Prawa autorskie: Dawid ZuchowiczDawid Zuchowicz
29 października 2022

Prof. Jan Grabowski wytacza proces Bronisławowi Wildsteinowi: „Miarka się przebrała”

Znany badacz Zagłady, prof. Jan Grabowski pozwał o naruszenie dóbr osobistych prorządowego publicystę Bronisława Wildsteina. „Chodzi o obrzucenie mnie wyzwiskami i próbę szkalowania mojej reputacji zawodowej” - mówi historyk w rozmowie z OKO.press. Wildstein nazwał go m.in. „osobnikiem, który nienawidzi Polski”

Prof. Jan Grabowski z Uniwersytetu w Ottawie, to jeden z najbardziej znanych badaczy Zagłady Żydów, historyk o międzynarodowej renomie. Współzałożyciel Centrum Badań nad Zagładą Żydów w PAN (2003). Autor m.in. książek: „Ja tego Żyda znam!”: Szantażowanie Żydów w Warszawie 1939–1943″ (2004) oraz „Judenjagd: Polowanie na Żydów 1942-1945” (2011). Współautor i współredaktor dwutomowego studium „Dalej jest noc”, poświęconego losom Żydów na polskiej prowincji w czasach okupacji.

Prof. Grabowski był wielokrotnie krytykowany, ale też atakowany przez prorządowe media i polityków rządzącej prawicy za odkrywanie współudziału Polaków w Zagładzie.

Ma także w związku z tym sprawy sądowe: był jednym z pozwanych w sprawie wytoczonej przez Filomenę Leszczyńską (wspólnie z prof. Barbarą Engelking) za to, że w książce „Dalej jest noc” (której prof. Grabowski był redaktorem) mieli w niewłaściwym świetle przedstawić stryja Leszczyńskiej, sołtysa oskarżonego o współudział w wydaniu Żydów Niemcom. Grabowski i Engelking proces wygrali.

Adam Leszczyński, OKO.press: Dlaczego pozwał pan Bronisława Wildsteina?

Prof. Jan Grabowski*: Po prostu uznałem, że już dość, przebrała się miarka. Pozew zresztą dotyczy tak p. Wildsteina jak i TVP, która przeprowadziła z nim wywiad i która go opublikowała po polsku i po angielsku.

W wywiadzie dla „Tygodnika TVP” powiedział o panu m.in.: „nie jest żadnym badaczem, ale osobnikiem, który nienawidzi Polski i usiłuje ją pokazać w najgorszym świetle. Opowiada bzdury o setkach tysięcy Żydów mordowanych przez Polaków w czasie II wojny światowej. Na potwierdzenie swoich opowieści nie ma żadnych dokumentów, ale udaje mu się uzyskać spory rezonans”. Dlaczego jednak akurat Wildstein? Wielu publicystów bliskich władzy i polityków mówiło o panu złe rzeczy.

Wildsteina osobiście nie znam, ale – jak rozumiem to człowiek, który doradza premierowi Morawieckiemu, oraz kawaler – z nadania prezydenta Dudy – orderu Orła Białego, najwyższego polskiego odznaczenia! Noblesse oblige.

Wydawałoby się, że od kogoś takiego można oczekiwać czegoś więcej. Tymczasem opinie Wildsteina zdają się mieć wpływ na decyzje ekipy rządzącej dzisiaj Polską. Jak wynika z ujawnionych maili byłego szefa Kancelarii Premiera, Michała Dworczyka, Wildstein miał np. wpływ na politykę kadrową wobec tak zwanych instytucji żydowskich.

Z tej korespondencji (jeśli jest prawdziwa, a nic nie wskazuje na to, że nie jest), wynika, że pomiędzy Wildsteinem a premierem i jego doradcami istnieje dyskusja o kształcie polityki historycznej związanej z Holokaustem. Ma wpływ na to, że trwa promowanie polskiej martyrologii na grzbiecie martyrologii żydowskiej.

Krótko mówiąc, chodzi o to, że doszło do brutalnej napaści na mnie, a napaści tej dopuściła się osoba, która ma w dzisiejszej Polsce spore wpływy i której słowa mogą mieć znaczną siłę rażącą.

Rozumiem jednak, że będzie to proces o naruszenie pańskich dóbr osobistych.

Tak, krótko mówiąc, chodzi o obrzucenie mnie wyzwiskami i próbę szkalowania mojej reputacji zawodowej.

Zażądałem, żeby tak Wildstein jak i TVP przeprosili mnie w mediach za kalumnie, jakie zostały rzucone pod moim adresem, oraz żeby wpłacili 50 tys. zł na jedną z organizacji zrzeszającej Ocalałych z Holokaustu, której członkiem był aż do końca życia mój Ojciec.

Znowu nie jest to pierwsza osoba z kręgów bliskich władzy…

To istotne rozróżnienie: gdybym chciał pozywać wszystkich czynowników, którzy mnie w taki czy inny sposób opluwają, to na dobrą sprawę nie wychodziłbym z sądu. Proces z „Redutą Dobrego Imienia” to jedna taka sprawa. Proces z Wildsteinem jest drugą.

Istotny jest, powtórzę, kaliber tego dziennikarza i jego wpływy, ale przede wszystkim treść i forma tego ataku — zarzucał mi np. rzekomą nienawiść do polskiego narodu oraz to, że rzekomo nie jestem w stanie moich szacunków dotyczących liczby Żydów zamordowanych przez Polaków oprzeć o dokumenty.

Przecież — na litość boską! — piszę książki, drukuję artykuły na ten temat po francusku, angielsku, polsku, hebrajsku czy niemiecku od lat, w najlepszych fachowych czasopismach! Stale pracuję w archiwach!

Zbieg tych wszystkich okoliczności spowodował, że doszedłem do wniosku, że istnieje jednak granica, poza którą nie pozwolę się posunąć oszczerstwu. Nie mogłem tych kłamstw pozostawić bez odpowiedzi.

Wejdę w rolę obrońcy Wildsteina: co pan powie na argument, że pozew narusza jego wolność słowa i wyrażania opinii i że pozywając go, próbuje pan tłumić wolną debatę?

Tłumienie wolności słowa i wyrażania opinii ma miejsce np. wtedy, gdy pozwy składają instytucje państwowe, korzystające z nieograniczonych środków polskiego podatnika, próbując zakneblować niezależnych dziennikarzy.

W tym wypadku mamy do czynienia z sytuacją odwrotną: naprzeciwko Wildsteina i telewizji państwowej staje osoba prywatna, której właśnie napluto w twarz. Przecież każdy z nas ma prawo do ochrony własnej godności, reputacji i honoru. Za mną nie stoi żadna instytucja, a pozew finansuję z własnych oszczędności. Dlatego sugestię dotyczącą rzekomego „tłumienia wolności wypowiedzi” muszę stanowczo odrzucić.

W polskim prawodawstwie istnieją dobra osobiste, które podlegają ochronie i te prawa zostały tutaj według mnie w sposób brutalny naruszone.

Czy oczekuje pan od Wildsteina, że zmieni zdanie?

Nie jestem zainteresowany możliwą ewolucją postawy p. Wildsteina. Celem pozwu nie jest wychowywanie wpływowego dziennikarza i doradcy premiera, lecz uzyskanie pewnej satysfakcji oraz zasygnalizowanie, że powinny istnieć w Polsce pewne granice przyzwoitości, granice zachowań, na które nie powinno być miejsca w przestrzeni publicznej.

Jak ktoś kogoś oskarża o nienawiść do polskiego narodu, to tego rodzaju słowa w obecnym klimacie politycznym w Polsce mogą dość szybko przerodzić się w czyny. Ktoś może przecież potraktować to jako wezwanie do działania! Przeszliśmy już granicę, ten Rubikon, którego nie powinno się było przekraczać.

„Reduta” wytoczyła panu proces. Teraz pan pozywa Wildsteina. Czy to pana zdaniem pokazuje, jak bardzo przeszkadzają rządzącym — ale także szerzej, osobom bliskim władzy — badania historyczne dotyczące udziału Polaków w Zagładzie?

Myślę, że to część tego samego zjawiska: w Polsce w ciągu ostatnich 7 lat przesunęły się granice tego, co wolno i czego nie wolno. Jestem uczonym ze sporym dorobkiem w mojej dziedzinie, od trzydziestu lat piastuje funkcję profesora historii na sporym uniwersytecie, wykształciłem rzesze magistrów i doktorów.

Tymczasem ludzie, którzy nie mają naprawdę prawie żadnego pojęcia o tym, co robię, w sposób zdecydowany i kategoryczny zabierają głos i gotowi są odsądzać mnie i moją pracę od czci i wiary. To rzecz niesłychana! W dodatku robią to, używając argumentów, których jeszcze parę lat temu nie znaleźlibyśmy w publicznym bądź co bądź medium, jakim jest wydawnictwo TVP.

Coś w Polsce się stało — że tego rodzaju postawy i zachowania uległy legitymizacji. Cały system polityczny przesunął się niesłychanie na prawo. Postawy i poglądy wcześniej marginalne weszły do głównego nurtu, znalazły się pod ochronnym parasolem państwa.

Trzeba to zjawisko piętnować, żeby przywrócić proporcje zwykłej przyzwoitości — żebyśmy w dalszym ciągu mieli poczucie, że skandal jest skandalem, że kłamstwo zasługuje na naszą reakcję, na potępienie, żebyśmy do końca nie zobojętnieli.

Niewątpliwie partia rządząca z różnych mitów narodowych stworzyła sobie pole walki o elektorat. Na polu rzekomej „polskiej niewinności historycznej”, PIS i jego akolitom udało się odnieść sukces. Tymczasem moje badania, tak jak badania innych niezależnych badaczy Holokaustu, ten mit naruszają.

Atakując historyków, którzy odsłaniają ciemne karty historii, rządzący nie tylko konsolidują własny elektorat, ale potrafią naruszyć stan posiadania opozycji. Z wielką troską obserwuję to, w jaki sposób opozycja głosuje w sprawach historycznych w Sejmie — w najlepszym wypadku wstrzymuje się od głosu, a zazwyczaj głosuje ramię w ramię z obozem rządzącym.

Udostępnij:

Adam Leszczyński

Dziennikarz OKO.press, historyk i socjolog, profesor Uniwersytetu SWPS w Warszawie.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne