28 października 2020

Kaczyński, udając obronę Kościoła, próbuje zrzucić polityczną odpowiedzialność z PiS [WIDZĘ TO TAK]

PiS kocha stawiać się w pozycji ofiary. Tymczasem w wystąpieniu Kaczyńskiego nie ma ani słowa o protestach pod jego domem, czy pikietach pod biurami posłów PiS. Przypadek? A może jednak próba odwrócenia uwagi od odpowiedzialności partii?

Po wtorkowym (27 października) "orędziu" Jarosława Kaczyńskiego nie brakuje porównań do przemówienia generała Jaruzelskiego o ogłoszeniu stanu wojennego, ale także komentarzy, że prezes PiS przestał się kontrolować, skoro niemal wprost wzywa do zamieszek. OKO.press próbuje zanalizować, co politycznie może ugrać Kaczyński tym wezwaniem do "obrony kościołów za wszelką cenę".

Członek rządu wzywa do samosądów

W demokracji, to państwo i jego aparat mają monopol na użycie siły. Jeśli więc ktoś uważa, że jakieś dobro jest zagrożone, może dojść do zniszczenia mienia czy sprowadzenia niebezpieczeństwa na ludzi, powinien niezwłocznie powiadomić o tym odpowiednie służby. Tymczasem Jarosław Kaczyński, wicepremier i przewodniczący Komitetu ds. Bezpieczeństwa, nawołuje wprost do samoorganizacji społecznej, formowania oddolnych bojówek. Jego słowa jako przedstawiciela władzy są szokujące.

Dodatkowym kontekstem jest materiał wyemitowany w wieczornych "Wiadomościach" o "atakach na kościoły". Przebitki z manifestacji przeplatane są tam fragmentami wystąpienia Jarosława Kaczyńskiego. Dwukrotnie jako komentarz z off-u pada w nim zarzut wobec policji, że nie reagowała w niedzielę i poniedziałek, gdy "lewaccy zadymiarze" napierali na świątynie.

O słabości policji, która rzekomo nie może mocniej reagować ze względu na krępujące ją przepisy, mówił w "Faktach po faktach" również Kamil Bortniczuk.

Skierować całą uwagę na Kościół

W orędziu Jarosława Kaczyńskiego nie padło ani jedno słowo, które zdradzałoby, że manifestacje odbywały się pod Trybunałem Konstytucyjnym, pod Sejmem, pod siedzibą PiS, pod regionalnymi biurami posłów, czy pod jego własnym domem. A przecież wiemy, jak Prawo i Sprawiedliwość lubi wracać do zabójstwa Marka Rosiaka i powtarzać na każdym kroku, że politycy PiS są w śmiertelnym niebezpieczeństwie.

W opowieści Kaczyńskiego Trybunał Konstytucyjny, sam, bez niczyjej inspiracji, a właściwie to przez lewicę, która uchwaliła taką, a nie inną konstytucję, wydał wyrok w sprawie aborcji, w wyniku czego protestujący zaczęli atakować kościoły w całej Polsce. Słowo "PiS" pojawia się w całym orędziu tylko raz - gdy Kaczyński wzywa "działaczy PiS" do obrony.

Jeśli mamy doszukiwać się w działaniu Kaczyńskiego racjonalności głębszej, niż chęć wzniecenia chaosu na ulicach, to musi to być plan przekierowania całej uwagi protestu na kościoły. Jego wezwanie do obrony jest jednocześnie wystawieniem protestującym kościołów jako celu.

Prezes PiS prawdopodobnie liczy na to, że skupienie uwagi na Kościele zdejmie z PiS-u ciężar politycznej odpowiedzialności za wyrok TK i za wywołanie masowych protestów w środku pandemii. Kościół jest wyjątkowo atrakcyjnym obiektem do takiej operacji, bo kwestia aborcji jest tylko i aż jedną z rzeczy, za którą protestujący mają wobec niego pretensje. Kolejnymi są kościelna pedofilia, religia w szkołach, czy Fundusz Kościelny. Hasła dotyczące rozliczenia Kościoła, wprowadzenia pełnej świeckości są zresztą postulatami Ogólnopolskiego Strajku Kobiet. Widać je także na ulicach, słychać je było w niedzielę wieczorem podczas protestu pod Kurią Metropolitalną w Warszawie.

PiS może liczyć na to, że aborcja zniknie między nimi. Że z protestów przeciwko podmiotom, które doprowadziły do zakazu aborcji w Polsce, zrobi się protest przeciwko samemu Kościołowi.

Rozbić protesty

PiS doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że siłą protestów jest powszechność przekonania, że czwartkowy wyrok z 22 października głęboko narusza prawa kobiet. Niezgoda na zaostrzenie i tak restrykcyjnego prawa aborcyjnego jest czymś, co łączy osoby o przekonaniach lewicowych, prawicowych, liberalnych. W tłumie maszerują nie tylko osoby, które są za aborcją na żądanie, ale także te, które satysfakcjonował dotychczasowy stan prawny. Są tam osoby zarówno wierzące, jak i niewierzące.

Co jednak najistotniejsze - po ulicach maszerują nie tylko osoby, które popierają akcje w kościołach, czy to małe pikiety, czy zabieranie głosu podczas mszy, rzucanie na tacę ulotek, ale także osoby, które w takich akcjach nie chciały uczestniczyć.

Z tej różnorodności przekonań protestujących PiS zdaje sobie sprawę, bo to właśnie czyni te protesty tak politycznie niebezpiecznymi. Mówienie o "lewackim faszyzmie", "lewackich bojówkach", jest zaklinaniem rzeczywistości. Kaczyński liczy na to, że skupiając się na kościołach, protesty zniechęcą do siebie część uczestniczek, a także te środowiska, które do tej pory deklarowały poparcie dla protestów, na przykład kibiców piłkarskich.

Kto najbardziej obroni kościoły

Czy kościoły rzeczywiście były obiektem ataków, jak to przedstawia PiS? W poniedziałek 26 października wieczorem tłum demonstrantów stał przez dwie godziny pod kościołem św. Aleksandra na placu Trzech Krzyży tylko dlatego, że zebrała się tam grupka narodowców, którzy wcześniej poturbowali Klementynę Suchanow. Przedtem tłum, który szedł z blokady ronda de Gaulle'a w stronę Trybunału Konstytucyjnego, omijał kościół obojętnie.

W akcji "Słowo na niedzielę" uczestniczyły te osoby, które miały na to ochotę. Żadne z wydarzeń w kościołach nie było centralnie organizowane w takim rozumieniu, w jakim organizowane były blokady ulic, czy zbiórki pod domem Jarosława Kaczyńskiego.

Na murach kościołów pojawiały się graffiti z oskarżeniami kleru tak samo, jak pojawiały się napisy na budynkach administracji rządowej. Michał Moskal, przewodniczący Forum Młodych PiS, namaszczony na koordynatora "kościelnej straży", pisze na Twitterze o "przemocy wymierzonej w wiernych". Ale do fizycznych ataków nie dochodziło. Przeciwnie, to raczej osoby manifestujące były siłą wypychane z kościołów, szarpane, a nawet zrzucane ze schodów.

Jarosław Kaczyński opiera swoje wezwanie na zakrzywionym obrazie protestów, ale liczy na to, że uda mu się doprowadzić do tego, by rzeczywiście pod kościołami dochodziło do fizycznych konfrontacji. Na mobilizacji PiS-owi zależy tak mocno, że w wieczornym wydaniu "Wiadomości" zdecydowali się pokazać setkę z wypowiedzią Roberta Bąkiewicza. Na co dzień narodowcy są w telewizji publicznej niemal nieobecni.

Wzywając działaczy PiS do akcji pod kościołami, Kaczyński liczy też na to, że nie odda skrajnej prawicy lauru "największych obrońców tradycji".

Udostępnij:

Dominika Sitnicka

Absolwentka Prawa i Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Publikowała m.in. w Dwutygodniku, Res Publice Nowej i Magazynie Kulturalnym. Pisze o praworządności, polityce i mediach.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne