulecia szyici (dominujące wyznanie w Iranie) byli dyskryminowani, a dzisiejszy Iran jest dla nich jedynym gwarantem spokoju.

Protestujących Irańczyków nazwał „wandalami” i „rozbójnikami”, sugerując, że demonstracje są elementem szerszego spisku, w który zaangażowane mają być Izrael oraz Stany Zjednoczone. W skupieniu słuchały go tysiące zebranych. Jeszcze więcej osób przybyło na uroczystości upamiętniające śmierć generała Qasema Solejmaniego, który zginął w amerykańskim nalocie w Bagdadzie w 2020 roku.

Opozycja może twierdzić, że te tłumy ludzi zostały do udziału przymuszone lub przekupione workiem ryżu. Niewygodna prawda jest jednak taka, że Iran pozostał społeczeństwem głęboko podzielonym, a nawet w liberalnym Teheranie są grupy obywateli szczerze popierających obecny system.

Choć brak tu precyzyjnych sondaży, w ostatnich wyborach prezydenckich około jednej czwartej głosujących oddało swój głos na ultrakonserwatywnego kandydata Sajeda Dżaliliego. Kolejna część elektoratu poparła urzędującego Masuda Pezeszkiana, licząc na reformy lub wybierając, w ich przekonaniu, „mniejsze zło”.

Analiza sloganów

Choć demonstracje wybuchły na tle fatalnej sytuacji ekonomicznej, bardzo szybko zaczęły przyjmować formę radykalnej negacji całego systemu, a nie sporu o konkretne reformy. Raport emigracyjnego Radia Zamaneh (finansowanego przez rząd Holandii), oparty na analizie skandowanych sloganów, dzieli je na cztery główne grupy.

  • Najliczniejsze są hasła wprost wymierzone w fundamenty władzy: „Śmierć Chameneiemu”, „Śmierć dyktatorowi”, „Nie dla republiki islamskiej”. Wyrażają one czysty gniew i negację istniejącego systemu.
  • Drugą, również bardzo widoczną kategorią, są hasła monarchistyczne, odwołujące się do rodziny Pahlawich i wyidealizowanej wizji Iranu sprzed 1979 roku: „Dżawid Szah (Niech żyje król)”, „Sajedzie Ali – nadchodzi Pahlawi” (Sajed – tytuł honorowy przynależny rzekomym potomkom Mahometa) lub po prostu „Reza Reza Szah”, nawiązujący do żyjącego w Los Angeles syna ostatniego monarchy Iranu. Pełnią one funkcję symbolu: porządku sprzed obecnego chaosu, państwa świeckiego i zakorzenionego w starożytnej historii. Hasła wzywające do powrotu monarchii wyrażają nostalgię za dawnym porządkiem.
  • Dopiero na dalszym planie pojawiają się slogany stricte ekonomiczne lub solidarnościowe – „Śmierć drożyźnie”, „Zamknijcie sklepy, chodźcie z nami”, „Nie bójcie się – jesteśmy razem” – które były impulsem początkowym, lecz szybko zostały zdominowane przez ostrzejszy przekaz polityczny.
  • Najmniej liczne są natomiast hasła znane z poprzedniej fali protestów, takie jak „Zan, Zendegi, Azadi” (Kobieta, Życie, Wolność). Pojawiają się głównie w środowiskach akademickich Teheranu i dużych miast, ale nie stały się osią obecnych demonstracji.

Eksperci zwracają uwagę na coś jeszcze bardziej niepokojącego: niemal całkowity brak pozytywnych postulatów. Na ulicach rzadko słychać słowa „demokracja”, „konstytucja”, „prawa obywatelskie”.

Według autorów raportu protest jest sprzeciwem wobec tego, co istnieje – ale nie ma zgody co do tego, co miałoby je zastąpić. Jedynym spoiwem jest tutaj postać żyjącego na emigracji księcia Cyrusa Rezy Pahlawiego. Według autorów raportu odwołania do kłopotliwej postaci monarchy są powodem, dla którego część ludzi przeciwnych rządowi nie wyszła na ulice.

Obawy

Dla części Irańczyków poparcie dla władzy wynika niekoniecznie z ideologicznego zaangażowania, ale z obawy przed chaosem, utratą suwerenności lub kolejną ingerencją z zewnątrz. Iran w przeszłości (w 1953 roku) padł ofiarą zamachu stanu, dokonanego z inspiracji CIA, chociaż według historyka Ervanda Abrahamiana nie mógłby on się powieść bez wsparcia zwolenników monarchii (i duchownych).

Według niektórych historia lubi się powtarzać. „To raczej próba przewrotu niż szczery protest” – pisze mi Ahmad z Szirazu. Nie jest zwolennikiem obecnego rządu, ale obawia się, że dzisiejsze protesty są wykorzystywane przez środowiska monarchistyczne lub grupy irańskich biznesmenów, gotowe sprzedać niezależność kraju w imię osobistego zysku.

Dla Ahmada wzorem opozycjonisty jest Abolhasan Bani Sadr, pierwszy prezydent porewolucyjnego Iranu, który popadł w konflikt z ajatollahem Chomejnim i uciekł do Francji, pozostając zaciekłym wrogiem systemu welajat-e faqih (irańskiej teokracji).

W przeciwieństwie do popierającego go stronnictwa marksistowskich Mudżahedinów Ludowych Iranu Bani Sadr nigdy nie związał się z zagranicznym wrogiem (którym był w owym czasie reżim Saddama Husajna w Iraku). Dziś, według Ahmada, ludzie dali się wrobić w grę, która służy przede wszystkim USA i Izraelowi.

Obawy te nie są bezpodstawne, a wielu Irańczyków odczuwa lęk przed nowym konfliktem z Izraelem. Podczas 12-dniowej wojny w zeszłym roku Iran poniósł dotkliwe straty, ale spora część społeczeństwa – również przeciwników rządu – opowiedziała się po stronie kraju, by chronić integralność terytorialną. Dziś, chociaż strach przed eskalacją przemocy wciąż jest obecny, Irańczycy protestują, choć nie bez dylematów. To, że do kolejnej konfrontacji z Izraelem dojdzie, nie ulega wątpliwości. Pytanie brzmi: kiedy?

„To naprawdę trudna sytuacja” – tłumaczy mi Sasan, Irańczyk pochodzenia azerskiego. „Nie popieram ani Netanjahu, ani Trumpa. Po prostu dla nas dziś wszystko wydaje się lepsze niż republika islamska”.

Za wszystkim stoją… Brytyjczycy?

Na początek garść faktów. Zasadniczo perskojęzyczne media możemy podzielić na dwie kategorie: wspierające rząd oraz opozycyjne, które wskutek cenzury transmitowane są z zagranicy.

  • Media lokalne podlegają ścisłej kontroli państwa. Oficjalne kanały są cenzurowane, a praca dziennikarska wymaga rządowego zezwolenia. Krytyka systemu jest dopuszczalna tylko w ograniczonym zakresie; otwarty sprzeciw grozi więzieniem. Nic więc dziwnego, że wielu Irańczyków, wbrew rządowym zakazom, korzysta z prywatnych telewizji, szyfrowanych kanałów na Telegramie i innych mediów społecznościowych.
  • Oficjalny irański nadawca publiczny IRIB to tuba propagandowa rządu. Dzieli protestujących na „tych dobrych”, którzy wyszli na ulice z powodu słabnącej gospodarki, oraz „chuliganów i zdrajców”, podkreślając rzekome wsparcie Izraela i USA. Emitowane materiały filmowe pokazują agresywne zachowania protestujących, ale także tablice przedstawiające ofiary (głównie kobiety i dzieci) minionej wojny z Izraelem, jak i wszelkie skutki działań izraelskich czy amerykańskich na Bliskim Wschodzie. IRIB, bądź kontrolowane przez rząd agencje informacyjne, takie jak Mehr czy Fars News, wyśmiewają też ruchy monarchistyczne i utwierdzają Irańczyków w poczuciu zagrożenia zewnętrznego. Ich zdaniem emigracyjne media są w rękach syjonistów, którzy chcą zniszczyć kraj.

Być może nie jest to „syjonistyczny spisek”, ale faktycznie emigracyjne media nie przetrwałyby bez wsparcia rządów, które utrzymują wobec Teheranu wrogi kurs.

  • Do najbardziej popularnych należy telewizja Iran International. Jej siedziba znajduje się w Londynie, ufundowana jest przez Mohammada bin Salmana – saudyjskiego księcia i zaciekłego wroga szyickiego Iranu. Kanał Iran International jest daleki od neutralności, publikuje bowiem wyłącznie treści, które uderzają w reżim ajatollahów. Krytycy Iran International wskazują też, że kanał służy do publikowania izraelskiej propagandy (wykazała to również lewicowa izraelska gazeta Haaretz), a na swoje panele zaprasza ekspertów, którzy domagają się amerykańskiej interwencji w Iranie. Kanał Iran International ma pozytywny stosunek do przywrócenia monarchii w Iranie i neutralny do Izraela, chociaż popiera jego wojnę z Hamasem (który z kolei jest wspierany przez Iran). Podczas minionej wojny dwunastodniowej kanał Iran International publikował głównie relacje krytyczne wobec władzy w Teheranie, obnażając jej nieprzygotowanie do konfliktu.
  • Osobną kategorię tworzą media finansowane przez rządy krajów, w których mieszka irańska diaspora. Należą do nich: Voice of America Farsi, Deutsche Welle Farsi oraz (najbardziej popularna) BBC Farsi. Media te sprzyjają narracji finansujących je krajów, są więc krytyczne wobec rządu w Teheranie. Za stosunkowo bezstronne, przynajmniej w kwestii relacjonowania wojny w Strefie Gazy, wojny dwunastodniowej, planów Trumpa czy powrotu monarchii, uznaje się BBC. Dowodzić może tego fakt, że niektórzy irańscy opozycjoniści oskarżają brytyjskiego nadawcę o brak dostatecznej krytyki Teheranu. Wśród Irańczyków popularna jest bowiem teoria spiskowa, według której Brytyjczycy wciąż po cichu rządzą Iranem i to oni rzekomo pomogli zainstalować u władzy ajatollaha Chomeiniego.
  • Trzecią kategorię tworzą media monarchistyczne, z których najpopularniejszy jest youtubowy kanał (dawniej telewizja) Manoto. Jest to medium popularne zwłaszcza wśród starszej amerykańskiej diaspory (złośliwie zwanej Tehrangelesi), które łączy krytykę rządu w Teheranie z nostalgicznymi materiałami o Iranie sprzed rewolucji 1979 roku, utrwalając pamięć o „starym dobrym Iranie” i budując sentyment monarchistyczny.

Warto tutaj przypomnieć, że mimo iż w przedrewolucyjnym Iranie kobiety mogły nosić krótkie spódniczki, kraj był dyktaturą, przeciwko której w 1979 roku zbuntowała się większość irańskiego społeczeństwa.

Wojna informacyjna w social mediach

Równie istotnym polem tej batalii informacyjnej są media społecznościowe. Od kilku lat badacze wskazują na zaangażowanie izraelskiego wywiadu w operacje mające na celu kształtowanie nastrojów społecznych i podważanie stabilności informacyjnej kraju.

Zgodnie z raportem kanadyjskiego ośrodka badawczego Citizen Lab, przynajmniej od 2023 roku w przestrzeni cyfrowej prowadzona jest skoordynowana kampania wymierzona w Iran, obejmująca tworzenie sieci kont i masowe rozpowszechnianie treści antyirańskich. Czasami są to treści fejkowe, nieraz wykonane z użyciem sztucznej inteligencji, jak choćby wygenerowana przez nią piosenka, śpiewana przez cyfrowo wygenerowanych, choć autentycznie istniejących, antyreżimowych artystów, jak skazany na śmierć raper Toomaj Salehi czy piosenkarz Szerwin Hadżipur – autor piosenki Baraye, która stała się symbolem protestów w 2022 r.

Takie sfałszowane treści są następnie powielane, nieraz w dobrej wierze, przez profile aktywistów przeciwnych irańskiemu reżimowi, których przecież w prawdziwym świecie nie brakuje.

Oprócz tego oficjalne profile Mosadu regularnie grożą przeprowadzeniem zamachu na najwyższego przywódcę bądź innych irańskich polityków, zresztą nieraz przy aprobacie autentycznych przeciwników swojego rządu w Iranie. Nie od dziś część irańskiej diaspory, zwłaszcza monarchiści bądź działacze partii Mudżahedinów Ludowych Iranu, intensywnie lobbują przeciwko swojej dawnej ojczyźnie, protestując wespół z Izraelem przeciwko porozumieniu atomowemu z 2015 r.

Skala i profesjonalizm tych działań sprawiają, że irańskie protesty funkcjonują jednocześnie jako realne wydarzenie społeczne i jako pole intensywnej gry informacyjnej. W efekcie zarówno władze, jak i sami protestujący poruszają się w przestrzeni nasyconej dezinformacją, gdzie coraz trudniej odróżnić oddolny impuls od zewnętrznej ingerencji.

Trudno się dziwić ludziom, którzy wychodzą na ulicę zaprotestować i nie raz ryzykują życie w walce z opresyjnym rządem, że szukają realnego symbolu, który pozwoli im się zjednoczyć w obliczu przemocy. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że ponad głowami bohatersko walczących o wolność Irańczyków toczy się polityczna gra, w której prezydenci Trump i Netanjahu są gotowi wykorzystać słuszny gniew ulicy w imię swoich politycznych korzyści.

Co dalej

W sobotę 10 stycznia mija trzeci dzień internetowej blokady, nałożonej przez rząd. Nie mam ze strony swoich protestujących znajomych żadnych wieści. Milczenie jest wymowne. Siedem lat temu, gdy setki tysięcy Irańczyków wyszły na ulice, rząd również odciął internet. Według niektórych źródeł śmierć wówczas poniosło półtora tysiąca osób z rąk irańskich służb bezpieczeństwa.

Na ten moment organizacja HRANA oszacowała, że aresztowano łącznie 2311 protestujących, a co najmniej 65 z nich zginęło. Irańska laureatka Pokojowej Nagrody Nobla, Shirin Ebadi, ostrzegła, że władze mogą dokonać masakry, wykorzystując blokadę Internetu.

Najbliższe dni przyniosą rozstrzygnięcie, choć trudno oczekiwać tutaj pozytywnych scenariuszy. Nawet jeśli Iranowi uda się uniknąć bezpośredniej konfrontacji ze Stanami Zjednoczonymi i nawet jeśli obecna fala protestów osłabnie, gospodarka kraju znajduje się w stanie recesji.

Republika Islamska znajduje się w impasie, ściskana przez zewnętrzne zagrożenie ze strony USA i Izraela oraz wewnętrzne zagrożenie masowym powstaniem. Jej całkowity upadek nie jest nieuchronny, ale niewiele wskazuje na to, że nastąpi teraz. Irańska rewolucyjna dyktatura jest jednym z najtrwalszych spośród panujących na Bliskim Wschodzie reżimów.

Elity wiedzą, że na obranej drodze nie mają co liczyć na negocjacje i nie odkupi ich żadna reforma. Są gotowe trwać i zabijać, byle utrzymać się przy władzy.

Na początku stycznia 2026 roku „The Times” powołał się na raporty wywiadowcze, z których wynikało, że Chamenei miał plan ucieczki dla siebie i około dwudziestu bliskich współpracowników, w tym jego syna i być może następcy, do Moskwy, na wypadek, gdyby siły bezpieczeństwa przeszły na stronę protestujących.

Z dużą rezerwą należy traktować te krążące w sieci pogłoski. To mało prawdopodobny scenariusz. Chamenei, który swoje ostatnie zagraniczne podróże odbywał jako prezydent kraju w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, kończy w tym roku 87 lat. Choć zostało mu niewiele życia, to wcale niewykluczone, że przeżyje kolejne demonstracje mające na celu obalenie Islamskiej Republiki.

;
Maciej Augustyn

Kulturoznawca i student iranistyki. Miłośnik autostopu i wszystkiego co na wschód od Polski. Wolontariusz i powsinoga z potrzeby serca.

Komentarze