Prokuratura odmówiła wszczęcia śledztwa w sprawie oszustwa, jakiego miał się dopuścić Kaczyński wobec Birgfellnera. Czekała 259 dni, choć przepisowo powinno być 30, w kółko przesłuchując biznesmena i wlepiając mu grzywny. Dlaczego tak długo? Bo 5 października zmieniły się przepisy dające szanse na dochodzenie sprawiedliwości, a 13 października były wybory

Gerald Birgfellner przy pomocy dwóch swoich adwokatów – Romana Giertycha i Jacka Dubois – złożył 25 stycznia 2019 roku „zawiadomienie o uzasadnionym podejrzeniu popełnienia przestępstwa” opisanego w art. 286 par. 1 kodeksu karnego. Przewiduje on karę do 8 lat dla osoby, która „w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, doprowadza inną osobę do niekorzystnego rozporządzenia własnym lub cudzym mieniem za pomocą wprowadzenia jej w błąd albo wyzyskania błędu lub niezdolności do należytego pojmowania przedsiębranego działania”.

21 października opinia publiczna dowiedziała się, że śledztwa nie będzie.

Dowodów na to, jak Kaczyński wprowadzał Birgfellnera w błąd dostarczyły zapisy rozmów, które biznesmen zaczął rejestrować widząc, że jest zwodzony i oszukiwany.

Ale Prokuraturze Okręgowej w Warszawie nie wystarczyły nagrania jednoznacznych wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego (typu „nie chcę nikogo oszukać, ale…”) i dziesiątki dokumentów przedstawionych przez Birgfellnera – potwietrdzających, że wykonał zamówioną przez Kaczyńskiego pracę i nie dostał zapłaty.

Śledczy mieli sprawić, by Kaczyński nie został przesłuchany i nie stanął przed sądem. Dlaczego jednak odmowa wszczęcia śledztwa zajęła prokuraturze blisko dziewięć miesięcy, czyli o osiem dłużej pozwalają przepisy kodeksu postępowania karnego?

O tym jest ten tekst.

  • Kliknij, by przeczytać więcej

    Spółka Srebrna, której właścicielem jest fundacja Instytut im. Lecha Kaczyńskiego (szefem rady fundacji jest Jarosław Kaczyński), planowała wybudować w centrum Warszawy 190-metrowy wieżowiec. Pieniądze na realizację inwestycji miał zapewnić „zrepolonizowany” za rządów PiS bank Pekao SA. Przy projekcie inwestycji zatrudniony został austriacki biznesmen Gerald Birgfellner, daleki powinowaty Kaczyńskiego.

    Gdy okazało się, że inwestycja nie ruszy, a Kaczyński zamiast zapłaty za dotychczasową pracę i wydatki, proponuje Birgfellnerowi pozwanie spółki, Austriak zaczął nagrywać swoje spotkania z prezesem PiS. Jedno z takich nagrań opublikowała w styczniu „Gazeta Wyborcza” rozpoczynając cykl tzw. „taśm Kaczyńskiego”.

    Dlaczego inwestycja nie wypaliła? W nagraniu, które ujawniła „Wyborcza”, Kaczyński tłumaczy, że inwestycja została wstrzymana przez to, że miejski działacz Jan Śpiewak nagłośnił, że „partia buduje wieżowiec” i że to „azjatyckie obyczaje”.

    Prezes PiS uznał, że w przypadku politycznego ataku sprawa jest „nie do obrony”. Dodatkowo w przypadku przegranych przez PiS wyborów w Warszawie, spółka nie dostanie zgody na budowę w tym miejscu Warszawy tak wysokiego budynku.

    Jakiś czas później pojawił się nowy wątek w sprawie – tzw. „koperty Kaczyńskiego”. Prezes PiS nakłaniał Birgfellnera, by zapłacił 100 tys. zł ks. Sawiczowi, który zasiadał w radzie Instututu im. Lecha Kaczyńskiego. Biznesmen twierdzi, że ostatecznie przekazał duchownemu 50 tys. zł.

    Austriak zgłosił sprawę do prokuratury, twierdząc, że Kaczyński dopuścił się oszustwa, a dodatkowo – przestępstwa przeciwko obrotowi gospodarczemu (art. 296 a. § 1 kk). Do tej pory to Birgfellnera przesłuchiwano kilkukrotnie.

    Jarosław Kaczyński odwiedzał w tym czasie Prokuratora Generalnego Zbigniewa Ziobro, który jako Prokurator Generalny ma wgląd w akta sprawy. Ale prezes PiS do prokuratury nie został wezwany ani razu, za to pozwał Agorę, wydawcę „Gazety Wyborczej”.

Daty mówią same za siebie

Na pierwsze przesłuchania Birgfellnera wezwano jeszcze w pierwszej połowie lutego. Nic dziwnego – zgodnie z kodeksem postępowania karnego prokuratura powinna wydać postanowienie o wszczęciu lub odmowie wszczęcia śledztwa w ciągu 30 dni od złożenia zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Zatem przepisowy termin upłynął z końcem lutego 2019 roku. W marcu 2019 nadal nie było rozstrzygnięcia, ale Renata Śpiewak, prokurator prowadząca sprawę, została awansowana z prokuratury rejonowej do okręgowej.

„Sytuacja jest o tyle komiczna, że niektórzy prokuratorzy mieli w tym czasie dyscyplinarki za przekraczanie tego 30-dniowego terminu. Taki zarzut postawiono na przykład Krzysztofowi Parchimowiczowi” – komentuje dla OKO.press pełnomocnik Birgfellnera, adwokat Jacek Dubois.

W ciągu tych rekordowych prawie dziewięciu miesięcy, gdy prokuratura nie mogła podjąć decyzji w sprawie wszczęcia postępowania austriackiego biznesmena przesłuchano siedem razy, w tym raz w Wiedniu (za pośrednictwem austriackiej prokuratury). Sesje trwały razem ponad 50 godzin.

„Nie spotkałem się jeszcze z tak wydłużanym postępowaniem. W tym czasie ukryć można było wszystkie dowody. Próbowano straszyć pana Birgfellnera. Podczas jednego z przesłuchań w prokuraturze w pokoju obok czekało trzech urzędników skarbowych” – relacjonuje mec. Dubois.

Prokurator Renata Śpiewak kilkukrotnie nakładała także na Gerarda Birgfellnera grzywny za niestawiennictwo. Każda w wysokości 3 tysięcy złotych. Birgfellner nie mieszka w Polsce i jego pełnomocnicy uprzedzali prokuraturę, że wyznaczony termin jest niedogodny. Wszystkie grzywny uchylał sąd.

„W sytuacji poważnych zarzutów przesłuchiwana jest osoba, która twierdzi, że jest ofiarą określonej działalności. Przesłuchiwana jest tyle razy i tak intensywnie, że powstaje pytanie, czemu to ma służyć” – komentował sprawę w kwietniu Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar.

Kaczyńskiego, który jest głównym bohaterem tej historii, nie przesłuchano dotąd ani razu.

„Żeby przesłuchać Jarosława Kaczyńskiego trzeba wszcząć postępowanie. W przypadku takich rzeczy, jakie nagrano na taśmach, nie wyobrażałem sobie, żeby do tego miało nie dojść. Ale całe działanie prokuratury skupiało się na tym, by uchronić pana Kaczyńskiego przed stawieniem się przed organami wymiaru sprawiedliwości i składania wyjaśnień pod odpowiedzialnością karną” – komentuje Jacek Dubois.

Przypomnijmy – na nagraniach sporządzonych przed Geralda Birgfellnera słychać, jak Jarosław Kaczyński mówi, że chciałby mu zapłacić za wykonaną pracę, zwrócić koszty, ale potrzebuje podstawy. Ale oficjalnie zleceniodawcą była spółka-córka Srebrnej – Nuneaton, która nie była wypłacalna. Jako dobrą drogę do tego proponuje pozwanie Srebrnej do sądu i obiecuje, że zezna w sądzie na korzyść Birgfellnera.

„Przecież ja nie chcę nikogo oszukiwać. Ja wiem, że to było robione dla nas” – mówi prezes PiS. Wiele razy potwierdza, że praca, jaką wykonał Birgfellner była przez niego zamówiona, została wykonana, ale niezapłacona.

Potwierdza to 50 dokumentów, w tym uchwały Zarządu i Rady Fundacji Srebrna, pełnomocnictwa, projekty umów z bankiem Pekao SA i innymi partnerami, jakie w prokuraturze złożyli pełnomocnicy. W nagranych rozmowach sam Kaczyński twierdzi, że te dokumenty to „mocne argumenty”, które przekonają sąd, że zapłata od Srebrnej się należy.

Dla prokuratury okazały się jednak niewystarczająco mocne.

Jak działa taka prokuratura

Prowadzenie sprawy „wież Kaczyńskiego” przez prokuraturę pokazuje, jak dalece uzależniona jest ona od władz. Kieruje nią Prokurator Generalny, który jest jednocześnie Ministrem Sprawiedliwości i partyjnym partnerem osoby, wobec której pada poważny zarzut.

Zwierzchnikiem prokuratorów jest Prokurator Krajowy, którego powołuje premier na wniosek Prokuratora Generalnego. Szeregowych prokuratorów powołuje na stanowiska Prokurator Generalny na wniosek Prokuratora Krajowego.

Dyscyplinuje prokuratorów z kolei Sąd Dyscyplinarny, którego przewodniczącego i zastępcę powołuje Prokurator Generalny. W drugiej instancji orzeka z kolei Sąd Najwyższy w składzie: dwóch sędziów Izby Dyscyplinarnej i jednego ławnika SN powołanych przez neo-KRS i Senat.

Po pierwszej sesji przesłuchań Birgfellnera, 10 i 11 lutego 2019, doszło do słynnego spotkania Jarosława Kaczyńskiego ze Zbigniewem Ziobrą. Prezes PiS, odwrotnie niż ma w zwyczaju, nie zaprosił Ministra Sprawiedliwości i Prokuratora Generalnego na Nowogrodzką, ale sam odwiedził go w siedzibie Ministerstwa Sprawiedliwości.

Ten zbieg terminów musiał być zupełnie przypadkowy, Zbigniew Ziobro publicznie zapewniał, że „Jarosław Kaczyński nie zapoznawał się z aktami sprawy pana Birgfellnera”.

Skąd data odmowy?

W kwietniu na łamach OKO.press sposób działania prokuratury komentowała prof. Anna Rakowska-Trela z Uniwersytetu Łódzkiego: „Czynności sprawdzające są w tej sprawie przeciągane poza nie granice tylko kodeksowe, ale i granice zdrowego rozsądku”.

Ale jakiś „rozsądek” w tym był. Prokuratura miała na celu uniknięcie skandalu przed wyborami.

Wszczęcie śledztwa oznaczałoby przesłuchanie Jarosława Kaczyńskiego w charakterze świadka, rzecz dla PiS niedopuszczalna. Ale gdyby prokuratura podjęła decyzję o niewszczynaniu postępowania w przepisowym terminie, czyli do końca lutego, czy choćby w kwietniu albo maju, sąd mógłby uchylić to postanowienie jeszcze przed wyborami. A przy okazji opublikować uzasadnienie niewygodne dla władzy.

Dlatego prokuratura podjęła decyzję 11 października, czyli niby przed wyborami parlamentarnymi 13 października. Ale wysłano je do skarżących prawie 10 dni później.

Pełnomocnicy sugerują, że ta data może być nieprzypadkowa z jeszcze jednego powodu.

Droga się wydłużyła

Birgfellnerowi i jego pełnomocnikom przysługuje oczywiście zażalenie na odmowę wszczęcia śledztwa, z którego zamierzają niezwłocznie skorzystać.

Tak się jednak złożyło (nie rozstrzygamy czy to przypadkowy zbieg okoliczności, czy nie), że 21 lutego 2019 roku, czyli trzy tygodnie po złożeniu przez Birgfellnera zawiadomienia w prokuraturze, do Sejmu wpłynął rządowy projekt nowelizacji kodeksu postępowania karnego i innych ustaw.

Nowelizację uchwalono w lipcu, a przepisy weszły w życie 5 października 2019. Zmiany dotyczyły właśnie m.in. art. 55 par. 1 i art. 330 par. 2, które dotyczą wnoszenia tzw. subsydiarnego aktu oskarżenia (przez osobę poszkodowaną).

Do tej pory art. 55 § 1 zd. 1 kpk brzmiał następująco:

„W razie powtórnego wydania postanowienia o odmowie wszczęcia lub o umorzeniu postępowania w wypadku, o którym mowa w art. 330 § 2, pokrzywdzony może w terminie miesiąca od doręczenia mu zawiadomienia o postanowieniu wnieść akt oskarżenia do sądu, dołączając po jednym odpisie dla każdego oskarżonego oraz dla prokuratora”.

Obecnie brzmi on:

„W razie powtórnego wydania postanowienia o odmowie wszczęcia lub o umorzeniu postępowania w wypadku, o którym mowa w art. 330 § 2, pokrzywdzony może w terminie miesiąca od doręczenia mu zawiadomienia o postanowieniu prokuratora nadrzędnego o utrzymaniu w mocy zaskarżonego postanowienia wnieść akt oskarżenia do sądu, dołączając po jednym odpisie dla każdego oskarżonego oraz dla prokuratora”.

Do tej pory art. 330 § 2 kpk brzmiał:

„Jeżeli organ prowadzący postępowanie nadal nie znajduje podstaw do wniesienia aktu oskarżenia, wydaje ponownie postanowienie o umorzeniu postępowania lub odmowie jego wszczęcia. W takim wypadku pokrzywdzony, który wykorzystał uprawnienia przewidziane w art. 306 § 1 i 1a [stanowią one o zażaleniu], może wnieść akt oskarżenia określony w art. 55 § 1 – o czym należy go pouczyć”.

Obecnie przepis ten brzmi: „§ 2. Jeżeli organ prowadzący postępowanie nadal nie znajduje podstaw do wniesienia aktu oskarżenia, wydaje ponownie postanowienie o umorzeniu postępowania lub odmowie jego wszczęcia.

Postanowienie to podlega zaskarżeniu tylko do prokuratora nadrzędnego.

W razie utrzymania w mocy zaskarżonego postanowienia pokrzywdzony, który dwukrotnie wykorzystał uprawnienia przewidziane w art. 306 § 1 i 1a, może wnieść akt oskarżenia określony w art. 55 § 1 – o czym należy go pouczyć”

Co to oznacza?

Dotychczas pokrzywdzony miał prawo złożyć subsydiarny akt oskarżenia w przypadku, gdy po złożeniu zażalenia, prokuratura ponownie wydaje postanowienie o odmowie wszczęcia postępowania.

Obecnie pokrzywdzony, który otrzymał odpowiedź odmowną na swoje zażalenie może je zaskarżyć tylko do prokuratora nadrzędnego. Możliwość wystąpienia do sądu z oskarżeniem subsydiarnym przysługuje dopiero po kolejnej odmowie prokuratury.

To zasadnicze wydłużenie ścieżki tej formy dochodzenia sprawiedliwości.

Sytuacja wygląda bowiem następująco. Aż dziewięć miesięcy zajęło prokuraturze podjęcie decyzji. Teraz postępowanie sądowe będzie trwało kolejnych kilka miesięcy. Zakładając, że sąd uchyli postanowienie o niewszczynaniu śledztwa, prokuratura może znowu nieprzepisowo czekać miesiącami z kolejną decyzją.

A jeśli ta znowu będzie negatywna, sprawa ponownie wyląduje w prokuraturze, ale wyższego szczebla. Oznacza to, że nawet dwa lub trzy lata może zająć Gerardowi Birgfellnerowi skierowanie sprawy na drogę sądową. O ile w ogóle się uda.

Prześwietlamy, pytamy, interweniujemy - i nie odpuszczamy.
Pomóż nam prowadzić dziennikarskie śledztwa.

Absolwentka Prawa i Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Publikowała m.in. w Dwutygodniku, Res Publice Nowej i Magazynie Kulturalnym. Pisze o polityce i mediach. Prowadzi relacje LIVE w mediach społecznościowych.


Komentarze

  1. Mateusz Głazowski

    To już było. Moja Mama w 1974 r. była aplikantką w jednej z prokuratur warszawskich i, jak wspomina, w przypadku jakiegoś przestępstwa w które zamieszany był "nasz towarzysz z PZPR" sekretarz komitetu dzielnicowego lub warszawskiego wiodącej siły narodu telefonicznie nakazywał szefowi prokuratury ukręcić głowę sprawie. Moja Rodzicielka zrezygnowała z bycia śledczym i została radcą prawnym.

  2. Ryszard Andrzejak

    Krótko i zasadnie napisała o tym wydarzeniu redaktor Siedlecka – https://siedlecka.blog.polityka.pl/­2019/10/21/dwie-wieze-czyli-post-sp­rawiedliwosc-pisu/?nocheck=1 – PiS ma w rękach maszynkę, która ma bezpiecznik. Bo gdyby się wydarzyło coś niemożliwego i JK trafiłby do prokuratury, a nawet do sądu, to ….. właśnie zadziała BEZPIECZNIK w postaci prezydenta, który wykorzysta prawo ŁASKI, a ma duże doświadczenie w tym zakresie. Prezesowi nic nie zagraża on jest i będzie bez skazy.

  3. Taki przykład z historii najnowszej – do 1945 r. cesarz Japonii Hirohito był uważany za boga. Osobę boską, a nie, jak w Europie, władcę z "Bożej łaski". Oczywiście jako bóg nie zniżał się do podpisywania żadnych edyktów, to należało do premiera, ministrów i dowódców wojskowych. W ten sposób Hirohito nigdy nie został oskarżony o sprawstwo japońskich zbrodni wojennych – przed amerykańskimi sądami stawali wyżsi dowódcy i politycy, którzy zgodnie z kodeksem bushido brali na siebie całą odpowiedzialność i przyjmowali wyroki śmierci, chroniąc w ten sposób swojego pana. Zaś na cesarza nie było żadnego kwitu, dzięki czemu (oraz generałowi MacArthurowi, który kwestii ewentualnej winy Hirohito nawet nie próbował drążyć) dożył on swoich dni na Chryzantemowym Tronie. Oczywiście tu w Polsce nie mówimy o odpowiedzialności za zbrodnie, a jedynie za przekręty gospodarcze, tym niemniej mechanizm chronienia osoby faktycznie decyzyjnej jest analogiczny. Zaś kult Jarosława Kaczyńskiego w środowisku PiS od dawna jest oczywisty – świadczy o tym zarówno sposób, w jaki publiczne media oraz koledzy partyjni przedstawiają jego osobę, jak i jego własne zachowania.

    • Krzysztof Skladanowski

      Bóg i jego mesjasz. Boga nie wolno portretować, mesjasza wolno. Stalin masowo stawiał pomniki Leninowi, samemu będąc w cieniu, bo sam będąc Bogiem, Leninowi dał rolę zaledwie Jana Chrzciciela lub Jezusa-mesjasza.
      Jarosław masowo stawia pomniki Lechowi i buduje jego kult, ale wiadomo, że to o niego samego chodzi a nie o brata – marnego prezydenta.

      • I tak się kawałki puzzla składają w spójną całość. Choć może te pomniki Lecha powstają jeszcze nie tak masowo (i wg mnie bardziej z inicjatywy klakierów Jarosława, niż jego samego), ale przyspieszenie w tej sprawie to tylko kwestia czasu.

  4. Grzegorz Stefanowicz

    W czasach PRL-u funkcjonowało maskujące rzeczywistość powiedzenie „partia kieruje, a rząd rządzi”, chociaż dla większości Polaków było oczywiste, że jednym i drugim zajmuje się wyłącznie partia komunistyczna i jej aparatczycy.
    Obecnie PiS i jego przybudówki nie próbują nawet maskować prawdy, kierowaniem i rządzeniem zajmuje się po prostu Prezes Jarosław Kaczyński, jednoosobowo i bez żadnej kontroli wynikającej z umocowania w strukturze władzy.
    Takie coś byłoby nie do pomyślenia nawet w PRL-u.

  5. Jacek Mikołajewski

    "Lecz nie rwij włosów i nie załamuj rąk, pomęczysz się jeszcze niejeden rok, bo nie poradzisz nic bracie mój gdy na tronie siedzi ch…" refren piosenki "Król" Georgesa Brassensa w interpretacji Zespołu Reprezentacyjnego.

  6. Andrzej Kozłowski

    Taka "dobra zmiana": co będziemy jaśnie pana prezesa, ojca (części) narodu narażać na stresy, stawiać w sytuacji niepewnej, nie daj boże niebezpiecznej… Choć jakby co istnieje już inny precedens: można uniewinnić prezydencko, i też się wykręci.

Masz cynk?