Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Foto Dimitar DILKOFF / AFPFoto Dimitar DILKOFF...

Na zdjęciu: Popiersie Lenina porzucone w trawie w strefie wykluczenia wokół elektrowni jądrowej w Czarnobylu, zdjęcie wykonane 29 maja 2022, po wycofaniu się wojsk rosyjskich z terenu dawnej elektrowni. Foto Dimitar DILKOFF/AFP

Czarnobylska Elektrownia Jądrowa (początkowo im. Lenina), oddana do użytku w 1977 roku i pierwsza w Ukrainie, stała się miejscem największej katastrofy jądrowej w historii. W sobotę 26 kwietnia 1986 roku doszło do eksplozji jednego z czterech reaktorów.

Gaszenie płonącego reaktora trwało ponad dwa tygodnie, radioaktywna chmura wędrowała przez Europę, docierając do Skandynawii, a nawet Szwajcarii. W promieniu 30 km od elektrowni utworzono Strefę Wykluczenia, mieszkańców ewakuowano. Nad uszkodzonym reaktorem zbudowano betonowy sarkofag, pozostałe stopniowo wygaszano. Od 2000 roku elektrownia nie produkuje już prądu, na jej terenie wciąż znajdują się tony wysoce reaktywnego paliwa jądrowego o dużej zawartości izotopów radioaktywnych.

Od pierwszego dnia pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę, czyli już od 24 lutego 2022 roku, elektrownia czarnobylska znalazła się pod rosyjską okupacją. Z Białorusi – elektrownia znajduje się zaledwie 16 km od granicy państwa – wjechały rosyjskie czołgi w drodze na Kijów. Pracownicy elektrowni stali się zakładnikami okupantów, żołnierze Gwardii Narodowej Ukrainy złożyli broń, by uniknąć katastrofy.

Ofensywa kijowska poniosła porażkę, już 29 marca, po 36 dniach okupacji, rosyjskie wojsko opuściło Czarnobyl. Wielu uprowadzonych przez okupantów żołnierzy ukraińskiej Gwardii Narodowej wciąż jest w rosyjskiej niewoli. Działania okupantów doprowadziły do wzrostu radiacji, szkody spowodowane okupacją szacuje się na miliony hrywien.

W 40. rocznicę katastrofy, wybuchu jednego z reaktorów jądrowych w Czarnobylu, rozmawiam z Serhijem Płochij (Сергій Миколайович Плохій), profesorem historii, dyrektorem Ukraińskiego Instytutu Badawczego na Uniwersytecie Harvarda. Jest autorem poczytnych i nagradzanych książek na temat przemysłu jądrowego, historii Ukrainy i Europy Wschodniej oraz rosyjskiej agresji na Ukrainę.

Serhij Plochij. Fot. Aleksandr Medvedev

Czarnobyl musiał się wydarzyć

Emilia Sułek, OKO.press: Pamięta pan dzień, kiedy wydarzyła się katastrofa w Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej?

Prof. Serhij Płochij: Nie. Tak jak 99.9 procent obywateli ZSRR nie miałem o tym pojęcia. Usłyszałem o niej dopiero dwa dni później, gdy media podały, że zdarzył się jakiś wypadek. Władze ZSRR ukrywały katastrofę. Wiadomości przyszły z zagranicy, głównie ze Szwecji. Ta próba ukrycia wypadku i jego skali przyczyniła się zresztą do upadku ZSRR.

Czy ta katastrofa musiała się wydarzyć?

Nie musiała się wydarzyć tego dnia ani w tym miejscu, ale wydarzyć się musiała. W socjologii jest taka kategoria jak wypadki zwyczajne, do których dochodzi w złożonych systemach, w których człowiek nie może przewidzieć każdego scenariusza.

Były co najmniej dwa elementy w radzieckim programie jądrowym, których nie było w innych krajach, i które przyczyniły się do tej katastrofy.

Jakie?

W Czarnobylu używano reaktora, który był przeznaczony do produkcji plutonu, w celach militarnych. Ukradli tę technologię ze Stanów Zjednoczonych i przystosowali do własnych potrzeb. To był taki program jądrowy po taniości: ukradnij, coś przerób. Ta jego lekko szemrana natura dodawała sprawie tajności.

ZSRR był w ogóle mistrzem w utajnianiu informacji, zwłaszcza gdy chodziło o przemysł wojskowy i jądrowy. Dopiero po Czarnobylu władze przyznały się, że w 1957 roku, w mieście Kysztym na Uralu doszło do wybuchu zbiornika odpadów radioaktywnych, jednej z największych katastrof na świecie. Przez trzydzieści lat było to tajemnicą.

W Czarnobylu również personel elektrowni nie zdawał sobie sprawy, gdzie pracuje.

Właśnie. Sęk w tym, że władze ukrywały prawdę nie tylko przed zwykłym obywatelem, ale i przed operatorami reaktora. Ci ludzie zarządzali obiektem, nie wiedząc, czym zarządzają. Do tego byli pod presją. Ich zadaniem było produkować jak najwięcej energii dla gospodarki socjalistycznej, wypełniać plan.

Dla nich największą katastrofą to było wyłączyć reaktor. W kapitalizmie zresztą nie jest inaczej. Tam były plany produkcyjne, tu jest zysk, presja jest ta sama. Tyle że w ZSRR dochodził ten element tajności.

I wadliwa technologia.

Tak. ZSRR używało wrzących reaktorów z moderatorem grafitowym, które nie spełniały zachodnich norm bezpieczeństwa. W Stanach Zjednoczonych popularne są raczej reaktory wodne ciśnieniowe PWR (pressurized water reactor), które używane były w napędach łodzi podwodnych, i są bezpieczniejsze.

Tak czy inaczej, dziś, w kwietniu 2026 roku, nie ma na świecie ani jednego reaktora, który nie miałby korzeni w przemyśle zbrojeniowym lat 40. i 50. Wciąż w znacznym stopniu opieramy się na Projekcie Manhattan i pracy pierwszego pokolenia inżynierów jądrowych.

Wierzy Pan w rozróżnienie między atomem dla pokoju i atomem dla wojny?

To rozróżnienie pojawiło się na początku lat 50. Po zrzuceniu przez Stany Zjednoczone bomby atomowej na Hiroszimę i Nagasaki ówczesny prezydent Dwight Eisenhower stał pod presją. Musiał przekonać amerykańskich podatników, że program nuklearny może też produkować coś pozytywnego. W 1953 roku w przemówieniu na forum Narodów Zjednoczonych użył tego sformułowania „Atom for Peace”.

Obiecywał tym samym, że USA nie zamierzają zniszczyć całego świata, i będą dzielić się ze wspólnotą międzynarodową technologią w celach pokojowych. Tyle że dziś, w piątym roku pełnoskalowej wojny Rosji przeciw Ukrainie, to rozróżnienie między atomem dla pokoju i atomem dla wojny traci znaczenie. W Ukrainie elektrownie atomowe po raz pierwszy w historii stają się celem działań wojennych.

Przeczytaj także:

Wojna Putina tworzy ogromne ryzyko

Boi się Pan arsenału jądrowego Putina?

Dziś największe zagrożenie to nie użycie broni jądrowej przez Putina. Znacznie bardziej realne jest ryzyko, że dojdzie do wypadku wskutek działań wojennych. I wcale nie trzeba trafić w reaktor, by spowodować wypadek. Wystarczą ataki na infrastrukturę energetyczną. Wystarczy, że odcięte zostaną linie zasilające elektrownię.

To doprowadziło do wypadku w Fukuszimie. Elektrownia musi też gdzieś wysyłać prąd, który wytwarza. Jeśli zniszczone zostaną możliwości magazynowania wytwarzanej energii, mamy kryzys i potencjalny wypadek.

Rosja nie jest pierwszym państwem, które uderza w infrastrukturę jądrową innego kraju. W 1981 roku Izrael zniszczył niedokończony iracki reaktor jądrowy niedaleko od Bagdadu. A w 2007 roku syryjski reaktor jądrowy. USA też atakowały instalacje jądrowe w Iraku w 1991 i 1993 roku podczas wojen w Zatoce Perskiej. W Ukrainie nie było żadnych wątpliwości, że tu infrastruktura jądrowa jest całkowicie cywilna. Produkuje prąd, a nie broń jądrową.

W większości tych innych przypadków chodziło o ataki na obiekty, które jeszcze nie były w użyciu. W Zaporożu mieliśmy jednak atak na działającą elektrownię jądrową, do tego w czasie wojny. Do dziś jest ona pod rosyjską okupacją.

Ale i Zaporoże i Czarnobyl unaoczniają bardziej ogólny problem, który dotyczy też izraelskich i amerykańskich ataków na obiekty nuklearne, również te ostatnio, w Iranie. Brak jest legislacji regulującej takie przypadki.

Konwencja Genewska z 1949 roku wrzuca zapory, groble, i elektrownie atomowe do jednego worka, i zabrania ataku na nie, jeśli ten spowodowałby uwolnienie niebezpiecznych mocy i straty wśród ludności cywilnej.

Obiekty jądrowe nie są nawet osobną kategorią. Prawo jest nieścisłe. Każde państwo – Rosja, Izrael, Stany Zjednoczone – może twierdzić, że ryzyko wypadku spowodowanego jego atakiem było mniejsze niż pozostawienie obiektu w rękach właściciela, który wykorzystywał go w celach wojskowych.

Przy tym „użycie w celach wojskowych” to może być cokolwiek. Jeśli jestem oficerem wojska i używam prądu do zasilania elektrycznej golarki, czy ten prąd jest używany w celach wojskowych? Zbyt wiele zależy od interpretacji.

Do tego nie mamy umów międzynarodowych, które pozwalałyby ścigać sprawców. Ani instytucji, które byłyby w stanie to robić.

Mamy Międzynarodową Agencję Energii Atomowej.

Tyle że jej misją jest promowanie energii jądrowej i zapobieganie użyciu broni jądrowej. Agencja nie ma mandatu, by interweniować w warunkach wojny. Jeśli to robi, to poza swoimi kompetencjami. Rafael Grossi, dyrektor generalny Agencji, kilkakrotnie jeździł do Zaporoża. Ale jego inspektorzy, stojąc na dachu reaktora i czekając na kolejny atak rosyjskich dronów, mieli prawo powiedzieć: Chwileczkę, na to żeśmy się nie pisali. To nie jest nasze zadanie.

Bo faktycznie nie jest.

W sierpniu 2024 roku Ukraina przystąpiła do kontrofensywy kurskiej na terytorium Rosji.

I zatrzymała się kilkadziesiąt kilometrów od Kurskiej Elektrowni Jądrowej. Ukraińskie drony dolatują już do Wołgi i basenu Morza Kaspijskiego, rosyjska infrastruktura jest również narażona na atak. Rosja zwróciła się wtedy do MAEA podobnymi słowami co wcześniej Ukraina: Gdzie jesteście? Czemu nie reagujecie?

To pokazuje, że nawet sprawca i ofiara mogą zgodzić się co do pewnych rzeczy. I daje nadzieję na postęp w kierunku zapewnienia bezpieczeństwa obiektom nuklearnym.

Katastrofa w Czarnobylu była na swój sposób brzemiennym wydarzeniem. Przyczyniła się do rozpadu ZSRR. Ruch antynuklearny popularny był nie tylko w Ukrainie, ale i w Kazachstanie, na południu ZSRR, gdzie też odegrał rolę państwotwórczą. Po wypadku w Czarnobylu powstało też wiele ram prawnych, które miały nas chronić w przyszłości. Pan widzi potencjał, ale czy widać jakieś kroki?

Może coś dzieje się za kulisami. Prezydent Francji Emmanuel Macron wielokrotnie rozmawiał z Putinem, ale prywatne rozmowy to za mało. Miałem nadzieję, że Japonia odegra jakąś rolę, jako państwo, które ucierpiało nie tylko z powodu Hiroszimy i Nagasaki, ale też przez detonacje bomby wodorowej w ramach operacji Castel Bravo na Pacyfiku.

Premier Fumio Kishida (który sprawował urząd do 2024 roku) pochodził nawet z Hiroszimy. Konkretnych kroków jednak nie widzę. Jednym z powodów jest to, że dziś na świecie mamy kryzys na kryzysie. Ale jeśli chcemy myśleć o budowie nowych reaktorów, musimy zacząć od zabezpieczenia tych reaktorów, które już mamy.

Tego dżina już nie da się zamknąć w butelce

A może powinniśmy odejść od atomu?

Ta idea towarzyszy nam właściwie od samego początku, czyli od Hiroszimy i Nagasaki. Ale tego dżina nie da się już zamknąć w butelce. Powinniśmy raczej nauczyć się jak radzić się z postępami w nauce.

W książce „From Atoms and Ashes. From Bikini Atoll to Fukushima analizuje pan kolejne katastrofy nuklearne od Castel Bravo, czyli od 1954 roku. Jest w nich pewna cykliczność.

Po każdej katastrofie, na przykład w elektrowni w Three Mile Island w USA w 1979 roku, która była ostatnią poważną katastrofą przed Czarnobylem, widać fazę spadku inwestycji. Politycy stoją pod presją opinii publicznej. I to na całym świecie.

Po 1986 roku ukuło się powiedzenie „Czarnobyl gdzieś, to Czarnobyl wszędzie”. Po Czarnobylu Włochy postanowiły zamknąć elektrownie. Po Fukuszimie Niemcy odeszły od atomu.

Minęło 15 lat. Ludzie powoli zapominają, rynek wraca do poprzedniego stanu. Rośnie presja przemysłu, by wprowadzić do gry reaktory modułowe. I znów sprzedaje się nam tę fantazję, że one nigdy nie wybuchną, że to doskonała technologia itd. Kiedy wsiadamy do samochodu, wiemy, że coś może się zepsuć. Ale kiedy wsiadamy do samochodu nuklearnego, łudzimy się, że nic się nie stanie.

Reaktory modułowe to pierwsze reaktory, które nie mają żadnego zastosowania wojskowego, ale jak każda technologia muszą przejść okres próbny. To logiczne, że będzie dochodzić do wypadków.

Czemu ta logika zawodzi nas w przypadku energii jądrowej?

Bo widzieliśmy Hiroszimę i Nagasaki, gdzie niszcząca siła energii jądrowej ukazała się w pełnej skali. Drugi powód wiąże się z tym, co powiedział jeden amerykański polityk po wypadku Three Mile Island: „Promieniowanie to nasz niewidzialny wróg”.

Ta niewidzialność powoduje panikę, paraliżuje myślenie. Trochę podobnie było w pierwszych miesiącach Covidu, kiedy nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Wracaliśmy do domu, nie wiedząc, czy jesteśmy bezpieczni, czy nie wnosimy wirusa na ubraniu. Z promieniowaniem jest trochę podobnie. I im mniej mamy kontroli nad sytuacją, tym bardziej wierzymy, że kontrolę mamy.

Szantaż nuklearny Putina

Po Hiroszimie i Nagasaki użycie bomby atomowej stało się tabu. Pan uważa, że ataki na obiekty nuklearne powinny stać się podobnym tabu. Tylko jak to zrobić?

Jesienią 2022 roku, kiedy Ukraina przystąpiła do kontrofensywy, Rosjanie musieli wycofać się z Chersonia, udało się ich odsunąć w Charkowie, Ukraina zaczęła wygrywać. Putin zarządził powszechną mobilizację, jedyną w czasie tej wojny. I włączył szantaż nuklearny.

Ówczesny rosyjski minister wojny Siergiej Szojgu ostrzegał Wielką Brytanię, że Ukraina planuje prowokacje z użyciem brudnej bomby. Zostało to odebrane jako straszenie rosyjskim atomem. Sporo wysiłków dyplomatycznych zostało włożonych, również przez Indie i Chiny, by przetłumaczyć Putinowi, że użycie broni atomowej byłoby złamaniem tabu.

Putin spuścił z tonu. Czyli nawet w ten sposób da się coś osiągnąć. Objęcie ataków na cele nuklearne podobnym tabu powinno był łatwiejsze niż wprowadzenie całej legislacji.

Broń atomowa uważana jest za broń ostateczną. Ataki na cele nuklearne nie mają tego wymiaru.

Rosyjskie wojsko weszło do Czarnobyla 24 lutego 2022 roku. Co działo się potem, opisuje Pan w książce „Chernobyl Roulette: A War Story, która opiera się m.in. na rozmowach z uczestnikami wydarzeń. Rosyjska okupacja elektrowni była dla Pana zaskoczeniem?

W pierwszej chwili tak. Ale potem przestała dziwić. Wypadek w 1986 roku i okupacja w 2022 roku mają wiele wspólnego. Łączy je kompletne lekceważenie – ze strony władz radzieckich, a teraz rosyjskich – bezpieczeństwa nuklearnego i całkowity brak szacunku dla życia swoich obywateli, zwłaszcza tych w mundurach.

W 1996 roku ZSRR wysyłał do Czarnobyla zastępy młodych rekrutów na przeraźliwą śmierć. Bo wtedy, za Gorbaczowa, wierzono, że rewolucja technologiczna, a atom był jej częścią, uratuje chylący się socjalizm. Dziś Moskwa wysyła młodych rekrutów w najbardziej skażoną część świata, do Czarnobyla, bo to najkrótsza droga z Białorusi na Kijów. Cel: zdobyć Kijów i ożywić projekt imperialnej Rosji.

Kreml nie waha się wysyłać swoich obywateli na pewną śmierć, by osiągnąć cel, nie ważne, czy jest realistyczny. Wyobraźmy sobie Waszyngton wysyłający amerykańskich żołnierzy bez żadnego ochronnego ekwipunku do miejsca takiego jak Czarnobyl. No niemożliwe.

Jak bardzo zmieniła się przez ten czas Rosja?

Wciąż cechuje ją odgórny autorytarny system zarządzania i brak szacunku dla życia ludzkiego. Co jest nowe, to pijaństwo i rabunek. W 1996 roku w Czarnobylu obowiązywała prohibicja. W 2022 jedna trzecia śmieci pozostawionych przez wycofujących się żołnierzy rosyjskich, to były butelki po wódce. Rosjanie pokradli wszystko, co mogli, telewizory, komputery, meble, cały sprzęt ruchomy. Wiele z tych rzeczy jest skażonych i promieniuje na nowych właścicieli w Rosji. Mówiąc krótko: jest gorzej.

Ukraina zagroziła wysadzeniem reaktora

A co jest nowego po ukraińskiej stronie?

Podczas inwazji 2022 roku załoga elektrowni była całkowicie pozbawiona kontaktu z górą. Ci ludzie musieli podejmować decyzje sami. To był typowy przykład ukraińskiej oddolnej organizacji. Musieli sobie odpowiedzieć na fundamentalne pytania: o zdradę i lojalność. Bo jeśli złożysz broń, zapobiegając wypadkowi nuklearnemu, to zdradzisz?

Do tego, ludzie w Czarnobylu i Sławutyczu, mieście, gdzie mieszkają pracownicy elektrowni, byli znaczniej bardziej wieloetniczni niż przeciętnym miejscu w Ukrainie. Sławutycz to ostatnie radzieckie miasto Ukrainy, zbudowane w 1986 roku, już po katastrofie w Czarnobylu. Wielu mieszkańców przyjechało tu z Rosji. I ci ludzie w chwili próby postawili na dużo słabszą Ukrainę, która wtedy, w pierwszych dniach inwazji, wydawało się, że upadnie.

I znów fascynujący jest ten element tajności. Bo rosyjscy żołnierze myśleli, że reaktor wciąż działa. Film „Operacja specjalna (reż. Oleksiy Radynski), który składa się z nagrań z kamer przemysłowych, które przez cały czas okupacji działały na terenie elektrowni, pokazuje ogromną nudę. Przecież ci żołnierze mieli w ciągu trzech dni dojść do Kijowa. Zostali aż 36 dni. Znaleźli się poniekąd w pułapce.

Nawet oficerowie, nie wspominając już o szeregowcach, byli przekonani, że reaktor działa, choć ostatni wyłączony został w 2000 roku. Ale oczywiście zużyte paliwo jądrowe, to wszystko, co wciąż jest na miejscu w Czarnobylu, musi być chłodzone i jest śmiertelnie niebezpieczne.

Obsługa elektrowni była w stanie wykorzystać sytuację, zmusić Rosjan do ustępstw. Walentyn Hejko, kierownik zmiany, który w elektrowni pracował od 1987 roku, zagroził Rosjanom wysadzeniem reaktora, jeśli nie dostosują się do wskazówek ukraińskiej załogi. To był blef, ale skuteczny. Kupował też bezpieczeństwo mieszkańcom Sławutycz.

Hejko twierdził: spadnie włos z głowy naszym rodzicom w Sławutyczu i po was. Rosjanie byli zakładnikami sytuacji. Ta ignorancja Rosjan może bawić, jest jednak przerażająca. To, co zrobiła załoga elektrowni, z kolei napawa optymizmem co do umiejętności człowieka w tak krytycznej sytuacji.

Kijów nie upadł. 31 marca 2022 roku Rosjanie się wycofali, ale uprowadzili 169 żołnierzy ukraińskiej Gwardii Narodowej, która pilnowała Strefy Wykluczenia wokół Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej. Wielu z nich nadal przebywa w rosyjskiej niewoli.

W Zaporoskiej Elektrowni Jądrowej sprawy potoczyły się inaczej.

Te miasta i elektrownie są ze sobą blisko związane. Nawet syn Walentyna Hejko pracuje w elektrowni zaporoskiej. Elektrownia zajęta została 3 marca 2022 roku. Była broniona przez wojsko. Rosjanie wysłali na elektrownię czołgi, w jednym z budynków wybuchł pożar. Przez kilka godzin nie chcieli dopuścić ukraińskich strażaków do gaszenia ognia.

Również tam, w Enerhodarze, mieście tego typu co Sławutycz, polityczny naród Ukrainy wystąpił przeciwko agresorom. Tyle że Rosja odpowiedziała siłą. Elektrownia nadal jest pod okupacją, a załoga zmuszona jest do pracy pod okupantem. Tylko cudem nie doszło do tragedii. Nie mam innego wytłumaczenia.

Nikt już nie popełni błędu Ukrainy

Ukraina miała trzeci co do wielkości arsenał jądrowy na świecie. Oddała go w zamian za gwarancje bezpieczeństwa. Od ponad czterech lat trwa wielka wojna. Jaki to ma wpływ na zakaz proliferacji broni masowego rażenia?

Żaden odpowiedzialny polityk na świecie nie pomyślałby dziś ani przez sekundę o oddaniu swojego arsenału jądrowego po tym, co stało się w Ukrainie. Najnowsze wydarzenia też do tego nie zachęcają.

Ostatni atak USA i Izraela na Iran miał rzekomo zapobiec temu, by Iran zdobył broń jądrową. Władze Iranu mają z tego ważną nauczkę. Nie mają szans, o ile nie zdobędą broni jądrowej.

Wiele zależy od tego, jak zakończy się wojna w Ukrainie. Jeśli wsparcie dla Ukrainy pozwoli jej przetrwać jako suwerennemu państwu, lekcja z tego będzie inna niż jeśli Ukraina będzie musiała ugiąć się pod presją Rosji. Ale jakkolwiek to się skończy, pewne jest jedno. Rosyjska agresja na Ukrainę zadała potężny cios całej doktrynie o zakazie proliferacji broni masowego rażenia.

A czy energia atomowa jest w stanie uratować nas przed kryzysem klimatycznym?

Tak się zakłada. Że będzie stabilizować system energetyczny oparty na surowcach odnawialnych, bo te, słońce czy wiatr, mają swoje wahania. Nie jestem aktywistą antyatomowym, jestem za bezpieczeństwem reaktorów. Moją największą troską jest zatrzymanie zmian klimatu, które w większości miejsc świata polega na jego ociepleniu.

Czyli potrzeba będzie jeszcze więcej prądu do chłodzenia wszystkiego, też infrastruktury. W Stanach obserwuję, jak administracja Donalda Trumpa likwiduje wiele mechanizmów prawnych gwarantujących bezpieczeństwo wokół obiektów nuklearnych. Cel: budować szybciej i taniej. Dlatego wchodzimy w fazę renesansu energii jądrowej, ale kosztem bezpieczeństwa. To niepokojące.

Historia stała teraźniejszością

Spodziewał się Pan, że zostanie jednym z najważniejszych historyków Czarnobyla?

Chyba się za takiego nie uważam. Ale moje zainteresowanie Czarnobylem sięga 1986 roku. Domagaliśmy się wtedy prawdy, żądaliśmy, by władze pokazały nam mapy. Wszedłem do archiwum, by znaleźć odpowiedzi na pytania, które nurtowały nas wtedy w Ukrainie.

Kiedy zaczęła się pełnoskalowa wojna, kończyłem akurat badania archiwalne w siedzibie Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej w Wiedniu. Rano Rosja zaatakowała Ukrainę. W południe oddałem papiery, opuściłem budynek. Myślałem, że to, co badam, jest kompletnie nieistotne dla dzisiejszego świata. Po południu tego samego dnia rosyjskie wojska weszły do elektrowni w Czarnobylu. Okazało się, że historia, którą badałem, przestała być tylko historią. Stała się teraźniejszością.

Cykl „SOBOTA PRAWDĘ CI POWIE” to propozycja OKO.press na pierwszy dzień weekendu. Znajdziecie tu fact-checkingi (z OKO-wym fałszometrem) zarówno z polityki polskiej, jak i ze świata, bo nie tylko u nas politycy i polityczki kłamią, kręcą, konfabulują. Cofniemy się też w przeszłość, bo kłamstwo towarzyszyło całym dziejom. Rozbrajamy mity i popularne złudzenia krążące po sieci i ludzkich umysłach. I piszemy o błędach poznawczych, które sprawiają, że jesteśmy bezbronni wobec kłamstw. Tylko czy naprawdę jesteśmy? Nad tym też się zastanowimy.

Na zdjęciu Emilia Sułek
Emilia Sułek

reporterka, doktorka antropologii z Uniwersytetu Humboldtów, zajmuje się Europą Wschodnią i Azją Środkową. Na podstawie badań terenowych napisała książkę „Trading caterpillar fungus in Tibet” (Amsterdam University Press). Laureatka Recherchepreis Osteuropa (2024) i Gliwickiej Nagrody Literackiej (2025) za książkę „Baranie oko”, która ukaże się w Wydawnictwie Czarne. Publikowała m.in. w The Guardian, WOZ: Die Wochenzeitung, New Lines Magazine, Piśmie, Gazecie Wyborczej i Polityce.

Komentarze