„Jak sobie pomyślę, że płacimy za »globalne ocieplenie« i popatrzę za okno to mnie trafia szlag”, pisał Andrzej Duda. Leszek Balcerowicz twierdził, że zmiana klimatu nie jest zagrożeniem dla Polski, a jego Forum Obywatelskiego Rozwoju negowało jej ludzkie pochodzenie. Przez lata negacjonizm klimatyczny w Polsce przekraczał podziały polityczne. Na naszą zgubę

Globalne ocieplenie jest faktem i odpowiada za nie działalność człowieka. To zdanie, z którym zgadza się przytłaczająca większość ekspertów od klimatu. Piąty Raport Międzyrządowego Zespół ds. Zmian Klimatu (IPCC) z 2014 roku, nad którym pracowało w sumie 831 specjalistów od klimatu, nie pozostawia w tej kwestii żadnych wątpliwości.

„Wpływ człowieka na klimat jest oczywisty. Świadczą o tym rosnące koncentracje gazów cieplarnianych w atmosferze, dodatnie wymuszanie radiacyjne, obserwowane ocieplenie i zrozumienie systemu klimatycznego” – czytamy w streszczeniu raportu.

Specjaliści ostrzegają również przed niszczycielskimi skutkami nadciągającej katastrofy klimatycznej, zresztą jej pierwsze oznaki już możemy zaobserwować, także w Polsce, gdzie zaczynają się pojawiać problemy z dostępem do wody. W ostatnich dniach OKO.press pisało o tym m.in. w tekstach „Czy leci z nami klimatolog? Władza nie przygotowuje Polski na największe zagrożenie najbliższych lat” oraz w rozmowie z hydrologiem dr. Jarosławem Suchożebrskim na temat polskich zasobów wodnych.

Mimo to niektórzy nadal twierdzą, że problem jest wyolbrzymiony, a nawet zmyślony. Tacy ludzie albo w ogóle nie wierzą w globalne ocieplenie, albo uważają, że nie jest ono wywołane działalnością człowieka, ewentualnie sądzą, że jego skutki wcale nie będą groźne. Nazywa się ich zazwyczaj denialistami lub – w spolszczonej wersji – negacjonistami klimatycznymi, ponieważ negują naukowe ustalenia dotyczące zmian klimatycznych.

Za denializmem kryje się wielki biznes. Firmy paliwowe przeznaczają setki milionów dolarów na promowanie poglądów negujących zagrożenie klimatyczne. Socjolog Robert Brulle twierdzi, że każdego roku na konto organizacji negacjonistycznych wpływa około 900 milionów dolarów. Te nakłady przez długi czas osiągały cel i to w kluczowym dla ekologicznej transformacji okresie.

W Polsce za zaprzeczaniem antropogenicznym zmianom klimatu nie kryją się wielkie pieniądze sponsorów, co niestety nie znaczy, że nie mamy swoich negacjonistów.

W ostatnich latach zagrożenia związane z katastrofą klimatyczną lekceważyło wielu czołowych polskich polityków oraz znanych dziennikarzy i komentatorów politycznych.

Przyjrzyjmy się naszej rodzimej liście wstydu.

Zimne wiosenne noce

Listę wypada zacząć od głowy państwa, czyli Andrzeja Dudy. W kwietniu 2013 roku, gdy zdarzył się zimniejszy okres, nasz przyszły prezydent napisał na Twitterze „Jak sobie pomyślę że płacimy za »globalne ocieplenie« i popatrzę za okno to mnie trafia szlag:/”. Co ciekawe, w tym samym roku, miesiąc wcześniej, podobnymi przemyśleniami podzielił się Ryszard Petru: „To globalne ocieplenie trochę za daleko zaszło. Jutro w nocy -17”.

W równie ironicznym tonie na łamach „Rzeczpospolitej” wypowiadał się prawicowy publicysta Dominik Zdort. „Składam solenne wiosenne zobowiązanie. W tym roku w końcu zadbam o produkcję dwutlenku węgla – ironizował w związku z dokuczliwym mrozem – wolę wierzyć radykalnym lewakom lansującym tezy, wedle których to człowiek powoduje efekt cieplarniany, więc wszyscy tworzymy globalne ocieplenie. Ja, po tej zimie, zamierzam dołączyć do tej wspólnej sprawy”.

Cała trójka myli pogodę z klimatem. Jak możemy przeczytać na stronie naukaoklimacie.pl:

„Pogoda to chwilowy stan atmosfery w danym miejscu, a klimat – charakterystyczny przebieg pogody na danym obszarze, ustalony na podstawie wieloletnich obserwacji”. Innymi słowy, to że w Polsce zdarza się kilka wyjątkowo zimnych dni w marcu czy kwietniu w żaden sposób nie przeczy tezie o ocieplaniu się klimatu.

Gdy mówimy o klimacie, nie liczą się lokalne i krótkookresowe temperatury, lecz to co dzieje się w skali globalnej na przestrzeni wielu lat. Tu nie ma zaś wątpliwości – klimat się ociepla.

Zapoznawanie się z ustaleniami nauki i podstawowymi podziałami na klimat oraz pogodę jest zapewne trudniejsze niż żartowanie, że z radością przyczynimy się do katastrofy klimatycznej, ale od polityków i dziennikarzy powinniśmy wymagać podjęcia tego edukacyjnego wysiłku.

Na wojnie z „ekolewactwem”

Do żartów nie jest z pewnością Łukaszowi Warzesze. Znany publicysta od lat jest na krucjacie przeciwko naukowym ustaleniom dotyczącym globalnego ocieplenia, konsekwentnie pracując sobie na miano czołowego przedstawiciela nurtu antynaukowego w Polsce. W 2013 roku złożył następującą propozycję ludziom troszczącym się o klimat i środowisko: „odczepcie się od naszych elektrowni, przemysłu, samochodów, żarówek i komputerów. Spadajcie na bambus, gdzie wasze miejsce, i najlepiej już stamtąd nie schodźcie. Zwłaszcza, że to wasze środowisko naturalne”.

Warzecha napisał też tekst z okazji zeszłorocznego szczytu COP24 w Katowicach, nazywając wiarę w globalne ocieplenie „ekologicznymi bzdurami, które głosi światowe lewactwo”. Nie uszła jego uwadze popularność młodej szwedki Grety Thunberg, znanej aktywistce środowiskowej. „W normalnych warunkach rodzice wzięliby panienkę w obroty, dali jej karę w postaci miesiąca bez internetu, żeby wybić z głowy głupoty i tyle by tego protestu było” – pisze publicysta w jednym ze swoich tekstów.

Warzecha jest tak zaprzysięgłym wrogiem rozwiązań ekologicznych, że nawet polityka PiS wydaje mu się pełna niedopuszczalnych ustępstw na rzecz „lewactwa” i „ekooszołomstwa”. „PiS okazuje się w tej sferze gorszy od Platformy, bo w przeciwieństwie do niej nie tylko gada, ale też robi” – ubolewa w tym samym tekście, w którym krytykuje Thunberg. „Co gorsza – dodaje Warzecha – po stronie konserwatywnej, zamiast zdecydowanej walki z atakiem ekolewactwa na wolny rynek, gospodarkę, dobrobyt i zdrowy rozsądek, pojawiają się coraz częściej pomysły, aby iść w stronę zielonego konserwatyzmu”.

Polityka Unii Europejskiej gorsza niż katastrofa klimatyczna?

Warzecha nie jest osamotniony w swoim przekonaniu, że walka z katastrofą klimatyczną jest zamachem na wolny rynek. To nie przypadek, że wśród polskich negacjonistów znajdują się nasi czołowi fundamentaliści rynkowi, którym nie podobają się „zielone” regulacje Unii Europejskiej.

Witold Gadomski, dziennikarz „Gazety Wyborczej”, już w 2009 roku przypuścił atak na naukowców, polityków i aktywistów chcących walczyć z globalnym ociepleniem. W tekście „Przeciw klimatycznym zelotom” podważał on naukowe ustalenia dotyczące katastrofy klimatycznej, powołując się na bliżej nieokreślonych specjalistów twierdzących, że „teza o postępującym ocieplaniu się klimatu jest słabo udowodniona i oparta na błędnych modelach komputerowych”. Gadomski nawiązuje w swoim artykule do wielokrotnie obalanego mitu, że obecnie postępujące globalne ocieplenie może mieć przyczyny naturalne, niezależnie od działalności człowieka.

Warto zaznaczyć, że do 2009 roku zostały już wydane cztery raporty IPCC na temat globalnego ocieplenia i były one silnie udokumentowane naukowo. Na przykład raport z 2007 roku został napisany przez ponad 600 naukowców i zrecenzowany przez drugie tyle. Gadomskiego to jednak nie przekonało, dlatego twierdził, że: „Idea walki z globalnym ociepleniem coraz bardziej przypomina religię w jej gorącej fazie prozelityzmu”.

Dziennikarz „Gazety Wyborczej” uważa, że należy twardo sprzeciwiać się osobom pragnącym walczyć z globalnym ociepleniem. „W naszym interesie jest blokowanie klimatycznych zelotów, obniżanie nadmiernie ambitnych planów Europy i świata redukcji CO2” – pisze pod koniec swojego tekstu.

W 2010 roku w wywiadzie dla „Newsweeka” w podobnym duchu wypowiadał się Leszek Balcerowicz: „Nie uważam za zagrożenie globalnego ocieplenia. To polityka klimatyczna jest zagrożeniem dla rozwoju niektórych krajów, w tym Polski”.

Jeszcze dalej w krytyce polityki klimatycznej Unii Europejskiej poszło Forum Obywatelskiego Rozwoju, fundacja założona przez Balcerowicza. W 2014 roku FOR wydał raport, w którym powoływał się na tezę o naturalnych przyczynach globalnego ocieplenia.

„Wymogi klimatyczne UE zmuszają zarówno rządy, jak i przedsiębiorstwa do wypełniania zaleceń, które nie mają wystarczającego uzasadnienia w naukach przyrodniczych: część badań dowodzi, że wzrost średniej temperatury Ziemi i poziomu dwutlenku węgla w atmosferze jest wynikiem naturalnych procesów, zachodzących co ok. 25 tys. lat” – czytamy w raporcie FOR.

Na poparcie swoich tez autorzy raportu przywołują dwa artykuły. Autorem pierwszego jest Robert Essenhigh, ekspert Heartland Institute, prawicowego think tanku sponsorowanego przez firmy paliwowe, symbolu negacjonizmu klimatycznego. Drugi tekst nie ma zaś nic wspólnego z globalnym ociepleniem. Ale wystarczyło to autorom raportu do podania w wątpliwość ustaleń setek ekspertów od klimatu.

Co gorsza, w zaktualizowanej wersji raportu FOR dodał kolejną antynaukową tezę mówiącą, że „używanie przez ludzi paliw kopalnych podniesie temperaturę Ziemi tylko o 1°C w ciągu 200-300 lat”. Światowa Organizacja Meteorologiczna szacuje, że do 2100 roku temperatura może wzrosnąć nawet o 5°C, jeśli nie wprowadzimy koniecznych zmian.

Co odpowiemy młodym?

Podane przykłady to tylko niewielki wycinek z dziejów polskiego negacjonizmu. Jak słusznie zauważa Bohdan Widła, denializm klimatyczny jest w Polsce ruchem ponad podziałami. Teksty deprecjonujące ustalenia nauki można było przeczytać zarówno w prasie prawicowej, jak i liberalnej – i na niszowych portalach, i na łamach największych polskich tytułów prasowych.

Negacjonistą jest zarówno Jarosław Kaczyński mówiący, że emisje CO2 nie mają żadnego znaczenia dla klimatu, jak i jeden z jego najzagorzalszych przeciwników, czyli Roman Giertych, który swego czasu pisał beztrosko: „A ja lubię globalne ocieplenie i chętnie finansowałbym jego postęp. Winorośla i palmy w Polsce? Super!”. Obaj politycy mogą się szczerze nie znosić, ale w sprawie globalnego ocieplenia mówią jednym głosem i wspólnie prowadzą nas w stronę katastrofy.

Wydaje się też, że w Polsce negowanie zagrożeń klimatycznych nie wywołuje większego oburzenia. Na przykład Łukasz Warzecha mimo agresywnych, antynaukowych tekstów, w których proponuje osobom troszczącym się o przyszłość ludzkości „spadać na bambus”, został ostatnio zaproszony przez tygodnik „Polityka” do napisania tekstu o… potrzebie dialogu politycznego. Leszek Balcerowicz może zaś spokojnie odgrywać rolę medialnego autorytetu, ponieważ nikt nie zadaje mu niewygodnych pytań o to, czy on i założony przez niego FOR nadal negują ustalenia nauki w sprawie globalnego ocieplenia.

To groźne zjawisko, bo takie przyzwolenie na negacjonizm klimatyczny w sposób naturalny skłania część społeczeństwa do stwierdzenia, że „Może coś w tym jest?”. Skoro czołowe media nie mają problemu z publikowaniem tekstów negacjonistów, to najwyraźniej negacjonizm musi mieć jakieś uzasadnienie, prawda?

Pew Research Center opublikowało jakiś czas temu wyniki sondażu sprawdzającego, czego najbardziej obawiają się mieszkańcy poszczególnych krajów. Okazuje się, że tylko 55 proc. Polaków uważa globalne ocieplenie za niebezpieczne zjawisko. To zdecydowanie mniej niż w większości innych krajów, na przykład w Grecji jest to 90 proc., we Francji 83 proc., w Niemczech 71 proc., w Szwecji zaś 69 proc. Powodów tak słabego wyniku Polski jest z pewnością wiele, ale jednym z nich może być to, że przez lata negacjonizm był traktowany jako „jeszcze jeden głos w dyskusji”, pomimo braku jakichkolwiek naukowych przesłanek przemawiających za tym stanowiskiem.

Trzeba powiedzieć wprost: promowanie negacjonistów klimatycznych niewiele różni się od promowania antyszczepionkowców albo zwolenników poglądu o płaskiej Ziemi. Skutki mogą być tragiczne.

Gdy w marcu tego roku polska młodzież wzięła udział w strajku klimatycznym, Leszek Balcerowicz pytał karcąco „gdzie są młodzi w obronie praworządności i demokracji?”. Ale w obliczu postępującej katastrofy klimatycznej to młodzi mogą pytać, gdzie był Balcerowicz i reszta dorosłych, gdy naukowcy bili na alarm, że zmierzamy w stronę tragedii.

Niestety w wielu przypadkach odpowiedź brzmi: po stronie ludzi bagatelizujących zagrożenie i promujących groźne, antynaukowe tezy.

Dr. Tomasz S. Markiewka – filozof, autor książki „Język Neoliberalizmu” (Wydawnictwo Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, 2017), współpracuje m.in. z „Nowym Obywatelem” i „Magazynem Kontakt”.

Filozof, autor książki „Język Neoliberalizmu” (Wydawnictwo Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, 2017), współpracuje m.in. z „Nowym Obywatelem” i „Magazynem Kontakt”.


Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press