0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Wyborcza.plFot. Jakub Orzechows...

O ile pierwsze dni po upadku 30 lipca rosyjskiego pociski manewrującego na Lubelszczyźnie upłynęły pod znakiem żywych sporów o skuteczność systemu ostrzegania ludzi, sprawa wymaga także analizy z perspektywy wojskowej. Zwłaszcza że pytaniem nie jest czy takie zdarzenie się powtórzy — lecz kiedy?

Przeczytaj także:

Wykryć, zidentyfikować, śledzić, podjąć decyzję

Z technicznego punktu widzenia, zwalczanie środków napadu powietrznego — a więc całej gamy obiektów od małych bezzałogowców po pociski balistyczne — jest procesem względnie prostym. Należy taki obiekt wykryć, zidentyfikować, śledzić, podjąć decyzję o zniszczeniu, użyć uzbrojenia i ocenić skutki. Problemy zaczynają się, gdy mowa o poszczególnych ogniwach tego łańcucha i wyzwaniach, które się z nimi wiążą.

Od czasów II wojny światowej podstawowym sposobem wykrywania obiektów w przestrzeni powietrznej jest użycie fal radiowych, emitowanych przez stację radiolokacyjną (radar pierwotny). Idea jest prosta — wysyłane są fale (tzw. impuls sondujący). Jeśli natrafią na jakąś przeszkodę — zostaną odbite, odebrane przez radar, a pomiar czasu pomiędzy emisją a powrotem pozwala wykryć obiekt i zmierzyć odległość do niego.

Stąd też słowo radar pierwotnie było skrótem od Radio Detection and Ranging. Taka zasada jest podstawą działania wszystkich radarów, zarówno wojskowych, jak i cywilnych (np. meteorologicznych). To, co się zmienia to sposób emisji sygnału, jego parametry (częstotliwość, moc) oraz odbioru i obróbki sygnału, zależnie od przeznaczenia.

Jeśli przeznaczeniem jest obserwacja przestrzeni powietrznej w promieniu 300 kilometrów od danego miejsca, potrzebny jest radar o odpowiednich parametrach,

  • zaopatrzony w antenę pozwalającą na dookólną obserwację,
  • pracujący na częstotliwości
  • i z mocami

pozwalającymi na wykrywanie i śledzenie obiektów w pożądanym zasięgu oraz pomiar ich odległości.

W przeszłości typowym rozwiązaniem było użycie dwóch radarów z mechaniczną anteną – odległościomierza i wysokościomierza (jak polska para NUR-31 i NUR-41) obecnie wykorzystywane są przede wszystkim radary trójwspółrzędne, z elektronicznie sterowaną emisją wiązki.

Z racji sposobu pracy, radar zawsze będzie miał kilka ograniczeń.

Pierwszym, ważnym dla systemów wojskowych jest ryzyko jego wykrycia — z powodu emitowanych fal radiowych.

Drugim — ograniczenia, szczególnie dotkliwe dla stacji znajdujących się na lądzie lub morzu, wynikające z istnienia horyzontu radiolokacyjnego — a więc krzywizny ziemi. Zasięg wykrywania nie będzie taki sam — będzie się różnić w zależności od wysokości lotu obserwowanych obiektów.

Dodatkowym ograniczeniem będzie także rzeźba terenu (np. obecność gór lub dolin), ale także wielkość i kształt celu. Wreszcie w przypadku urządzeń wojskowych uwzględnić trzeba możliwość ich celowego zakłócania.

Parafrazując jednak prezesa Ochódzkiego, te minusy nie przesłaniają plusów radaru. Przede wszystkim — jest to urządzenie niezwykle skalowalne. Można zbudować dużą stacjonarną stację o dużym zasięgu i mocy lub też małą i bardzo mobilną. Radar może być umieszczony na lądzie, ale można zabudować go na samolocie czy w głowicy rakiety.

Radar nadaje się nie tylko do wykrywania obiektów, ale łatwo pozwala je śledzić oraz może być wykorzystany jako narzędzie kierowania uzbrojeniem. Stąd też w obronie powietrznej stosowane są radary wczesnego wykrywania — zarówno lądowe, jak i umieszczone na samolotach wczesnego ostrzegania lub przenoszone przez balony na uwięzi.

Ale uzupełniają je radary obserwacji i kierowania ogniem. Istnieją bowiem pociski do zwalczania celów powietrznych, które naprowadzane są półaktywnie — na cel podświetlony wiązką fal emitowanych przez radar myśliwca, jak R-27 przenoszona przez MiG-29 czy też aktywnie — wówczas rakieta posiada własny radar, za pomocą którego naprowadza się na wskazany cel. Tak działa przenoszony przez nasze F-16 i F-35 pocisk AIM-120.

Co poza radarem?

Inne metody wykrywania i śledzenia odgrywają rolę pomocniczą.

  • Wzrokowe wykrywanie przez obserwatorów jest możliwe tylko w dobrych warunkach atmosferycznych i w dzień.
  • Zastosowanie urządzeń optoelektronicznych (kamer, na przykład przenoszonych przez samoloty), w tym do obserwacji w podczerwieni poprawia sytuację, ale wciąż zasięgi wykrywania są o rząd wielkości niższe niż w przypadku stacji radiolokacyjnych.

W przypadku radarów mowa o możliwości wykrywania obiektów w odległości 300-400 kilometrów, dla optoelektroniki 30-40 kilometrów to szczyt możliwości.

Zaletą jest jednak możliwość łatwiejszej (zwłaszcza w dzień) identyfikacji celu – o czym jeszcze będzie mowa – oraz pasywność pracy. Z tego powodu są one często stosowane jako główny lub dodatkowy kanał kierowania ogniem zestawów przeciwlotniczych.

Także samoloty myśliwskie przenoszą czujniki optyczne. Czasem są one zintegrowane z samolotem na stałe (jak na MiG-29, Su-27 czy F-35) a czasem mają postać zasobnika podwieszanego (tak jak na naszych F-16). Ponadto czujniki optoelektroniczne (pracujące w podczerwieni) stosowane są do naprowadzania rakiet bliskiego zasięgu.

Urządzenia akustyczne, nasłuchujące dźwięku emitowanego przez obiekty latające były stosowane w latach 30. XX wieku – bez efektu, ustąpiły szybko miejsca radarom. Obecnie Ukraina wdrożyła system akustycznej detekcji — wykorzystujący sieć tysięcy mikrofonów połączonych w sieć. Trzeba mieć jednak na uwadze, że ukraińska przestrzeń powietrzna jest zamknięta dla ruchu innego niż wojskowy. Ponadto względnie łatwo jest wychwycić charakterystyczny dźwięk emitowany przez napędzane silnikami tłokowymi samoloty — pociski. Systemy akustyczne nie są stosowane obecnie szerzej.

Kluczowa jest identyfikacja

Dla efektywnego działania systemu obrony powietrznej, zarówno w czasie pokoju, jak i wojny kluczowe oprócz samego wykrywania obiektów latających jest ich identyfikacja. Rozpoznanie sytuacji pozwala bowiem na podejmowanie dalszych decyzji. W tym momencie skala trudności rośnie.

Radar pierwotny przynosi bowiem informacje o tym, że w powietrzu coś jest.

To coś ma oczywiście swoje parametry — prędkość, kurs, wysokość. Można na tej podstawie próbować określić rodzaj obiektu. To jednak wiąże się z istotnym marginesem błędu.

O ile obiekt poruszający się na przykład z prędkością 1500 km/h, a więc już ponaddźwiękową będzie prawie zawsze samolotem wojskowym lub pociskiem rakietowym. Nie będzie to samolot pasażerski — bo takich w eksploatacji od ponad dwudziestu lat już nie ma. Typowy samolot pasażerski wykonuje lot z wysoką, ale poddźwiękową prędkością – 800-900 km/h na wysokości około dziesięciu kilometrów.

Na takiej samej wysokości i z taką samą prędkością lot może wykonywać jednak samolot wojskowy – na przykład rozpoznawczy czy tankowiec powietrzny.

Co to może być?

Ale obiekt lecący z prędkością 800 kilometrów na godzinę, na wysokości pięciuset metrów może być

  • pociskiem manewrującym,
  • samolotem wojskowym,
  • wykonującym z jakiegoś powodu niski lot samolotem cywilnym.
Jeszcze większy margines błędu dotyczy obiektów lecących wolniej.

Poniżej 250 km/h jest już istny misz-masz wszelkich możliwych maszyn latających:

  • bezzałogowców różnych typów,
  • lekkich samolotów,
  • wojskowych i cywilnych śmigłowców
  • oraz innych maszyn rekreacyjnych i sportowych jak szybowce, motolotnie czy balony.

Kluczowa jest więc identyfikacja obiektu. Czasami można tego dokonać na podstawie zachowania obiektu: na przykład samolot pasażerski wykonuje lot z punktu A do B, a samolot — cysterna będzie krążyć w strefie tankowania.

Lotnictwo cywilne rozwiązało problem identyfikacji w sposób prosty i adekwatny do latania w bezpiecznej przyjaznej przestrzeni powietrznej. Pojawił się tzw. radar wtórny — a więc wysyłający impulsy zapytujące, które uruchamiają odpowiedź urządzenia (transpondera) na pokładzie samolotu.

Rozwinięciem tego jest system ADS-B (Automatic Dependent Survelliance – Broadcast). Polega na emitowaniu przez samolot informacji o swoim położeniu oraz przynależności. To właśnie ten system pozwala podejrzeć, jak wygląda ruch lotniczy za pomocą aplikacji dostępnych publicznie jak Flightradar24 czy ADS-B Exchange.

Część samolotów wojskowych (zwłaszcza transportowce czy tankowce) może być także widoczna w takich aplikacjach – ale tylko dlatego, że załogi tych maszyn chcą, by były widoczne.

Liczy się oko

W przypadku lotnictwa wojskowego, z powodów oczywistych takie stałe nadawanie informacji o swojej lokalizacji jest niewskazane. Stąd też wykorzystuje się działający podobnie jak cywilne radary wtórne system IFF – identyfikacji swój/obcy. Polega on na tym, że do wykrytego obiektu wysyłane jest zakodowane zapytanie o przynależność.

  • Jeśli odpowiedź jest poprawna — obiekt jest traktowany jako „swój”.
  • Brak odpowiedzi lub odpowiedź błędna – że jest to najprawdopodobniej maszyna przeciwnika… lub strony neutralnej, ewentualnie własnych sił, której urządzenia identyfikacji nie działają poprawnie.
Można oczywiście próbować dokonać identyfikacji w inny sposób. Jednak do dziś podstawową formą identyfikacji jest rozpoznanie wzrokowe — gołym okiem lub przy pomocy kamer.

Wówczas widać kształt i kolor obiektu, jego cechy charakterystyczne (w tym malowanie i znaki rozpoznawcze). Dodatkowo w przypadku nowoczesnych systemów uzbrojenia lotniczego możliwe jest czasami tzw. non cooperative target recognition, a więc identyfikacja celu bez jego współpracy.

W dużym uproszczeniu — sprowadza się to do wiedzy, jak dany obiekt (np. samolot) „wygląda” w zobrazowaniu radarowym. Ponadto pomocne mogą być także inne informacje. Przykładowo, wykryta może zostać emisja radaru pokładowego. Jeśli istnieje baza danych (tzw. sygnatur), w której zapisane są znane emisje radarów przeciwnika, można na tej podstawie uznać, że dany samolot jest obcy.

Wreszcie pomocą może być zachowanie obiektu — zwłaszcza kierunek lotu czy wykonywane manewry.

A jeśli jest wojna?

Te wszystkie czynniki związane z wykryciem i identyfikacją obiektów latających są fundamentalne dla podjęcia dalszych decyzji.

W przypadku wojny pełnoskalowej sprawa jest względnie prosta. Identyfikacja celów służy wykryciu wrogich statków powietrznych i określeniu, które należy zwalczać w pierwszej kolejności, które są mniej istotne, a które są aktualnie nieistotne, bo na przykład są celami pozornymi.

Siłą rzeczy, na liście priorytetów będą cele wysoko wartościowe i wysokoopłacalne. Te pierwsze są celami (np. samolotami) szczególnie ważnymi dla przeciwnika. Te drugie – to takie cele wysokowartościowe, których zniszczenie przysporzy znaczne korzyści siłom własnym.

Zwalczane będą także te środki napadu powietrznego, które aktualnie są najgroźniejsze dla własnych sił czy bronionych obiektów.
  • Mogą to być na przykład rakiety lecące w kierunku elektrowni czy stanowisk dowodzenia.
  • Z kolei kryterium doboru środków rażenia będzie przede wszystkim ich efektywność oraz ekonomia sił.
I to są jedyne czynniki, które brane są pod uwagę — cel uznany za wrogi, wskazany do zniszczenia ma zostać zestrzelony.

W czasie wojny nie będą też obowiązywać inne ograniczenia — przykładowo, jeśli będziemy atakowani z baz w obwodzie królewieckim, to można strącać samoloty w rosyjskiej przestrzeni powietrznej. Można strącać je, zanim jeszcze one użyją uzbrojenia, można także atakować samoloty wojskowe, ale nieuzbrojone. Przykładowo rozpoznawczy Ił-20 będzie oczywistym celem ataku — bo mimo że nie przenosi uzbrojenia, służy celom wojskowym. Zasady dowodzenia, w tym użycia broni będą z kolei określać wojskowe wewnętrzne procedury oraz taktyka walki.

To nie jest wojna

Obecna sytuacja jest jednak – na szczęście od wojny pełnoskalowej daleka.

Rozpoznanie w czasach pokoju

Najprościej wygląda rozpoznanie sytuacji w przestrzeni powietrznej, zarówno polskiej, jak i również w naszym otoczeniu.

Temu służy sieć naziemnych radarów wojskowych obsługiwanych przez 3 Brygadę Radiotechniczną Sił powietrznych, w tym te stacjonarne, o największym zasięgu tworzące tzw. sieć szkieletową (trzy RAT-31DL i trzy NUR-12). Łącznie te jednostka wystawia sześć wspomnianych posterunków dalekiego zasięgu oraz siedemnaście kompanii radiotechnicznych, przy czym kompanie wystawiają posterunki radiolokacyjne — czyli mówiąc wprost — stanowiska radarów, zarówno stacjonarnych, jak i również mobilnych. Obecnie są to podstawowe wojskowe środki obserwacji przestrzeni powietrznej, uzupełniane przez dwa samoloty wczesnego ostrzegania Saab 340.

Szczegóły dotyczące aktualnego stanu tych sił nie zawsze są jawne. Jednak można zauważyć, że z racji ograniczeń sprzętowych i geograficznych prawdopodobnie pokrycie radarowe, zwłaszcza na małych wysokościach kompletne nie jest.

Można je łatać, na przykład rozmieszczając w terenie mobilne posterunki radarowe lub wspomagać się stacjami radarowymi mniejszego zasięgu z wojsk obrony przeciwlotniczej.

Jednak zamiar zakupu balonów na uwięzi jako nosicieli radarów wyraźnie wskazuje, że mamy luki – niestety system ma być gotowy w roku 2027.

Problemem jest także posiadanie zaledwie dwóch samolotów wczesnego ostrzegania — docelowa flota, złożona z nowych samolotów czy to europejskich czy amerykańskich powinna być wyraźnie większa i liczyć 4 do 6 maszyn.

Liczą się sojusznicy

Pomocą są także inne środki, w tym zapewne praca służb wywiadowczych oraz współpraca sojusznicza.

Dowodem tego są regularne sytuacje podnoszenia gotowości systemu obrony powietrznej związane z rosyjskimi atakami na Ukrainę. O takich zdarzeniach informuje Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych. Owo podnoszenie gotowości to przede wszystkim start dyżurnych par samolotów myśliwskich i podniesienie do lotu samolotów wsparcia, w tym maszyn wczesnego ostrzegania (naszych i sojuszniczych) oraz samolotów tankowania powietrznego – teraz zawsze trzeba liczyć na wsparcie sojusznicze. Zasięg środków obserwacji radarowej sięga jednak daleko od naszych granic – fale radiowe nie zawracają na linii Bugu.

Wykrywanie i identyfikacja

Wykrywanie i identyfikacja mogących stanowić zagrożenie obiektów jest jednak łatwiejsze niż ich zestrzelenie.

Obecnie bowiem obowiązują procedury czasu pokoju, wynikające z ustawy o ochronie granicy państwowej. Zgodnie z jej zapisami obcy wojskowy statek powietrzny może zostać przechwycony przez polski lub sojuszniczy statek powietrzny (samolot czy śmigłowiec). Przy czym „przechwycenie polega na identyfikacji obcego wojskowego statku powietrznego, nawiązaniu z nim łączności radiowej i kontaktu wzrokowego oraz naprowadzeniu go na właściwy kierunek lub wysokość lotu albo wymuszeniu lądowania na wskazanym lotnisku”.

Użycie uzbrojenia jest środkiem ostatecznym.

Etap przechwycenia można pominąć, gdy obcy wojskowy statek powietrzny dokonuje zbrojnego ataku na terytorium Polski, „manewruje na pozycję dogodną do ataku” lub „wykonuje lot rozpoznawczy mający na celu umożliwienie takiego ataku”.

Co z rakietami?

W przypadku pocisków rakietowych i bezzałogowych statków powietrznych z kolei obowiązują nieco inne zasady. Na mocy art. 18bk ustawy „pociski rakietowe wystrzelone w kierunku terytorium Rzeczypospolitej Polskiej” mogą być zniszczone „przez wojskowe środki obrony powietrznej, w tym przeciwlotniczej i przeciwrakietowej”. Zaś zgodnie z art. 18bl bezzałogowy statek powietrzny „który przekroczył granicę państwową i wykonuje lot w przestrzeni powietrznej Rzeczypospolitej Polskiej niezgodnie z obowiązującymi przepisami może zostać zniszczony, unieruchomiony albo nad jego lotem może zostać przejęta kontrola”

Ponadto, co ważne, rozkaz do użycia uzbrojenia z zasady wydaje Dowódca Operacyjny Rodzajów Sił Zbrojnych.

Są od tego pewne wyjątki, ale dotyczą sytuacji szczególnych (na przykład utraty łączności).

W przypadku zagrożenia ze strony takich pocisków jak Ch-101 czy samolotów pocisków — jak Szahedy — nie jest więc wymagane, aby doszło do obowiązkowego przechwycenia i nawiązania kontaktu wzrokowego. Nie ulega jednak wątpliwości, że niezbędna jest identyfikacja obiektu po to, aby upewnić się, że jest to faktycznie obcy obiekt o przeznaczeniu wojskowym, a nie na przykład zabłąkany samolot cywilny.

Ponadto jednoznaczna identyfikacja otwiera drogę do zastosowania ustawowych procedur.

Jak potraktować Ch-101?

Ustawa nie zawiera definicji — ani też odwołań do takowych, wobec czego może wystąpić pewien pojęciowy problem.

Ch-101 jest bowiem pociskiem manewrującym podczas lotu napędzanym silnikiem odrzutowym. Powinien być traktowany jako „bezzałogowy statek powietrzny” czy też „pocisk rakietowy”?

Praktyczne konsekwencje tego podziału, na procedurę zawierają się we wcześniej wskazanych przepisach. O ile

  • obiekt taki jak Ch-101 zostanie uznany za bezzałogowy statek powietrzny, użycie uzbrojenia jest możliwe tylko w naszej przestrzeni powietrznej,
  • jeśli zaś za pocisk rakietowy – można takie cele zwalczać, o ile lecą w kierunku naszego terytorium.

Hipotetycznie, gdyby wykryto taki obiekt nad Bałtykiem – czy znów Ch-101 czy salwę Kalibrów lecącą w kierunku polskiego wybrzeża – użycie uzbrojenia byłoby dopuszczalne jeszcze przed granicą wód terytorialnych.

Czy te procedury mają sens?

Obowiązujące procedury, choć mogą wydawać się długotrwałe — są zasadniczo adekwatne. Co ważne, okazały się efektywne prawie rok temu podczas „nocy dronów”, a ostatni incydent pokazał, że lotnictwo było gotowe, by pocisk rosyjski strącić.

Jedyną rzeczą, która mogłaby zostać zmieniona, jest połączenie przepisu dotyczącego strącania bezzałogowców z tym dotyczącym pocisków rakietowych.

Liczy się bowiem nie tyle rodzaj zestrzeliwanego obiektu, ile raczej stwierdzenie, że nie ma on załogi na pokładzie. Konsekwencje takiego zdarzenia są z tego powodu inne niż w razie konieczności zestrzelenia załogowego samolotu czy śmigłowca. Zaś Rosja prowadzi regularną kampanię przelotów bezzałogowców w Europie, w tym wykorzystując „flotę cieni”.

Sugerowane możliwości strącania środków napadu powietrznego jeszcze nad terytorium Ukrainy – a takie głosy pojawiają się regularnie – jest jednak bardzo dyskusyjne.

Ukraina bowiem jest państwem suwerennym i użycie polskich sił zbrojnych siłą rzeczy musiałoby nastąpić za jej zgodą i w koordynacji. To byłoby jeszcze osiągalne. Większym problemem byłoby określenie — które pociski byłyby zwalczane przez polskie samoloty czy rakiety?

  • Po pierwsze musiałby zostać wyznaczony jakiś obszar, nad którym polskie wojsko mogłoby używać uzbrojenia.
  • Po drugie, pojawia się pytanie o kryterium – czy wystarczy, że „pocisk leci w kierunku granicy”? A mowa o pociskach lecących kilkaset kilometrów na godzinę…

Zestrzeliwać nad Ukrainą?

Poważniejsze byłyby konsekwencje polityczne takiej decyzji. Zwalczanie środków napadu powietrznego — nawet tylko uznanych za mogące zagrozić lub zagrażające Polsce – byłoby de facto włączeniem się Polski bezpośrednio do wojny – jako siły wspomagającej obronę przeciwlotniczą zachodniej Ukrainy.

To oznaczałoby także groźbę eskalacji

- Rosja mogłaby wówczas ogłosić, że uznaje za dopuszczalne ataki na cele w Polsce. Co więcej, nie ma na razie widoków – i prawdopodobnie nigdy nie było na wspólną operację pod egidą NATO wprowadzającą jakąś formę podobną do „strefy bez lotów” nad zachodnią Ukrainą. I powodem jest właśnie to, że byłoby to faktycznie bezpośrednie wejście do wojny. Zaś jednostronna polska decyzja mogłaby nie zyskać wsparcia sojuszników.

Obecnie najważniejsze widoczne luki to już nie kwestia procedur. Te już są dość luźne, a co więcej, dają szerokie pole do interpretacji. Reakcja na salwę pocisków manewrujących czy rój dronów wysłany na Rzeszów (przykładowo) byłaby — w tym pierwszym momencie prawdopodobnie szybka. Po prostu będące w gotowości samoloty i baterie przeciwlotnicze — nasze i sojusznicze — zaczęłyby je strącać.

W razie wlotu w naszą przestrzeń powietrzną samolotu załogowego, który zostałby zidentyfikowany jako rosyjski samolot bojowy lub rozpoznawczy – można go strącić. Na gruncie prawa polskiego oznaczałoby to, że ów samolot spełniał jedno z ustawowych kryteriów – np. „manewrował na pozycję dogodną do ataku”. Ponieważ współczesne lotnicze środki rażenia mają zasięg kilkudziesięciu, a czasem kilkuset kilometrów, to każda pozycja może być dogodna do wystrzelenia pocisku takiego jak Ch-31 (do 110 km) czy Ch-59 (do 290 km zależnie od wersji). Odrębnym problemem byłyby konsekwencje międzynarodowe.

Musimy rozbudowywać obronę

Najważniejsza i przekładająca się na zdolność przeciwdziałania przypadkowym lub celowym incydentom z udziałem Rosjan jest konsekwentna i efektywna rozbudowa zasobów obrony powietrznej.

Dotyczy to w szczególności systemu wykrywania, który musi być w jak największym zakresie zdolny do wykrywania, identyfikacji i śledzenia celów niskolecących.

To oznacza więc modernizację naziemnej sieci radarów, dokończenie programu aerostatów radarowych („Barbara”) oraz rozwój zdolności lotnictwa.

O ile lotnictwo bojowe jest w stanie dobrym i planowana jest dalsza rozbudowa, wyzwaniem będzie budowa sił wsparcia. W szczególności już teraz powinna zapaść decyzja dotycząca nowych samolotów wczesnego ostrzegania, samolotów rozpoznania radioelektronicznego, pilnie potrzebne są własne tankowce powietrzne.

W razie zmasowanego ataku — niezbędne będą także efektywne środki zwalczania nisko lecących bezzałogowców. Mogą to być śmigłowce (bojowe i uzbrojone wielozadaniowe) czy samoloty szkolno – bojowe.

Tutaj widać kolejną lukę.

Polskie lotnictwo posiada bowiem turbośmigłowe samoloty szkolne (PZL-130 Orlik) oraz odrzutowe (M346). Jednak nawet doraźne ich użycie jako „myśliwców przeciwdronowych” jest niemożliwe z braku uzbrojenia. Prawdopodobnie lukę tę wypełnią stopniowo dostarczane FA-50.

To właśnie bowiem rozbudowane siły i środki obrony powietrznej pozwalają minimalizować czas niezbędny na wykonanie procedur i jak najszybsze strącenie naruszyciela w postaci choćby kolejnego Ch-101. Nie ma bowiem przeciwwskazań, by znajdujące się po naszej stronie granicy siły obserwowały, co dzieje się po drugiej stronie. A w razie naruszenia przestrzeni powietrznej szybko przechodziły do działania.

Na zdjęciu Michał Piekarski
Michał Piekarski

Adiunkt w Instytucie Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Wrocławskiego, zajmuje się problematyką bezpieczeństwa narodowego, w szczególności zagrożeń hybrydowych, militarnych oraz kultury strategicznej Polski. Autor książki "Ewolucja Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej w latach 1990-2010 w kontekście kultury strategicznej Polski" (2022), stały współpracownik magazynu „Frag Out” członek Polskiego Towarzystwa Bezpieczeństwa Narodowego

Komentarze