0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: AFPAFP

Uciekinierka z Mariupola ze łzami w oczach opowiadała tę historię w punkcie recepcyjnym przy dworcu Warszawa Wschodnia. Pod nadzorem Rosjan jechali autobusem w stronę Rosji. Na ostatnim check-poincie kadyrowcy powiedzieli: wszyscy mogą jechać, z wyjątkiem tej dziewczyny.

Dziecko miało 14 lat.

Nikt nie protestował.

Nie mogli zaprotestować.

Autobus ruszył. Dziewczynka została.

Jacek, aktywista: „Ta historia bardzo mocno utkwiła mi w głowie”.

„Mąż zdołał wyciągnąć ranną żonę, 8-letniej córki już nie. Spłonęła”

Witalij Rabczewski pracował długo w Azowstali, potem jako menedżer trafił do firmy transportowej OSMP Mrija. Jego druga żona Marina była majstrem w Azowstali. Dom mieli w dzielnicy kalmiuskiej Mariupola. Gdy wybuchła wojna, schronili się w piwnicy razem z dwójką dorosłych już ich dzieci i dwójką wnucząt. Starszy syn Witalija walczył w ukraińskiej armii, gdzieś regionie Doniecka.

Do połowy marca jakoś przeżyli. Dom stał, Grad nie spadł im na podwórko. Ale wokół było strasznie. „Sąsiedzi – rodzice i babcia - poszli po wodę i jedzenie. Bomba zabiła ich wszystkich. W domu zostały same dzieci: trzy i 11 lat”, opowiada Marina.

12 marca miał zostać otworzony korytarz humanitarny. Ruszyli w dwa auta. Jeszcze w mieście wpadli pod ostrzał. Witalij pokazuje co zostało z ich busa. Niewiele.

Ile osób przeżyło?

Cud - wszyscy tak mówią. Bo wszyscy przeżyli. Tylko 12-letnia wnuczka dostała w nogę – opisuje. Syn wyskoczył na ulicę, do rosyjskich żołnierzy, którzy ich ostrzelali. Że dzieci, że ranni. Skierowali ich do szpitala nr 2. Tam, z kilkuset osobami, może nawet tysiącem, spędzili kolejne półtora miesiąca w piwnicy. Wnuczka od razu trafiła na stół operacyjny. Lekarze wyjęli jej kulę. 10 dni później, gdy bombardowania trochę zelżały, Witalij i Marina wsadzili dzieci i wnuki do autobusu. Byle dalej. Pojechali do Moskwy – dziewczynce potrzebna była opieka medyczna.

Marina o pobycie w szpitalu: „Najpierw bombardowali 2-3 godziny z samolotów. Leciał jeden za drugim. Potem przyjeżdżały czołgi i strzelały. I znowu samoloty”. Uważa, że Rosjanie coś na nich testowali. Bo czuć było chemię w powietrzu. Jej język tak spuchł, że nie mogła zamykać ust. Ludzie w piwnicy tracili przytomność.

Z trudem opanowuje łzy, gdy wspomina spotkaną tam parę.

Ich dom zbombardowano. Mąż zdołał wyciągnąć ranną żonę, ale 8-letniej córki już nie. Spłonęła.

Przy szpitalu widziała też żołnierzy DNR - Donieckiej Republiki Ludowej. 18-latkowie, którym dano karabin i bez szkolenia wysłano na front. Z podsłuchanych rozmów telefonicznych Rosjan wiadomo, że nazywają ich „jednorazowymi”.

12 kwietnia Witalij i Marina wyszli z piwnicy, by zobaczyć, czy dom stoi. Pokazują mi fotki. Rozwalony w połowie, widać rozbebeszoną kuchnię. W ziemi niewybuch. Czego Rosjanie nie mogli ukraść, to spalili, na przykład ich samochód.

Tuż przed Wielkanocą ludzie ze szpitala przygotowywali posiłek na zewnątrz, na ogniskach. Marina poszła po drewno. Koło ucha usłyszała świst kuli. Snajper. Schowała się pod murek, a potem biegła, kryjąc się za drzewami. Ile sił w nogach.

Przeczytaj także:

„Pies ma tam większe prawa niż Ukrainiec”

29 kwietnia znajomi przewieźli ich na prawy brzeg do Winogradnoj – miejscowości, w której mieszkają rodzice. Stamtąd już ruszyć się nie mogli. Wszędzie punkty kontrolne, a żołnierze ich nie wypuszczali, bo nie przeszli obozu filtracyjnego. W końcu więc sami się tam wybrali. Rosjanie sprawdzali ich nastawienie, proukraińskość. Marina: „Jeśli jesteś Ukraińcem, stanowisz dla nich zagrożenie”. Aktywizm wszelkiego rodzaju, krewny w armii, czy ukraińskim urzędzie – to niebezpieczeństwo. Witalij wyczyścił więc telefon, zwłaszcza swoje kontakty z synem w armii. A jednak filtracyjni znaleźli wymianę zdań z pierworodnym.

„Upiekło ci się”, powiedział sołdat i wbił pieczątkę o pozytywnym przejściu przez obóz filtracyjny. Bo tego dnia – 1 maja - w obozie był ONZ i Międzynarodowy Czerwony Krzyż, razem z pierwszymi ludźmi uratowanymi z Azowstali. Rosjanie patrzyli przez palce.

Witalij pokazuje przepustkę z obozu – malutka karteczka z jego imieniem, nazwiskiem, datą urodzenia i pieczątką „Pobrano odciski palców”. Normalnie za syna w armii ukraińskiej nie wypuszczają. Witalij: „Wszystko mogą ci zrobić. Trzymać tak długo, jak chcą. Bić cię. Jeśli im się nie spodobasz, to jesteś mięsem, a nie człowiekiem”.

Marina opowiada o sąsiadach, których Rosjanie zgarnęli 5 kwietnia. Miesiąc później nadal nie było wiadomo, co się z nimi stało. „Długo męczą tych, którzy w obozie filtracyjnym nie pokażą swojego telefonu”, tłumaczy Witalij. Saszę – wolontariusza z Mariupola spotkali już potem, w Rosji. Na filtracji tak go pobili, że miał sine ciało od kolan po plecy.

Rosjanie okradają filtrowanych. Z biżuterii, pieniędzy, telefonów...

„Pojedziesz na zachód, to sobie tam kupisz”, mówił starszej kobiecie sołdat zabierając jej smartfona w czasie filtracji.

Witalij i Marina zdecydowali: uciekają. „Pies ma tam większe prawa niż Ukrainiec” – tłumaczy on. Jest kilka możliwości, żeby wyjechać z Mariupola. Dość szybko można dostać się do Gruzji (300 euro/osoba). Z Nowoazowska w DNR autobusy jadą bezpośrednio do Warszawy, przez Białoruś (350 euro/ osoba). „Drogo, ale wszystkie są pełne. Na 1-2 tygodnie do przodu nic nie znajdziesz” przekonuje Marina.

Są i opcje wyjazdu w głąb Rosji. Za darmo. „Tam gdzie chcesz, ale nie do dużych miast”, mówi Witalij. Ich samych zabrali znajomi autem przez Krym do Rostowa nad Donem. Tam spotkali Rosjan, którzy narzekali, że nie mogą jeździć nad morze. „Bo trupami śmierdzi. Morze z Mariupola przynosi trupi zapach”.

Potem jechali autobusem, pociągiem, autostopem. Przez Moskwę, do Wilna. Osiem dni. W połowie czerwca dotarli do Warszawy.

Trzy szlaki do wolności

Kajetan Wróblewski, doradca zarządu ds. uchodźców w Fundacji Otwarty Dialog z grupą innych pracowników i wolontariuszy ODF od miesięcy pomaga w relokacji przybyszów. Działają w namiotach punktu recepcyjnego przy stacji Warszawa Wschodnia. „Prawie codziennie mam transport ludzi, którzy uciekli z Mariupola. W zeszłym tygodniu było sześć osób. Od jednej organizacji”. W wyjeździe z udręczonego miasta pomaga kilka NGO'sów: Rubikus z Niemiec i co najmniej dwie inicjatywy rosyjskie (ze względów bezpieczeństwa nie wymieniamy ich nazw). „Bardzo wielu Rosjan, także mieszkających w różnych częściach świata, pomaga uchodźcom w tej podróży” - mówi Jacek, który koordynuje pomoc mariupolczykom po polskiej stronie i woli zostać anonimowy.

Dwie główne trasy ucieczki z Mariupola w naszej części świata prowadzą przez Rosję i Białoruś oraz przez Estonię i Łotwę.

Jest i trzecia droga – przez Ukrainę, czyli przez linię frontu, czasem przez zaminowany teren. „To możliwe, ale bardzo niebezpieczne” – podkreśla Jacek. „Gazeta Wyborcza” pisała o organizacji, która się tym zajmuje - Project Dynamo - założonej przez Bryana Sterna, byłego żołnierza amerykańskiej armii. Wcześniej pomagali w ucieczce z Afganistanu opanowywanego przez talibów. Teraz wyciągają ludzi z Chersonia, Mariupola i innych okupowanych miast do Zaporoża. W czerwcu w ciągu tygodnia pomogli 600 osobom. Istnienie trasy przez front potwierdzali nam jeszcze w kwietniu uchodźcy w Medyce – koszt przejazdu autem przez zaminowane tereny wynosił wtedy 300 euro/ osoba. Pod koniec maja ta opcja nadal istniała. Potwierdziła nam to Walia – matka rozdzielona w Mariupolu z 2-letnią córeczką, o której pisaliśmy w OKO.press.

Szlak ryski to grupy kilku, kilkunastoosobowe. W Rydze część z nich korzysta z darmowych autobusów do Niemiec, a część jedzie do Warszawy, też autobusami. Więcej osób trafia do Warszawy szlakiem białoruskim – ten obsługuje Rubikus. Koordynowani przez wolontariuszy, podróżują pojedynczo lub w małych grupach przez Rosję i Białoruś. Tam – w mieście, którego nie nazwy nie podajemy – zabierani są do jednego autokaru.

Do Polski raczej nie docierają mariupolczycy, którzy uciekają przez Kazachstan czy Gruzję.

Spaleni słońcem

Kajetan: „Po filtracji ludzie są wyczerpani, pobici, ranni. W takiej traumie, że nie chcą tu zostać, tylko jak najszybciej ruszać dalej. Gdy przelatuje samolot, nerwowo kurczą się w sobie i chcą pod wchodzić pod ławki. Myślą, że to nalot”. Są spaleni słońcem. Dosłownie – niektórych trzymają w obozach godzinami na słonecznej patelni.

W punkcie przy Wschodnim 30-latek z Mariupola dostał ataku paniki i uciekł stamtąd w środku nocy. „Zostawił rzeczy i psa, a ściągaliśmy do niego żonę z Niemiec, z Kolonii. Młodzi rozkładają się psychicznie najszybciej” – opowiada Jacek.

Ocaleni z dwu i półmiesięcznego życia pod obstrzałem podejmują też mało racjonalne decyzje.

„Do kogo pani chce jechać do Niemiec?"

„Do znajomej"

„Zaproponowała, że może pani tam z nią zamieszkać?"

„Nie. Ona jest w obozie"

„To po co pani tam jedzie? Przecież pani może trafić do innego obozu..."

Aktywiści przekonują ich do bardziej racjonalnych rozwiązań, kierunków podróży. „Może lepiej do Danii? Dostanie tam pani komunalne mieszkanie, dzieci będą mogły chodzić do przedszkola, a pani na kurs językowy”.

Kajetan wspomina dziewczynę, która powiedziała, że nie poleci nigdzie bez psa, który uratował jej życie. „Chciałam wyjść na podwórko, a on stanął przede mną i szarpał. Nie pozwolił. A za chwilę spadła tam bomba” - relacjonuje jej słowa. Uchodźcy są przywiązani do swoich zwierząt. To czasem jedyne resztki normalności i domu, które im zostały.

ODF relokuje ich głównie zagranicę. Ci w najgorszym stanie dostają na kilka dni nocleg u „Amerykanina” - w trzygwiazdkowym hotelu Moxy, fundowany przez biznesmena z USA, by po przejściach mogli odetchnąć w lepszych warunkach.

Aktywiści z Warszawy Wschodniej mówią o problemach w pomocy uchodźcom m.in. z Mariupola: uciekający przez Rosję czy Białoruś nie mają przywilejów przysługujących uchodźcom z Ukrainy, bo nie przekroczyli granicy tego państwa z krajem EU. Kajetan Wróblewski: „Nie mają więc prawa do podróżowania darmowo koleją. W kieszeni mają po 20 euro, więc to jest dramat”. Tymczasem darmowe transporty do krajów Zachodu się kończą, bo wyczerpują się pieniądze „W tym tygodniu jedzie ostatni do Norwegii, do Szwecji już nie ma. Do Niemiec jeszcze są tylko z PTAKa” - to centrum handlowe Expo pod Warszawą, w którym przebywa największa ilość uchodźców.

„Moi znajomi z Mariupola już nie żyją. Wszyscy”

Maria Kutniakowa przed wojną była menadżerką marketingu, PR-u, aktorką, dziennikarką i aktywistką. Jej mama przeżyła w piwnicach Teatru Dramatycznego wybuch bomby, która zabiła 600 osób. Teraz Maria organizuje demonstracje i akcje w Wilnie, gdzie żyje z rodziną. Pomaga też wydostać się ludziom z Mariupola. 10 czerwca wyjechał stamtąd jej wujek. Na FB pokazuje zdjęcie jego ręki. Chuda, żylasta, brązowa od spiekoty.

71-latek po nadejściu „ruskiego miru” tylko raz dostał pomoc humanitarną. Gulasz, olej, cukier i owsiankę. Gulasz był zepsuty. Przeżył dzięki sąsiadom, którym też później zabrakło jedzenia. Gdy rodzina dowiedziała się, że żyje, wysłali pieniądze. Ceny w aptekach są cztery razy wyższe, a wujek ma astmę. „Większość populacji jest na krawędzi przetrwania”, twierdzi Maria. Ale pisze też o tych, którzy pokazują się w internecie w czystych ubraniach, ze zrobionymi paznokciami, zadowoleni i uśmiechnięci. „W większości to »obcy«, którzy współpracują (z Rosjanami – red.), mają dostęp do kradzionej pomocy humanitarnej, krewnych na wsiach i transportu”.

Ania z Mariupola, od połowy marca w Toruniu, w rodzinnym mieście nadal ma znajomych, przyjaciół i rodzinę.

„Pomoc humanitarna już się kończy. Ceny żywności wzrosły przynajmniej dwukrotnie. Pracy nie ma. A jeśli jest, to przy odgruzowywaniu, wyciąganiu trupów.

Zapłatą jest żywność. Tam ludzie żyją teraz jak 70 lat temu. Ci, którzy nie mają gdzie pójść, mieszkają w ruinach. Nadal gotują na ogniskach, na zewnątrz”.

Mieszkańcy nie mają szans na ogrzewanie na najbliższą zimę. Rosjanie obiecali im, że postawią „burżujki” - namioty, w których można się dogrzać.

Matka Mariny ma relatywnie dobrze - nie ma prądu, wody, dostaje tylko trochę jedzenia, ale ma swój ogród – warzywa, owoce. „Jakoś żyją”.

40-letniemu ojcu Walii grozi amputacja rannej nogi. Mimo tego w połowie czerwca stanął przed nowym zagrożeniem – mogą go siłą zabrać do armii DNR. „Nie ma tam pracy, nie ma jedzenia, więc mówią im: idź walczyć”, tłumaczy Marina.

Marikę, młodą dziewczynę, która mieszka obecnie w Krakowie i organizowała tam demonstracje poparcia dla uwięzionych w Azowstali, pytam, co jej przyjaciele piszą o sytuacji w tym mieście. „Moi znajomi z Mariupola już nie żyją. Wszyscy. Nie znam tam teraz nikogo, kto by żył”.

Tysiące ciał leży nadal pod gruzami, w piwnicach, w płytkich grobach. Już w maju ludzie odmawiali odgruzowywania Teatru Dramatycznego – tak śmierdziało tam rozkładającymi się ciałami zabitych. W lecie jest jeszcze gorzej.

„Byli i tacy co bili brawo, gdy ruskie waliły Gradami”

Włada z 6-letnim synem Bohdanem uciekła z Mariupola w połowie marca, a tydzień później była w Polsce. Pod koniec maja wróciła do Kijowa, do brata, by szukać męża żołnierza, którego Rosjanie wzięli do niewoli w Azowstali. Twierdzi, że może nawet połowa mariupolczyków chętnie wyjechała lub wyjedzie do Rosji. Nie tylko dlatego, że znają język, że mają tam krewnych, znajomych, albo z powodu darmowego transportu do miejsca w którym mogą osiąść. „Niektórzy uważają, iż to Ukraińcy zabijali ludzi w Mariupolu, że to nasi strzelali do nich z armat i rakiet. Tak mówią ludzie, którzy już przed wojną byli karmieni rosyjską propagandą. Nie można do nich dotrzeć” - Włada rozkłada ręce. Takie poglądy ma m.in. jej były mąż i jego rodzina.

„W Mariupolu byli i tacy, co bili brawo, gdy ruskie walili Gradami, bo wierzyli, że ruskie nas w ten sposób wyzwalają. W kolejce po wodę niektórzy mówili, że to dobrze, że teraz Rosja będzie rządzić. Bo wodę wożą. A nie muszą”, dodaje Marina.

Nie tylko oni wyjeżdżają do Rosji. Przeciwnicy kremlowskiego reżimu także. Kutniakowa tak to tłumaczy: „Siedzisz w Mariupolu dwa miesiące w piwnicy. Nie ma wody, światła, zasięgu, jedzenia. Wtedy chcesz jechać gdziekolwiek. Nawet do Rosji, gdzie jest Putin. Ale po kilku tygodniach, gdy ludzie orientują się, gdzie trafili, zaczynają się zabierać z powrotem”.

Ania mówi: „Mariupol ciągle jest w naszych głowach”.

Witalij próbował przekonać znajomych, by nie wracali do zrujnowanego miasta. „Tłumaczę im: nie ma tu światła, ani wody, ani zasięgu. Połowa miasta leży w gruzach. Nie uwierzyli. Wrócili”. Bo w propagandowym programie w rosyjskiej telewizji zobaczyli, że wszystko w porządku, a w gniazdkach jest już prąd.

„Proszę, przekażcie to innym – nie wracajcie do Mariupola”, dodaje.

Razem z Mariną od kilku dni w Polsce pomagają uchodźcom na Dworcu Wschodnim. Wkrótce jadą do Danii. Tam planują zapisać się na kursy językowe, chcą znaleźć pracę. I zostać.

;
Krzysztof Boczek

Ślązak, z pierwszego wykształcenia górnik, potem geograf, fotoreporter, szkoleniowiec, a przede wszystkim dziennikarz, od początku piszący o podróżach i rozwoju, a od kilkunastu lat głównie o służbie zdrowia i mediach. Zaczynał w Gazecie Wyborczej w Katowicach, potem autor w kilkudziesięciu tytułach, od lat stały współpracownik PRESS, SENS, Służba Zdrowia. W tym zawodzie ceni niezależność.

Komentarze