0:00
Prawa autorskie: Fragment spotu Prawa i SprawiedliwościFragment spotu Prawa...
21 stycznia 2023

Kompromitacja propagandy: tak PiS pomylił Chorwację z Indiami i Turcją [PRZEKAZY TYGODNIA]

Ponieważ spindoktorzy PiS nie potrafili znaleźć nagłówków medialnych o katastrofie w Chorwacji, do ilustracji tezy o diabelskiej walucie euro użyli tytułów starych tekstów o wzroście cen w Turcji, w USA i o polityce banku centralnego w Indiach

Wydrukuj

Co mówili? Jak głosowali? Gdzie manipulowali? O co się kłócili? Co sobotę zrekapitulujemy dla państwa, czym próbowali mamić nas politycy w mijającym tygodniu.

W środę 18 stycznia 2023 PiS z dumą wypuścił nowy spot, w którym opowiada o jednej z plag, jakie spadną na Polskę, jeśli, co nie daj Boże, jesienią władzę przejmie opozycja, a konkretnie Platforma Obywatelska. Otóż jak się dowiadujemy, opozycja natychmiast wprowadzi w naszej ojczyźnie walutę euro, a przez to ceny w sklepach poszybują, jak jeszcze nigdy nie szybowały. I będzie wtedy w Polsce jak w Chorwacji, która przyjęła europejską walutę od 1 stycznia tego roku. PiS przekonuje, że ceny na Bałkanach wzrosły aż o 70 proc. i że tak samo będzie w Polsce. “PO=eurodrożyzna” - głosi hasło.

Na początek doceńmy brawurę Prawa i Sprawiedliwości. Partia władzy, która po miesiącach rekordowego wzrostu cen straszy drożyzną po przejęciu rządów przez opozycję, to z całą pewnością partia z fantazją i wysoce nieszablonowym podejściem do rzeczywistości. Osobliwie nieszablonowym podejściem do faktów i zdrowego rozsądku.

To też rodzaj propagandowej kreatywności, bardzo patriotyczny, polski i narodowy, znany w naszym kraju od lat i sportretowany w filmowej klasyce jako “przedszkole w przyszłości”, a w wersji PiS brzmiący następująco: “A gdyby tu nagle rządziła opozycja w przyszłości i wasz synek mały szedł po zakupy do sklepu, w przyszłości, którego jeszcze nie macie. Więc nie mówcie mi, że siedzi z tyłu!”.

Najnowszy przekaz obozu władzy to bowiem czysta spekulacja, do tego oparta na fałszywych przesłankach i kabaretowo sfuszerowana.

Cykl „SOBOTA PRAWDĘ CI POWIE” to propozycja OKO.press na pierwszy dzień weekendu. Znajdziecie tu fact-checkingi (z OKO-wym fałszometrem) zarówno z polityki polskiej, jak i ze świata, bo nie tylko u nas politycy i polityczki kłamią, kręcą, konfabulują. Cofniemy się też w przeszłość, bo kłamstwo towarzyszyło całym dziejom. Rozbrajamy mity i popularne złudzenia krążące po sieci i ludzkich umysłach. I piszemy o błędach poznawczych, które sprawiają, że jesteśmy bezbronni wobec kłamstw. Tylko czy naprawdę jesteśmy? Nad tym też się zastanowimy.

Wzrost cen o 70 proc. w Chorwacji? Bzdura

“Chaos po wprowadzeniu euro w Chorwacji. Ceny wzrosły o 70!” - głosi w spocie PiS nagłówek fikcyjnej gazety. O 70 proc. wzroście cen mówił też wcześniej - bo 10 stycznia - premier Mateusz Morawiecki: “Chorwaci przeżywają szok cenowy, widzimy wyraźnie, że ceny na półkach w Chorwacji są znacząco, skokowo wyższe z tygodnia na tydzień. Za mediami mogę podać, że ceny wzrosły o 70 proc.”.

Istnieje jednak wysokie prawdopodobieństwo, że jedyne medium informujące o 70 proc. wzroście cen w ciągu pierwszych dwóch tygodni po wprowadzeniu euro w Chorwacji to fikcyjna gazeta w filmie PiS. Depesza Reutersa z 18 stycznia przedstawia znacząco inny obraz sytuacji.

Dowiadujemy się z niej, że ceny rzeczywiście wzrosły, a rząd wprowadził kary wobec handlowców, którzy podnieśli ceny z nieuzasadnionych powodów. Stowarzyszenia przedsiębiorców odpowiadają, że ceny rosną z powodu wysokiej inflacji (prawie 11 proc.) i wzrostu kosztów energii, a nie pod pretekstem wprowadzenia nowej waluty. Co z kolei kontrują stowarzyszenia konsumentów, mówiąc o wzrostach od 5 do 20 proc., w zależności od produktu.

Nie ma jednak mowy o chaosie i wzrostach rzędu 70 proc. To po pierwsze. Po drugie, wyciąganie fundamentalnych wniosków o katastrofie i drożyźnie kilkanaście dni po wprowadzeniu euro jest czystym nonsensem.

„Doświadczenia kolejnych przyjmujących euro krajów pokazywały, że przy odpowiednim przygotowaniu wzrostu cen można niemal całkiem uniknąć. Łączny wzrost cen w ciągu trzech miesięcy po wprowadzeniu euro wyniósł na Słowacji 0,1 proc., w Estonii 1,5 proc., na Łotwie 1 proc., a na Litwie ceny spadły o 0,5 proc.” - to fragment raportu Najwyższej Izby Kontroli z 2019 roku pod tytułem „Czy Polska powinna przystąpić do strefy euro?”.

W obszernej i błyskotliwej analizie na temat możliwych skutków przyjęcia euro w Polsce tak pisał o tym w OKO.press Jakub Szymczak:

“Ocena poziomu cen w Chorwacji po kilku pierwszych dniach stycznia, w trakcie najwyższej od wielu lat inflacji i wyciąganie na tej podstawie wniosków o tym, co stanie się w Polsce, jeśli wprowadzimy euro, nie ma większego sensu. Szczególnie niedorzecznie (i na swój sposób ironicznie) brzmią takie prognozy w ustach premiera kraju, który zmaga się z kilkunastoprocentową inflacją - jedną z najwyższych w Europie”.

Spot PiS o inflacji w Chorwacji, czyli całkowita fuszerka

Co dodatkowo zabawne, ponieważ spindoktorzy PiS nie potrafili znaleźć styczniowych nagłówków medialnych o katastrofie w Chorwacji, do ilustracji swojej tezy użyli tytułów starych tekstów o wzroście cen w Turcji, w USA oraz o polityce... banku centralnego w Indiach. Nagłówki w filmie Prawa i Sprawiedliwości przelatują w okamgnieniu, w dwie sekundy tworząc wrażenie podbijane przez lektora, że wszystkie dotyczą cenowego Armageddonu w Chorwacji.

Zadaliśmy sobie nieco trudu, by je odcyfrować. I tak katastrofę w Chorwacji ilustrują w spocie PiS m.in. następujące tytuły (

">można je zobaczyć między 16. a 18. sekundą partyjnej reklamówki):

View post on Twitter
Źródło: USNews
Źródło: The Guardian
  • “Całkowite skupienie się Bidena na problemie inflacji, nie podoba się progresywnej części administracji prezydenta”, opublikowany 7 lipca 2022 roku
Nagłówek portalu Politico: Biden’s 'laser focus' on inflation rankles progressives inside administration
Źródło: Politico

W związku z powyższym można przyjąć dwa wytłumaczenia:

  • pierwsze, nieco mniej prawdopodobne, że zdaniem PiS zaistniał tu tzw. efekt motyla i słowa prezesa banku centralnego Indii po pół roku wpłynęły na ceny w Chorwacji po przyjęciu euro;
  • drugie, nieco bardziej prawdopodobne, że Prawo i Sprawiedliwość jest tak przekonane o swojej zdolności do wciskania wyborcom dowolnych bredni, że z lenistwa przestało dbać o elementarną spójność przekazu.

Wybór pozostawiamy Szanownym Czytelniczkom i Czytelnikom

Prezydent Duda i polskie białe niedźwiedzie

Tymczasem prezydent Andrzej Duda udał się w mijającym tygodniu do szwajcarskiego Davos, gdzie postanowił objaśnić światowej opinii publicznej, o co chodzi w sporze o polski wymiar sprawiedliwości. Okazuje się, że znów chodzi o komunistów.

“Niestety, to jest trochę tak, że nie wszystkie nasze problemy są zrozumiałe przez wszystkich decydentów, zwłaszcza na zachodzie Europy. Przez ludzi, którzy nigdy nie zaznali życia pod jarzmem komunizmu. Niestety, cały czas jeszcze w wielu punktach zmagamy się z pozostałościami tego dawnego systemu, tak jest między innymi także w naszym systemie wymiaru sprawiedliwości, gdzie – przykro to powiedzieć – ale cały czas są jeszcze pojedyncze przypadki sędziów, którzy skazywali ludzi, jako podlegli komunistycznej partii, należeli do komunistycznej partii, wykonywali polecenia komunistycznej partii, dzisiaj nazywają się niezawisłymi, niezależnymi sędziami”

- stwierdził prezydent Duda w rozmowie z telewizją CNBC.

Tak więc, jak się okazuje, PiS walczy z komunistami podległymi PZPR w polskich sądach. Wymieńmy więc dla porządku tych sędziów, wobec których tę walkę Prawo i Sprawiedliwość toczy z wyjątkową determinacją:

  • Sędzia Piotr Gąciarek - 48 lat, w chwili upadku komunizmu w Polsce miał 15 lat.
  • Sędzia Paweł Juszczyszyn - 51 lat, w chwili upadku komunizmu w Polsce miał 17 lat.
  • Sędzia Igor Tuleya - 52 lata, w chwili upadku komunizmu w Polsce miał 18 lat.
  • Sędzia Waldemar Żurek - 53 lata, w chwili upadku komunizmu w Polsce miał 19 lat.

Być może prezydent Duda dysponuje jakąś wiedzą tajnych służb, wg której w latach 80. XX wieku czterech nastolatków - Piotr, Paweł, Igor i Waldemar - wspólnie i w porozumieniu (prawdopodobnie doklejając sobie dla powagi sztuczne wąsy i brodę) wydawało polityczne wyroki na zlecenie PZPR, ale mimo wszystko wydaje się to mało prawdopodobne.

Co więcej, pewną sprzeczność w argumentacji głowy państwa stanowi fakt, że wyżej wymienieni nie są dziś ścigani przez rzeczników dyscyplinarnych podległych Zbigniewowi Ziobrze za wyroki na zlecenie Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, tylko za stosowanie orzeczeń europejskich trybunałów: Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej i Europejskiego Trybunału Praw Człowieka.

Przyznajmy, że wyjaśnieniem tej sprzeczności są słowa byłego pryncypała prezydenta Dudy, prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego, który już w październiku 2020 roku stwierdził, że Unia Europejska jest w istocie gorsza od ZSRR, czyli stanowi bardziej perfidną mutację komunizmu. Tej teorii jednak zabrakło w rozmowie Dudy z amerykańską stacją. Szkoda.

A mówiąc już całkowicie poważnie, argumenty o walce z komuną w sądach pojawiają się w narracji PiS już od wielu lat i w OKO.press szczegółowo się nad nimi pochylaliśmy.

W 2017 roku Stanisław Zakroczymski wskazywał na naszych łamach, że hasło o "dekomunizacji Sądu Najwyższego" to propagandowy wybieg PiS, żeby przejąć SN. Ale przyznawał, że w IPN-owskim wykazie sędziów „posłusznie” orzekających w sprawach politycznych w stanie wojennym, można znaleźć dziesięciu spośród osiemdziesięciu ówczesnych sędziów Sądu Najwyższego.

“Nie powinno to jednak przysłaniać faktu, że jest to instytucja jak mało która zasłużona w dekomunizacji prawnej i symbolicznej naszego kraju. Instytucja, bez której istnienia w obecnym kształcie trudno wyobrazić sobie funkcjonowanie naszego ładu ustrojowego” - dodawał Zakroczymski.

Co więcej, trudno 10 sędziów uznać za uzasadnienie dla ataku na cały wymiar sprawiedliwości i za usprawiedliwienie wobec represji dotykających w przygniatającej części głównie sędziów, którzy z PRL nie mieli nic wspólnego.

Na marginesie dodajmy, że takimi wypowiedziami jak ta dla CNBC prezydent Andrzej Duda dokonuje orientalizacji Polski, przedstawiając kraj od ponad 33 lat demokratyczny, od prawie 20 lat należący do Unii Europejskiej jako miejsce dziwne, specyficzne, egzotyczne, do którego nie pasują zachodnie standardy.

To niemal miejsce, gdzie po ulicach chodzą białe niedźwiedzie, a pomiędzy nimi w czapkach uszatkach wciąż przemykają wszechobecni komuniści, z którymi dopiero PiS podjął prawdziwą, bezkompromisową walkę.

To obraz tyleż absurdalny, co malowany w sposób charakterystyczny dla większości przywódców, którym podoba się sprawowanie władzy w autorytarnym stylu. Czy Turcja, czy Węgry, czy coraz częściej Polska, wszędzie pojawia się opowieść władzy o lokalnej specyfice, która sprawia, że w tych krajach nie da się po prostu stosować mechanizmów przynależnych instytucjom demokratycznego Zachodu, że zawsze trzeba iść na skróty, walcząc z mniej lub bardziej wyimaginowanym wrogiem w imię zachowania kulturowej i politycznej odrębności, odzyskiwania godności, suwerenności etc.

W takim świecie dowolne intelektualne salto zdaje się być doskonale logicznym i uzasadnionym. Nawet takie, że jesienne wybory parlamentarne w Polsce 34 lata po upadku komunizmu znów zapewne odbędą się w sosie walki z komuną właśnie: starą w sądach i nową w Brukseli, która chce zubożyć Polaków komunistyczną walutą euro. A wszystko pod nadzorem Berlina.

Jak to się mówi, kto mieszka w Polsce, ten się w cyrku nie śmieje.

Udostępnij:

Michał Danielewski

Wicenaczelny OKO.press, redaktor, socjolog. W OKO.press od 2019 roku, pisze o polityce. Wcześniej przez ponad 13 lat w "Gazecie Wyborczej". Pochodzi z Sieradza

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne