Prawa autorskie: Jagoda Gorol / Agencja GazetaJagoda Gorol / Agenc...
10 grudnia 2020

Janusz „Veto albo śmierć" Kowalski. Kiedyś fan Tuska i Lisa, dziś szybkostrzelny pistolet Ziobry

„On ma wszystko na chłodno wykalkulowane. Opowiadał nam, że wyszło mu, że najwięcej zyska, jak usadowi się w trójkącie: Solidarna Polska, Konfederacja i Radio Maryja. Zachwycał się, jakie zasięgi mają jego posty" – mówił nam rozmówca, który karierę Kowalskiego obserwuje od 20 lat

Janusz Kowalski. Frontman obozu rządzącego w walce z Unią Europejską. Chociaż o zawetowanie unijnego budżetu walczy do dziś cała Solidarna Polska, żaden z jej polityków nie dorównuje mu w antyunijnych szarżach.

Konferencje prasowe z tabelkami i wykresami, występy w TVP i Radiu Maryja, a nade wszystko Facebook i Twitter - tam wiceminister aktywów państwowych i poseł Kowalski czuje się najlepiej.

Ostatnio za cel postawił sobie storpedowanie mechanizmu, który ma uzależniać wypłaty z unijnego budżetu od przestrzegania praworządności przez poszczególne państwa.

„Veto albo śmierć!" - wzywał Kowalski na Twitterze już w lipcu. A potem powtarzał to hasło na konferencji prasowej w połowie listopada.

Grafika udostępniona przez Kowalskiego z napisem "Veto albo śmierć"
fot. facebook

„Niemcy chcą skolonizować Polskę. Nie mam co do tego żadnej wątpliwości. W czasie pandemii Niemcy chcą złamać traktat i bezprawnie odebrać nam suwerenność" – tweetował 11 listopada.

Niemcy wprawdzie sprawują obecnie prezydencję w UE, ale decyzje w sprawie budżetu podejmować będą wszystkie państwa. Dlaczego więc suwerenność mają nam odebrać Niemcy, a nie cała UE? Może dlatego, że to budzi u Polaków więcej emocji, a granie na emocjach i bicie w patriotyczne alarmowe dzwony to to, co Kowalski lubi najbardziej.

2 grudnia Solidarna Polska donosiła na Twitterze, że Kowalski „fantastycznie rozprawił się z opozycją". Załączyła filmik z występu wiceministra, który na antenie TVP grzmiał: „Jeżeli od pierwszego stycznia nie będziemy mieć homo-małżeństw, jeśli nie będziemy mieć adopcji dzieci przez pary homoseksualne, jeżeli nie będziemy przyjmować tysięcy imigrantów muzułmańskich, jeżeli nie będziemy uczyć naszych dzieci gender (…) to oznacza, że przyjmiemy budżet z tytułem egzekucyjnym”.

Kiedy 9 grudnia w mediach zaczęły pojawiać się nieoficjalne informacje, że rządy Polski, Węgier i Niemiec wstępnie się porozumiały (do zapisów o praworządności chcą dodać wytyczne, jak należy je interpretować) i weta raczej nie będzie, użytkownicy Twittera żartobliwie dopytywali: „Czy ktoś ma kontakt z Januszem?".

Ale Kowalski nie odpuszcza. 10 grudnia zdążył już zbesztać posłankę PiS (do niedawna w Porozumieniu Gowina), która skrytykowała wpis Zbigniewa Ziobry dotyczący weta. „Może Jadwiga Emilewicz nie wie, co to są »konkluzje« Rady Europejskiej. To nie jest prawo – to wyłącznie stanowisko polityczne” – grzmiał.

Agresywne słowotoki Kowalskiego często są obiektem żartów, a dziennikarze i specjaliści łapią się za głowę słuchając jego wywodów. Ale to tylko jedna z twarzy wiceministra. Cyniczna i wykalkulowana na chłodno – jak przekonywali nas rozmówcy, którzy jego karierę polityczną śledzą od ponad 20 lat.

Jaka jest druga twarz Janusza Kowalskiego?

Przypominamy nasz tekst z lipca 2020 roku.

Lech Kaczyński: Kowalski zdolny, ale impulsywny

Rok 2002, Opole.

„Czy pan wie, co się dzieje w opolskim PiS?" – pyta dziennikarz.

„Według naszej oceny sytuacja jest taka: mamy jednego zdolnego młodego człowieka, ale o niezwykle impulsywnym charakterze, konfliktowego" - przyznaje Lech Kaczyński, ówczesny prezes partii –

„A my chcemy, żeby PiS był partią ludzi w miarę kulturalnych".

To o Januszu Kowalskim. Chociaż ma dopiero 24 lata, jest najbardziej przebojowym politykiem opolskiej prawicy.

„Widział świat czarny i biały, ale w sennym środowisku politycznym był jakimś powiewem świeżości. Nam, starym repom, pokazał, jak robi się nowoczesną promocję polityczną" – wspominali go potem starsi działacze z Opola.

Nie wchodzi w lokalne towarzysko-biznesowe układy, nie brata się z rządzącymi w mieście działaczami SLD, tropi lokalną korupcję, nepotyzm.

Wypisz wymaluj program Lecha Kaczyńskiego. Tyle że ostrzej, głośniej i bez litości.

Bezkompromisowość wyjdzie mu to na dobre, ale na razie jest 2002 rok i takie robienie polityki jeszcze wielu szokuje.

„Kowalski, ktoś taki jak ty"

Od kiedy wszedł do polityki w 1997 roku, Janusz Kowalski zawsze jest na froncie. Polityczne szlify zdobywa jeszcze zanim trafi do PiS. Jako student I roku prawa na Uniwersytecie Łódzkim zapisuje się do stowarzyszenia Młodzi Konserwatyści AWS. „Kowalski miał wyjątkowe zdolności organizacyjne. Potrafił wszystko spiąć i koordynować, a także przekonać do swoich racji" – wspominał go polityczny druh Tomasz Kwiatek.

Kowalski zaczyna działać ze stowarzyszeniem w Opolu. Wydają pismo, organizują palenie zniczy w rocznice wprowadzenia stanu wojennego. Są młodzi, zmobilizowani, ideowi. Mają jasny cel: odbić miasto z rąk postkomunistów.

„Mieliśmy w Opolu tłuste koty z PO i PiS, którym się nic nie chciało. A Janusz i chłopaki zasuwali. Pamiętam, że wtedy mocno im kibicowaliśmy. Nie łączyły nas poglądy, ale docenialiśmy, że chce im się coś robić" – wspomina lokalny dziennikarz, który od lat śledzi opolską politykę.

Pierwszy raz Janusz Kowalski startuje do Sejmu już w 2001 roku. Ma poparcie PiS i hasło: „Kowalski, ktoś taki jak ty". Do zdobycia mandatu zabraknie mu 600 głosów. Rok później w PiS iskrzy. Chociaż Kowalski dopiero co został członkiem partii, już zdążył narobić sobie wrogów. Poszło o układanie list kandydatów do startu w zbliżających się wyborach samorządowych. Władze PiS mają dylemat: mogą wyrzucić Kowalskiego i mieć spokój w partii albo zostawić i dzięki jego popularności zdobyć więcej głosów. Decydują się na drugą opcję.

To błąd. Kowalski zdobywa mandat radnego, jednak już kilka tygodni później w partii buzuje. Szef PiS w Opolu, żeby pozbyć się Kowalskiego, decyduje się na rozwiązanie lokalnych struktur partii.

W 2003 roku Kowalski zakłada stowarzyszenie „Stop Korupcji", które ma walczyć z lokalnymi układami i patrzeć władzy na ręce. Rok później okazuje się, że prawie cała drużyna ze „Stop Korupcji" znajduje zatrudnienie w opolskim ratuszu.

Janusz odkrywa Patryka

„Minister Beck powiedział w 1939 roku, że bezcenną rzeczą w życiu ludzi, narodów i państw jest honor. Jeśli pójdziemy na maturę, to pozbawimy się honoru!" – krzyczy do kilku tysięcy maturzystów zgromadzonych przed urzędem wojewódzkim w Opolu Patryk Jaki, uczeń VI Liceum Ogólnokształcącego. Jest maj 2004 roku. Z powodu wycieku tematów maturalnych na Opolszczyźnie unieważniono egzamin. To spowodowało największy od lat protest w mieście. Ludzi na ulice wyciągnął Jaki, 18-letni działacz młodzieżówki PiS.

To wtedy Kowalski zauważa Jakiego i wciąga go do polityki. Od tej pory tworzą nierozłączny tandem.

Kowalski kieruje Jakiego do Młodych Konserwatystów i stowarzyszenia „Stop korupcji", żeby mógł tam nabrać doświadczenia.

„Są jak Romeo i Julia albo Tristan i Izolda. Nie w sensie miłosnym, oczywiście. Po prostu na Opolszczyźnie jak rzucasz jedno nazwisko, to jednym tchem dodajesz drugie" – mówi Michał Pytlik, lokalny działacz partii Razem. Łączy ich ideowość i sposób uprawiania polityki nastawiony na zwarcie.

„Używają ostrego języka, charakterystyczne dla nich jest to, że kiedy rozmawiają z konkurentem politycznym, są bardzo ofensywni, bronią się przez atak. Jeśli pojawiają się jakieś oskarżenia wobec nich, od razu atakują, żeby odwrócić uwagę" – mówi Pytlik. Uwielbiają też gadżety. Kartki z wykresami, krzykliwe banery. Do tego happeningi i nieustanne konferencje prasowe.

„Ja i Patryk jesteśmy z miasta, gdzie jest taka struktura wyborców jak w Warszawie czy Gdańsku, siedem do trzech. Zwykle około 70 proc. głosów dostają politycy liberalni, a prawicowi 30 procent. Dlatego jesteśmy nauczeni, że musimy dużo więcej pracować, żeby być skuteczni" – mówi nam dzisiaj Kowalski.

Co ich odróżnia? „Patryk był i jest bardziej temperamentny, wie jak zrobić szum. Dzięki temu jest bardziej autentyczny, ale z drugiej strony czasami chlapnie o jedno słowo za dużo i potem się z tego wycofuje. Janusz ma wszystko przemyślane na chłodno, tam nie ma żadnej improwizacji" – mówi nam osoba, która od początku śledzi kariery obu polityków.

Zapuszczanie korzeni

W 2005 roku Kowalski zapisuje się do Platformy Obywatelskiej.

Z tego okresu pozostaje zdjęcie, na którym Kowalski robi maślane oczy do Donalda Tuska. Fotografia co jakiś czas wypływa w mediach społecznościowych, szczególnie po tym, jak Kowalski atakuje Tuska i PO.

Janusz Kowalski i Donald Tusk w Opolu, fot. Twitter

„Sam próbowałem dowiedzieć się więcej o tym zdjęciu, ale mi się nie udało. Wiem tylko, że było to w Opolskim Teatrze Lalki, kiedy Tusk przyjechał promować swoją książkę [prawdopodobnie „Solidarność i Duma" z 2005 roku - red.]. Kowalski akurat prosi go o autograf" – wspomina z uśmiechem lokalny dziennikarz.

Przypomina sobie też, że Kowalski zachwycał się wtedy książką Tomasza Lisa „Co z tą Polską?".

„W tamtych czasach to była dobra książka. Pamiętam, byłem nawet na spotkaniu z Lisem w Opolu. Jego diagnoza wtedy była ciekawa, ale jakby pan dzisiaj porównał poglądy Lisa z tym, co pisał w tej książce, to 70 proc. tego się różni. On zmienił swoje poglądy, ja nie" – podkreśla dziś Kowalski. Temat PO ucina krótko: nie ma co porównywać PO z 2005 roku z tą dzisiejszą.

Z partii odchodzi po roku. Jak mówią nam rozmówcy z Opola, poszło o stanowisko wiceprezydenta. „Kowalski naprawdę napracował się przy kampanii prezydenckiej Ryszarda Zembaczyńskiego. Miał obiecany fotel jego zastępcy, ale po zwycięstwie Zembaczyński zmienił zdanie. To bardzo uderzyło w Janusza. Może gdyby nie to, to dzisiaj byłby pistoletem Platformy?" – zastanawia się opolski dziennikarz.

Jest 2006 rok i Kowalski decyduje, że kończy z polityką. Przynajmniej oficjalnie. „Czy można odejść z polityki i mieć w radzie miasta dziewięciu oddanych radnych? Można. Trzeba być Januszem Kowalskim" – ironizuje lokalna gazeta.

„Jakiemu i Kowalskiemu trzeba oddać, że mechanizm zawłaszczania struktur i przejmowania organizacji od środka mają opanowany do perfekcji. Gdziekolwiek się pojawią, skutecznie zapuszczają korzenie"

– mówi nam lokalny dziennikarz śledzący od lat opolską politykę. I dodaje: „Kowalski, w myśl leninowskiej zasady, wie, że kadry są najważniejsze. Potrafi wyłuskiwać ludzi, ale potrafi też o nich zadbać".

Kowalski wraca po raz pierwszy

Patryk Jaki też ma krótką przygodę z PO. Z jej list dostaje się jeszcze do rady miasta, ale wkrótce rzuca partyjną legitymacją. Dołącza do PiS i na dobre zaczyna karierę prawicowego fightera.

Kowalski też przeprasza się z PiS-em, ale wybiera inną ścieżkę – idzie robić pieniądze. Trafia do Ministerstwa Gospodarki, a potem w latach 2009-2010 zostaje zewnętrznym analitykiem w zespole do spraw bezpieczeństwa energetycznego przy prezydencie Lechu Kaczyńskim.

Oprócz tego zasiada w zarządach i radach nadzorczych kilku spółek skarbu państwa związanych z energetyką i firmach doradczych. W 2013 roku ukazuje się polityczna biografia Lecha Kaczyńskiego, Kowalski jest jej współautorem. Dziś mówi o niej: największe dzieło życia.

W międzyczasie Jaki radzi sobie na tyle dobrze, że w 2011 roku z odległego ósmego miejsca wchodzi do Sejmu.

Do Opola Kowalski wraca nagle w 2014 roku, tuż przed wyborami samorządowymi. Fotel prezydenta zdobywa Arkadiusz Wiśniewski (rządzi Opolem do dzisiaj), człowiek wylansowany przez tandem Kowalski – Jaki.

„Pamiętam, jak zaproszenia na konferencje prasowe, wtedy jeszcze nikomu nieznanego Wiśniewskiego, wychodziły z biura poselskiego Jakiego" – wspomina lokalny dziennikarz.

Jeszcze przed wyborami w Opolu krąży plotka, że jeśli wygra Wiśniewski, to Kowalski ma zostać wiceprezydentem, ale obaj stanowczo dementują tę informację. „Nie po to od wielu lat ciężko pracowałem nad tym, by zrozumieć kwestie bezpieczeństwa energetycznego, żeby teraz rezygnować z tej wiedzy i wracać do partyjnej polityki" – przekonuje Kowalski.

Jednak tuż po wyborach – niespodzianka. Kowalski zostaje zastępcą Wiśniewskiego. Ma odpowiadać m.in. za sport, kulturę i sprawy społeczne.

Chcieliśmy porozmawiać o Kowalskim z Arkadiuszem Wiśniewskim, ale prezydent Opola odmówił rozmowy.

...i odchodzi

Nie zagrzewa jednak na długo miejsca w opolskim ratuszu, odchodzi po roku.

„Janusz tak naprawdę miał chrapkę na fotel prezesa w dużej i bogatej spółce Energetyka Cieplna Opolszczyzny, jednak w wyniku różnych tarć i konfliktów w spółce to mu się nie udało" – opowiada nasz rozmówca z Opola.

Kiedy tylko PiS wygrywa w 2015 roku wybory, Kowalski znów porzuca politykę dla energetyki, a konkretnie dla PGNiG. Jak to tłumaczy? Jego zdaniem po zwycięstwie PiS przejście z opolskiego ratusza do spółki skarbu państwa to naturalny krok, coś na zapracował wcześniej w resorcie gospodarki.

Zostaje prokurentem, a następnie członkiem zarządu PGNiG. Wtedy spółką kieruje Piotr Woźniak, minister gospodarki z czasów pierwszego PiS. Woźniak to także człowiek związany z Opolem i Kowalskim.

Jak policzyliśmy, w PGNiG oraz w radach nadzorczych spółek-córek Kowalski zarabia w ciągu czterech lat ponad 2 mln 1260 zł.

Od czerwca 2017 roku jest członkiem rady nadzorczej KGHM. Tam w ciągu trzech lat zarobił 275 tys. W 2018 roku obejmuje fotel w zarządzie Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych. Do czerwca 2019 roku zarobił tam ponad 318 tys. złotych.

Tymczasem Patryk Jaki zaczyna współtworzyć Solidarną Polskę, partię Zbigniewa Ziobry. Coraz lepiej odnajduje się w krajowej polityce. W 2015 roku zostaje wiceministrem sprawiedliwości.

Mimo przeprowadzki do Warszawy, Kowalski i Jaki dalej dbają o wpływy na Opolszczyźnie. Swoich ludzi mają w TVP Opole, miejskich spółkach, ratuszu, ARiMR, PUP-ie.

Kowalski wraca po raz drugi

W czerwcu 2019 roku Patryk Jaki zdobywa mandat europosła i przenosi się do Brukseli. Kilka tygodni później w Opolu pojawia się Kowalski. Zaczyna publikować w mediach społecznościowych filmy, w których chwali się, ile zrobił dla regionu. Nie ma wątpliwości – Kowalski zaczyna kampanię wyborczą do parlamentu.

„Pobujał się po spółkach, po radach nadzorczych. Stwierdził, że to ten czas, żeby pójść wyżej i mieć dostęp do struktur i stanowisk" – mówi lokalny dziennikarz.

Kowalski walczy z marszałkiem województwa popieranym przez mniejszość niemiecką, bije się o utrzymanie jednego z dwóch SOR-ów w Opolu, który miał być zlikwidowany.

Atakuje jedynkę Koalicji Obywatelskiej Witolda Zembaczyńskiego (syna Ryszarda, byłego prezydenta Opola), przegrywa z nim proces wyborczy. Prezentuje tablice w tabloidowej stylistyce z napisem „Witold Tchórz Zembaczyński. Po co Opolszczyźnie taki poseł?". Urządza najwięcej konferencji prasowych spośród wszystkich kandydatów, jego kampania jest uznana za najostrzejszą.

W kampanii dostaje też solidne wsparcie Patryka Jakiego. Europoseł występuje na spotkaniach wyborczych Kowalskiego, popiera go w spotach, jest na plakatach wyborczych i ulotkach. Często podobizna Jakiego jest takiej samej wielkości jak Kowalskiego, na pierwszy rzut oka trudno zgadnąć, kto jest kandydatem, a kto udziela poparcia.

Kowalski kampanię wyborczą kończy modlitwą pod przydrożną kapliczką oraz błogosławieństwem siostry Faustyny. Oczywiście towarzyszy temu fotoreporter, a zdjęcia Kowalski udostępnia na Facebooku.

Osoba dobrze znająca Kowalskiego mówi nam: „On ma wszystko na chłodno wykalkulowane. Opowiadał, że kiedy wracał do Opola, to zrobił rozeznanie w lokalnej polityce.

Wyszło mu, że najwięcej zyska, jak usadowi się w trójkącie: Solidarna Polska, Konfederacja i Radio Maryja.

Wie też dobrze, że im ostrzej, tym lepiej. Zachwycał się, jakie zasięgi mają jego posty i wypowiedzi w mediach".

RE-PO-LO-NI-ZA-CJA

Kowalski zdobywa 21 tys. głosów i wchodzi do Sejmu. Dopiero po wyborach zapisuje się oficjalnie do Solidarnej Polski Ziobry. W wyniku podziału stanowisk przez Zjednoczoną Prawicę, zostaje wiceministrem aktywów państwowych. To nowo utworzone ministerstwo, które m.in. sprawuje nadzór właścicielski nad spółkami skarbu państwa.

Teraz dopiero Kowalski może rozwinąć skrzydła. Nie ma dnia, żeby wiceministra nie było w mediach. Bryluje w TVP, gdzie – dzięki sojuszowi Jacka Kurskiego ze Zbigniewem Ziobrą – politycy Solidarnej Polski są szczególnie promowani. Ale nie odmawia też mediom krytycznym wobec władzy. TVN, „Gazecie Wyborczej", „Newsweekowi".

Chociaż to nie jest rok 2002, wypowiedzi Kowalskiego potrafią zaszokować. Pierwszy raz w styczniu tego roku, kiedy komentował wspólną uchwałę trzech izb Sądu Najwyższego krytykującą wybranie członków nowej Krajowej Rady Sądownictwa. „Ja mam w nosie tych 60 profesorów, bo ja jestem za Polakami. To nie są dla mnie autorytety" - powiedział Kowalski na antenie Polsat News.

Kiedy nie doszło do wyborów prezydenckich 10 maja, Kowalski atakował w TVP: „Ja sobie wyobrażam taką sytuację, że Angela [Merkel - przyp. red.] zadzwoniła do Donalda Tuska i powiedziała: Słuchaj, Donek, zrób coś. Zaatakujcie Jacka Sasina".

Jednak piąty bieg wrzucił zaraz po zwycięstwie Andrzeja Dudy. Jeszcze w wieczór wyborczy wrzucił tweeta z hasłem „RE-PO-LO-NI-ZA-CJA" i w kolejnych dniach zaczął atak na media w Polsce za to, że w czasie kampanii były krytyczne wobec Dudy.

Janusz Kowalski o repolonizacji, fot. twitter

Pytamy Kowalskiego o repolonizację.

„Jestem zwolennikiem stworzenia funduszu, który będzie wspierał polskie media, szczególnie lokalne.

Jeżeli ma pan medium w małym mieście i 70 proc. jego przychodów to są reklamy od samorządów, to jak pan może im patrzeć na ręce? To jest zły model. Po drugie, jesteśmy skazani na przekaz mediów zagranicznych" – mówi w rozmowie nami wiceminister. „Przepraszam, ale nie znam żadnego niemieckiego medium przychylnego opcji konserwatywnej, reformom, które dzieją się Polsce. To jest logiczne, że niemiecki właściciel nie będzie prezentował linii, która jest sprzeczna z linią Berlina” - dodaje.

Mówić językiem wyborcy

Kowalski od zwycięstwa Dudy w mediach i na Twitterze nawołuje Zjednoczoną Prawicę do walki.

To samo mówi w rozmowie z nami. Przekonuje, że Duda wygrał głosami Zjednoczonej Prawicy i Konfederacji. To – jego zdaniem – pokazuje, że prawica w Polsce nie może być „miałka". Daje do zrozumienia, że taki ostry kurs jest dużo skuteczniejszy niż to, co robi Porozumienie Jarosława Gowina.

„Cały Janusz, kiedy ktoś go atakuje, zawsze oddaje dwa razy. W Solidarnej Polsce już dawno temu odkryliśmy, że do swojego wyborcy trzeba mówić jego językiem. Kiedy się tego nie robi, to się kończy z takim wynikiem jak Gowin w Krakowie w 2019 roku [były wicepremier zdobył niespełna 16 tys. głosów – red.] – mówi nam polityk partii Ziobry.

Udostępnij:

Sebastian Klauziński

Dziennikarz zespołu śledczego. Pracował w „Gazecie Wyborczej” i „Newsweeku”. Od 2018 roku w OKO.press. Finalista Nagrody Radia ZET oraz Nagrody im. Dariusza Fikusa za cykl tekstów o “Układzie wrocławskim”. Trzykrotnie nominowany do nagrody Grand Press.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne