J.D. Vance miał być lojalnym tłumaczem nowej prawicy: młodszym, zwinniejszym intelektualnie, zdolnym nadać trumpizmowi język doktryny. Ale prezydent wciąż traktuje go jak człowieka do zadań, nie jak partnera. Vance z kolei coraz mniej przypomina pomocnika, a coraz bardziej polityka, który myśli już o tym, co przyjdzie po Trumpie
Trudno zrozumieć drogę J. D. Vance’a, rocznik 1984, bez „Elegii dla bidoków”.
Książka obecnego wiceprezydenta z 2016 r. była sprzedawana jako osobista opowieść o awansie ze strukturalnej biedy w Appalachach, ale od początku miała też ambicję diagnozy, a nawet politycznej doktryny tego, co stało się z białą klasą pracującą w Ameryce. W Polsce mogliśmy ją przeczytać w znakomitym tłumaczeniu Tomasza Gałązki. Jej odbiór był zresztą prawie wyłącznie pozytywny
Vance opisuje realne doświadczenia: rozbitą rodzinę, przemoc, uzależnienia, życie między Ohio a Kentucky. I tu nie ma większych wątpliwości, jeśli chodzi o rzetelność autora. Problem zaczyna się na poziomie uogólnień.
Wielu socjologów i reporterów zwracało uwagę, że jego opowieść jest wybiórcza, że przedstawia biedę jako wynik złych decyzji, kultury i intencjonalnego wykluczenia, a nie struktury gospodarki. Innymi słowy: prawdziwa biografia, ale już interpretacja bardzo polityczna.
Poza tym Vance, pisząc książkę, nadal miał kontakt ze światem Appalachów, ale coraz słabszy. Po służbie w Iraku „wskoczył” do Yale, czyli innej cywilizacji. Nie znał świata elit, kodów kulturowych, języka. Uczył się go od zera, w czym ogromną rolę odgrywa jego przyszła żona, Usha. To ona uczy go poruszania się w tym środowisku, często w bardzo dosłowny sposób.
Jednocześnie pojawia się koszt tego awansu. Vance zaczyna mieć poczucie, że wspina się po drabinie, która nie prowadzi do niczego istotnego. Duży wpływ ma tu spotkanie z Peterem Thielem, który przedstawia mu wizję Ameryki jako kraju stagnacji, gdzie elity konkurują o prestiżowe, ale pozbawione sensu zajęcia. Ten sposób myślenia zostaje z Vance’em i później wraca w jego polityce.
„Elegia” powstawała, gdy był już po Yale i pracował w bankowości inwestycyjnej w Kalifornii. Pisał z pozycji kogoś, kto już z tego świata wyszedł. Książka jest jednocześnie bliska i zdystansowana, empatyczna i ostrożna.
Sukces był natychmiastowy i ogromny. „Hillbilly Elegy” trafiła na listy bestsellerów, czytano ją jako przewodnik po zmianach w amerykańskim społeczeństwie po wyborach 2016 r., a w praktyce stworzyła z Vance’a osobę publiczną. Bez niej nie byłoby jego kariery politycznej w obecnej formie. To ona otworzyła mu drzwi do mediów, think tanków, a później do Senatu, chociaż jeszcze w 2017 r. obecny wiceprezydent zastrzegał się, że nie planuje kariery politycznej. Adaptacja filmowa w reżyserii Rona Howarda była próbą powtórzenia tego sukcesu, ale okazała się rozczarowaniem. Film został chłodno przyjęty przez krytyków, zarzucano mu uproszczenia i melodramatyzm.
Ale najważniejsze jest to, że książkowe wspomnienia Vance’a dla wielu obserwatorów amerykańskiego społeczeństwa stały się kluczem do zrozumienia Trumpa i jego pierwszego zwycięstwa, w 2016 r. Vance przez chwilę był czytany jako ktoś, kto tłumaczy wyborców Trumpa lepiej niż sam Trump. Problem polegał na tym, że sam w tym czasie był wobec Trumpa głęboko sceptyczny.
W 2016 r. mówił o nim wprost i ostro. W prywatnych wiadomościach porównywał go do Hitlera, publicznie określał jako niebezpiecznego populistę. To nie była kalkulacja, tylko autentyczna reakcja człowieka wychowanego już w innym świecie – po Yale, w środowisku inwestycyjnym, z odruchem ochrony instytucji, którego trumpizm nie miał.
Zmiana przyszła stopniowo. Vance zaczął przesuwać akcent z moralnej oceny Trumpa na próbę zrozumienia jego elektoratu. Później poszedł jeszcze dalej i uznał, że wyznawcy trumpizmu pozostają praktycznie bez politycznej reprezentacji, a polityka powinna odpowiadać przede wszystkim na ich nastroje i oczekiwania.
Kluczowy moment to decyzja o wejściu do polityki i start w wyborach do Senatu w Ohio. Bez wsparcia Trumpa ta kampania była bardzo trudna do wygrania. Poparcie przyszło, ale nie za darmo. Wymagało lojalności i jasnego sygnału, że Vance nie jest już zewnętrznym krytykiem, tylko częścią tego obozu.
Od tego momentu relacja się odwraca. Vance przestaje być interpretatorem trumpizmu, zaczyna być jego współtwórcą.
To nie jest historia o hipokryzji w najprostszym sensie. Bardziej o adaptacji. Vance uznał, że jeśli chce mieć realny wpływ, musi wejść w istniejący układ sił, a nie stać obok i go komentować. Pytanie, które zostaje, dotyczy ceny tej decyzji. Bo wraz z nią zmienił się nie tylko jego język, ale też punkt odniesienia.
Tak czy inaczej, chłopak z pogranicza Ohio i Kentucky zrobił błyskawiczną karierę polityczną. W 2022 r. wygrywa wybory do federalnego senatu w pierwszym z wymienionych stanów. Dwa lata później Trump proponuje mu kandydowanie na wiceprezydenta i obaj zdobywają dwa najwyższe urzędy w państwie.
Przyjrzyjmy się poglądom najmłodszego od lat 50. XIX wieku wiceprezydenta. W podejściu Vance’a do państwa prawa widać przesunięcie, które może budzić spory niepokój. Absolwent Yale Law School mówi dziś o sądach językiem podporządkowanym logice władzy wykonawczej.
Po kolejnych porażkach rządu Donalda Trumpa w sprawach imigracyjnych sugerował, że Sąd Najwyższy powinien zdyscyplinować sądy niższych instancji i skłonić je do większej powściągliwości wobec decyzji prezydenta. Spór dotyczy tu rzeczy fundamentalnej: czy wymiar sprawiedliwości ma wyznaczać granice polityki deportacyjnej, czy raczej ustąpić przed mandatem egzekutywy, który ma ona od wyborców. Gdy w maju 2025 r. Sąd Najwyższy wstrzymał część deportacji na podstawie Alien Enemies Act, wskazując na brak realnej możliwości odwołania się od decyzji, napięcie między tymi dwiema wizjami stało się szczególnie wyraźne.
W gospodarce Vance porzucił dawne republikańskie przywiązanie do wolnego handlu i deregulacji. Mówi dziś językiem przede wszystkim interesu narodowego. Cła traktuje jako narzędzie odbudowy produkcji i ochrony miejsc pracy, a globalizacja jawi mu się raczej jako proces, z którego Stany Zjednoczone przez lata wychodziły osłabione.
Ten sposób myślenia trudno sprowadzić do prostego protekcjonizmu. To raczej projekt gospodarczy, w którym państwo wspiera produkcję, chroni rynek i wzmacnia rodzinę, nie dążąc przy tym do rozbudowy systemu opieki społecznej na europejską modłę. Odwrót z lat 90. XX wieku w stronę protekcjonizmu lat 90… XIX wieku.
Równie wyraźny jest u wiceprezydenta zwrot ku polityce demograficznej. Vance mówi o rodzinie jako o podstawowej instytucji społecznej i postuluje konkretne wsparcie finansowe dla rodziców, choćby w postaci znaczącego zwiększenia ulg podatkowych na dzieci.
Wpisuje się tym samym w nurt konserwatyzmu prorodzinnego, który nie poprzestaje na sporze o aborcję, lecz próbuje zachęcać do posiadania potomstwa korzyściami materialnymi. Ten projekt ma jednak swoją ciemną stronę. Wypowiedzi o „childless cat ladies” pokazały gotowość do delegitymizowania tych, którzy nie wpisują się w model życia oparty na rodzinie.
I tak przesuwają się granice debaty. Rodzicielstwo przestaje być wyłącznie prywatną sprawą i zaczyna funkcjonować jako kategoria politycznej wiarygodności.
Na tym tle konwersja Vance’a na katolicyzm nabiera znaczenia wykraczającego poza sferę prywatną. Polityk przeszedł drogę od wychowania przez babcię w duchu ewangelikalnym, przez ruch zielonoświątkowy, deklarowany na studiach ateizm po chrzest w Kościele, w 2019 r.
Z czasem religia zaczęła pełnić u niego również funkcję politycznego języka, używanego do krytyki liberalnego porządku i jego nacisku na autonomię jednostki.
To w gruncie rzeczy raczej nowość w obrębie kochającej wolność indywidualną Partii Republikańskiej. W tej wizji polityka ma odzyskać zakorzenienie w wartościach, które wyprzedzają indywidualne wybory: w rodzinie, narodzie, religii i hierarchii zobowiązań. Dzięki temu łatwiej zrozumieć, dlaczego Vance nie ogranicza się do roli polityka od ceł i granicy.
Jego projekt sięga głębiej i ma ambicję przedefiniowania samego sensu amerykańskiej wspólnoty.
W polityce migracyjnej trumpowski Numer Dwa należy dziś do najbardziej konsekwentnych zwolenników twardej linii. Opowiada się za szerokimi deportacjami, ograniczeniem napływu cudzoziemców i podporządkowaniem całej polityki imigracyjnej interesom obywateli urodzonych w Stanach Zjednoczonych.
W jego wypowiedziach powraca przekonanie, że kluczowa jest skala działań, nie tylko formalne rozróżnienia między kategoriami migrantów. Gdy w 2025 r. zapowiadał zwiększenie liczby deportacji po głośnej sprawie Mahmouda Khalila, łączył ją wprost z bezpieczeństwem państwa.
Na drugim planie pozostaje spór o gwarancje proceduralne: dla jego krytyków są one podstawowym zabezpieczeniem praw jednostki, dla wiceprezydenta często przeszkodą utrudniającą szybkie działanie rządu.
Jeśli chodzi o zagranicę, Vance nie mieści się w prostym schemacie izolacjonizmu. Bliższe prawdy jest określenie „selektywne zaangażowanie”: Stany Zjednoczone powinny działać tam, gdzie widzą wyraźny interes, a nie dlatego, że od dekad pełnią funkcję strażnika porządku międzynarodowego.
Podczas wystąpienia w Monachium w 2025 r. zwrócił się do Europejczyków z tezą, która dla wielu zabrzmiała jak prowokacja: największe zagrożenia nie przychodzą z zewnątrz, lecz rodzą się w samych społeczeństwach Zachodu, w ograniczaniu debaty, napięciach wokół migracji i w sposobie traktowania ruchów populistycznych.
W tym ujęciu ciężar bezpieczeństwa powinien w większym stopniu spoczywać na samych Europejczykach, także w odniesieniu do NATO i przyszłości Ukrainy.
Sprawa Ukrainy najlepiej odsłania logikę jego myślenia. Vance od początku sprzeciwiał się kolejnym pakietom pomocowym, argumentując, że o wyniku wojny decydują czynniki, których Zachód nie jest w stanie w nieskończoność uzupełniać: liczba żołnierzy, zapasy amunicji, możliwości przemysłowe.
Dziś nie zmienia kursu. Opowiada się za rozmowami pokojowymi, naciska na ograniczenie kosztów po stronie amerykańskiej i wskazuje na Europę jako głównego gwaranta przyszłego bezpieczeństwa Kijowa.
W praktyce oznacza to gotowość do zaakceptowania porozumienia mniej korzystnego dla Ukrainy niż scenariusze rozważane jeszcze kilka lat temu.
W tym kontekście Europa przestaje być oczywistym partnerem.
W oczach Vance’a Stary Kontynent coraz częściej jawi się jako obszar kryzysu: zmagający się z nadmierną migracją, słabnięciem elit i sporami wokół wolności słowa.
Monachium stało się momentem przełomowym, bo zamiast tradycyjnego wezwania do jedności wobec zagrożeń zewnętrznych pojawił się zarzut pod adresem samych Europejczyków. Najostrzej wybrzmiał on w sprawie Niemiec. Krytyka izolowania skrajnej prawicy i spotkanie z Alice Weidel pokazały, że spór dotyczy nie tylko bezpieczeństwa, lecz także zasad rządzących polityką wewnętrzną. Dla wielu europejskich stolic był to sygnał, że nowa administracja w Waszyngtonie nie zamierza ograniczać się do redefinicji polityki zagranicznej, ale gotowa jest wchodzić w sam środek sporów o kształt demokracji po drugiej stronie Atlantyku.
Za doktrynę Vance’a w sprawach międzynarodowych odpowiada jego doradca ds. bezpieczeństwa Andy Baker. Nie jest politykiem, którego nazwisko coś mówi przeciętnemu wyborcy. Nie pojawia się w telewizji, nie prowadzi kampanii, nie buduje własnego zaplecza.
Baker trafił do świata J.D. Vance’a stosunkowo późno, ale szybko stał się jedną z jego kluczowych postaci. Najpierw jako doradca w Senacie, potem jako człowiek od spraw bezpieczeństwa w biurze wiceprezydenta, wreszcie jako jeden z tych, którzy znaleźli się blisko centrum decyzji w Białym Domu. To ścieżka kogoś, kto dobrze porusza się w instytucjach i potrafi nadać kierunek politycznej intuicji.
Bo Baker nie jest człowiekiem znikąd. Ma za sobą dyplomację, doświadczenie pracy przy NATO, misję w Afganistanie. Studiował stosunki międzynarodowe, napisał książkę o tym, jak Stany Zjednoczone budowały powojenny ład. Zna rzeczywistość, którą dziś próbuje zakwestionować. I właśnie to czyni go istotnym.
W jego myśleniu, podobnie jak u Vance’a, widać przekonanie, że przez dekady Stany Zjednoczone inwestowały zbyt wiele w utrzymanie globalnego ładu, który przestał przynosić im wyraźne korzyści. I że sojusznicy przyzwyczaili się do amerykańskiej hojności, a kolejne interwencje wojskowe kończyły się rozczarowaniem.
Ta diagnoza nie jest całkowicie chybiona. Problem zaczyna się wtedy, gdy prowadzi do wniosków, które dla wielu brzmią jak wycofanie się z odpowiedzialności.
Najostrzej widać to na przykładzie Ukrainy. Z relacji osób uczestniczących w spotkaniach z jego zespołem wynika, że Baker konsekwentnie podważał sens dalszego zaangażowania USA, rozkładając odpowiedzialność za wojnę także na Zachód i rozszerzenie NATO.
W tych opowieściach pojawia się obraz człowieka chłodnego, zdystansowanego, gotowego powiedzieć matce poległego ochotnika, że jej syn nie powinien był jechać na tę wojnę. Trudno rozstrzygnąć, w jakim stopniu te relacje są dokładne, ale trudno też je zignorować, bo dobrze współgrają z publicznymi wypowiedziami Vance’a.
Podobne napięcie widać w stosunku do Europy. Przemówienie Vance’a w Monachium, w którym uderzył nie w Rosję, lecz w europejskie elity, było dla wielu szokiem. Wynikało jednak z myślenia, w którym największym zagrożeniem dla Zachodu przestaje być przeciwnik zewnętrzny, a stają się nim własne instytucje i liberalny porządek. Baker należy do tych, którzy tę wizję porządkują i przekładają na język decyzji.
Trzeci epizod, który wyciągnął go z cienia, miał charakter niemal techniczny, ale pokazał coś istotnego o sposobie działania nowej administracji. W aferze związanej z używaniem komunikatora Signal do omawiania operacji wojskowych Baker znalazł się w wąskim gronie uczestników tej nieformalnej komunikacji. Jego obecność pokazała, jak blisko znajduje się centrum decyzji i jak łatwo w tym układzie rozmywają się granice między procedurą a improwizacją.
Wokół Bakera nie ma skandali obyczajowych ani finansowych. Nie można go łatwo zdyskredytować. Kontrowersje biorą się z czegoś innego: z próby nadania spójności polityce, która dla wielu pozostaje chaotyczna.
I tu wracamy do Vance’a. Bez takich ludzi jak Baker jego projekt pozostałby zbiorem intuicji i haseł. Z nimi zaczyna przypominać próbę zbudowania nowej doktryny amerykańskiej polityki zagranicznej, która nie tyle odwraca się od świata, ile na nowo ustala, komu i na jakich warunkach Stany Zjednoczone chcą jeszcze pomagać.
Na tym tle wyraźniej widać jeszcze jedną rysę, mniej oczywistą, ale istotną dla zrozumienia całej konstrukcji. „Projekt J. D. Vance” nie jest prostym rozwinięciem polityki Donalda Trumpa. W wielu punktach się z nią styka, lecz w innych zaczyna się rozchodzić: czasem dyskretnie, czasem na poziomie samego sposobu myślenia.
Trump działa instynktownie i transakcyjnie. Sojusze traktuje jak umowy, które można renegocjować, zrywać i zawierać na nowo. Jego polityka zagraniczna jest serią ruchów, często gwałtownych, podporządkowanych bieżącej kalkulacji politycznej i osobistej intuicji. Vance wolałby to uporządkować. Szuka języka, który nada temu kierunek i sens.
W jego ujęciu Stany Zjednoczone powinny ograniczać część zobowiązań uznawanych za zbyt kosztowne i ostrożniej definiować zakres własnej odpowiedzialności za porządek międzynarodowy.
W sprawie Ukrainy Trump wielokrotnie zmieniał ton – od deklaracji szybkiego zakończenia wojny po bardziej niejednoznaczne sygnały dotyczące wsparcia dla Kijowa. Vance pozostaje bardziej konsekwentny: ograniczenie pomocy, nacisk na negocjacje, przerzucenie ciężaru na Europę. W praktyce oznacza to większą przewidywalność, ale też większą sztywność. Tam, gdzie Trump zostawia sobie pole manewru, Vance wyznacza kierunek.
Podobne napięcie pojawia się w stosunku do Europy. Trump widzi ją głównie przez pryzmat kosztów i zobowiązań finansowych. Vance dodaje do tego warstwę ideologiczną. Krytyka elit, spór o wolność słowa, otwarte gesty wobec polityków takich jak Alice Weidel pokazują, że chodzi już nie tylko o podział obciążeń, lecz także o próbę wpływania na wewnętrzny kształt europejskiej polityki. To przesunięcie, które może prowadzić do głębszych napięć niż same spory o budżety obronne.
Najciekawsza różnica dotyczy jednak skali ambicji. Trump nigdy nie był politykiem doktryny. Jego siła polegała na zdolności mobilizowania emocji i rozbijania istniejących układów. Vance działa inaczej. Stara się z tych impulsów zbudować coś trwalszego, nadać im formę programu,
Trumpizm w wydaniu Vance’a zaczyna przypominać próbę budowy bardziej spójnej doktryny politycznej.
To rodzi potencjalne napięcie. System oparty na improwizacji trudno pogodzić z projektem, który dąży do uporządkowania i konsekwencji. Dopóki interesy obu polityków są zbieżne, różnica ta pozostaje w tle. W sytuacji kryzysowej może jednak wyjść na pierwszy plan. Wtedy okaże się, czy trumpizm ma pozostać stylem rządzenia, czy przekształci się w coś, co zacznie przypominać doktrynę.
Na tym tle relacja między Donaldem Trumpem a J. D. Vance’m nie układa się w prosty schemat mistrz–uczeń ani nawet prezydent–lojalny zastępca. Jest jednocześnie bliska i napięta, oparta na lojalności, ale podszyta nieufnością.
Z jednej strony Trump publicznie Vance’a wzmacnia. Nazywa go zdolnym następcą i podkreśla jego rolę w kluczowych momentach, choćby przy negocjacjach z Iranem. W Białym Domu Vance pozostaje formalnie jednym z najważniejszych ludzi, a jego widoczność w sprawach zagranicznych sugeruje, że ma budować pozycję na przyszłość.
Z drugiej strony sposób, w jaki Trump faktycznie zarządza jego rolą, jest ambiwalentny. W trakcie negocjacji w Islamabadzie Vance był formalnie szefem delegacji, lecz realna kontrola pozostawała w rękach prezydenta. Trump ingerował bezpośrednio w rozmowy, dzwoniąc wielokrotnie i nadzorując ich przebieg z Waszyngtonu. Po ich zakończeniu bez porozumienia natychmiast zmienił kurs i ogłosił blokadę Iranu, w praktyce podważając sens wcześniejszych rozmów.
Jeszcze wyraźniejszy sygnał przyszedł chwilę później. Kolejną rundę rozmów w Islamabadzie powierzono innym ludziom – Steve’owi Witkoffowi i Jaredowi Kushnerowi – podczas gdy Vance został odsunięty i „pozostawał w gotowości”.
W dyplomatycznym języku takie przesunięcia personalne zwykle odczytuje się jednoznacznie. Wyglądało to tak, jakby wiceprezydent został sprowadzony do roli wykonawcy cudzych decyzji: wysłany do rozmów, kontrolowany zdalnie, a następnie zastąpiony, gdy sytuacja tego wymagała. Trudno oprzeć się wrażeniu, że w Islamabadzie traktowano go bardziej jak emisariusza niż partnera, kogoś od przekazywania stanowiska, a nie od jego współtworzenia.
Ta dynamika dobrze oddaje istotę relacji między nimi. Trump nie izoluje Vance’a – przeciwnie, utrzymuje go blisko centrum władzy. Nie rywalizuje z nim wprost – jeszcze nie. Jednocześnie nie pozwala mu na samodzielność, która mogłaby przerodzić się w realną alternatywę. Vance funkcjonuje więc w stanie zawieszenia: wystarczająco wysoko, by budować pozycję, i wystarczająco nisko, by nie zagrozić temu, kto tę pozycję umożliwił.
Były korespondent polskich mediów w USA, regularnie publikuje w gazeta.pl i Vogue, wcześniej pisał do Polityki, Tygodnika Powszechnego, Gazety Wyborczej i Dwutygodnika. Komentuje amerykańską politykę na antenie TOK FM. Oprócz tego zajmuje się animowaniem wydarzeń kulturalnych i produkcją teatru w warszawskim Śródmieściu. Dużo czyta i podróżuje, dalej studiuje na własną rękę historię idei, z form dziennikarskich najlepiej się czuje w wywiadzie i reportażu.
Były korespondent polskich mediów w USA, regularnie publikuje w gazeta.pl i Vogue, wcześniej pisał do Polityki, Tygodnika Powszechnego, Gazety Wyborczej i Dwutygodnika. Komentuje amerykańską politykę na antenie TOK FM. Oprócz tego zajmuje się animowaniem wydarzeń kulturalnych i produkcją teatru w warszawskim Śródmieściu. Dużo czyta i podróżuje, dalej studiuje na własną rękę historię idei, z form dziennikarskich najlepiej się czuje w wywiadzie i reportażu.
Komentarze