Prawa autorskie: Adam Stepien / Agencja GazetaAdam Stepien / Agencja Gazeta
11 lipca 2020

Jan-Werner Müller: Populiści w pandemii zyskują, jeśli wcześniej ograniczyli pluralizm mediów

Wzrost popularności rządzących populistów jest niemal pewnikiem w krajach, w których radykalnie zredukowali oni pluralizm mediów. Nawet gdy rządy w nieumiejętny sposób odpowiadają na zagrożenie, złe informacje mogą być skutecznie ukrywane przed opinią publiczną - pisze politolog Jan-Werner Müller z Uniwersytetu w Princeton

Publikujemy esej wybitnego znawcy problematyki demokracji i populizmu, profesora nauk politycznych na Uniwersytecie Princeton. Jan-Werner Müller na przykładach ze Stanów Zjednoczonych, Węgier i Brazylii, rozważa możliwe długoterminowe skutki odpowiedzi prawicowych populistów na zagrożenie COVID-19.

Jan-Werner Müller: Populizm i pandemia

Mamy wysyp komentatorów przewidujących, że pandemia COVID-19 politycznie poważnie zaszkodzi populistom, a nawet sprawi, że staną się jej pierwszą „ideologiczną ofiarą”. Zdaniem tych komentatorów, populiści dyskredytują ekspertów i ulegają kaprysom ludu, uciekając tym samym od koniecznych, potencjalnie niepopularnych metod radzenia sobie z pandemią.

Mówi się też często, że populiści wszystko upraszczają, a teraz potrzeba nam doświadczonych urzędników i przywódców, którzy poradzą sobie ze złożonym wyzwaniem.

Jednak próba dopatrzenia się dobrych stron w tej sytuacji politycznej jest sama w sobie wielkim uproszczeniem.

Populistom nie chodzi przede wszystkim o "złych naukowców". Ilekroć zdobywają władzę, wykrzykują patriotyczne hasła. I, co najistotniejsze, mogą nadal robić to, co dla nich kluczowe - wdrażać strategię dzielenia obywateli i winić za wszystko mniejszości.

Za wcześnie orzekać, czy ta strategia się sprawdzi - mam co do tego pewne wątpliwości, ale wiele zależy od ekonomicznych skutków pandemii. Jednak przedwcześnie cieszylibyśmy się, że rację ma hurraoptymistyczna lewica głosząca koniec populizmu.

Złe skutki populizmu dla demokracji

W potocznym rozumieniu, populizm to sprzeciw wobec elit. To poważne uproszczenie. Przecież uważne przyglądanie się poczynaniom elit może wynikać z jakże słusznego obywatelskiego zaangażowania. Populistyczni politycy, kiedy są w opozycji, krytykują rządy (i inne partie polityczne).

Ale robią coś jeszcze: utrzymują, że oni i tylko oni reprezentują to, co populiści często nazywają „prawdziwym społeczeństwem” i „cichą większością”. Brzmi nie najgorzej - to przecież nie to samo, co rasizm albo fanatyczny sprzeciw wobec europejskiej integracji.

Jednak ich roszczenie do narodowego monopolu ma dwa złe skutki dla demokracji. Po pierwsze, populiści twierdzą, że wszyscy inni pretendenci do władzy nie mają do niej z zasady prawa. Nie chodzi o różnice programowe czy nawet aksjologiczne - inni politycy są po prostu źli.

To, co Trump powiedział o swoim konkurencie w wyborach prezydenckich w 2016 roku było czymś skrajnym, ale nie wyjątkowym - wszyscy populiści próbują przekonać elektoraty, że inni są po prostu „źli”.

Co mniej oczywiste, populiści twierdzą też, że wszyscy ci obywatele, którzy nie popierają ich wizji „prawdziwego narodu” - i dlatego nie głosują na populistów - prawdopodobnie w ogóle nie są narodem.

Trump nie odpowiada argumentami na argumenty - nazywa krytyków „nieamerykanami”. Erdoğan mówi o sobie i swojej partii: „jesteśmy narodem”, a potem zwraca się do krytyków z pytaniem „a kim wy jesteście?”.

Populiści często wzywają do narodowej jedności. Ale zawsze jest to jedność na ich warunkach. A warunki te są polityczne, a w przypadku populistów prawicowych jawnie kulturowe, a nawet etniczne.

Już teraz lży się słabsze mniejszości i opozycję, bo nie są zgodne z populistyczną wizją narodu. Dzielenie ludzi jest więc populistom właściwe z natury; wojna kulturowa, którą toczą, nie jest przypadkowa, jest istotną częścią ich strategii; gdy to tylko możliwe sprowadzają kwestie polityczne do tego, kto „naprawdę” jest narodem.

Chwilowo mniej populistów w mediach

Wydaje się, że kryzys COVID-19 zesłał na margines wielu skrajnie prawicowych populistów, przywykłych do dominowania w mediach.

Mało się dziś słyszy o Matteo Salvinim, jeszcze niedawno pewnym kandydacie na następnego premiera Włoch. Jak to trafnie ujął pewien komentator: „Salvini nie jest ani ministrem, ani kimś, kogo media poprosiłyby o wyjaśnienie włoskiej strategii w kwestii COVID-19. Polityczny megafon zabrały mu Agencja Ochrony Ludności, władze regionalne i rząd”.

Niemiecka skrajnie prawicowa AfD traci w sondażach, tocząc próżne walki wewnętrzne zamiast dyskontować niezadowolenie rządami wielkiej koalicji; jej najbardziej jak dotąd znaczący wkład w debatę narodową polegał na stwierdzeniu na Twitterze, że Merkel na autokwarantannie to dobry początek, pora na autowyklucznie.

Nie bez racji niektórzy obserwatorzy zaczynają zadawać pytanie, czy wszystkie kwestie polityczne, które skrajnie prawicowi populiści wydają się „zawłaszczać”, nie są w rzeczywistości problemami luksusowymi, gdy w polityce potrzebni są politycy i polityczki, którzy skupią się na sprawach życia i śmierci. Kto ma czas martwić się o kilkadziesiąt osób noszących lub nie noszących burki i nikabu, kiedy wszyscy musimy zakładać maski w miejscach publicznych?

Polityka, głupcze

Ale to przedwczesny wniosek. Po pierwsze, populiści u władzy również korzystają z efektu "gromadzenia się wokół flagi"; poczucie, że znajdujemy się na wojnie, w historii prawie nigdy nie było szkodliwe dla nawet umiarkowanie sprawnych przywódców.

Wzrost popularności populistów u władzy jest niemal pewny w krajach, w których radykalnie zredukowali oni pluralizm mediów – np. na Węgrzech, w Indiach, czy w Rosji. Nawet gdy rządy w nieumiejętny sposób odpowiadają na zagrożenie, złe informacje mogą być skutecznie ukrywane przed opinią publiczną.

Populiści często tworzą pseudo-kryzysy i wywołują poczucie konfliktu; jednak w tym momencie rządzący populiści są postawieni przed rzeczywistym kryzysem, który daje im możliwość dowodzenia prawdziwości tego, co często nazywają "pierwszeństwem polityki".

Zamiast po prostu prowadzić politykę dyktowaną imperatywami ekonomicznymi, rządzący mają dziś okazję pokazać, że skoncentrowana władza polityczna potrafi doprowadzić do zmiany.

Pojęcie "pierwszeństwa polityki" nie jest używane wyłącznie przez populistów. Politolożka Sheri Berman twierdzi, że w dwudziestym wieku charakteryzowało ono również socjaldemokratów i faszystów, którzy odrzucali poddanie polityki ekonomii (czy to w formie ortodoksyjnego marksizmu, czy ekonomii neoklasycznej).

Im bardziej w ostatnich dekadach socjaldemokraci, a także centro-prawica popierali neoliberalizm, tym łatwiej populistom była pokazać się jako ostatni, którzy wierzą jeszcze w politykę.

W czasie epidemii taką wiarę w zdecydowanie działanie polityczne pokazali politycy z całego politycznego spektrum, choć czasem z - dosłownie śmiertelnymi - opóźnieniami. Mogło się wydawać, że część działań rządzących to swoisty prezent dla populistów. Mam na myśli zamykanie granic i stawianie własnego narodu na pierwszym miejscu.

Nic nie jest przesądzone

To prawda, że takie środki - zwłaszcza, jeśli stosowane przez dłuższy czas - mogą legitymizować poglądy od dawna głoszone przez najsłynniejszych populistów: Viktor Orbán postawił swój pierwszy płot graniczny w 2015 roku; teraz widzialne i niewidzialne mury pojawiają się wszędzie. Ale taki rezultat - globalne zagrożenie legitymizujące nowy, agresywny nurt natywizmu - nie jest nieunikniony.

Po pierwsze, jest jasne, że zamykanie się nie jest rzeczywistą odpowiedź na COVID-19. Poza tym wcześniej nie mieliśmy też do czynienia ze światem całkowicie otwartym. W przeciwieństwie do tego, co twierdzą samozwańczy anty-globaliści, naprawdę nikt z liczących się polityków nie był nigdy za światem zupełnie bez granic. Swobodny przepływ towarów i usług - do pewnego stopnia. Stali klienci linii lotniczych z "dobrym" paszportem (a zazwyczaj: paszportami) - oczywiście. Ale na pewno nie chodziło o otwarte granice dla wszystkich.

W czasie, gdy będą obowiązywać wyjątkowe obostrzenia, populiści mogą sięgać do swojego typowego repertuaru, wzmacniać podziały i szerzyć nienawiść.

Orbán wykorzystał COVID-19, żeby wprowadzać dalsze autokraktyczne rozwiązania. A do tego odwołał się do typowych teorii spiskowych, które głoszą, że krytykę jego rządów sponsorują najemnicy Międzynarodówki George'a Sorosa. Orbán wyrzucił z Węgier grupę studentów z Iranu i powiedział, że jego rząd koncentruje się na "ratowaniu życia Węgrów". Kontrastuje to z wypowiedzią prezydenta sąsiedniej Austrii. Alexander von der Bellen w telewizyjnym orędziu zwrócił się do "Austriaków" oraz do "tych, którzy tu mieszkają".

Premier Węgier porównywał też zagrożenie wirusem do zagrożenia migracją: "Walczymy w tej wojnie na dwóch frontach. Jeden nazywa się migracja, a drugi należy do koronawirusa. Są one ze sobą logicznie powiązane, ponieważ oba rozprzestrzeniają się w ruchu".

Z kolei Trump i jego prawicowi sprzymierzeńcy roznoszą nienawistny język, w którym obligatoryjnie należy używać takich sformułowań jak "chiński wirus" i "wirus z Wuhan" (posługiwanie się takim językiem jest uznawane za wyraz lojalności wobec Szefa). Taka retoryka na szczytach władzy wywołuje skutki społeczne, czego przykładem były nienawistne ataki na Amerykanów azjatyckiego pochodzenia.

Skapywanie agresji

"Skapywanie agresji", jak określa to zjawisko filozofka Kate Mann, to konsekwencja populistycznych narracji o COVID-19, która zapewne zostanie z nami na dłużej.

W Stanach Zjednoczonych prawicowi populiści już włączają COVID-19 do swojej strategii wojny kulturowej. Fox News i Rush Limbaugh (komentator i prezenter radiowy - red.) przedstawiają pandemię jako konspirację liberałów. Trump określił ją "nowym oszustwem" Demokratów, które ma mu zaszkodzić. 25 marca Trump zatwittował, że "prawdziwi ludzie chcą wrócić do pracy najszybciej jak się da", a "Media SłabegoNurtu" rzekomo chcą, żeby kraj pozostawał w zamknięciu, tak długo, jak to możliwe, aby sabotować reelekcję, która według Trumpa po prostu mu się należy.

Odpowiadając na epidemię, Trump i Bolsonaro ponieśli spektakularną porażkę. Ale to nieprawda, że niczego nie zdziałali. Po prostu wykorzystali nadarzającą się okazję, aby dalej realizować jeden z głównych punktów swoich programów, czyli deregulację. W imię wspierania gospodarki w Stanach Zjednoczonych jeszcze rozluźniono i tak już wcześniej złagodzone regulacje dotyczące oleju i gazu.

Kryzys to zawsze moment chaosu. Pozwala na przemycanie w ustawach wyjątkowych nieoczywistych prezentów dla grup wyborców, które są dla rządzących kluczowe z politycznego punktu widzenia. Prawicowe elity biznesowe, od dawna popierające Trumpa i Bolsonaro, na pewno znajdą sposób, aby wyświadczone przysługi zostały im zwrócone.

Polityczne skutki pandemii

Naiwnym byłoby myśleć, że pandemia musi koniecznie doprowadzić do większego poczucia solidarności – nawet, jeśli bardziej uwypukliła, jak bardzo my, obywatele, zależymy od siebie nawzajem.

Raczej nie doprowadzi też do wzmocnienia siły państw. W wielu krajach kryzys ujawnił istniejące już wcześniej problemy strukturalne. W Stanach Zjednoczonych np. brak systemu opieki zdrowotnej z prawdziwego zdarzenia oraz słabości aparatu administracyjnego, który zwolennicy Trumpa celowo osłabiali (warto sobie przypomnieć słowa Steve'a Bannona o "dekonstrukcji" aparatu administracyjnego).

Istnieją całkowicie racjonalne podstawy, żeby twierdzić, że dekady neoliberalizmu doprowadziły do tego, że państwa są mało odporne na kryzysy; w czasie pandemii ujawniły się ich niedomagania.

Prawicowi populiści, nawet, jeśli często mówią o przeciwstawianiu się neoliberalizmowi i "międzynarodowym elitom", kontynuują politykę w tym duchu. Orbán krytykuje wielkie europejskie ponadnarodowe przedsiębiorstwa, zarazem ścieląc czerwony dywan dla niemieckiego przemysłu motoryzacyjnego czy firm, takich jak Bosch.

To od polityków i intelektualistów w znacznym stopniu zależy, ile z tego - dosłownie śmiercionośnego - dziedzictwa neoliberalizmu zostanie zrozumiane i, być może, przezwyciężone.

Mniej oczywiste, czy lewica, która teoretycznie mogłaby zyskać na nowym kładzeniu nacisku na zdolności państwa, potrafi znaleźć instytucjonalną formę mobilizowania obywateli. Po 2008 roku eksperymentowała z różnymi ruchami i partiami, bazując na platformach cyfrowych, które miały ułatwić uczestniczenie w polityce (oczywistymi przykładami jest Podemos w Hiszpanii i Insoumise we Francji). Wywarły one trwały wpływ w Europie Południowej, ale nigdy nie zdołały doprowadzić do odwrócenia polityk oszczędności.

Zazwyczaj zapomina się o tym, że nie tylko kryzys finansowy, ale i 11 września na początku sprowokował nadmuchaną narrację o "wspólnych poświęceniach", zbiorowym celu i wieku odpowiedzialności państwa po frywolnym okresie hedonizmu ukierunkowanego na jednostkę. Koniec końców najwięcej skorzystali na tym prywatni dostarczyciele usług; zamiast wspólnotowego celu realizowanego przez obywateli, poszczególne zadania państwa zostały outsourcowane. Na przykład przez takie firmy jak Blackwater (prywatna organizacja wojskowa - red.).

Dlatego równie prawdopodobne jest, że dziedzictwem obecnego kryzysu będzie jeszcze większe zlecenie przez państwo realizacji swoich zadań firmom prywatnym, co obywatelskie działanie na rzecz wspólnego celu.

Namacalne, rzeczywiste cierpienie, które spowodowała epidemia COVID-19, może nie tyle doprowadzić do strukturalnych reform, ile zostać włączone w narrację prawicowej kultury różnych bolączek. Starannie pielęgnują ją populiści, sprawiając, że większość ma poczucie bycia oblężoną mniejszością. Nawet, gdy wróg jest niewidzialny, doświadczenie słabości może zostać włączone do populistycznego repertuaru.

Wcześniejsza wersja tego tekstu ukazała się w World Politics Review. Śródtytuły dodała redakcja.

Udostępnij:

Jan-Werner Müller

profesor nauk politycznych na Uniwersytecie w Princeton, autor wydawanych na całym świecie książek o populizmie i zagrożeniach dla demokracji. W Polsce ukazały się „Przeciw Demokracji” i „Co to jest populizm?”.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne