TVP szarpie się z nimi w sądzie, TVN pokazuje jako wolnorynkowców. Sama Konfederacja złagodziła kurs i unika antysemickich wybryków. Czy mają szanse przeskoczyć próg? I co to oznacza dla PiS?

Konfederacja startuje w nieco innej konfiguracji niż podczas wyborów europejskich. W jej szeregach brakuje tym razem Piotra Marca-Liroya, Marka Jakubiaka i Kai Godek. O roszadach na skrajnej prawicy pisaliśmy w tekście: Jobbik czy Monty Python? Jak Korwin, Jurek, Liroy i Kolonko do Sejmu szli.

Partia Janusza Korwin-Mikkego, Grzegorza Brauna i Krzysztofa Bosaka, stara się również zmienić swój wizerunek w oczach wyborców: zamiast żydożerczej retoryki postawili na opowieść o nieskrępowanym wolnym rynku, którego mają być gwarancją.

Czy zmiana tonu da im miejsce w przyszłym parlamencie? Nie są bez szans.

Problem z przebiciem bańki

Podczas wiosennej kampanii do Parlamentu Europejskiego Prawo i Sprawiedliwość początkowo nie poświęcało Konfederacji uwagi. Agresywna retoryka walki z LGBT i „moralnym zepsuciem” miała być wystarczającym magnesem dla wyborców radykalnej prawicy, by zagłosować na PiS.

Ale notowania Konfederacji w sondażach regularnie rosły, a słupki poparcia były regularnie karmione skutecznie prowadzoną kampanią o „żydowskim spisku przeciwko Polsce”, czyli „ustawie 447” – podpisanym przez prezydenta Donalda Trumpa akcie prawnym, który umożliwia dyplomatyczny nacisk na Polskę w sprawie bezspadkowego mienia ofiar Holocaustu.

PiS się przestraszył i ruszył do kontrataku.

Na miesiąc przed wyborami atak przypuściły media Tomasza Sakiewicza, zarzucając kandydatom Konfederacji (m.in. Bosakowi i Korwin-Mikkemu) niejasne kontakty z Rosją. Za polityków skrajnej prawicy wzięły się również podporządkowane obozowi władzy media publiczne.

Ostatecznie Konfederacja, która w sondażach tuż przed wyborami miała nawet 8-9 proc. poparcia, zjechała w wyborach pod próg i nie zdobyła ani jednego mandatu. Korwina i spółkę zabiła przede wszystkim wysoka frekwencja. W 2019 roku zdobyli 621 tysięcy głosów, cztery lata wcześniej Kongres Nowej Prawicy uzyskał tylko 500 tysięcy, ale bardzo niska frekwencja dała mu aż 7 proc. i cztery mandaty w Parlamencie Europejskim.

Frekwencja może być dla Konfederatów zabójcza również w najbliższą niedzielę. Jeśli będzie w okolicach 55 proc., musieliby złowić kolejne dwieście tysięcy głosów w porównaniu do i tak rekordowych dla skrajnej prawicy wyborów europejskich. To nie jest zadanie niewykonalne, ale jednak mniej niż bardziej prawdopodobne.

„Bo Korwin to seksista”

Porażka wyborcza Konfederacji w eurowyborach, częściowy rozpad ugrupowania oraz ich słabsze notowania w sondażach zachęciły PiS, by dokonać przejęcia elektoratu Bosaka i Korwina.

W klipie #JedziemyDalej opublikowanym przez partię Kaczyńskiego 14 września – narratorem jest młody chłopak, wyglądający jak młodszy brat Krzysztofa Bosaka. Zarzuca Platformie głosowanie za ACTA2, podwyższanie podatków i wieku emerytalnego, kluczenie w kwestii przyjmowania uchodźców. PSL wg niego to „ekipa obrotowa, byle utrzymać stołek”. Kukiz natomiast nie wie, czego chce, zaś Lewica to komuniści, którzy wyszli z krypty. Wszystkie to repertuar zarzutów, które politycy Konfederacji stosują wobec konkurencyjnych partii.

PiS, który zazwyczaj przedstawia się jako partia zbawców narodu i krystalicznie uczciwych ludzi, w tym spocie mówią o sobie, że „może nie jest jeźdźcem na białym koniu”, ale na pewno „ciężko pracuje”. Chwali się obniżaniem podatków, zerowym PIT-em dla młodych, programem socjalnym dla dzieci (ale nie pada nazwa 500 plus) i… Wojskami Obrony Terytorialnej.

Zdystansowany przekaz skierowany jest do młodego, sceptycznego wobec PiS mężczyzny, który lubi narzekać na podatki, biurokrację, „polityków u koryta” i któremu imponują militaria. Słowem – skierowany jest do przeciętnego wyborcy Konfederacji, o której nie ma w klipie ani jednej wzmianki.

Kilka dni później główne wydanie „Wiadomości” TVP poświęciło Konfederacji aż kilka minut swojego cennego czasu antenowego. Przypominano, że skrajna prawica jest wewnętrznie podzielona, przegrała wybory europejskie, a w sondażach nie przekracza progu wyborczego.

Dziennik przekonywał, że głos na nich jest głosem zmarnowanym, więc „lepiej oddać głos na inne prawicowe ugrupowania”. Pokazano też Marka Jakubiaka, ex-konfederatę, twierdzącego, że partia chętnie utworzyłaby rząd z Koalicją Obywatelską, a więc jest częścią „totalnej opozycji”.

Były też zarzuty o kontakty z Rosją, ale już nie tak radykalnie formułowane, jak przed wyborami europejskimi. Nowością było wytknięcie Konfederacji mizoginii. Pokazano słynne wypowiedzi Korwin-Mikkego o tym, że kobiety powinny zarabiać mniej od mężczyzn, bo są mniej inteligentne. „To nawet nie jest patriarchalizm, to jest po prostu bardzo brzydki męski szowinizm” – potępił Korwina z pozycji feministycznych publicysta prawicowego tygodnika „DoRzeczy”.

TVP próbuje pomijać

Strategia mocnego ataku była mieszana przez PiS w trakcie kampanii ze strategią „głośnego przemilczenia” Konfederacji. W propagandzie PiS to ugrupowanie dziwne, niewiarygodne, ale przede wszystkim – statystycznie nieistotne. „Idźcie z większymi” – wprost mówi TVP.

Wszystko byłoby dobrze, gdyby „Wiadomości” nie przesadziły. W dzienniku TVP 26 września pokazano wyniki sondażu pracowni Pollster, ale pominięto słupek Konfederacji, choć partia zdobyła w badaniu 5 proc. gwarantujące przeskoczenie progu wyborczego. Konfederacja skierowała sprawę do sądu w trybie wyborczym.

TVP proces przegrała, ale wyrok wykonała w sposób daleko odbiegający od standardowego. Treść sprostowania wyświetlono rozmiarem czcionki nakazanym w wyroku, ale zmieniono rozdzielczość. W efekcie widzom „Wiadomości” wyświetlił się na środku ekranu bloczek tekstu nie do rozczytania. Prowadząca wydanie Danuta Holecka wyrok opisała jako „kuriozalny”, co powtórzył później kilkukrotnie lektor.

Konfederacja ponownie skierowała sprawę do sądu, domagając się prawidłowo przedstawionego sprostowania. We wtorek (8 października) TVP przegrała w pierwszej instancji, sprawa jest w toku. Ale awantura wokół sondażu i przegrane w sądzie musiały zdenerwować PiS, który od tamtej pory zaczął agresywniej atakować konfederatów. Do palety stałych zarzutów dołączyły także tzw. „taśmy Konfederacji”, czyli nagrania, na których politycy omawiają podział subwencji partyjnej i ewentualne wyprowadzanie pieniędzy do zewnętrznych podmiotów.

Strategia na wolnorynkowców

We wtorek 8 października „Fakty” TVN pokazały materiał o Konfederacji, w którym przedstawiono ich postulaty programowe (m.in. dobrowolny ZUS, program 1000+, benzyna za 3 zł) i fragmenty spotu promocyjnego. Było sporo wypowiedzi liderów, przywoływano sondaże, w których dostawali nawet 7 proc., wspomniano też mimochodem o ich „ewentualnym sojuszu z Rosją”.

Materiał bardzo spodobał się zwolennikom i politykom Konfederacji, którzy uznali go za obiektywny. Tym bardziej że partia najbardziej znana do tej pory z antysemickiego, homofobicznego i antyliberalnego kursu po przegranych wyborach stara się łagodzić wizerunek, by przekonać do siebie mniej skrajnych wyborców.

Już nie zakładają przeciwnikom politycznym jarmułek podczas debat (wybryk Konrada Berkowicza), właściwie nie opowiadają o „żydowskich roszczeniach”, aborcja wyleciała z ich sztandarów (choć nie z programu) razem z Kają Godek.

Sprzeciwiają się „promocji LGBT”, ale nie ścigają się w tej kwestii z PiS-em. Choć przecież Grzegorz Braun i Korwin-Mikke, postulujący chłostę, więzienie, czy nawet karę śmierci dla osób LGBT i „ich popleczników”, z łatwością mogliby prześcignąć w radykalizmie Jarosława Kaczyńskiego.

Ale kampania do PE nauczyła Konfederację, że w starciu z graczem tak zdeterminowanym jak PiS, muszą gdzie indziej szukać swojej niszy. W kampanii do Sejmu postawili zatem na antysystemowość i wolny rynek, co widać było wyraźnie w wystąpieniach Jacka Wilka i Krzysztofa Bosaka podczas przedwyborczych debat. Edukacja? Bon oświatowy. Zdrowie? Konkurujące ze sobą ubezpieczalnie i współpłatność pacjentów za procedury medyczne. Zamiast 500 plus – tak zwane 1000 plus zwrócone w podatkach.

Trudno ocenić, czy taka strategia okaże się skuteczna, ale z pewnością wyróżnia ich na tle pozostałych komitetów.

Czy Konfederacja może pomóc opozycji?

Materiał w „Faktach” poruszył polityków i zwolenników PiS, którzy zaczęli się dopatrywać w tym celowego działania: „Widzimy przez ostatnie godziny ratowanie Konfederacji. Taką politykę niektórych ważnych ośrodków medialnych, żeby Konfederacja przekroczyła 5 proc., bo to utrudni PiS posiadanie większości w Sejmie” – komentował prof. Waldemar Paruch, szef rządowego Centrum Analiz Strategicznych.

Konfederację na czwartą odnogę „totalnej opozycji” namaścił nawet sam Jarosław Kaczyński. Na pewno strategia PiS na pokazywanie Konfederacji jako części „opozycyjnego układu” jest bardziej racjonalna niż pomysły TVP i Jacka Kurskiego, które przynoszą Konfederacji rozgłos i legitymizują ich jako antysystemowców niebezpiecznych dla władzy.

Czy wejście do Sejmu Konfederacji rzeczywiście mogłoby pozbawić PiS samodzielnej większości? W pewnych konfiguracjach – tak, w innych niekoniecznie. Jeśli nawet przekroczą próg, zdobędą zaledwie kilka mandatów, raczej bliżej czterech niż dziewięciu. Czy zabiorą je PiS? To zależy, z których okręgów będą mieć posłów.

Pewne jest, że zabrać większość PiS może tylko połączenie dobry wyników KO i Lewicy (ok. 30 i 15 proc.) oraz mocne PSL (7-8 proc.). Jeśli te trzy partie nie zdobędą takich wyników, nawet Konfederacja ponad progiem może nie pomóc.

Kandydaci obiecują. OKO.press rozlicza.
Wesprzyj nas, byśmy mogli działać dalej.

Absolwentka Prawa i Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Publikowała m.in. w Dwutygodniku, Res Publice Nowej i Magazynie Kulturalnym. Pisze o polityce i mediach. Prowadzi relacje LIVE w mediach społecznościowych.


Komentarze

Twoje OKO

Specjalne teksty. Niepublikowane taśmy. Poufne wiadomości. Za darmo. Na zawsze.

Załóż konto. Otwórz OKO!