0:00
17 lipca 2022

Kiedy Polacy wracają z emigracji, przeżywają szok kulturowy. Narzekają na nieżyczliwość i biurokrację [WYWIAD]

Co myślą o kraju Polacy, którzy wrócili z długiej emigracji na Zachodzie? Zderzają się z nieżyczliwością, biurokracją, powszechną gonitwą za pieniędzmi — mówi OKO.press socjolog dr Rafał Cekiera. Są szczęśliwi, że wrócili? „Z całą pewnością, są szczęśliwi, że kiedyś wyjechali”

Wydrukuj

Jak patrzą na Polskę ci, którzy wrócili z emigracji? Kochają swój kraj, ale wiele rzeczy w nim ich irytuje. Doceniają Zachód, ale nie przede wszystkim dlatego, że tam się lepiej zarabia — opowiada OKO.press Rafał Cekiera, dr nauk społecznych, kierownik Zespołu Badań Migracyjnych w Instytucie Socjologii UŚ. Wraz z Justyną Kijonką i Moniką Żak opublikował właśnie książkę "Emigracja jako doświadczenie. Studium na przykładzie migrantów powrotnych do województwa śląskiego" (Wydawnictwo UŚ).

Adam Leszczyński, OKO.press: Co myślą o Polsce emigranci, którzy wrócili do kraju? Dobrze się tu czują? Pan ich o to pytał.

dr Rafał Cekiera*: Przede wszystkim niejednokrotnie po powrocie przeżywają szok kulturowy…

Opowiem jednak najpierw o badaniach. Prowadziliśmy je we trójkę (z dr Justyną Kijonką i dr Moniką Żak z Instytutu Socjologii UŚ), dotyczyły osób, które do Polski wracały. Było wcześniej dużo badań dotyczących emigrantów, zwłaszcza tych, którzy wyjechali po 2004 r. Mniej analiz dotyczyło powrotów, chociaż doświadczenia reemigrantów są przecież niezwykle ciekawe i cenne.

„NIEDZIELA CIĘ ZASKOCZY” to nowy cykl OKO.press na najspokojniejszy dzień tygodnia. Chcemy zaoferować naszym Czytelniczkom i Czytelnikom „pożywienie dla myśli” – analizy, wywiady, reportaże i multimedia, które pokazują znane tematy z innej strony, wytrącają nasze myślenie z utartych ścieżek, zaskakują właśnie.

Przeprowadziliśmy analizy na podstawie rozbudowanych wywiadów pogłębionych — w sumie zrobiliśmy ich 38. Interesowały nas osoby dorosłe, które wyjechały po 2004 roku i spędziły przynajmniej rok na emigracji. Drugim kryterium był również minimum rok spędzony w Polsce po powrocie. Chodziło o to, żeby badane osoby już z pewnego dystansu mogły spojrzeć na tę część swojej biografii.

Chcieliśmy się dowiedzieć, w jaki sposób sami reemigranci postrzegają czas spędzony na emigracji. Co ona im dała lub zabrała? Czy żałują, że wyjechali? Z czym przyjeżdżają, z jakimi wrażeniami?

Chodziło nam o transfery związane z niematerialnymi zasobami, postawami, różnicami kulturowymi — ale przede wszystkim o to, żeby zbadać, w jaki sposób sami reemigranci to doświadczenie pobytu za granicą opisują.

Polscy socjologowie prowadzą badania na emigracją od początku istnienia naszej socjologii, czyli od stu lat z okładem. Sam pan bada emigrację od kilkunastu lat. Pewne wątki w opowieściach emigrantów wydają się uderzająco stałe. W pamiętnikach spisywanych przed II wojną światową emigranci pisali o różnicy pomiędzy życiu w Polsce a na Zachodzie: że tam się człowieka lepiej w pracy traktuje, że człowieka się bardziej szanuje, że ludzie są bardziej życzliwi. Jak ktoś ma takie doświadczenia, przeżywa szok kulturowy po powrocie?

To jest nieco bardziej skomplikowane. W książce, która jest pokłosiem naszych badań, pokusiliśmy się o wyróżnienie kilku "emigracyjnych lekcji" — tego, czego migranci się uczą za granicą i z czym przyjeżdżają. Wśród nich jest oczywiście lekcja życzliwości, lekcja poczucia własnej wartości, innej kultury organizacji, ale także na przykład lekcja własnej kultury.

W wywiadach bardzo często sami migranci używali tej dosyć zgranej metafory — że emigracja to szkoła życia. Staraliśmy się więc zidentyfikować, jakie w tej szkole najczęściej pobierane są lekcje.

Oczywiście, w dużym stopniu są one podobne do tych już wcześniej opisywanych. Dodałbym jeszcze, również mające długie tradycje, separowanie się od swojej grupy etnicznej. „Spotkaliśmy tam Polaków, ale tamci Polacy zachowywali się strasznie”.

„Nie to, co ja! Bo ja się zachowywałem zawsze wzorowo.”

Otóż to. Badani opisywali czasem pobyt na emigracji za pomocą budowanego dystansu czy opozycji wobec innych napotkanych tam Polaków, co jest samo w sobie ciekawym mechanizmem. Jeden z badanych, który przez kilka lat mieszkał w Irlandii Północnej, relacjonował nam, że mieszkało mu się dobrze, dopóki było tam niewielu Polaków. Nieraz pojawiała się także kategoria "wstydu za innych rodaków", co może być też paradoksalnie dowodem odczuwanej dość silnej więzi etnicznej.

Co myśleli o Zachodzie? Co im się z nim kojarzyło?

Przede wszystkim wielokulturowość. To się bardzo często i spontanicznie pojawiało w wywiadach. Potem: kultura zaufania, międzyludzka życzliwość w codziennych relacjach . Wreszcie temporalność, czyli inny rytm życia. Cytat, jeden z moich ulubionych: cukiernik, który kilka lat spędził w Anglii, pracując przy bardzo ciężkich pracach na ubojni, tłumaczył nam: „tam życie jest prościejsze, bo nie ma takiej goniaczki”.

On to od razu zinterpretował w kategoriach ekonomicznych. Dodał, że tam można żyć wolniej, bo można sobie po prostu na to na to pozwolić, nie ma też takiej presji na zarabianie.

Reemigranci dostrzegali też inną kulturę organizacji. Odkrywali, nieraz ze zdumieniem, że z urzędami nie trzeba mieć skomplikowanych przepraw, tylko można się z nimi kontaktować na zasadach partnerskich. Że w pracy nie trzeba drżeć przez szefem. To główne różnice: wielokulturowość, życzliwość, zaufanie, inny rytm życia, odmienna kultura organizacji.

Ale powrotny szok kulturowy miewa także głębszy wymiar. Kiedyś Małgorzata Jacyno w książce „Kultura indywidualizmu” pisała, że współczesny człowiek mierzy się z czymś, co można nazwać żałobą po alternatywnych, zarzuconych i niepodjętych wersjach własnej biografii. Dziś mamy wielkie pole wyborów życiowych, znacznie szersze niż w przeszłości. A każdy wybór wyklucza inne. Nie dotyczy to rzecz jasna tylko migrantów. Ale w ich losie, jak w soczewce, widać to zjawisko. Powiedzenie "wszędzie jest dobrze, gdzie nas nie ma", mające zwykle kompromitować pojawiające się tęsknoty o innych miejscach, w przypadku reemigrantów bywa po prostu bolesnym stwierdzeniem faktu. Tak, "tam" pod wieloma względami jest dobrze. Ale wracają.

Czyli na emigracji było im dobrze? Dlaczego więc wracają?

Bo rodzina, bo rodzice się starzeją czy chorują, wymagają opieki lub chce się z nimi po prostu spędzić jeszcze trochę czasu. Bo chcą, żeby dzieci szły do polskiej szkoły.

Istotną motywacją jest także powszechnie funkcjonująca w Polsce instytucja babci i dziadka, którym można zostawić dzieci pod opieką.

Postanowienie powrotu pojawia się wraz z pojawieniem się dzieci, ale także wtedy, kiedy dziecko zaczyna edukację. Trzeba podjąć wówczas decyzję: ma wejść w polski system edukacyjny czy kraju aktualnego zamieszkania?

Powrót zwykle nie jest jednak łatwą decyzją. U niektórych uwidacznia się to na przykład dość kategorycznym i brutalnym odcięciem od miejsc pobytu na emigracji. Przykład? Jeden z badanych opowiadał nam, że nie ma odwagi pojechać odwiedzić znajomych w Anglii, bo się obawia, że mógłby zacząć znowu tęsknić za tym miejscem.

Za czym tęsknił?

Za życzliwością, "podejściem bez spinki", oczywiście też za lepszymi zarobkami i uczciwymi zasadami panującymi w miejscu pracy.

W ogóle zresztą sytuacja migracji skłania do refleksji — również na przykład do odkrywania na nowo Polski. To może paradoksalne, ale podczas pobytu za granicą wiele osób dopiero zaczyna uzmysławiać sobie, co w ich życiu jest uniwersalne, a co kulturowo specyficznie polskie. Odkrywano, żeby strawestować słynny wers, "jaką przebodli nas ojczyzną". Część naszych respondentów z kolei "mówiła Gombrowiczem", nawet pewnie nie zdając sobie z tego sprawy.

Co oni przez to rozumieli? Kotlet schabowy i choinkę?

Uświadamiano sobie, że pewne rytuały czy sposób myślenia nie są uniwersalne, lecz mają wymiar kulturowy. Niektórzy nawet dzielili się przekonaniem, że od tego nie ma ucieczki.

Chodziło z jednej strony o tradycje w rodzaju koszyczka wielkanocnego, czy nawet topienia marzanny, bo i takie wydarzenia nasi respondenci w Anglii urządzali. Również kwestie związane z rodziną, jej znaczeniem, szacunkiem dla osób starszych.

Ale też o pewien rodzaj — spróbujmy być mili — polskiej przedsiębiorczości, której rewersem jest po prostu kombinowanie.

Legalne, półlegalne bądź zupełnie nielegalne wykorzystywanie różnych luk systemu, na przykład trików pozwalających unikać płacenia abonamentu telewizyjnego. Jeden z respondentów podzielił się z nami instruktażem, jak w Wielkiej Brytanii robić stłuczki samochodowe, żeby wyłudzać odszkodowanie.

Ktoś nam opowiadał, że kiedy przyjechał za granicę i spotykał się z rodakami, to lista różnego rodzaju półlegalnych sztuczek stanowiła pierwszy zestaw przekazywanych mu informacji.

W „Szkicach piórkiem”, wojennych dziennikach pisarza Andrzeja Bobkowskiego są bardzo podobne refleksje dotyczące okupowanej Francji. Dziwi się, jak ludzie mogą być tacy niezaradni, pisze, że ci Francuzi tylko stosują się do reguł i przez to tracą, a Polakom paradoksalnie w warunkach okupacji żyje się lepiej. My w Polsce jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że trzeba kombinować, żeby przetrwać, prawda? I że życie jest ciężkie i że trzeba walczyć o swoje.

Spora część naszych badanych uznawała zaradność za jedną z wyróżniających polskich cech. To zresztą jedna z podstawowych lekcji emigracyjnych: poczucie, że sobie poradziłem, że zdałem test własnej operatywności. Ten nabyty certyfikat zaradności, wiarygodny, bo zweryfikowany w praktyce, mocno poprawiał poczucie własnej wartości.

Ale ma to też wspominaną już drugą stronę, która uwidaczniała się w przytaczanych przykładach nadużywania zachodniej kultury zaufania. Sporo osób deklarowało, że chętnie przenieśliby ją do Polski.

Równocześnie ta kultura zaufania czasem była traktowana właśnie jako przejaw naiwności: „oni są tacy łatwowierni, ich tak łatwo można wykiwać”.

Nie dostrzegali związku? Nie widzieli, że kultura zaufania jest możliwa właśnie dlatego, że ludzie nie kombinują? To już się nie sklejało?

Niekoniecznie. Chociaż wielu naszych rozmówców podkreślało, że życzliwość i kultura zaufania to coś, co dobrze byłoby do Polski przenieść. Nasze badania mogą ilustrować też dość oczywistą tezę - im wyższe kompetencje międzykulturowe, tym więcej dostrzega się kwestii wartych transferu do Polski. Z kolei osoby o niskich kompetencjach międzykulturowych miewają większą skłonność do niechęci względem - określanych tak właśnie - "Brytoli", "wiatraków" czy "ciapatych".

Mieliśmy tylko jednego respondenta, który nie dostrzegł ani jednej wartej przeniesienia do Polski cechy kraju emigracji.

Był to właśnie mężczyzna, który nie znał języka i cały pobyt na emigracji spędził tylko w polskim środowisku.

Coś w Polsce było lepsze także z punktu widzenia tych, którzy integrowali się lepiej?

Było inne, rzadko jednoznacznie „lepsze” czy „gorsze”. Polskość w ogóle traktowana była jako rodzaj miernika. Jeśli mogę przywołać literacką analogię: Jerzy Pilch w jednej z książek pisał, jak wielkim zdumieniem było dla niego odkrycie w dzieciństwie, że hymn Brazylii nie zaczyna się od słów "Jeszcze Brazylia nie zginęła, póki my żyjemy". Przy zachowaniu proporcji, wielu Polaków doświadczało podobnych zdziwień. Mówili nam na przykład, że kiedy wjeżdżali do Londynu, to byli przekonani, że skoro Anglia jest bogatsza, to tam będzie jeszcze czyściej niż w Polsce. Ruszając na Zachód często spodziewano się, że tam będzie tak samo jak w Polsce, tylko bardziej — bardziej czysto, bardziej bogato, ładniejsze domy, ładniejsze ulice, wszystko jak u nas, tylko lepsze. A okazywało się, że jest po prostu inaczej.

Co w Polsce doceniano?

Domowość, rodzinność, poczucie wspólnotowości. Swojskość, którą trudno przetransferować przez telefon czy internetowe komunikatory, której się nie kupi w polskim sklepie na emigracji. Po powrocie doceniali ją na nowo, często inaczej niż wcześniej.

Respondenci dzieli się odkrywaną radością z tego, co posiadają, miejsc do których wrócili. Stosunek do nich bywał jednak już inny, niż przed wyjazdem. To taka swojskość, która nie jest zamknięciem, nie opiera się na przekonaniu, że u nas jest najlepiej i że tak jak my robimy, powinni robić wszyscy. To raczej odkrywanie Polski czy swoich miejscowości jako pod pewnymi względami gorszych, pod innymi lepszych, ale przede wszystkim - innych.

Spora część naszych rozmówców, zwłaszcza bezdzietnych, zostawia sobie cały czas furtkę otwartą — mówi: „zawsze mogę wyjechać”. Jedna z dziewczyn opowiadała, że dla niej Holandia jest drugim domem, więc ona ma poczucie, że jeśli coś jej tu nie wyjdzie, to zawsze tam może wrócić. To daje zupełnie inną perspektywę.

Kontroli nad własnym życiem.

Tak, to daje poczucie, że nie jest się skazanym na to, co i gdzie się aktualnie robi. Daje to dodatkowe poczucie bezpieczeństwa, większą pewność siebie.

To bezsprzecznie jedna z głównych korzyści pobytu na emigracji: poczucie własnej wartości i większa pewność siebie. Wskazywali na to niemal wszyscy badani reemigranci, z wyjątkiem dwóch czy trzech osób, którym po prostu za granicą nie wyszło.

Odkrywano, że nie ma potrzeby mieć kompleksów. Część nawet sygnalizowała, co też wydaje mi się ciekawe, że kiedy już po powrocie zderzają się z jakimiś wyzwaniami, to wracają do wspomnień z czasów emigracji, że jest on dla nich istotnym zasobem motywacyjnym. Mówią sobie: „skoro tam sobie poradziłam, to przecież tutaj też sobie doskonale poradzę”.

Inny przykład: młode małżeństwo, które wyjechało tuż po ślubie i przechodziło na emigracji ciężką życiową przeprawę, relacjonowało: „to była masakra, ale teraz już nic nas nie złamie”.

Wróćmy do szoku kulturowego. Co ich denerwowało po powrocie?

Ludzie mówią: „dobra, to jest mój kraj, kocham go jakoś, bo czuję się Polakiem, ale jednak różne rzeczy mnie irytują”.

To, co denerwuje, to właściwie rewers tych rzeczy, które zachwycają na Zachodzie. Biurokracja. Gorsza komunikacja zbiorowa.

Najbardziej chyba jednak dolega kwestia trudniej uchwytna, a uciążliwa: inna atmosfera życia społecznego, to, w jaki sposób się do siebie odnosimy. Chodzi o drobne sytuacje, które wszakże znacząco zmieniają jakość naszego życia. Pamiętam opowieść jednego z respondentów, który tłumaczył, że w Anglii, jak wchodził do autobusu, to mówił kierowcy „cześć”, a kiedy nie wiedział, gdzie powinien wysiąść, to kierowca uspokajał: „siadaj obok mnie, ja ci pokażę”.

Potem wrócił do Polski, gdzieś w Bielsku Białej jechał autobusem. Sytuacja była analogiczna. Tylko że wtedy od kierowcy usłyszał: „no co ty, rozkładu nie potrafisz przeczytać?”

Dla niego to była symboliczna sytuacja pokazująca różnicę pomiędzy życiem w Polsce i w Anglii.

Czy oni czuli się swobodniej na emigracji?

To zależy, o jakim aspekcie życia mówimy. Ale na przykład część osób na emigracji podejmowała prace, których w Polsce nie chcieliby wykonywać. Kiedy pytaliśmy o transfery umiejętności, jeden z respondentów z wyższym wykształceniem, który pracował fizycznie — w sektorze budowlanym, robił jakieś dachowe remonty — za oczywiste uznawał, że przecież w Polsce na dachu to on pracować nigdy nie będzie.

Rozumiem, że to nie jest dyshonor pracować na dachu w UK, ale jest dyshonor pracować na dachu w Polsce?

Tak, z części zebranych przez nas opowieści można tak zrekonstruować postrzeganie pracy.

Czy są szczęśliwi, że wrócili?

Z całą pewnością, są szczęśliwi, że kiedyś wyjechali.

Zdecydowana większość badanych miała poczucie, że wyjazd był bardzo dla nich cenny, był budujący, że się sporo nauczyli, że rozszerzyła im się wyobraźnia, że pewne rzeczy, które wydawały mi się wcześniej niemożliwe, nagle okazały się możliwe. Mimo różnych niedogodności czy trudności, pozytywnie oceniali czas spędzony na emigracji.

To widać na wielu różnych poziomach. Jeden respondent poszedł na jakiś mecz i zobaczył, że są na nim także starsi państwo w strojach ulubionej drużyny piłkarskiej i że można kibicować, mając 80 lat i mieć z tego autentyczną frajdę. W Polsce kibicowanie kojarzyło mu się jednak z nieco innymi historiami.

Pieniądze zarobili?

Trochę z pewnością tak. Ale sami byliśmy zdziwieni, że kiedy reemigranci opowiadali nam o tych różnych benefitach związanych z wyjazdem, to ta kwestia finansowa nie była aż tak mocno akcentowana, jak się można było spodziewać.

Dostrzegali, że Polska się zmieniła?

Nierzadko ich to zaskakiwało. Na emigrantów często czyha pułapka związana z poczuciem, że w kraju pochodzenia czas jakby się zatrzymał. W jednym z opowiadań Bohumila Hrabala jest opis powrotu emigranta z Holandii. Wraca po 20 latach, wchodzi do knajpy, a tam ci sami kumple piją ten sam gatunek piwa co niegdyś i tradycyjnie grają w karty. Następnego dnia idzie do fryzjera, a ten pyta „czy strzyżemy jak zwykle”. To jest literacko ciekawe, ale niestety kompletnie nieprawdziwe.

Emigranci bywają czasem zaskoczeni, że ich znajomi się zmienili, że miejsca, do których wrócili, wyglądają już inaczej, a i na przykład rynek pracy działa już na innych zasadach.

Mamy w Polsce miliony emigrantów z Ukrainy — nikt dokładnie nie wie, ilu. Czy polskie doświadczenia z emigracją mogą się im jakoś przydać?

Odkryłem to niedawno, kiedy prowadząc warsztaty dla wolontariuszy, którzy obecnie pracują z Ukraińcami w Polsce, co chwilę przypominałem sobie historie naszych respondentów. Te opowieści reemigrantów można potraktować jako instruktaż działań integracyjnych. Ich opowieści właściwie są o tym. Oczywiście, nie da się porównywać sytuacji uciekających przed wojną uchodźców z osobami, które wyjechały sobie dorobić do Wielkiej Brytanii czy Holandii. Ale mam mocne przekonanie, że spostrzeżenia polskich reemigrantów mogą być nam obecnie bardzo przydatne. Doświadczyli oni na własnej skórze różnych trudności, wiedzą co to znaczy być w obcym kraju, co pomaga w adaptacji do nowych warunków, a co ją utrudnia. Tak często nam powtarzali, że czasem nawet bardzo drobne gesty ze strony społeczności przyjmującej kompletnie zmieniały im optykę bycia za granicą. To może być dla nas wszystkich ważna lekcja. Jeśli nauka powinna mieć wymiar aplikacyjny, to właśnie tutaj bym go szukał.

W ostatnich dwóch latach dużo więcej do Polski ludzi wróciło z Wielkiej Brytanii, z Irlandii, z Niemiec, z Francji niż wyjechało (...). To pierwszy taki okres od chyba '56 roku. Mamy netto przypływ ludzi do Polski, naszych rodaków. To jest Polski Ład.
Oceń wypowiedź
PrawdaFałsz
Wyłączną odpowiedzialność za wszelkie treści wspierane przez Europejski Fundusz Mediów i Informacji (European Media and Information Fund, EMIF) ponoszą autorzy/autorki i nie muszą one odzwierciedlać stanowiska EMIF i partnerów funduszu, Fundacji Calouste Gulbenkian i Europejskiego Instytutu Uniwersyteckiego (European University Institute).

Udostępnij:

Adam Leszczyński

Dziennikarz OKO.press, historyk i socjolog, profesor Uniwersytetu SWPS w Warszawie.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne