0:00
Prawa autorskie: 27.11.2022 Warszawa , PKiN . Czlonek Zarzadu Krajowego Partii Razem Adrian Zandberg (p) i poslanka Lewicy Magdalena Biejat (l) podczas ogloszenia wynikow wyborow nowych przewodniczacych Lewicy Razem podczas konwencji . Fot. Maciek Jazwiecki / Agencja Wyborcza.pl27.11.2022 Warszawa ...
29 listopada 2022

Koniec „trzech tenorów”. Lewicą rządzi teraz kwartet z Magdaleną Biejat

Magdalena Biejat i Adrian Zandberg zostali współprzewodniczącymi partii Razem. Wśród przywódców parlamentarnej lewicy jest teraz kobieta. Razem żegna się z wizerunkiem grupy aktywistów, chce wejść do wyższej politycznej ligi

Wydrukuj

„Ta decyzja jest odpowiedzią na zapotrzebowanie polskiej polityki” — powiedziała OKO.press Magdalena Biejat po tym, jak ogłoszono, że wraz z Adrianem Zandbergiem została wybrana współprzewodniczącą partii Razem.

W niedzielę 27 listopada 2022 podczas konwencji w Pałacu Kultury i Nauki Razem ogłosiło, że w wewnętrznych wyborach na przewodniczących zwyciężyli właśnie Biejat i Zandberg. Wiązało się to ze zmianami w statucie partii, które zostały zatwierdzone podczas październikowego kongresu. Odtąd partii przewodniczyć będą dwie osoby wybierane na maksymalnie dwie dwuletnie kadencje. Do tej pory Razem kierował kolektywny zarząd, co wywoływało niezrozumienie opinii publicznej.

„To pomoże światu lepiej nas słyszeć, było irytujące, że zamiast rozmawiać o rozwiązaniach połowę czasu spędzaliśmy na tym, żeby tłumaczyć barokowy charakter naszych struktur wewnętrznych” — przyznał w rozmowie z OKO.press Adrian Zandberg. „Niestety w polskiej polityce, nad czym bolejemy, potrzebny jest jakiś lider, liderka, którzy reprezentują partię na zewnątrz” — powiedziała nam Magdalena Biejat. „Jeśli chodzi o to, w którym kierunku będziemy szli, nic się nie zmieni. Pozostajemy wierni swoim wartościom i celom” — dodała.

Mogłoby się wydawać, że to kosmetyczna zmiana w zarządzaniu jedną z mniejszych partii w parlamencie.

Jednak wybór Zandberga i Biejat ma też szersze polityczne znaczenie.

Po pierwsze — wizerunkowe. Przywództwo na lewicy należało dotąd do „trzech tenorów”: Włodzimierza Czarzastego, Roberta Biedronia i właśnie Adriana Zandberga. Teraz męski tercet zmienia się w kwartet, do którego należy kobieta. I faktycznie jest to odpowiedź na zapotrzebowanie polskiej polityki.

Po drugie to sygnał ze strony Razem, że nie zamierza być partią jednego sezonu. Trochę organizacja pozarządowa, trochę grupa aktywistyczna, trochę kółko dyskusyjne, trochę think tank — tak mniej więcej można by opisać partię Razem w jej dotychczasowym kształcie.

Przyjęcie reguł politycznej gry (wyraźne przywództwo) pozwala sądzić, że partia chce pozostać trwałym elementem politycznego krajobrazu w Polsce.

Jest to też koniec pewnej fikcji: mimo deklaracji o kolektywnym przywództwie dla szerokiej opinii publicznej to Zandberg od lat był liderem Razem. Znanym z wyrazistych wystąpień medialnych czy choćby cotygodniowego felietonu w tabloidzie („Super Expressie”). Zaś Biejat konsekwentnie zyskiwała na znaczeniu w klubie parlamentarnym i reprezentując partię w rozmowach z resztą opozycji. W kuluarach można usłyszeć, że przez polityków innych partii jest nie tylko ceniona za merytoryczne podejście, ale też lubiana (pytanie, czy to pomaga w polityce).

Wystąpienia nowych przewodniczących, a także późniejsza dyskusja z udziałem m.in. popularnego pisarza Szczepana Twardocha i byłej kandydatki na Rzecznika Praw Obywatelskich Zuzanny Rudzińskiej-Bluszcz pokazują, że Razem nie rezygnuje z roli trendsetterki polskiej polityki.

Uporządkowanie kwestii związanych z zarządzaniem nie zmienia jednak tego, że Razem — zresztą, jak cała Lewica — ma problem ze znalezieniem swojego elektoratu.

„Czasem trzeba polityczki wyciągać za uszy”

Kobiet na najwyższym partyjnym szczeblu jest w polskiej polityce jak na lekarstwo. Biejat będzie drugą w polskim parlamencie partyjną współprzewodniczącą. Pierwsza to Urszula Zielińska z Zielonych. Tylko w dwóch innych partiach kobiety są jedynymi przewodniczącymi — to Inicjatywa Polska (Barbara Nowacka) i Unia Europejskich Demokratów (Elżbieta Bińczycka). Niedawno media donosiły, że Jarosław Gowin miałby zrezygnować z przewodniczenia Porozumieniu na rzecz Magdaleny Sroki [AKTUALIZACJA 10 grudnia 2022 Jarosław Gowin zrezygnował z funkcji przewodniczącego Porozumienia, nową szefową partii została Magdalena Sroka]. Wszystko to nie są partie najcięższej politycznej wagi.

Ten brak kobiet w najwyższych partyjnych władzach kłuł w oczy zwłaszcza w przypadku partii lewicowych. Mają prokobiece postulaty na sztandarach, obiecują walczyć z dyskryminacją i chwalą się poparciem (zwłaszcza młodych) kobiet, lewicowe polityczki są aktywne i w terenie, w parlamencie, i w mediach, tymczasem w partiach rządzą mężczyźni. Nowa Lewica – powstała z połączenia SLD i Wiosny – na przewodniczących wybrała Czarzastego i Biedronia. Razem trzymało się parytetu w kolektywnych władzach, ale reprezentantem partii przy stole z resztą lewicy jest Zandberg. Polska lewica miała przez ostatnie lata twarz „trzech tenorów”. W niedzielę to się skończyło.

„To jest problem, który wynika z tego, jak funkcjonuje polska polityka” — uważa Magdalena Biejat, gdy pytam o nieliczną reprezentację kobiet wśród przywódców polskich partii. „Bardzo wielu liderów to są politycy starszego pokolenia, którzy przez lata nie dopuszczali kobiet do władzy, do udziału w polityce. Kwestia kwot na listach, większego udziału kobiet w polityce to jest ostatnich kilka, może kilkanaście lat. Nadal pokutuje poczucie, że ponieważ kobiet jest mniej, to nie ma z kogo wybierać” — powiedziała Biejat OKO.press.

Nowa współprzewodnicząca podkreśla, że w Razem działa to inaczej dzięki świadomej polityce zachęcania kobiet, by brały władzę (narzędziem są np. wewnętrzne parytety). „Niestety jesteśmy socjalizowane do tego, żeby raczej stawiać się na zapleczu.

Czasem trzeba polityczki wyciągać za uszy, ale to jest z korzyścią dla nas wszystkich” — mówi Biejat.

Mandat dla Magdaleny Biejat w wyborach 2019 roku był zaskoczeniem. Nieznana szerzej socjolożka zdobyła w stolicy 19,5 tys. głosów. Prowadziła bardzo aktywną kampanię w internecie, ale przede wszystkim poparły ją osoby z różnych środowisk niekojarzonych z lewicą, np. znana blogerka kataryna.

Już po wyborze na współprzewodniczącą Biejat wywołała burzę w mediach społecznościowych, gdy w radiu TOK FM przyznała, że w wyborach prezydenckich w 2010 i w 2015 roku wstrzymała się od głosu. Wsparł ją Zandberg: „Full disclosure: w 2015 też nie głosowałem na Komorowskiego, wdzięczącego się w kampanii do nacjonalistów i Kukiza. Uważałem tę ofertę za żart - ze mnie jako wyborcy. Kilka tygodni po wyborach odbył się pierwszy kongres partii Razem. Uznaliśmy, że zamiast narzekać, lepiej działać”.

View post on Twitter

„Platforma wcale nie chce jednej wspólnej listy”

„Mam taką prośbę, żebyśmy ten przewrót kopernikański w polityce zrobili razem” – mówił Robert Biedroń, który wraz z Włodzimierzem Czarzastym był gościem na konwencji Razem. Biedroń nawiązał do sali, w której odbywała się konwencja – nosi imię Kopernika. „[Żebyśmy] zrobili w polityce to, co wyszło Kopernikowi w nauce:

żebyśmy wstrzymali polską prawicę i ruszyli polską lewicę”.

Startując samodzielnie, Razem zdobyło w 2015 roku 3,62 proc. głosów i nie weszło do Sejmu. W 2019, gdy zdecydowało się na współpracę z SLD i Wiosną, wprowadziło sześcioro parlamentarzystów.

Zmiany w Razem wpisują się w proces porządkowania lewicy przed wyborami. W październiku Nowa Lewica i Razem podpisały deklarację o strategicznej współpracy, zapowiadają ponowny wspólny start w wyborach parlamentarnych. Co to znaczy dla reszty opozycji?

Razem nie kryje, że jest przeciwne koncepcji jednej wspólnej opozycyjnej listy. „To jest teatrzyk, Platforma Obywatelska wcale nie chce jednej wspólnej listy. Deklaracje przewodniczących partii są jasne. To, co jest możliwe, to zbudowanie paktu senackiego” — powiedział OKO.press Adrian Zandberg.

Choć w Nowej Lewicy nie brakuje zwolenników wspólnej listy, a nawet startu tylko z Platformą Obywatelską, na razie jednak lewica buduje jeden lewicowy wyborczy blok. Razem stawia bowiem sprawę na ostrzu noża: jeśli Nowa Lewica pójdzie z PO, to Razem wystartuje samodzielnie — przyznają rozmówcy z lewicy.

„Pójście z Razem jest dla nas ważniejsze niż jedna lista” — powiedział mi niedawno polityk z kierownictwa Nowej Lewicy. Dlaczego? „Chodzi o to, żeby nie było konkurencji na lewicy” — tłumaczył mi polityk Lewicy. „Partia, która ma struktury, jakieś pieniądze, rozpoznawalność, może odebrać nam trochę głosów”.

Swoje ambicje Razem lokuje teraz w samorządach. „Od 20 lat w bardzo wielu miejscach żadnej zmiany nie było, rządzą zastane układy, które trzymają się na zasadzie siły bezwładności: jak nie my, to PiS. Czas, żeby w tym jeziorku trochę ruszyła się woda. To będzie nasze duże zadanie, żeby wprowadzić do samorządów agentów zmiany” — powiedział OKO.press Zandberg. W wyborach 2018 partia wystawiła samodzielne listy do sejmików wojewódzkich i osiągnęła mizerne wyniki w granicach półtora procent poparcia.

Razem nie kryje też, że chce znaleźć się przyszłym opozycyjnym rządzie. Kiedy pytam, o jakie ministerstwa partia będzie zabiegać, Zandberg odpowiada, że woli rozmawiać o tym, „jak Razem wyobraża sobie politykę rynku pracy, politykę społeczną, energetykę, wydatki na badania i rozwój”. „My będziemy się bić o polityki, ministerstwa są narzędziem” — mówi nowy współprzewodniczący Razem.

Czego powinniśmy się bać?

A o co Razem chce się bić? Budowa mieszkań na wynajem, inwestycje w zieloną energię i atom, podwyżki dla budżetówki, skrócenie procedury zakładania związków zawodowych, publiczne inwestycje w nowe technologie — to punkty programowe, o których Biejat i Zandberg mówili w krótkim wspólnym wystąpieniu.

Później wspólnie poprowadzili rozmowę o Polsce za 15 lat, a dokładniej: o tym, czego powinniśmy się bać w nieodległej przyszłości.

„Jesteśmy w polityce, bo wierzymy, że jeszcze coś można zmienić. Czerpiemy paliwo z tych lęków, one nas motywują do działania. Mnie motywują, bo nie chcę, żeby było gorzej” — tłumaczyła temat Magdalena Biejat.

„Najbardziej się boję tego, co niewiadome” — stwierdził pisarz Szczepan Twardoch. „Na pierwszym miejscu jest Rosja i wojna w Ukrainie, nie dlatego że Rosja zagraża NATO, bo nie zagraża. Obawiam się drugiej pierestrojka, glasnosti, odwilży w Rosji. A ja chciałbym, żebyśmy tym razem jako euroatlantycka wspólnota sprawili, że już nie będzie powrotu do imperialistycznej polityki Rosji. Widzę tu wielką rolę Europy Wschodniej”. Twardoch chciałby, żeby nasz region przekonała resztę Europy do bardziej stanowczej polityki wobec Rosji.

Jako drugie wyzwanie wskazał kryzys demograficzny w Europie. „Razem ze zmianami klimatycznymi wywoła gigantyczna fale migracji. Pytanie, czy Europa razem z Afryką jest tą falą w stanie zarządzać?” — zastanawiał się, dodając, że nie ma takiego drutu kolczastego, który by tych ludzi powstrzymał oraz że Europa ich potrzebuje.

„Zaraza, pożogi, powodzie, wojny — to są wyzwania, z którymi ludzkość mierzy się od tysiącleci” — powiedziała Zuzanna Rudzińska-Bluszcz. Niegdyś obywatelska kandydatka na Rzecznika Praw Obywatelskich, dziś pracuje w międzynarodowej sieci prawników zajmujących się sprawami klimatu Client Earth. Jej zdaniem dziś mamy lepsze narzędzia, by odpowiedzieć na znane od wieków wyzwania. „Dlaczego lepsze? Bo możemy to robić we wspólnocie. Dla mnie tą wspólnotą jest Europa. Jeśli się zamkniemy, to niczego nie rozwiążemy. Pandemia pokazała, że są takie wyzwania, na które możemy odpowiedzieć na szerszą skalę, takie jak zmiany klimatyczne. Wyzwania klimatyczne będą spotęgowane, jest szacowane, że będzie miliard uchodźców klimatycznych.

Musimy mieć lepszą odpowiedź, niż bardzo zła odpowiedź, jaką mieliśmy na granicy polsko-białoruskiej”.

Jeszcze dwie rzeczy budzą lęk byłej kandydatki na RPO: „Boję się starości w Polsce. Pomyślcie, jak to wpłynie na wyniki wyborów, jeżeli seniorzy będą stanowili 40 procent społeczeństwa, pomyślcie, na co władze lokalne będą wydawać pieniądze, a Polska w ogóle nie jest na to gotowa. Rzecz, której się boję, to jest nienawiść i przemoc, którą ta nienawiść nakręca”.

„Kryzys klimatyczny, ekologiczny, kryzys państwowości. Mój zawodowy lęk dotyczy tego, kto tym zarządzi, boję się strachu, bo strach pomaga manipulować” — stwierdziła Katarzyna Szymielewicz z Fundacji Panoptykon. Ostrzegała, że będziemy żyć w świecie podzielonym na „biomasę cyfrową” i na tych, którzy nią zarządzają. „Boję się, że nie wynegocjujemy sobie świata z rozsądnymi politykami publicznymi. Biomasa będzie klikać to, co system narzuci”.

„Cyberfeudalny świat” — skwitował Zandberg. Jego zdaniem „jedyna realistyczna agora, na której można powalczyć, żeby skonfrontować się z tymi gigantami”, to Europa.

„Na pozytywnej nucie”

„Ta debata strasznie depresyjna” — stwierdził Adam Traczyk, dyrektor polskiego oddziału organizacji More in Common. „Witamy w Razem” — odpowiedziała Biejat.

Traczyk zacytował amerykańskiego prezydenta Franklina D. Roosevelta: „Obawiać się należy tylko strachu”. Zaznaczył, że „demokracje są silniejsze niż autorytaryzmy, Rosja działa z pozycji słabości”. Według niego w polskim społeczeństwie jest duża otwartość na nowe rozwiązania, które pozwolę bronić się przed kryzysami i wzmacniać państwo, też w obszarze usług publicznych.

„Walki z kryzysem klimatycznym nie będzie jeśli państwa i wielkie biznesy nie staną w prawdzie i nie zakaszą wspólnie rękawów” — stwierdziła Zuzanna Rudzińska-Bluszcz. Dodała, że chciałaby, żeby traktować politykę „nie jako hobby polityków, tylko jako proces komponowania wspólnego świata”.

Nadziei upatruje w młodych ludziach. „W nastoletnim wieku umieli wyjść na ulicę, chwycić za mikrofon. Nasze pokolenie było uczone chylenia głowy przed matkami, ojcami transformacji, głównie ojcami i odhaczania punktów w CV. teraz młodzi ludzie siadają przy stole ze starszymi, bez żadnych kompleksów”. Drugie źródło nadziei to dla Rudzińskiej-Bluszcz organizacje obywatelskie.

„Nawet jeśli nie mamy nadziei na szybką zmianę, możemy wybrać pozycję wyprostowaną. Nadzieja? Część ludzi z biomasy się przebudzi. Część młodych konsumentów chce konsumować inaczej. Coraz więcej firm uważa się za społecznie odpowiedzialne, powstają spółdzielnie. Jeśli zostaniemy z kryzysem jako jednostki, polegniemy. Jeśli ludzie zaczną się choćby w małe społeczności sąsiedzkie, to jest jakaś podmiotowość” — mówiła Katarzyna Szymielewicz.

Szczepan Twardoch: „Sporo nadziei znalazłem w ostatniej książce Davida Graebera [„Narodziny wszystkiego. Nowa historia ludzkości”, napisana wraz z Davidem Wengrowem]. Stara się dowieść fundamentalnej tezy przeciwko determinizmowi społecznemu. Jesteśmy w stanie budować tymczasowe strefy autonomiczne. Nie zbawią świata, ale są w stanie przez jakiś czas budować strefy wolności, a człowiek najlepiej się realizuje w wolności”.

Udostępnij:

Agata Szczęśniak

Dziennikarka, socjolożka. W OKO.press od 2016. Pisze o polityce polskiej i zagranicznej, mediach, prawach kobiet. Wcześniej wicenaczelna „Krytyki Politycznej”. Pracowała też w „Gazecie Wyborczej”. Współtworzyła satyryczny feministyczny program „Przy kawie o sprawie”. Prowadzi audycję „Jest temat” w radiu TOK FM.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne