0:000:00

0:00

Zaraz po tym, jak tłum wdarł się na Kapitol Stanów Zjednoczonych, w internecie posypały się komentarze: tak wygląda Ameryka Trumpa, takie dziedzictwo zostawia po sobie Trump, to zrobił z amerykańską demokracją Trump.

Są one o tyle słuszne, że odchodzący prezydent rzeczywiście ponosi bezpośrednią odpowiedzialność za te wydarzenia. To on konsekwentnie odmawia uznania wyników demokratycznych wyborów i to on od tygodni karmi swoich zwolenników teoriami spiskowymi.

Niemniej taka trumpocentryczna perspektywa nie oddaje w pełni powagi amerykańskich problemów.

Miło jest myśleć, że była sobie rozsądna Partia Republikańska, którą pięć lat temu przejął podstępem niebezpieczny demagog. Taka wizja zakładałaby bowiem, że wraz z odejściem Trumpa wszystko „wróci do normy”.

Niestety to ułuda, bo Trump jest - wprawdzie doprowadzonym do absurdu - ale jednak wcieleniem tendencji, które wśród republikanów są obecne od lat i nie znikną tylko dlatego, że słynny miliarder przegrał wybory.

Nawet podczas posiedzenia Kongresu, które zostało przerwane w wyniku wtargnięcia tłumu na Kapitol, wielu członków Partii Republikańskiej stało murem za Trumpem.

Ponad stu poparło jego starania o nieuwzględnianie głosów elektorskich z tych stanów, w których przegrał minimalnie z Bidenem. Tak, byli tacy, którzy odcięli się od tych prób, jak Mitch McConnell, ale refleksja naszła ich bardzo późno.

Przez cztery lata popierali wszystkie wybryki Trumpa i nic nie wskazuje na to, żeby w jakikolwiek sposób mieli zmienić swoje podejście. Uznali, że nie ma sensu iść na dno z przegranym politykiem, ale ich stosunek do rządzenia i społeczeństwa pozostaje taki sam.

Przeczytaj także:

Mitch McConnell – człowiek, który zmienił reguły gry

Weźmy wspomnianego McConnella, który chwilowo cieszy się reputacją „odpowiedzialnego polityka”, bo nie poparł powyborczych gierek Trumpa.

Od 2015 roku McConnell pełnił funkcję lidera większości w Senacie. W czasie kadencji Baracka Obamy wykorzystywał ją głównie do torpedowania każdej inicjatywy Partii Demokratycznej.

Na przykład przez rok blokował kandydaturę Merricka Garlanda do Sądu Najwyższego, nie chciał nawet dopuścić do jego przesłuchania przed Senatem. Był to niespotykany ruch jak na standardy amerykańskiej polityki.

McConnell tłumaczył, że skoro prezydentura Obamy zbliża się do końca, decyzję na temat nominacji powinien podjąć jego następca. Nie miał takich skrupułów, gdy kilka miesięcy temu Trump w pośpiechu, tuż przed końcem swojej kadencji, forsował kandydaturę konserwatystki Amy Coney Barrett.

McConnell jeszcze w 2010 roku, kiedy był liderem mniejszości w Senacie, ogłosił, że jego głównym priorytetem jest uczynienie z Obamy prezydenta jednej kadencji. Sposobem na to była całkowita odmowa współpracy z ówczesnym prezydentem.

Nie chodzi tylko o to, że McConnell kierował się wyraźnie partyjnymi pobudkami. Nie on pierwszy i nie ostatni. McConnella wyróżnia to, że uczynił z partyjniactwa powód do chwały, wielokrotnie szczycąc się tym, że paraliżował możliwości rządzenia Obamy i Partii Demokratycznej.

Michael Grunwald z „Politico” już w 2016 roku pisał, że to właśnie strategia McConnella, żeby traktować prezydenta z Partii Demokratycznej jako wroga publicznego numer jeden, z którym nie chodzi się na żadne kompromisy, i którego traktuje się nie jak człowieka o innych poglądach, ale jak zagrożenie dla Stanów Zjednoczonych, utorowała drogę do władzy Trumpowi.

Dziś wielu komentatorów politycznych w USA uważa, że McConnell na stałe zmienił reguły gry amerykańskiej polityki, uniemożliwiając jakąkolwiek międzypartyjną współpracę.

Agresywny styl uprawiania polityki to jedno, ale McConnella łączy z Trumpem jeszcze jedno: radykalne poglądy.

Niezależnie, czy mówimy o absurdalnym systemie opieki zdrowotnej, czy o polityce klimatycznej – McConnell szedł pod rękę z Trumpem. Każdą poważniejszą próbę uporania się z tymi problemami automatycznie etykietował jako „niszczycielskie socjalistyczne fantazje”.

Niestety, jest to cecha charakterystyczna całej Partii Republikańskiej – odmowa uznania, że Stany Zjednoczone zmagają się z serią systemowych zaniedbań. Republikanie próbują zagadać wszystkie te problemy przez ciągłe straszenie socjalizmem, Antifą i wszystkim, co ma kojarzyć się z radykalną lewicowością.

Było to widać nawet w trakcie niedawnej dogrywki wyborczej do Senatu w Georgii, gdzie republikańscy kandydaci próbowali odmalować swoich przeciwników z Partii Demokratycznej jako „marksistowskich ideologów”.

Trudno poważnie traktować ugrupowanie polityczne, dla którego wszystko – od publicznej opieki zdrowotnej, przez antyrasistowską politykę, po regulacje proklimatyczne – jest marksizmem.

Zaczęło się od Reagana?

Kiedy zaczął się ten zjazd Partii Republikańskiej? Paul Krugman, laureat nagrody im. Nobla w dziedzinie ekonomii, postawił kilka tygodni temu tezę w „New York Timesie”, że źródła problemu sięgają co najmniej czasów Ronalda Reagana.

W Polsce mamy tendencje do idealizowania tej prezydentury, ale Reagan miał co najmniej jedną cechę upodobniającą go do Trumpa i sporej części współczesnej Partii Republikańskiej: pogardę do wiedzy naukowej, jeśli ta stała w sprzeczności z jego celami politycznymi.

Dobrym przykładem jest stosunek Reagana do problemu zmiany klimatu.

Dziś to norma, że amerykańska lewica chce walczyć z kryzysem klimatycznym, prawica waha się zaś między całkowitym negowaniem faktu globalnego ocieplenia a twierdzeniem, że stanowi ono pomniejszy problem.

Przed Reaganem nie było to wcale takie oczywiste – tematy środowiskowe nie wiązały się tak ściśle z podziałami politycznymi czy partyjnymi. To właśnie administracja Reagana zapoczątkowała ciągnący się do dziś trend lekceważenia przez republikanów naukowego konsensusu w sprawie klimatu.

Kiedy Rada ds. Jakości Środowiska przedłożyła Reaganowi raport, że paliwa kopalne mają katastrofalny i nieodwracalny wpływ na klimat, ten nie tylko zlekceważył jej ostrzeżenia, ale zaczął rozważać rozwiązanie Rady.

To nie wszystko. „Przez kolejne miesiące Reagan obmyślał plany zamknięcia Departamentu Energii, zwiększenia produkcji węgla na terenach państwowych i deregulacji górnictwa odkrywkowego. Do kierowania Departamentem Spraw Wewnętrznych wyznaczył Jamesa Watta, prezesa kancelarii prawniczej, która walczyła o pozwolenie na wydobycie i odwierty na państwowych gruntach” – pisze Nathaniel Rich w książce „Ziemia. Jak doprowadziliśmy do katastrofy?”.

Partia Republikańska do dziś nie potrafi porzucić negacjonizmu klimatycznego. Sam Trump słynie z niedorzecznych wypowiedzi na ten temat. Na przykład w 2016 roku stwierdził, że globalne ocieplenie zostało wymyślone przez Chiny, żeby pokonać amerykańską gospodarkę.

Administracja Reagana miała również lekceważący stosunek do epidemii AIDS: ignorowała kolejne ostrzeżenia o powadze sytuacji i udawała, że nie ma problemu.

„W latach osiemdziesiątych mieliśmy prezydenta, który przez większość swojej prezydentury ignorował epidemię AIDS – po raz pierwszy wspomniał o AIDS dopiero w siódmym roku swojej prezydentury. To zgubne zaniedbanie, które w przypadku prezydenta Reagana wynikało prawdopodobnie z homofobii i rasizmu oraz strachu przed ludźmi używającymi narkotyków, jest bardzo specyficznym rodzajem wrogości i nieudolności” – tłumaczył dla „Vox” Gregg Gonsalves, epidemiolog i aktywista zdrowotny.

Nie dziwi zatem, że część osób natychmiast dostrzegła podobieństwa między stosunkiem administracji Reagana do AIDS a podejściem administracji Trumpa do pandemii koronawirusa.

Paul Krugman dorzuca jeszcze jedno oskarżenie: od czasów Reagana Partia Republikańska wierzy w fantazyjne teorie ekonomiczne, na których potwierdzenie nie ma żadnego dowodu.

Najsłynniejsza z nich jest tak zwana „teoria skapywania”: przekonanie, że gdy obniżymy podatki najzamożniejszej części społeczeństwa, zwiększy się tempo wzrostu PKB i korzyści „skapną” na całą resztę.

Ten efekt próbowali osiągnąć kolejni republikańscy prezydenci, ale najbardziej namacalnymi skutkami ich decyzji był wzrost nierówności społecznych oraz zwiększenie deficytu publicznego, a nie „skapywanie” bogactwa.

„Gwałtownie rosnące nierówności oznaczały, że nieproporcjonalnie duża część korzyści ze wzrostu gospodarczego popłynęła w stronę wąskiej elity, niewielka spłynęła do większości społeczeństwa. Ubóstwo, mierzone prawidłowo, było w 1989 roku wyższe niż dziesięć lat wcześniej” – podsumowuje Krugman efekty polityki gospodarczej Reagana.

W podobnym duchu pisze dwójka ekonomistów, David Hope i Julian Limberg, których badania obejmowały osiemnaście krajów i pięćdziesiąt lat. Ich wniosek jest prosty: ekonomia skapywania nie działa.

Niestety wygląda na to, że nic nie jest w stanie zmienić stosunku Partii Republikańskiej do kwestii podatkowych. Kiedy na początku swojej prezydentury Trump zaproponował kolejne cięcia podatków dla najbogatszych, republikańscy politycy zareagowali entuzjazmem.

Co dalej?

Czy Partia Republikańska potrafi się zmienić pod wpływem porażki Trumpa? Nic na to nie wskazuje. Przede wszystkim Trump nadal cieszy się dużym poparciem – zarówno wśród wyborców, jak i członków partii, a on sam coraz wyraźniej daje do zrozumienia, że zamierza wystartować w kolejnych wyborach prezydenckich.

Nawet gdyby Trump odszedł z polityki, to Partia Republikańska nadal pozostanie ugrupowaniem, które nie chce przyjąć do wiadomości kilku prostych faktów: sprywatyzowany system ochrony zdrowia ma fatalne konsekwencje dla ogromnej części społeczeństwa, teoria skapywania nie działa, Stany Zjednoczone wciąż mają problem z systemowym rasizmem, dostęp do broni powinien zostać ograniczony, zmiana klimatu to ogromne zagrożenie dla całej ludzkości.

Innymi słowy, Partia Republikańska nadal pozostanie ugrupowaniem, które działa na szkodę amerykańskiego społeczeństwa, a pośrednio – całego świata.

Udostępnij:

Tomasz Markiewka

Filozof, autor książek „Język Neoliberalizmu” (Wydawnictwo Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, 2017) i "Gniew" (Wydawnictwo Czarne, 2020)

Przeczytaj także:

Komentarze