0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Il. Agata Stachowiak / OKO.pressIl. Agata Stachowiak...

Czuję wdzięczność do 2025 roku. To nie był tak okropny rok, jak by mógł – wojna wciąż dotyka nas raczej fantazmatycznymi niż realnymi mackami, system polityczny wciąż się jakoś trzyma, choć miejscami trzeszczy, Unia Europejska częściej niż rzadziej stawała na wysokości zadania, ocieplenie klimatyczne co prawda postępuje, ale na tyle powoli, że całkiem trafił nam się tydzień pięknego śniegu.

W życiu osobistym też mi się jakoś układa, procentuje praca nad sobą na terapii, szczepionki na grypę i Covid sprawiły, że chorowałam znacznie mniej niż rok wcześniej; zawodowo też całkiem nieźle, dziękuję. Wdzięczność uczy mnie mieć nadzieję na przyszłość tam, gdzie nie mam na nią wpływu (politycy dogadali się parę razy, czyli nie jest to niemożliwe), a tam, gdzie mam ten wpływ, uczy mnie, że warto podejmować wysiłki, bo w przeszłości nie poszły na darmo, coś jednak potrafię.

Wydaje się więc, że ta cała wdzięczność to pozytywna emocja: „instaluje” nas w świecie, wydaje się nieodzowną składową dość enigmatycznego wskaźnika zaufania społecznego, w wymiarze indywidualnym wzmacnia sprawczość i zwiększa optymizm jednostek, cementuje więzi międzyludzkie…

No, tak, ale po drodze były święta.

Święta to trudny okres, nie tylko ze względu na warunki zewnętrzne – długie noce i krótkie dni, przygnębiają ciemnością, niskie temperatury utrudniają podnoszącą nastrój aktywność fizyczną. Świętujący stoją też przed perspektywą kilkutygodniowych przygotowań (pierniki, prezenty, pierogi, eleganckie, choć luźne w talii ubranka, prowadzone w głowie próby generalne przed spotkaniami z oddalonymi bliskimi, topniejące środki na koncie itd.). Nieświętujący konfrontują się z dojmującym doświadczeniem stresu mniejszościowego (jeśli ignorują Gwiazdkę z wyboru) lub równie dojmującym poczuciem samotności, jeśli nie mają z kim świętować.

Boże Narodzenie – okres zwiększonej liczby zabójstw, samobójstw i pobić, prowadzenia po pijanemu, przemęczenia, zaciągania kredytów i cedzenia życzeń przez zęby – jest kulturowo skąpane w sosie, którego jednym z głównych składników jest wdzięczność. Reklamy, komedie romantyczne i ksiądz na pasterce, zewsząd sączy się przymus bycia wdzięcznym, choć dla wielu osób moment wdzięczności następuje, kiedy już wszyscy wyjdą i można zgasić światełka, usiąść i gorzko się rozpłakać, wyobrażam sobie, że mniej więcej tak, jak Zełenski po kolejnym telefonie od Trumpa.

Przeczytaj także:

Wdzięczność jako problem

Rzadko mówi się o trudnych aspektach wdzięczności. Dlatego byłam zaskoczona, kiedy prawie trzy lata temu trafił do mnie newsletter australijsko-amerykańskiej filozofki Kate Manne zatytułowany „Ciemna strona wdzięczności”. Wymieniała w nim różne “creepy” (tj. przyprawiające o gęsią skórkę) pomysły pracodawców rzekomo dbałych o dobrostan psychiczny pracowników, jak na przykład zachęta skierowana do „przepracowanych i źle wynagradzanych pielęgniarek, aby co rano wygospodarowały czas, by zanotować trzy powody, dla których odczuwały danego dnia wdzięczność”.

Dalej Manne mówi wręcz o „pornografii wdzięczności”, pokazując, że nastawienie na wyszukiwanie powodów, by być wdzięcznym, może zamienić się w „w zaproszenie czy wręcz pretekst do tego, by porównywać siebie i swoją sytuację z innymi w ruchu, który psychologowie nazywają »społecznym porównywaniem w dół«.

Patrzymy na osoby, które naszym zdaniem miały mniej szczęścia w życiu, i myślimy – przynajmniej nie jest aż tak źle”.

Wymiar pornograficzny odruch ten uzyskuje, gdy zaczyna go eksploatować kultura: Manne, której tematem ostatnich badań jest fatfobia, lęk przed otyłością, uważa, że właśnie taką pornografią wdzięczności może być film Darrena Aronofskiego “Wieloryb” (2022), pokazujący wyjątkowo otyłego mężczyznę, który systematycznie “zajada się na śmierć”, jak się dowiadujemy – z powodu nieprzepracowanej żałoby. „Cały ten film ma wywoływać zgrozę, ale także – owszem – poczucie wdzięczności, pozwalające nam poczuć się dobrze z naszymi relatywnie małymi i posłusznymi ciałami w zestawieniu z jego niezdarnością i obszernością”.

Wellness, który nic nie kosztuje

Wróćmy do udręczonych koniecznością wdzięczności pielęgniarek przywoływanych przez Manne. To karykaturalny przykład zastosowania w praktyce ustaleń psychologii, że „szczęście można wypracować. Człowiek jest w dużej mierze odpowiedzialny za to, co czuje”, by zacytować sam tytuł wywiadu z psycholożką i psychoterapeutką dr Dorotą Jagielską dla „Wysokich Obcasów”.

Wśród działań, jakie można podjąć na rzecz własnego dobrostanu, wymienia ona „techniki, które służą wzmocnieniu psychicznemu. Dobrze działa wyrażanie wdzięczności, prowadzenie dziennika sukcesów, akty życzliwości w stosunku do innych…”.

W polskiej kulturze narzekania pomysł, by dla odmiany zająć się tym, co nam się udało, wydaje się niemal rewolucyjny, ale dla Amerykanów wyrażanie wdzięczności i szukanie pozytywów wydaje się filarem narodowej mentalności. To w dużej mierze spadek po niezwykle popularnym cyklu książek o Pollyannie – osieroconej dziewczynce, która podbija otoczenie niezwykle promiennym nastawieniem do świata, kontrastującym z ciężkimi okolicznościami jej życia. Wszystko to dzięki „grze w zadowolenie”, której nauczył ją przed śmiercią ojciec-pastor – w każdej sytuacji miała ćwiczyć znajdowanie jakiegoś powodu do radości. Książka Eleanor H. Porter z 1913 r. odniosła zawrotny sukces, do tego stopnia, że w latach 90. była na liście lektur w polskich podstawówkach. „Syndrom Pollyanny” do dziś służy na określenie osób, które wydają nam się optymistyczne w stopniu oderwanym od rzeczywistości.

Książkowa Pollyanna nie była wolna od wad i dała się autorce przyłapać na „społecznym porównywaniu się w dół” – kiedy w ostatnie święta spędzone z chorym na gruźlicę ojcem dostarczono dary, dla Pollyanny znalazła się jedynie para drewnianych kul. Dziewczynka zgodnie z regułami gry w zadowolenie wówczas wyrażała wdzięczność, że przynajmniej nie są jej potrzebne. W kolejnym tomie („Pollyanna dorasta”, 1915) karma ją dopadła – wskutek wypadku komunikacyjnego przez jakiś czas nie mogła chodzić inaczej niż o kulach.

Cnota, która popłaca

Autorka Pollyanny pokazuje, że „gra w zadowolenie” jest cnotą sama w sobie, ale też, że uprawiając ją, można liczyć na nagrodę. Dzięki optymizmowi dziewczynka zjednuje sobie surową ciotkę, zyskuje sojuszników w mieszkańcach miasteczka, a w drugim tomie miłego i uposażonego narzeczonego.

Wdzięczność jest cnotą, a więc praktyką, którą można nazwać duchową, polega na świadomym korygowaniu swojej „dyspozycji”, czyli postawy, jaką przyjmujemy w reakcji na jakieś zdarzenie czy zjawisko; jak poucza nas neuronauka, przy okazji zmienia się nasza chemia mózgu. Kiedy spontanicznie „zalewa nas fala wdzięczności”,

do gry wchodzi tzw. kwartet szczęścia – wydzielają się dopamina, oksytocyna i serotonina, a obniża się jednocześnie poziom hormonu stresu, kortyzolu.

Co więcej, efekty wdzięczności kumulują się w czasie, sprawiając, że wdzięczny mózg lepiej radzi sobie z problemami i stresem, lepiej śpi i połączony jest z bardziej wydajnym układem odpornościowym, co przekłada się też na lepsze wyznaczniki zdrowia ogólnego, na przykład, jeśli chodzi o zdrowie układu krążeniowo-naczyniowego. Nic dziwnego, że wdzięczność przepisuje się na receptę, jak cytowanym wyżej przepracowanym pielęgniarkom.

To, co nauka dopiero zaczyna odkrywać, od wielu stuleci dobrze znane było… religii katolickiej.

Katolicyzm ze swoim aspektem wpływania na codzienność wiernych jest znakomitym przykładem tego, co filozof Michel Foucault nazywał „technikami siebie” (choć skupiał się raczej na wczesnym chrześcijaństwie niż współczesnych formach religijnych).

Zwyczaj wzdychania „Bogu dzięki” czy dziękowania w modlitwie za chleb powszedni robią się bardzo ciekawe w świetle tego, co wiemy o neuronauce wdzięczności – ale oprócz tych formuł teologia katolicka zajmowała się także czymś, co kusi, żeby je nazwać „wdzięcznością ekstremalną”. Chyba najlepiej znanym w Polsce przedstawicielem tego nurtu był ks. Jan Twardowski, inspirujący poeta i teolog, o którym redaktorka kilku zbiorów jego dzieł, w tym tomu „Wdzięczność do końca” z 2017 r., Aleksandra Iwanowska, pisała tak:

„…zawsze za wszystko dziękował – Bogu i ludziom; za to, co miłe i co niemiłe. Dziękował za to, za co na ogół się nie dziękuje, bo bunt, pytanie »dlaczego właśnie ja?« przesłaniają wszystko. Dziękował też, a może zwłaszcza za niesłuszne oskarżenia, plotki, przykrości i upokorzenia”.

Ksiądz Twardowski nie był pierwszym teologiem zmagającym się z pytaniem, jak połączyć cierpienie i żal z istnieniem Boga – połączył je natomiast z refleksją nad wdzięcznością w ramach „ciągu rozmyślań, jak to pan Bóg z każdego trudnego przeżycia wyprowadza dobro”. Pisał o wdzięczności, że jest „sercem miłości”, a w innym miejscu, że jest „rodzajem pokory”, przy czym pokora miała być równoznaczna z przyznaniem, że „nie jesteśmy najważniejsi”.

Jeśli połączyć to z rozpoznaniem, że niewdzięczność to brak miłości („Kiedy odczuwamy ból doznawanej niewdzięczności, zawiedzionej miłości? Kiedy przestajemy kochać”), zaczynamy rozumieć, że katolicka praktyka wdzięczności stanowi przede wszystkim gwarancję miłości do Boga, a więc wiary.

Praktykujemy wdzięczność, aby nie „wypaść” ze wspólnoty wiernych, nawet w wypadkach, które dla obserwatora z zewnątrz mogą przypominać syndrom sztokholmski (wdzięczność za obmowę, upokorzenia, a nawet za okropne zdarzenia losowe).

Inny teolog zajmujący się wdzięcznością, Austriak David Steindl-Rast, przyznawał, że wdzięczność, jak zresztą każda cnota w historii zachodniej filozofii, ma podglebie intelektualne (a więc wychodzimy z terenu psychologii…): „Musimy rozpoznać dar jako dar, a może to uczynić tylko nasz intelekt”…

Wdzięcznościowy chaos

Kiedy w ogóle pojawiło się takie słowo, jak „wdzięcznościowy” (odnoszący się do wdzięczności, wynikający z wdzięczności)? Takie słowotwórstwo pokazuje, że myślenie o wdzięczności (pewnie znacznie bardziej niż sama wdzięczność) zrobiło się wszechobecne, a jednocześnie jest na tyle skomplikowane, że potrzebujemy do niego wytrychów.

Jak zawsze, kiedy systemowe zalecenia mamy stosować do prywatnego życia w imię mniej lub bardziej enigmatycznych wartości, pojawia się opór i dyscyplinowanie. Wdzięczność zaczyna być polityczna (vide Nawrocki dyscyplinujący niewystarczająco, jego zdaniem, wdzięcznych Ukraińców), moralna (jak Kate Manne robi rozróżnienie między moralnie poprawną i moralnie odstręczającą wdzięcznością), intratna (kulturalne eksploatacje tematu wdzięczności, jak „Wieloryb”, ale też różnego rodzaju prezenty „wdzięcznościowe”). Chaos!

Pewne wytyczne w tym chaosie oferuje Liv Larsson, pionierka badań psychologicznych nad relacją między wdzięcznością a szczęściem, która w książce „Wdzięczność. Najtańszy bilet do szczęścia” (2020) podsumowującej kilkuletnie badania pisała tak:

„Miałam szansę udowodnić istnienie różnicy między myśleniem pozytywnym (opartym na przekonaniu, że pozytywne myśli przynoszą pozytywny skutek) a skoncentrowaniem się na własnych pragnieniach i dążeniem do ich realizacji. Okres ten był dla mnie jak podróż, podczas której mogłam gruntownie zmienić swoje nastawienie do wdzięczności i uznania. Nauczyłam się czuć prawdziwie wdzięczna za życiowe drobiazgi. Nie dzieje się tak dlatego, że chowam głowę w piasek i próbuję myśleć pozytywnie, uciekając tym samym od trudnych doświadczeń. Uczucie to pojawia się, gdy przyjmuję życie takim, jakie jest”.

Larssen zauważa, że wdzięczność jest ściśle związana ze społecznym wymiarem ludzkiej natury:

„Jesteśmy zwierzętami społecznymi, stworzonymi do życia we wspólnocie. Rodzimy się z umiejętnością wzbogacania siebie nawzajem. Czyni to nas tak wrażliwymi, że musimy być we wzajemnej zależności z innymi i przyrodą […] Wdzięczność jest zastrzyk witaminowy […] pokazuje, co w życiu jest ważne, a z czego możemy zrezygnować […] wydaje się narastać w miarę, jak ją wyrażamy”.

Innymi słowy, wdzięczność to emocjonalny klej, który spaja rodziny, znajomości, przyjaźnie czy inne społeczności, w których ludzie zależą od siebie (i nie tylko ludzie, wdzięczność wyrażana bywa też przez zwierzęta). Możemy być od siebie zależni, możemy stanowić część jakiejś instytucji i nie móc się wyzwolić, ale jeśli nie będzie w tym wdzięczności, zależność od innych będzie generowała tylko stres i frustrację, a w skrajnym przypadku – wrogość.

Dobra i zła pierś

Psychoanalityczka Melanie Klein w słynnym eseju „Zawiść i wdzięczność“, napisanym w 1957 r., wprowadziła myślenie o wdzięczności oraz jej przeciwieństwie, które zdefiniowała jako zawiść właśnie, w pole psychologii. Psychoanalitycznym zwyczajem starała się zrekonstruować pierwsze doświadczenia niemowląt i ich intelektualną obróbkę przez dopiero kształtujące się umysły.

Mając świadomość, że tak małe dzieci nie potrafią jeszcze dokonywać syntezy swoich odczuć, postawiła tezę, że kiedy niemowlę dostaje pierś na czas, dostarcza ona właściwą ilość mleka i rezultatem karmienia jest błogość, odczuwa ono ją jako dobrą. Jeśli natomiast, ludzka rzecz, dziecko ma jeść, mimo że nie jest głodne, lub też karmienie w niezrozumiały sposób się opóźnia, jeśli w piersi brakuje pokarmu lub niemowlę dostaje po jedzeniu kolki – może myśleć o takiej piersi jak o złej. W filmie Woody’ego Allena „Wszystko, co chcieliście wiedzieć o seksie, ale baliście się zapytać” (1972) taka właśnie zła pierś gania głównego bohatera, złowieszczo tryskając na niego mlekiem…

Ważne jest, podsumowywała Klein, żeby dziecko miało więcej dobrych doświadczeń niż złych, może wtedy osiągnąć etap rozwojowy, który nazwała „pozycją depresyjną“, tj. umiejętność godzenia się z tym, że trafiają nam się i złe doświadczenia, co nie oznacza automatycznie, że świat jest z gruntu zły. Na tym etapie niemowlęca błogość zmienia się w coraz bardziej świadomą wdzięczność. Jeśli jednak nie uda się przejść pozycji depresyjnej, chaos związany ze źle zaspokajaną frustracją przeobraża się w bardzo trudne uczucie zawiści, w którym pragnienie spotyka się z niechęcią, a reakcja na to, że coś otrzymaliśmy, nie generuje wdzięczności, tylko antycypację problemów i chęć podporządkowania sobie drugiej strony.

Wymuszona wdzięczność, narzucony zwyczaj skupiania się tylko na tym, co dobre, intelektualne akrobacje, by złe doświadczenia przedstawiać w dobrym świetle, narzucanie pozytywnej interpretacji czegoś, co budzi raczej spontaniczną niechęć – to przykłady „złej piersi“ w późniejszym życiu. Warto zwracać uwagę na „życiowe drobiazgi“ i pracować nad nastawieniem względem tego, co nas spotyka – dorośle rozumieć, że większość naszych doświadczeń mieści się gdzieś w skali szarości między pozytywami a negatywami albo że intencje bywają dobre, nawet jeśli wykonanie nie staje na wysokości zamiarów.

Jednak tylko bardzo głęboka wiara może sprawić, że próba interpretacji negatywnych doświadczeń jako czegoś po prostu pozytywnego nie zamieni się w akt prześladowania samego siebie. Niestety, łaska takiej wiary nie spotyka wielu ludzi, a wychowanie w tym duchu może ściśle łączyć się z przewagą „złej piersi“ i przekładać na interpretowanie świata przez pryzmat zawiści.

Tak właśnie można odczytać oświadczenie prezydenta Nawrockiego, że nie uważa, by Ukraińcy wystarczająco dziękowali Polakom – oczywiste jest, że to my powinniśmy być, i zwykle jesteśmy wdzięczni naszym sąsiadom ze wschodu za to, że biorą ciężar wojny z Rosją na siebie – gdyby się poddali, nasza sytuacja byłaby znacznie trudniejsza, być może wojna przeszłaby nawet na polskie terytorium.

Jednak zobaczenie tego wymaga przejścia wspomnianej pozycji depresyjnej, pogodzenia się, że świat nie jest tylko miły, a my nie jesteśmy wszechmocni i czasem coś idzie nam nie w smak, na przykład – w naszym kraju pojawiają się uchodźcy wojenni.

Jeśli natomiast zostajemy na poziomie zawiści, nie będziemy w stanie postrzegać Ukraińców w Polsce i Ukraińców na froncie jako członków jednej wspólnoty, dotkniętej wyjątkowym nieszczęściem. Podobnie jak ukraińskich dzieci w polskich szkołach nie uda nam się połączyć z ich rodzicami, dzięki którym polski PKB poszybował w ostatnich latach pod niebiosa. Więcej nawet, obserwacja, że przybysze z zewnątrz mogą wnosić coś pozytywnego, będzie automatycznie uruchamiać reakcję niechęci i wrogości.

Mamy w sobie dwie piersi…

Nowe badania nad wdzięcznością pokazują, że przekroczenie pozycji depresyjnej nie odbywa się w życiu raz na zawsze: całe życie tak jakby siedzą w nas dwie piersi, dobra i zła, a doświadczenia, jakie zbieramy, karmią, by tak rzec, albo jedną, albo drugą. Ale, jak zauważa Liv Larssen, w dorosłości wiele zależy od nas, mamy bowiem wolną wolę, jeśli chodzi o wybór nastawienia, z jakim podejdziemy do interpretacji tego, co nam się przydarza. Możemy uznać, że świat się na nas uwziął, ale możemy też docenić, że wydarzyło się coś miłego, co rozświetliło nasz dzień.

Warto przy tym pamiętać, że samo powtarzanie „dziękuję” nie oznacza jeszcze uruchomienia hormonalnego „kwartetu szczęścia“, ani nie przekłada się na poczucie, że jesteśmy częścią dobrej dla nas wspólnoty. Prawdziwe uznanie nie jest wymuszone (dlatego katolickie sprowadzanie wdzięczności do aktu intelektualnego może niepokoić), powinno być spontaniczne. Larsson uważa, że powinna mu towarzyszyć otwartość i zainteresowanie życiem oraz – w ślad za Klein – jakiś wymiar akceptacji, że świat nie zawsze spełni moje życzenia. Dzięki temu łatwiej zobaczyć, że czasami jednak je spełnia!

Jeśli więc, wracając do początku moich rozważań, odczuwam wdzięczność, że w Polsce nie ma wojny, to mogę wybrać nastawienie, z jakim to przeżywam: mogę dziękować, że to nie nas trafiło, a innych (Ukrainę), ba, mogę nawet wywnioskować z tego, że my jesteśmy jakoś lepsi, a oni gorsi, przez co nie zasługują na pokój. To byłby skrajny przykład „społecznego porównywania się do dołu“, o którym pisała Kate Manne.

Mogę też jednak rozumieć, że to, że w Polsce nie ma wojny, zawdzięczamy poświęceniom Ukraińców i do nich kierować moją wdzięczność. Jeśli moje wczesne doświadczenia nauczyły mnie, że za wszystko, co dobre, będę musiała jakoś zapłacić (zła pierś), będę się starała zapanować nad sytuacją, kontrolować Ukraińców, odwracać kota ogonem i kazać im dziękować sobie. Ale, miejmy nadzieję, przeszłam jednak pozycję depresyjną, wiem, że gdyby nie ich determinacja wiele rzeczy mogłoby potoczyć się inaczej, dlatego rozumiem nie tylko, że spotkało mnie coś dobrego, ale też – że należę do wielkiej wspólnoty międzynarodowej, na którą mogę, w granicach rozsądku, liczyć. Taka wdzięczność obniża mój lęk i poprawia moje myślenie o sobie – czego także i Państwu życzę w nowym roku!

Niniejszy esej nie byłby kompletny bez serdecznych podziękowań dla Animatora oraz Uczestników cyklu „Śniadań Filozoficznych“ w Domu Kultury „Dorożkarnia“ na warszawskich Siekierkach, dzięki którym zajęłam się tym tematem i miałam go okazję pogłębić we wspaniałej dyskusji.

;
Na zdjęciu Agata Czarnacka
Agata Czarnacka

Filozofka polityki, tłumaczka, działaczka feministyczna i publicystka. W latach 2012-2015 redaktorka naczelna portalu Lewica24.pl. Była doradczynią Klubu Parlamentarnego SLD ds. demokracji i przeciwdziałania dyskryminacji oraz członkinią Rady Polityczno-Programowej tej partii. Członkini obywatelskiego Komitetu Ustawodawczego Ratujmy Kobiety i Ratujmy Kobiety 2017, współorganizatorka Czarnych Protestów i Strajku Kobiet w Warszawie. Organizowała również akcję Stop Inwigilacji 2016, a także obywatelskie protesty pod Sejmem w grudniu 2016 i styczniu 2017 roku. Stale współpracuje z Gazetą Wyborczą i portalem Tygodnika Polityka, gdzie ma swój blog poświęcony demokracji pt. Grand Central.

Komentarze