Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: il. Mateusz Mirys/OKO.pressil. Mateusz Mirys/OK...

„Dzięki aktom Epsteina wszyscy jesteśmy coraz bardziej jak Marjorie Taylor Greene“ – tak przynajmniej ogłosił we wstępniaku do lutowego numeru New York Magazine Simon van Zuylen-Wood. Taylor Greene do niedawna była członkinią amerykańskiej Izby Reprezentantów i jedną z wiodących postaci ruchu MAGA, który wzbogaciła, wnosząc do niego wątki ruchu QAnon opartego na teorii spiskowej o skorumpowaniu elit. „QAnon wyrósł z przekonania, że rozsiana po świecie tajna grupa prowadzi intensywny handel ciałami nieletnich – i jeśli z niekończących się reperkusji sprawy Epsteina można wyciągnąć jeden wniosek, to ten, że faktycznie rządzi nami klasa zdegenerowanych elit. […] I tak właśnie uniwersum teorii spiskowych staje się coraz bardziej czytelne dla zwykłych ludzi, kreując kolejne cykle zaskoczenia sieciami wpływów i intryg w miejscach, w których się ich w ogóle nie spodziewaliśmy“ – punktuje van Zuylen-Wood.

I rzeczywiście, choć Epsteinowi i jego znajomym raczej nie przyszłoby do głowy, że stworzyli spisek, w swoich poszukiwaniach dobrej zabawy i intelektualnej stymulacji zbudowali siatkę wzajemnych przysług, wspólnych tematów i obsesji, ambicji i lęków, obficie podlewaną mizoginią (która wydaje się głównym podzielanym poglądem). W kluczowych ogniwach sieć została wzmocniona wspólną tajemnicą bezkarnego łamania prawa, co nie znaczy wcale, że w procederze uczestniczyli wszyscy „przyjaciele Jeffa“. Dla wielu był to raczej swego rodzaju salon – jak wiemy choćby z ujawnionej korespondencji między Epsteinem a Børgem Brendem, do niedawna prezesem Światowego Forum Ekonomicznego w Davos (zrezygnował po ujawnieniu Epstein Files).

Davos też jest czymś w rodzaju salonu – miejscem spotkań decydentów poszukujących pomysłów, znajomości czy okazji do nieformalnych spotkań. W korespondencji, która rozwinęła się po wspólnej kolacji, Epstein sugerował, że Davos mogłoby „zastąpić ONZ“, z czym Brende entuzjastycznie się zgodził: „Dokładnie – potrzebujemy nowej globalnej architektury. Światowe Forum Ekonomiczne ma wyjątkową pozycję – publiczno-prywatną“. W innym liście Epstein sugerował Brendemu listę interesujących tematów na przyszłość:

„Ponieważ masz w sobie intelektualną ciekawość. Mój pogląd na „to, co dalej“ [„next“]

1 rośliny – struktura i komunikacja

2 tajemnice snu

3 Zamiast AI nowe będzie A (why) [gra słów oparta na podobieństwie brzmienia, chodzi o A (dlaczego)]. Czy komputery mogą zadawać pytania czy tylko dawać odpowiedzi

4 muzyka jako okno na mechanikę mózgu”.

Prawdę mówiąc, sama chętnie uczestniczyłabym w takich rozmowach, zwłaszcza mając możliwość zapraszania specjalistów i dręczenia ich pytaniami z perspektywy laika. Wiemy jednak, że sieć „przyjaciół Jeffa“ operowała także w obszarach finansowych (istnieją na razie niesprawdzone pogłoski, że Epstein wykupił Trumpa z jednego z jego bankructw, śledczy przygadają się również możliwości insider trading, czyli czerpaniu zysków z operacji finansowych dokonywanych na podstawie nieuczciwie nabytej wiedzy) – w końcu tym Epstein zajmował się zawodowo.

Lord Peter Mandelson, wysoko postawiony polityk brytyjski, a do niedawna nawet ambasador tego kraju w USA, miał być w kontakcie z Epsteinem w okresie kryzysu finansowego z 2008 r. i przekazywać mu wewnętrzne informacje związane z działaniami rządu Wielkiej Brytanii. Epstein miał nawet mieć ambicje, żeby uczestniczyć w rozwiązaniu greckiego kryzysu finansowego, o czym pisała Emilia Bromber w Gazecie Wyborczej

Kolejną korzyścią ze znajomości z finansistą-pedofilem był dostęp do jego talentu do zarządzania kryzysowego – i sieci osób, które mogłyby w tym pomóc. Sam Epstein zatrudniał licznych ekspertów od PR-u, którzy poza „spinowaniem" wizerunku finansisty po pierwszej karze więzienia zajmowali się również wizerunkami jego klientów, w tym Andrew Mountbattena-Windsora.

Wiemy, że sam Epstein też maczał palce w PR, na przykład, w 2015 r. wymyślał, w jaki sposób Woody Allen mógłby odzyskać publiczną sympatię po oskarżeniach o nadużycia seksualne.

Choć salony zwykle kojarzymy z lekkością i bezinteresownością, sieć zbudowana przez Epsteina funkcjonowała na podstawie nieustannych wymian i rozliczeń. I tak, według ustaleń amerykańskiego Forbesa w 2015 r. „Pisarz Michael Wolff sugerował w mailu do Epsteina, że powinien on albo obnażyć Trumpa, gdyby zaczął publicznie kłamać o swoich powiązaniach z Epsteinem, albo »uratować go, robiąc z niego swojego dłużnika«, jeśliby ich powiązania miały stać się przedmiotem bliższego zainteresowania“.

Przeczytaj także:

Zbrodnia przeciwko ludzkości?

Oczywiście, że chodziło też o młode, często nieletnie dziewczyny (oraz najprawdopodobniej chłopców). Skala ujawnionego procederu okazała się tak ogromna, że eksperci ONZ (tego samego ONZ, który miał zostać zastąpiony przez Forum w Davos, zwróćmy uwagę…) mówią o możliwym zastosowaniu kategorii „zbrodni przeciwko ludzkości“. Na podstawie samej zawartości akt Epsteina wysnuwają wniosek o „seksualnym niewolnictwie, przemocy reprodukcyjnej, znikaniu ludzi, torturach, nieludzkim i poniżającym traktowaniu oraz kobietobójstwach“.

Zbrodnia przeciwko ludzkości to systematyczny atak na populację cywilną – polski kodeks karny używa słowa „zamach“ – poprzez czyny takie jak zniewolenie, gwałt, zabójstwo, tortury czy przymusowe deportacje. O ile jednak pojedyncze zdarzenia wydają się coraz łatwiejsze do udowodnienia, o tyle zastosowanie kategorii „zbrodni przeciwko ludzkości“ uzależnione jest od odpowiedzi na kluczowe pytanie, a mianowicie, czy „przyjaciele Jeffa“ byli organizacją.

Zbrodnię przeciwko ludzkości popełnia bowiem ten, kto zamach lub atak objęty postępowaniem podejmuje „stosownie do lub dla wsparcia polityki państwowej lub organizacyjnej zakładającej dokonanie takiego ataku“ (art. 7 pkt 2(a) Rzymskiego Statutu MTK,. No, cóż, jeśli uda się wykazać, że była to tajna organizacja, osoby, które wyśmiewały m.in. Marjorie Taylor Greene i jej przekonania o istnieniu elitarnego spisku, będą musiały zjeść swój kapelusz…

Udowodnienie, że chodziło o organizację, miałoby też ciekawe konsekwencje. Jak pisze Ankush Khardori w amerykańskim Politico:

„Głównym celem upublicznienia akt miało być ujawnienie, kto brał udział w zbrodniach Epsteina, ale uniknął odpowiedzialności – już teraz widać, że jesteśmy jednak daleko poza tą ideą. Można nie znosić byłego Sekretarza Skarbu Larry’ego Summersa i uważać jego śliskie zachowania za śliskie, nie ma jednak powodu wierzyć, że uczestniczył w zachowaniach przestępczych“.

Jednak jeśli zaczniemy patrzeć na otoczenie Epsteina jak na organizację, każda osoba, której nazwisko pada w śledztwie, trafi pod lupę – jak dalece jej decyzje czy opinie były autonomiczne? A w jakim stopniu odzwierciedlały interesy stworzonej przez Epsteina organizacji? (Skądinąd dymisje oficjeli, których nie dało się połączyć ze stwierdzonymi przestępstwami, takich jak wspomniani już Brende czy Summers, wydają się antycypować taki rozwój wypadków).

Kłopoty z tajnymi organizacjami

Pierwszą reakcją osób, z którymi rozmawiałam o tym, że sieć Epsteina można traktować jak tajną organizację (czy raczej tajne stowarzyszenie: o ile nie jest jasne, czy można tu mówić o organizacji jako takiej, stowarzyszenie, czyli „sieć towarzyska“ było to jak najbardziej), były zdecydowane: „Powinni tego zabronić!”. Rzeczywiście, pomysł, że tego rodzaju ośmiornice mogą oplatać nasze instytucje i wpływać na bieg spraw publicznych bez wiedzy obywateli, sprawia, że ciarki nam chodzą po plecach. A jednak, jeśli się zastanowić, warunki polityczne i prawne, w których takie tajne stowarzyszenia mogą istnieć i mieć się dobrze, uważamy za cenne zdobycze demokracji: wolność spotykania i stowarzyszania się, prawo do prywatności, tajemnica korespondencji, wolność posiadania i wymiany poglądów…

Choć istnieją ogromne ułatwienia zrzeszania się, nadal nie ma obowiązku, by wszystkie grupy, które chcą wymieniać się wiedzą i koordynować działania, zakładały w tym celu organizacje pozarządowe czy partie, formalizując w ten sposób związki, jakie je łączą.

Dopóki tajne stowarzyszenia działają w granicach prawa, państwa w ogóle nie powinno interesować, że istnieją.

W przypadku sieci Epsteina nawet wielokrotne i słabo maskowane (świadectwa ofiar jego procederu były znane od bardzo dawna) łamanie przepisów prawa nie przełożyło się na systemowe śledztwo na większą skalę, co można tłumaczyć między innymi niechęcią służb do nadmiernej inwigilacji prywatnych poczynań obywateli. Oczywiście zaniechania te były powodowane także mizoginią i systemowym lekceważeniem przemocy seksualnej względem kobiet i dziewcząt, jak również znanymi z wielu badań społecznych uprzedzeniami związanymi z hierarchią społeczną i „efektem aureoli“, które każą nam postrzegać osoby znane lub wysoko postawione jako niemal święte – wszystko to stanowiło jednak tylko wzmocnienie głęboko zapisanego w demokratycznym DNA przekonania, że osobista prywatność jest dobrem, którego możliwie nie należy naruszać.

Demokratyczne DNA

To, że tajne stowarzyszenia tkwią w DNA zachodniej demokracji, nie jest wielką przesadą – pomijając, oczywiście, użycie biologicznej metafory do fenomenu polityczno-społecznego. Niemiecki historyk Reinhart Koselleck (1923-2006) – uważany za jednego z najważniejszych dwudziestowiecznych historyków – uważał nawet, że bez tajnych stowarzyszeń (w szczególności wolnomularstwa, choć badał też pod tym kątem iluminatów bawarskich) być może nadal doszłoby do zrywu rewolucyjnego przypominającego rewolucję francuską, ale raczej nie przekształciłby on rzeczywistości społeczno-politycznej Zachodu w podobnie trwały sposób. Innymi słowy, historycznie rzecz biorąc, gdyby nie tajne stowarzyszenia – nie mielibyśmy demokracji, jaką znamy.

W książce Krytyka i kryzys. Studium patogenezy świata mieszczańskiego Koselleck analizował następujące po sobie kryzysy legitymacji politycznej, poczynając od wojen religijnych XVII w. Kiedy kwestia religijna wykroczyła poza długo obowiązujące ramy „sojuszu tronu i ołtarza“, państwo miało do wyboru dwie drogi – albo kontynuować sojusz, ale wybierać pomiędzy konfesjami, ale samym tym wyborem wikłać się w logikę wojen religijnych, albo wycofać się z wojny, a sankcji swojego istnienia szukać od tej pory w domenie świeckiej.

Państwo absolutystyczne ukształtowało się właśnie w odcięciu od religii, ustanawiając jako zasadę swojego istnienia rację stanu.

„Wyłączenie «moralności» z obszaru polityki nie było więc wymierzone przeciw moralności świeckiej, lecz przeciwko politycznym zakusom moralności religijnej“, pisał Koselleck, i stanowiło warunek utrzymania „politycznej niewinności“, jak to określał.

Ale – zauważa historyk – ta pragmatyczna droga sprawiła, że państwo utraciło coś, co można nazwać racją moralną. Oznaczało to, że wobec krytyki coraz lepiej wykształconych i zorientowanych w sprawach publicznych obywateli państwo było skazane na porażkę – a stawka tej debaty była bardzo wysoka, mianowicie: posłuszeństwo poddanych-obywateli wobec prawa (czyli dobrze nam znane i dzisiaj pytanie, „czyja jest sprawiedliwość”):

Jak pisał Koselleck: „Słuszność była zawsze po stronie mieszczańskich sędziów. Nikt i nic nie mogło umknąć ich uwadze, a jeśli coś mimo wszystko wymykało się werdyktom nowej jurysdykcji, rolę trybunału przejmowała cenzura moralna”. Stary system polityczny przestał być wydolny wobec nowych stosunków społecznych. Tymczasem system sprawiedliwości nagle okazał się nie tylko patrzeć z perspektywy mieszczaństwa (dostarczającego do tej pory potulnych urzędników wypełniających stanowiska sędziowskie), ale też działać w duecie z formującą się i nabierającą siły opinią publiczną.

Dodajmy, że tym samym okresie nie tylko prawodawstwo, ale i system sprawiedliwości przechodził przemiany strukturalne: z jednej strony penetrował coraz głębiej i szerzej świat społeczny, a z drugiej, wymykał się z rąk władców, przechodząc w gestię niżej urodzonych urzędników. Od końca XVIII w. w ważnych sprawach domagano się nawet „sądu równych“ i powoływano ławy przysięgłych, którzy orzekali np. o zabójstwach.

Tymczasem moralność, przez wieki spleciona z religią, dopiero co wyrywała się na wolność (wolność sumienia to wynalazek XVII w.). Tajne stowarzyszenia były sposobem na to, by „ucierać“ wizję moralności tak, by z jej perspektywy móc nawigować w świecie odgórnie kształtowanym przez władzę absolutną.

W Anglii i Szkocji wolnomularze zaczęli spotykać się pod koniec XVII w., we Francji pierwszą lożę mieli założyć członkowie korpusu Królewskiej Irlandzkiej Gwardii Pieszej, którzy udali się do Francji na wygnanie wraz z królem Jakubem II, w 1688 r. W Warszawie wolnomularze zaczęli spotykać się w 1729 r., a w Ameryce, wciąż jeszcze brytyjskiej kolonii, o wolnomularzach mówi się od co najmniej 1715 r. Wszędzie zastanawiano się, jak realizować w praktyce oświeceniowe zasady rozumu, wolności, równości i braterstwa. Wewnątrz lóż masońskich przestawały działać zewnętrzne hierarchie społeczne, ustępując miejsca wewnętrznym godnościom definiującym pozycję w organizacji – masonami byli i mieszczanie, i arystokraci, i bankierzy, i przedsiębiorcy. Była to „jazda testowa“ dla nowego ustroju powszechnej równości, pozbawionego różnić stanowych.

Tajne stowarzyszenia nie były tajne w dzisiejszym rozumieniu tego słowa. Jak tłumaczył Koselleck, „państwo nie stało się areną amoralnej polityki, lecz domeną moralnej neutralności”, a kwestie sumienia zostały wyjęte spod jego jurysdykcji w sposób zarazem konieczny i prowadzący do jego własnej zguby. „Człowiek jako taki został bowiem celowo wykluczony z obszaru państwa, a status państwowy przysługiwał mu jedynie jako poddanemu. Za sprawą oświecenia podział na człowieka i poddanego stał się jednak niezrozumiały. Człowiek jako człowiek miał się teraz spełniać w ramach oficjalnych struktur…”, a wszystko, co robił poza nimi, było dla państwa niewidoczne, a więc okryte tajemnicą. Z kolei sami masoni podtrzymywali tajemnicę nie przez jakąś wyjątkową tajność swoich spotkań, ale dbając o to, by pozostawały one ściśle „apolityczne“.

„Niepolityczne“, czyli jakie?

Rozgraniczenie między apolitycznością i politycznością w państwie absolutnym przebiegało zupełnie inaczej niż w demokracjach, choć osobom z doświadczeniem demokratycznej opozycji w reżimach autorytarnych granica ta może być całkiem dobrze znana. Jak zauważa Koselleck: „Ludziom tworzącym duchową atmosferę swoich krajów i zaangażowanym w sprawy państwa nie było więc dane decydować o jego losie, choć wynikało to przecież z samej natury systemu absolutystycznego – wszyscy bez wyjątku byli poddanymi. Dzięki wspólnocie losów powstała nieoficjalna, pozapaństwowa płaszczyzna interesów – przestrzeń société, społeczeństwa“. Oznaczało to pojawienie się więzi komunikacyjnych i płaszczyzn negocjacji pomiędzy grupami, które jeszcze niedawno były mniej lub bardziej samorządnymi „silosami“, z których każdy podlegał władzy królewskiej z osobna i miał z nią swój własny, osobny konflikt.

Istotą procesu konstytuowania się świata, który już niebawem miał stać się nowoczesnym światem mieszczańskim, było przekroczenie tych osobności: „Spośród tych różnorodnych grup, cieszących się wprawdzie uznaniem społecznym, lecz pozbawionych wpływu politycznego (jak szlachta), dysponujących zasobami ekonomicznymi, lecz napiętnowanych jako homines novi (jak finansjera), odgrywających ogromną rolę duchową, lecz pozbawionych swojego miejsca w społeczeństwie (jak filozofowie), wyłoniła się warstwa nowa, skupiająca najróżniejsze, częstokroć przeciwstawne interesy. Jednoczył ją wspólny los, w szczególności brak jakiegokolwiek wpływu na instytucje państwa absolutystycznego”.

Apolityczność więc oznaczała przede wszystkim niewchodzenie z władzą w bezpośredni kontakt – czy to przez konflikt, czy to przez negocjacje. Nie było jednak wykluczone recenzowanie jej poczynań, o ile czyniono to z pozycji sumienia. Mogło to być także sumienie sędziego czy nawet urzędnika – jako zatrudniony wykonawca zadań nie był należał bowiem do „państwa“ w jego wciąż feudalnym rozumieniu jako organizacji wysoko urodzonych decydentów.

W istocie więc „tajność“ stowarzyszeń takich jak wolnomularze polegała na tym, że władzy absolutnej oddawano należące do niej pole, unikając nawet konfliktów wynikających z wyjściem z krytyką na forum publiczne: „Jedyną instytucją obywatelską, która respektowała postanowienia władzy absolutystycznej – choć jednocześnie korzystała z wszelkich możliwych środków i metod, by się od niej wyzwolić – były loże wolnomularskie. Jako instytucje są one wzorcowym przykładem pośredniej formy władzy sprawowanej przez nowe społeczeństwo w samym sercu państwa absolutystycznego. Obwarowane murem tajemnicy loże zobowiązywały swoich członków do milczenia, konfidencjonalności i dyskrecji. Ceną za zlekceważenie tych nakazów było […] rozwiązanie Club de l’Entresol“ – klubu politycznego na modłę angielską założonego w 1724 r. w Paryżu, którego uszczypliwości król nie wytrzymał nerwowo.

Zachowywanie tajemnicy oznaczało, że dyskusje o przyszłości toczyły się w obszarze gwarantowanej wolności sumienia. Nie przeszkadzało to masonom występować publicznie również w kontekstach krytycznych i politycznych – mieli lepsze, bo przetestowane w żywej dyskusji z różnorodnych punktów widzenia, argumenty, a także nieoczekiwanych (bo tajnych) sojuszników w postaci swoich masońskich pobratymców.

Ponadto masońska sieć mogła działać tak, jak dzisiejsi aktywiści – przekonywać coraz to szersze kręgi do swoich idei, zwłaszcza że wciąż dbali, by moralna racja była po ich stronie. I tak, można powiedzieć, że dzisiejszą demokrację w znacznej mierze wymyślili masoni: Monteskiusz wprowadził zasadę trójpodziału władz, Benjamin Franklin i George Washington stali się ojcami-założycielami Stanów Zjednoczonych i brali udział w pisaniu konstytucji, marszałkowie Napoleona I (wszyscy wolnomularze) zrewolucjonizowali myślenie o armii jako instytucji obywatelskiego awansu… I tak dalej.

Oczywiście bywało, że pokusa wpływów szła dalej. Jak rekonstruuje Koselleck, zakon bawarskich iluminatów przykrywkę tajności i moralny imperatyw wykorzystał już jak najbardziej spiskowo: „»Zwycięstwo dobra nad złem« wymaga zdecydowanego podjęcia działań politycznych. »Zamiast słów potrzeba nam czynów«. Dlatego pod przewodnictwem gremium złożonego z »regentów« został opracowany »plan operacyjny« zawierający wytyczne walki ze złem. Program działań politycznych zakładał pośrednią, niejawną okupację państwa. Absorpcja państwa od wewnątrz polegała na »sukcesywnym wprowadzaniu oddanych członków zakonu do królewskich rad i dykasterii«. Iluminaci mogli w ten sposób – jak sami podkreślali – zdziałać »nawet więcej« niż w przypadku, »gdyby członkiem zakonu był sam monarcha«. Jeśli zakon obsadziłby wreszcie wszystkie kluczowe stanowiska – w Bawarii wystarczyłoby do tego sześciuset jego członków – wówczas »dysponowałby stosowną siłą, by w dowolnym miejscu (…) zagrozić wszystkim, którzy stoją na przekór jego zamiarom«“.

Żeby zagwarantować sobie spójność, iluminaci wprowadzili też wyrafinowane rytuały inicjacyjne – dopiero po dostąpieniu określonego poziomu wtajemniczenia członkowie dowiadywali się, jakie są prawdziwe cele organizacji.

Ha! Jeśli naszą demokrację zakładali tacy właśnie ludzie, to może czas przestać się śmiać z Marjorie Taylor-Greene i innych teoretyków spiskowych…?

Od masonów do Epsteina i z powrotem

Tak jak pisałam wyżej, wraz z ucieraniem się nowego ustroju – monarchii konstytucyjnych, republik i wreszcie demokracji – różne zasady i obwarowania, które umożliwiały funkcjonowanie tajnych stowarzyszeń, przekute zostały w filary systemu podstawowych swobód: wolność spotykania i stowarzyszania się, prawo do prywatności, tajemnica korespondencji, wolność wyznania, swoboda posiadania i wymiany poglądów… W demokracji takiej jak nasza, która dzięki regularnej partycypacji obywateli we władzy i w debacie publicznej nie ma już „amoralnego“ charakteru państwa absolutystycznego skupionego na realizacji racji stanu, tajność jako pozostawanie poniżej radaru systemu potrzebna jest w istocie tylko organizacjom przestępczym – a jednocześnie ten sam system zapewnia wiele gwarancji, które pozwalają takim organizacjom formować się i trwać, tak jak długo funkcjonowała sieć „przyjaciół“ Jeffreya Epsteina.

A jednocześnie pokusa władzy absolutnej także w demokracji pozostaje w mocy i dzięki gigantycznemu rozwarstwieniu społecznemu i postępom technologicznym okazuje się, że jest bliska realizacji.

Donald Trump manifestuje postawę bliską XVIII-wiecznemu stanowisku francuskiego monarchy absolutnego, że „Państwo to Ja“.

Ma w swoich rękach władzę zbliżoną do absolutnej. Spekuluje się, że może nawet sabotować wybory połówkowe, żeby utrzymać republikańską większość w obu izbach Kongresu.

Okazuje się jednak, że jeżeli ktoś może dziś obalić tego autokratę, to ni mniej, ni więcej, a ci, którzy na poważnie przyjęli teorię spiskową QAnon. To tajne stowarzyszenie (w znaczeniu – kompletnie nieformalne, zogniskowane wokół forów dyskusyjnych) zajmujące się tropieniem tajnych stowarzyszeń (pedofilskich elit) potajemnie trzęsących Stanami Zjednoczonymi. To „stronnictwo QAnon“, którego najbardziej rozpoznawalną przedstawicielką była do niedawna wspomniana już Marjorie Taylor Greene, weszło w skład MAGA i swoimi przekonaniami zasiliło ideologiczno-fantazmatyczny konglomerat łączący skrajnie prawicowe grupy w jeden ruch. Dziś zaś wniesione przez nich oburzenie na niemoralne poczynania elit nie może nie kierować się w stronę Trumpa i jego związków z Epsteinem i ma wszelkie szanse rozsadzić MAGA od środka.

Na zdjęciu Agata Czarnacka
Agata Czarnacka

Filozofka polityki, tłumaczka, działaczka feministyczna i publicystka. W latach 2012-2015 redaktorka naczelna portalu Lewica24.pl. Była doradczynią Klubu Parlamentarnego SLD ds. demokracji i przeciwdziałania dyskryminacji oraz członkinią Rady Polityczno-Programowej tej partii. Członkini obywatelskiego Komitetu Ustawodawczego Ratujmy Kobiety i Ratujmy Kobiety 2017, współorganizatorka Czarnych Protestów i Strajku Kobiet w Warszawie. Organizowała również akcję Stop Inwigilacji 2016, a także obywatelskie protesty pod Sejmem w grudniu 2016 i styczniu 2017 roku. Stale współpracuje z Gazetą Wyborczą i portalem Tygodnika Polityka, gdzie ma swój blog poświęcony demokracji pt. Grand Central.

Komentarze