Ustawa o karaniu za znieważanie dobrego imienia miała być wymierzona w zagranicznych polityków i dziennikarzy, którzy używali sformułowania "polskie obozy zagłady". Projekt przygotowany przez resort Zbigniewa Ziobry zawiera jednak przepisy, które mogą zamrozić dyskusję o ciemnych kartach polskiej historii

Zbigniew Ziobro i jego współpracownicy od lat powtarzają, że w Polsce potrzebne jest wprowadzenie przepisów pozwalających na karanie za przypisywanie Polakom odpowiedzialności za zbrodnie dokonane na terenie Polski przez hitlerowskie Niemcy w czasie drugiej wojny światowej.

Wiosną 2015 roku, po wpadce dyrektora FBI, który w artykule o Holocauście użył sformułowania „polscy współsprawcy” („the murderers and accomplices of Germany, and Poland, and Hungary”), Ziobro zaproponował projekt ustawy. Nieco zmodyfikowana została zaakceptowana przez rząd.

Kara trzech lat więzienia (pierwotnie miało być – pięć) za „publiczne i wbrew faktom przypisywanie Państwu Polskiemu lub Narodowi Polskiemu odpowiedzialności lub współodpowiedzialności” za zbrodnie nazistowskie i komunistyczne ma pozwolić prokuraturze, Instytutowi Pamięci Narodowej i organizacjom pozarządowym skutecznie przeciwdziałać pojawianiu się w zagranicznych medaich sformułowań o „polskich obozach śmierci” i im podobnych.

To jednak tylko fasada. Za deklaracjami o obronie dobrego imienia Polski i Polaków ukryty jest przemyślany plan polityczny. PiS nie mówi o tym głośno, ale wprowadzona w życie ustawa umożliwi prawicy forsowanie własnej wersji historii, a wszystkim innym zaknebluje usta.

Wszystko wskazuje na to, że dokładnie o to PiS chodzi – aby dyskusja o ciemnych kartach polskiej historii zamarła. Bez oglądania się na konstytucyjną ochronę wolności słowa i zakaz cenzury prewencyjnej.



Tło. Negacjonizm jako pogląd polskiej prawicy

Historia dostarcza szeregu przykładów wypowiedzi polityków i stronników PiS, którzy zgadzają się na wymazywanie odpowiedzialności i współodpowiedzialności części Polaków za zbrodnie czasu wojny i komuny.

Podczas kampanii prezydenckiej Andrzej Duda mówił, że list Bronisława Komorowskiego na uroczystości w Jedwabnem, w którym znalazły się słowa „naród ofiar musiał uznać niełatwą prawdę, że bywał także sprawcą”jest „kłamliwym oskarżeniem”, które „niszczy rzeczywistą pamięć historyczną” . Część komentatorów ten wybór tematu przez Dudę w debacie telewizyjnej uznała za formę antysemityzmu i przymilanie się skrajnie prawicowym wyborcom.

„Jest taka grupa wyborców, która nie chciałaby, aby tematy takie jak Jedwabne czy pogrom kielecki były w ogóle poruszane. 69 proc. dawnych wyborców Kaczyńskiego [w wyborach prezydenckich w 2010 r.] nie chciałoby, aby o tych mordach wspominać publicznie. Ponad połowa jego wyborców twierdzi, że to Żydzi rozpowszechniają opinie o polskim antysemityzmie” – mówił portalowi Gazeta.pl Michał Bilewicz z Centrum Badań nad Uprzedzeniami UW.

Po wyborach prezydenckich i parlamentarnych w 2015 roku szybko okazało się, że taki negacjonizm przedostał się do polskiego rządu i mediów. Minister edukacji Anna Zalewska, którą w „Kropce nad” Monika Olejnik pytała jakiej narodowości byli sprawcy pogromu kieleckiego, unikała odpowiedzi i z wymuszonym uśmiechem rzuciła: „były różne zaszłości historyczne”. Zapytana o Jedwabne odpowiedziała, że „nie jest jej rolą wygłaszanie opinii.



Cynizm polityczny Zalewskiej zdemaskował – choć chciał ją usprawiedliwić – Piotr Gurszyn, nominowany przez PiS dyrektor TVP Historia, który w wywiadzie dla „Kultury Liberalnej” tłumaczył, że Zalewska nie mogła powiedzieć prawdy, ponieważ wtedy przestałaby reprezentować swój elektorat.

Skandalem było też zwycięstwo w konkursie na prezesa Instytutu Pamięci Narodowej doktora Jarosława Szarka, który podczas przesłuchania przed sejmową komisją sprawiedliwości i praw człowieka fałszował historię twierdząc, że w Jedwabnem „wykonawcami zbrodni byli Niemcy, którzy wykorzystali w tej machinie własnego terroru – pod przymusem – grupkę Polaków”.

Przepisy nowelizacji

Nowelizacja ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej wprowadza do niej rozdział zatytułowany „Ochrona dobrego imienia Rzeczypospolitej Polskiej i Narodu Polskiego”.

Dla przyszłości wolności słowa i prasy w Polsce kluczowe są dwa jego artykuły:

  • Artykuł 53o, który stanowi, że ochrona dobrego imienia Polski prowadzona będzie na podstawie przepisów kodeksu cywilnego – czyli tak jak w sprawach o zniesławienie. W tym artykule jest  pierwsza bomba Ziobry: powództwo w sprawie ochrony dobrego imienia Polski może wytoczyć „organizacja pozarządowa w zakresie swoich zadań statutowych” oraz – to już art. 53p – Instytut Pamięci Narodowej.
  • Artykuł 55b definiuje przestępstwo i wprowadza sankcję karną oraz jej ograniczenie w przypadku nieświadomości prawdy. W trzecim punkcie tego artykułu jest druga bomba: „nie popełnia przestępstwa sprawca czynu zabronionego, jeżeli dopuścił się tego czynu w ramach działalności artystycznej i naukowej”.

O dziennikarzach ani słowa.

Tak napisana ustawa to gotowy knebel, a Ministerstwo Sprawiedliwości nie ukrywa wcale, że to o prasę tu idzie. „Uchwalenie ustawy pozwoli skutecznie zwalczać kłamstwa godzące w dobry wizerunek i w dobre imię Polski, powielane przede wszystkim przez zagraniczne media” – napisano w komunikacie prasowym resortu.

Żeby zrozumieć, co szykują polskiej prasie Zbigniew Ziobro i rząd  Beaty Szydło, trzeba zasłonić w powyższym cytacie słowo „zagraniczne”. 



Konsultacje. „Bzdur” z Ministerstwa Spraw Zagranicznych

Ministerstwo Sprawiedliwości forsuje projekt w kształcie zagrażającym swobodzie wypowiedzi mimo iż tę wadę projektu wytykano – wielokrotnie – podczas prac nad ustawą. O wolności słowa i wyrażania poglądów traktują właściwie wszystkie dokumenty, które nadesłano do Ministerstwa Sprawiedliwości.

Zaczął doktor Łukasz Kamiński, wówczas jeszcze szef IPN,  który w datowanym na 25 lutego piśmie do wiceministra Marcina Warchoła proponuje „znaczące zmodyfikowanie” przepisów, ponieważ „penalizacja określonego postępowania powinna korelować z respektowaniem konstytucyjnej wolności wypowiedzi”.

O podejściu Ministerstwa Sprawiedliwości do prezesa IPN świadczy ręczna notatka – słowo „Bzdur” – umieszczona obok jednej z uwag Kamińskiego do projektu. Została uwieczniona w archiwach Rządowego Centrum Legislacji.

Opinia doktora Łukasza Kamińskiego, prezesa IPN / rcl.gov.pl
Opinia prezesa IPN, dr Łukasza Kamińskiego, o projekcie ustawy, adresowana do wiceministra Marcina Warchoła / rcl.gov.pl

25 lutego przychodzi pismo z MSZ, pod którym podpisany jest wiceminister Aleksander Stępkowski: „Uzasadnienie projektu nie zawiera omówienia zgodności projektu z wolnością wypowiedzi uregulowaną zarówno w Konstytucji RP, jak i w europejskiej Konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności”.

Podobną uwagę można znaleźć również w piśmie Jarosława Sellina, posła PiS i wiceministra kultury.

Do żadnej z tych opinii ministerstwo się nie odniosło, a projekt bez żadnych zmian trafił do konsultacji publicznych.

Możliwość naruszenia wolności słowa potwierdził – w przewrotny sposób – bliski PiS mecenas Lech Obara. Prezes stowarzyszenia Patria Nostra „Polski Punkt Widzenia” pisze: „może dojść do kuriozalnej sytuacji, w której nie będzie odpowiadał za >polskie obozy< naukowiec formułujący takie stwierdzenie w referacie naukowym, a odpowiadać będzie za takie określenie dziennikarz, formułujący je na łamach prasy”. I domaga się wykreślenia (!) z projektu zapisu, który wyłącza odpowiedzialność za wypowiedzi artystów i naukowców.



Miażdżące ekspertyzy Sądu Najwyższego i RPO

Biuro Studiów i Analiz Sądu Najwyższego pomysły Ziobry zjechało na niemal dwudziestu stronach.

Rzecznik Praw Obywatelskich zamówił u Ireneusza C. Kamińskiego, profesora Instytutu Nauk Prawnych PAN, ekspertyzę oceniającą nowelizację ustawy z perspektywy Europejskiej Konwencji Praw Człowieka i polskiej Konstytucji. Minister sprawiedliwości, który poważnie traktuje własny dyplom, nie zbyłby opinii tak poważnych ekspertów milczeniem.

Ziobro zlekceważył wyrażoną wprost obawę Sądu Najwyższego,”czy wprowadzenie tych przepisów do ustawy o IPN nie spowoduje >zamrożenia< wciąż żywej debaty publicznej na temat przebiegu II wojny światowej na ziemiach polskich”.

Zdaniem SN „samo ryzyko złożenia wniosku o zabezpieczenie powództwa [oznacza to zablokowanie publikacji książki lub artykułu, będących przedmiotem procesu cywilnego – przyp. S.S.] wywoła poważne obawy co do tego, czy określone tematy (np. denuncjowania Żydów oraz tzw. szmalcownictwa) należy w ogóle poruszać w publikacjach.

Według ekspertyza prof. Kamińskiego dla RPO, „powierzenie – obok IPN – także organizacjom pozarządowym uprawnienia do wniesienia powództwa o ochronę dobrego imienia Narodu Polskiego lub Rzeczypospolitej Polskiej może prowadzić do licznych postępowań wszczynanych w zamiarze nękania autorów, także naukowców, literatów i artystów”.

Prawda przed sądem

Nieusunięcie wad prawnych projektu źle wróży swobodzie wypowiedzi w Polsce. PiS sam neguje lub przemilcza prawdę historyczną. Teraz postanowił pilnować innych przy pomocy kodeksu karnego i pozwów cywilnych.

Ten cel realizować będzie nie tylko IPN, w którym został już osadzony nowy prezes, powtarzający w mediach tezy Prawa i Sprawiedliwości.

Prawdziwym niebezpieczeństwem będzie wyposażenie takich organizacji pozarządowych, jak Reduta Dobrego Imienia – Liga Przeciw Zniesławieniom, w której radzie zasiada m.in wicepremier Piotr Gliński. Będą mogły pozwać w imieniu państwa polskiego każdego polskiego i zagranicznego dziennikarza, który napisze coś, co nie spodoba się polskiej prawicy. Choćby to była prawda.


Socjolog, publicysta. Publikuje na łamach Gazety Wyborczej. Doktorant w ISNS UW.


Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press