Prawa autorskie: Piotr Skornicki / Agencja GazetaPiotr Skornicki / Ag...
27 października 2020

Protesty w kościołach. Odpowiedź na grzechy Kościoła? Nie wolno? A może trzeba? [DYSKUSJA OKO.press]

Czy wejście protestujących do kościołów jest etycznie uprawnione? Czy kościół pada tu ofiarą, czy jest agresorem? Czy wolno naruszać sferę sacrum? Czy to profanacja czy obrona wartości chrześcijańskich? Publikujemy zapis dyskusji redakcyjnej, czekamy na uwagi

Do tej pory protesty przeciwko Kościołowi zatrzymywały się u progu świątyń, co najwyżej na kościelnych murach czy bramach pojawiały się symbole protestu, np. dziecięce buciki w odniesieniu do przestępstw seksualnych. Na redakcyjnym kolegium dyskutowaliśmy, czy wejście osób protestujących do kościołów jest uprawnione? Skąd się wziął ten odruch? I jakie może mieć konsekwencje? Postanowiliśmy spisać nasze głosy, ciekawi jesteśmy, które wydadzą się Wam, drogie czytelniczki i czytelnicy, bliskie i sensowne, a które was wzburzą czy wywołają sprzeciw.

Warto dodać, że akcje w kościołach zagrożone są odpowiedzialnością w związku z artykułem 195 oraz 196 kodeksu karnego, które penalizują przeszkadzanie w wykonywaniu aktu religijnego kościoła oraz obrazę uczuć religijnych.

Art. 195

§ 1. Kto złośliwie przeszkadza publicznemu wykonywaniu aktu religijnego kościoła lub innego związku wyznaniowego o uregulowanej sytuacji prawnej, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.

§ 2. Tej samej karze podlega, kto złośliwie przeszkadza pogrzebowi, uroczystościom lub obrzędom żałobnym.

Art. 196

Kto obraża uczucia religijne innych osób, znieważając publicznie przedmiot czci religijnej lub miejsce przeznaczone do publicznego wykonywania obrzędów religijnych, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.

Kościół sam zaprasza politykę w swoje progi

Bianka Mikołajewska: Oburzeni wtargnięciami do kościołów argumentują, że wprowadzenie politycznych akcji do świątyń to ich profanacja i obraza uczuć religijnych tych, którzy przychodzą się modlić.

Byłby to może słuszny argument, gdyby nie fakt, że Kościół od lat sam zaprasza w swoje progi polityków i polityczne akcje. Przed każdymi wyborami parlamentarnymi z ambon płyną nawoływania do głosowania na konkretne partie polityczne (w ostatnich latach przede wszystkim PiS), parafie użyczają swych tablic ogłoszeniowych i płotów do rozwieszania plakatów wyborczych, politycy występują w kościołach nawet podczas nabożeństw (np. wicepremier Jadwiga Emilewicz przemawiająca z ambony podczas mszy w klasztorze na Jasnej Górze, w trakcie ostatniej kampanii prezydenckiej) lub organizują w świątyniach swoje akcje (np. miesięcznice smoleńskie w kościele w kościele św. Anny w Warszawie czy ceremonie zaprzysiężenia działaczy Młodzieży Wszechpolskiej - znów na Jasnej Górze).

Dominika Sitnicka: Kościół jest nie tylko wspólnotą wiernych, ale silnym graczem politycznym, o czym świadczą wywalczone przez niego przywileje jak Fundusz Kościelny, liczne zwolnienia podatkowe, czy opłacanie nauczania religii w szkołach z budżetu państwa. Na te przywileje składają się nie tylko osoby praktykujące, ale wszyscy obywatele - również ci niewierzący. Siła Kościoła manifestuje się również w warstwie symbolicznej. W 2016 roku to Jezusa Chrystusa, a nie Karola Marksa, czy Olimpię de Gouges, intronizowano w obecności najwyższych rangą urzędników państwowych na Króla Polski.

Nie można uprawiać twardej polityki, lobbingu, a jednocześnie uchylać się od społecznych konsekwencji swojego działania, wołając “my się tu tylko modlimy”.

Izabela Wierzbicka: Kościół katolicki, do którego nie należę, i wobec którego pozostawałam obojętna, postrzegam teraz jako ważnego koalicjanta Zjednoczonej Prawicy. Jego przedstawiciele stoją w szeregu z politykami partii rządzącej podczas wszystkich ważnych wydarzeń. Uczestniczy w procesach decyzyjnych suflując zgodne ze swoją doktryną rozwiązania. Wtrąca się w proces stanowienia prawa. Jest trybuną polityków rządzącej koalicji, przemawiających sprzed ołtarza. Współprowadzi kampanie wyborcze PiS i jego koalicjantów. Komentuje wydarzenia polityczne. Indoktrynuje swoich członków zgodnie z linią partii. I wreszcie jest instytucją, która uprawomocnia nawet najohydniejsze treści głoszone przez przedstawicieli Zjednoczonej Prawicy.

Dlatego manifestowanie w kościołach jest naturalne i uzasadnione. To w istocie są siedziby partii.

Sławomir Zagórski: W stanie wojennym (i przed) kościoły w Polsce były często miejscem manifestacji politycznych. Były głośne skandowania, hasła, plakaty. Wtedy Kościół nie uznawał tego za obrazę uczuć religijnych, bo był przeciwny władzy. Teraz tę władzę popiera i jest oburzony.

Robert Jurszo: Nie ma żadnego powodu, dla którego w świeckiej demokracji kościoły nie miałyby być miejscem protestów. Kościoły nie są jakimiś strefami eksterytorialnego sacrum - to przecież również przestrzenie publiczne. Dlatego nie jest jasne, z jakiego powodu niektórzy uznają za społecznie dopuszczalną manifestację w sądzie, podczas wykładu czy na koncercie, ale już nie w budynku kościelnym. Tym bardziej, że przyjęta w ubiegłą niedzielę formuła protestów na ogół nie była inwazyjna - zwykle ograniczała się do stanięcia z transparentem między wiernymi a ołtarzem.

To kościół ingeruje w życie obywateli

Bianka Mikołajewska: Nie brakuje głosów, że protesty w kościołach są naruszeniem wolności religijnej duchownych i wiernych. Problem w tym, że to Kościół przez lata dążył do ograniczenia swobód Polaków, poprzez narzucenie – również osobom niewierzącym i niepraktykującym – religijnych norm dotyczących ochrony życia.

To Kościół katolicki i jego najbardziej radykalni wyznawcy wzywali do wprowadzenia coraz drastyczniejszych obostrzeń dotyczących przerywania ciąży.

Nie ma żadnego uzasadnienia dla tego, by duchowni mieli prawo wchodzić z butami w najbardziej intymną sferę prywatnego życia ludzi, a ludzie nie mogli zaprotestować przeciwko temu wchodząc do kościołów z plakatami.

Protestujący nie domagają się, by księża i wierzący przyjęli ich normy etyczne, chcą tylko by Kościół nie narzucał im swoich".

I tak jesteśmy częścią kościoła

Maria Pankowska: Kościół katolicki siłą zagarnia obywatelki i obywateli do swojej wspólnoty, chrzcząc niemowlęta, wchodząc z religią do szkół, monopolizując obrzędy i moralność. Nawet osoby, które dokonały apostazji, muszą żyć z poczuciem, że nigdy nie wypiszą się z niego do końca. Mogą liczyć jedynie na adnotację w księgach, bo chrzest jest dla Kościoła aktem niezbywalnym.

Czy tego chcemy czy nie, zdecydowana większość z nas jest członkiniami i członkami Kościoła katolickiego. Mamy prawo protestować, przeciwko temu, jak działa instytucja, która łamie nasze prawa i do której włączono nas wbrew naszej woli.

Publiczne krytykowanie kościelnych protestów przez sojuszników ruchu kobiecego, choćby podawanie w wątpliwość ich "skuteczności", jest wyrazem niezrozumienia natury obecnych wydarzeń i protekcjonalnego podejścia do protestujących. To droga do zniechęcenia części uczestniczek i osłabienia protestu.

Kościół stoi opresją kobiet

Marta Nowak: Wszystkim, a szczególnie mężczyznom oburzonym wejściem kobiet do kościoła, być może należy się kilka słów przypomnienia. Po pierwsze: to nie atak, to reakcja. Być może opóźniona, ale też trudno wymagać od kilkumiesięcznego dziecka buntu przeciwko oblewaniu go święconą wodą i zapisywaniu do religii, o której nie ma pojęcia (płaczą, ale kogo to obchodzi). Trudno wymagać od kilkuletniego dziecka sprzeciwu wobec wartości, których uczy się go w szkole, czasem w domu, w atmosferze absolutnego braku sprzeciwu. Niewiele też kogokolwiek obchodzi naturalny opór dziecka przed opowiadaniem o intymnych sprawach obcemu facetowi w konfesjonale. Kościół jest w naszych domach, wychowaniu, wkracza siłą czy chcemy, czy nie.

To oczywiście nie są doświadczenia wyłącznie kobiece. Ale doświadczenie mężczyzny w patriarchalnej organizacji jest diametralnie inne niż kobiet. Mężczyzna nigdy nie był przez Kościół tak uprzedmiotawiany, kontrolowany i obwiniany.

To dziewczynki musiały się dowiedzieć: że nie będą nigdy księdzem, ani nawet ministrantem, że plan na ich życie już jest i zakłada cierpienie, a przynajmniej poświęcenie.

Niektóre kobiety się w ramach tego modelu odnajdują, inne zrzucają go z siebie latami. To, co wszczepił nam Kościół i wszystkie tego powikłania, które rozwijamy w dorosłym życiu, wyrzucamy czasem po latach na terapiach. Nikt, kto tego nie wie, nie zrozumie, jak ważne jest wejście do kościołów, przełamanie strachu i pokory wmawianych od dzieciństwa. To element kobiecej zbiorowej terapii, odzyskiwania głosu, na który nigdy nie było w Kościele miejsca ani przyzwolenia.

Dlatego walka o prawa kobiet nie może iść mimo Kościoła, przejść uprzejmie obok. Idzie przez sam środek.

Robert Jurszo: Nie bez znaczenia dla tych protestów pozostaje również ich ładunek symboliczny. Przestrzeń kościoła funduje bowiem pewne relacje władzy: oto kapłan - co ważne: mężczyzna! - jako przedstawiciel Boga, przemawia do wiernych, którym podczas mszy nie udziela się przecież głosu. Kobieta stojąca w centrum tego spektaklu z transparentem burzy ten hierarchiczny porządek, w metaforyczny sposób odzyskuje głos, prawo do własnego zdania, choć jej udział ogranicza się tylko do trzymania transparentu.

Kościół jest agresorem, nie ofiarą

Bartek Kocejko: Księża lubią posługiwać się językiem ostrej moralnej oceny. Mówią o zepsuciu, zwyrodnieniu, upadku i szatanie, który opętał ich politycznych przeciwników. Nie widzę przeszkód, abym w odpowiedzi nie miał sięgnąć po podobną poetykę.

Kościół w Polsce jest siłą odpowiedzialną za zło. Jest hierarchiczną, antydemokratyczną strukturą, której głównym celem jest reprodukcja własnej władzy. Najbardziej przemocowym wyrazem tej władzy jest jej stosunek do kobiet.

To ludzie bezpośrednio związani z kościołem, pod wpływem jego hierarchów, w 1993 roku niemal całkiem odebrali Polkom prawo do aborcji. Od tego czasu ponad 100 tys. kobiet rocznie skazuje się na korzystanie z aborcyjnego podziemia albo do kosztownych wyjazdów za granicę po zabieg, który powinien być czymś dostępnym i zupełnie normalnym.

To gorliwy katolik Lech Wałęsa zawetował rok później liberalizację tej przesiąkniętej religijnym fundamentalizmem ustawy, demagogicznie nazywanej "kompromisem".

To subtelny pobożny konserwatysta, przewodniczący Trybunału Konstytucyjnego prof. Andrzej Zoll zabrał kobietom prawo do aborcji ze względu na trudną sytuację życiową, gdy w 1996 roku na moment dopuścił to ustawą (względnie) lewicowy sejm. Dziś Zoll tłumaczy beztrosko, że w TK wówczas po prostu “dał wyraz swoim poglądom”.

To wreszcie Episkopat Polski przyjął z radością wyrok TK z ubiegłego czwartku - wyrok, który skazuje kobiety na strach, a w najgorszym scenariuszu na niewyobrażalne cierpienie.

Kościół jest okrutny także dla kobiet, które są częścią tej instytucji. Zakonnice są pozbawione jakiejkolwiek realnej władzy i głosu, często służą po prostu jako tania siła robocza - sprzątają i gotują księżom, bez ochrony socjalnej, praw pracowniczych, bez prawa do emerytury.

Historia przemocy Kościoła wobec kobiet jest tak długa, że trudno wyobrazić sobie łagodne i bezkonfliktowe zerwanie z tym ponurym dziedzictwem. Najpierw zresztą musiałby chcieć tego sam Kościół. Jednak ten, powoli tracąc władzę nad laicyzującym się społeczeństwem, postanowił dokręcić śrubę i przy pomocy lojalnych mu polityków wymusił na polskich kobietach stosowanie się do jego sadystycznych zasad.

Ludzie wchodzący do kościołów z swym protestem zachowują się nadzwyczaj pokojowo i godnie - nie można tego powiedzieć o najwyższych hierarchach kościoła, którzy wylewają na nich wiadra brunatnych pomyj, i proboszczach, którzy wynajmują równie brunatne bojówki do czyszczenia kościołów z protestujących.

Więc niech mowa Wasza będzie: tak, tak; nie, nie. Kościół katolicki jest tu agresorem, nie ofiarą.

Protesty są pokojowe

Hanka Szukalska: Protestującym w kościołach kobietom należy się w zasadzie pokojowa nagroda Nobla, nie pohukiwania na wulgarność i agresję - bo w sytuacji, gdy państwo aktywnie wspierane przez polski Kościół katolicki wprowadza bestialskie prawo antyaborcyjne, kobiety w Polsce poprzestają na gniewnych okrzykach, plakatach, rozrzucaniu ulotek oraz sprayowaniu murów. Pomimo ogromnego gniewu, lat upokorzeń i wizji nadchodzących cierpień, polskie kobiety nie sięgają po fizyczną przemoc. Etycznie stoją więc wyżej od fundamentalistycznych oprawców, także krzycząc: "wypierdalać"!

Kościół intensywnie indoktrynuje

Sebastian Klauziński: Mam 28 lat. Przez całe życie ludzie Kościoła nie mieli problemu z tym, żeby wchodzić w moje życie. Lekcje religii, niezliczone konkursy i akademie ku czci Jana Pawła II, rekolekcje, jasełka, zaliczanie nauk i mszy przed bierzmowaniem, pokazywanie księdzu zeszytu po kolędzie, oglądanie w podstawówce pseudonaukowych filmów o aborcji i egzorcyzmach i tak dalej, i tak dalej… Pokolenie 20- i 30-latków, moje pokolenie, jak żadne inne doświadczyło kościelnej indoktrynacji i ingerencji. A mówię to jako mężczyzna – moje koleżanki były w dużo, dużo gorszej sytuacji. W ogóle nie dziwi mnie to, że właśnie to pokolenie wychodzi teraz na ulice i protestuje w kościołach. Dziwi mnie, że dzieje się to dopiero teraz.

Księża i biskupi powinni się cieszyć, że protesty przebiegają tak spokojnie. Mury i elewacje można odmalować, ulotki i plakaty wyrzucić. W porównaniu z tragediami, które przez ostatnie 30 lat były skutkiem ingerencji Kościoła w nasze życie – od przestępstw seksualnych księży po szczucie na mniejszości – odpowiedź mojego pokolenia jest łagodna jak "uśmiech Papieża Polaka".

To protest za wszystkie grzechy Kościoła

Anton Ambroziak: Kościół w Polsce sam, z premedytacją wszedł w buty politycznego gracza, który rękami zaprzyjaźnionych polityków stanowi prawo. Taktyczny sojusz tronu i ołtarza zatruwał prywatne życie obywatelek i obywateli tak długo, że ci w końcu stanowczo odpowiedzieli: „Dość!”. Szczególnie moje pokolenie, 20- i 30-latków jest zmęczone latami indoktrynowania i zohydzania wszystkiego i wszystkich. Gdyby niezadowoleni z formy protestu poświęcili pięć sekund, by zobaczyć, co jest pod hasłem „Wypierdalać”, kierowanym także w kierunku kleru, dowiedzieliby się o latach wpędzania w poczucie winy, zniszczonych życiorysach i cierpieniu. To było słychać w rozmowach pod kościołem Świętego Krzyża w Warszawie, gdy protestujący przypominali o homofobii, która zabija polskich nastolatków, o tuszowaniu pedofilii, o zmuszaniu kobiet do heroizmu rodzenia ciężko chorych dzieci, o odbieraniu prawa do podmiotowości i decydowania o swoim ciele czy płodności.

„Nie”, które słyszymy w całej Polsce nie jest tylko niezgodą na rolę, którą Kościół Katolicki pełni w teoretycznie demokratycznym i świeckim kraju. To „nie”, to też niezgoda na bycie osamotnionym w swoim wstydzie, którym przez lata zarażali nas hierarchowie. I choć nie bez powodu to kobiety i osoby nieheteronormatywne są forpocztą masowych protestów, to warto zwrócić uwagę, że ta niezgoda wykracza daleko poza klasę społeczną, miejsce urodzenia, a także gender. Hierarchowie mogą dziś zamknąć przed nami swoje bramy, mogą zasłaniać się oprychami z ruchów faszystowskich, mogą wyklinać protestujących od „barbarzyńców”, ale nie unikną rozliczenia.

To co, nie ma już sacrum?

Piotr Pacewicz: Należę do pokolenia, które w prehistorycznych już czasach PRL, widziało w Kościele sprzymierzeńca w walce z komuną. Z nadzieją patrzyłem na wczesnego Jana Pawła II, do dziś myślę, że bez niego takiego ruchu Solidarności by nie było. Nigdy nie zapomnę, jak na rynku w Jonkowie ludzie padali sobie w objęcia, gdy przyszła wiadomość o wyborze Karola Wojtyły. Prawdopodobnie bez kilku hierarchów nie udałby się Okrągły Stół.

Przykro patrzeć, co Jan Paweł II, a zwłaszcza polski Kościół zrobili z tym dorobkiem, w jaką poszli stronę. Być może było to nieuchronne zważywszy na charakter tej instytucji i anachroniczny konserwatyzm katolickiej nauki (o której PiS mówi, że poza nią jest tylko nihilizm), ale jest to straszne rozczarowanie.

Pomogły kolejne ekipy post-solidarnościowych ale i post-komunistycznych polityków, poczynając od wprowadzenia w 1990 roku religii do szkół instrukcją (nawet nie rozporządzeniem !) ministra edukacji, a kończąc na pełnym sojuszu ołtarza z tronem PiS. To wszystko zdemoralizowało Kościół do reszty.

Obecność aktywistek w konkretnych kościołach jest adekwatną odpowiedzią na obecność Kościoła w życiu publicznym i jego ostatni sukces - okrutną i głupią, przemocową decyzję o zakazie aborcji w tych 1000 przypadków rocznie ludzkich nieszczęść.

Myśląc o demonstracjach wewnątrz kościołów odczuwam jednak dyskomfort i zastanawiam się nad jego źródłem. Choć niewierzący "od zawsze" wyznaję wiarę w wiarę innych i odczuwam szacunek dla przestrzeni sacrum, jakie tworzy ich modlitwa. Martwię się, że jest pewnie sporo osób, których takie działania odepchną od buntu kobiet, a nie do niego przyciągną. Propaganda PiS już nad tym pracuje.

Ale, ale. Dlaczego zatem nie czułem dyskomfortu, gdy w kościele organizowane były głodówki protestacyjne opozycji i gdy chroniliśmy się w zakamarkach tego samego św. Krzyża przed ZOMO? Wydawało mi się wtedy, że religia chroni te same wartości, co protestujący. Że krzyż broni przed pałką, przed przemocą. I że księża też tak myślą.

Oburzały mnie - i śmieszyły - kościelne występy, ostatnio Emilewicz, takie ni to kazanie, ni przemówienie, nie mówiąc o naziolskich marszach na Jasną Górę. Bez żadnego upoważnienia uważałem, że Kościół zdradza przesłanie Ewangelii, która jest przecież księgą moralnego buntu, a nie apologią władzy i porządku.

Sfera sacrum została sprofanowana przez sam Kościół. Hierarchowie wyciągnęli okrutne wnioski z doktryny, która przecież nie jest jednoznaczna: ani w kwestii in vitro, ani przerywania ciąży, ani uznania, że LGBT nie są dziećmi bożymi (polemizuje z tym papież Franciszek).

Nie ma już religii miłości, jest zakłamana religia władzy.

Dlaczego zatem czuję dyskomfort? Wracam do pytania, bo na pewno czuje go wielu czytelników i czytelniczek OKO.press.

Może dlatego, powtórzę, że dla osób wierzących kościół - nawet jak je wkurza - jest wciąż ich świętym miejscem? Czy mają do tego prawo, nawet jeśli hierarchowie zdradzili ich religię?

Może dlatego, i to jest zapewne główna przyczyna, że trudno się rozstać z marzeniem o sacrum. Gdy zostaje skalane przez głupich, cynicznych i złych ludzi polityki, można sobie przetłumaczyć, że to go nie niszczy.

Gdy robią to osoby, z którymi się identyfikujesz, twoje koleżanki, osoby, które szanujesz i które mają rację, oznacza to koniec resztek świętości. Trudno się porzuca złudzenia.

Ale pójdę krok dalej. Może czas zobaczyć, że tworzy się tu inne sacrum, inny Kościół, o którym pisał Gombrowicz:

Mądrzej ci powiem, jakiej to religii Jestem wraz z tobą kapłanem. Między nami Bóg nasz się rodzi i z nas I kościół nasz nie z nieba, ale z ziemi Religia nasza nie z góry, lecz z dołu My sami Boga stwarzamy i stąd się poczyna Msza ludzko ludzka, oddolna, poufna Ciemna i ślepa, przyziemna i dzika.

Taki kościół ludzko-ludzki nie musi być wcale ateistyczny. Wierzy tylko w innego Boga niż hierarchowie.

Udostępnij:

Redakcja OKO.press

Jesteśmy obywatelskim narzędziem kontroli władzy. Obecnej i każdej następnej. Sięgamy do korzeni dziennikarstwa – do prawdy. Podajemy tylko sprawdzone, wiarygodne informacje. Piszemy rzeczowo, odwołując się do danych liczbowych i opinii ekspertów. Tworzymy miejsce godne zaufania – Redakcja OKO.press

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne