0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Abdel Majid BZIOUAT / AFPAbdel Majid BZIOUAT ...

Protesty w sprawie wyboru lokalizacji przez Nolana pojawiły się wcześniej, w okresie powstawania zdjęć. Jednak nie wybrzmiewały tak mocno, jak teraz, w chwili, kiedy „Odyseja” zaczęła święcić swoje kinowe triumfy. Również wśród polskich użytkowników mediów społecznościowych, pojawiły się informacje o tym, że film należy zbojkotować, bo reżyser i jego ekipa zadawali sobie sprawę z problemu, a godząc się na układ z marokańskimi władzami okupacyjnymi, podeptali prawa człowieka. Saharyjczycy, rdzenni mieszkańcy terytorium, stanowiącego aż do połowy lat 70. ubiegłego wieku kolonię hiszpańską albo musieli uciekać, albo wciąż znoszą prześladowania ze strony administracji okupantów z Rabatu.

To nie pierwszy raz, kiedy wciąż nieliczne głosy ujmujące się za losem Sahary Zachodniej, starają się nagłośnić sprawę jej mieszkańców, którzy w rezultacie nieustępliwego stanowiska Rabatu, wciąż nie doczekali się referendum w swojej sprawie. W poprzednich latach grupy aktywistów z różnych części Europy, próbują przekonać inwestorów, którzy mają zamiar rozpocząć działalność na tym obszarze, aby tego nie robili. Oznaczałoby to de facto uznanie praw Maroka do tego terytorium. Jednocześnie, co wciąż podnoszą obrońcy praw człowieka, Saharyjczycy i Saharyjki są prześladowane za wspieranie idei niepodległości swojego kraju, które dokonuje się w ramach pokojowych protestów przeciwko marokańskiej okupacji.

Z roku na rok, opór coraz brutalniej tłumiony, słabnie. Nie zniechęca to światowej opinii publicznej do podtrzymywania współpracy z Marokiem.

Przeczytaj także:

Krwawa ropa i brudna energetyka odnawialna

W 2015 roku 150 organizacji z całego świata podpisało list skierowany do Rady Bezpieczeństwa ONZ wzywający ją do potępienia Maroka za kontynuowanie wierceń w poszukiwaniu ropy naftowej w Saharze Zachodniej. Sygnatariusze apelu powoływali się przy tym na opinię prawną ONZ ze stycznia 2002 roku, która została przygotowana na zlecenie wspomnianej już Rady. Wskazała ona, że poszukiwanie i wydobywanie ropy naftowej z terytorium niesamodzielnego Sahary Zachodniej jest złamaniem prawa międzynarodowego, tak długo, jak nie jest prowadzone za zgodą i na korzyść ludności zamieszkującej terytorium.

Nie inaczej jest z energetyką odnawialną. Zachodniosaharyjskie terytorium wydaje się idealnym miejscem do posadowienia kolejnych elektrowni słonecznych. Tymczasem, jak ostrzegała organizacja Western Sahara Resource Watch w swoim raporcie „Dirty Green March”, Maroko miało plany budowy kolejnych wielkich instalacji fotowoltaicznych. Zdaniem autorów raportów był to przykład łamania międzynarodowego prawa. Podkreślali też, że inwestycje w energetykę odnawialną nie mogą być realizowane na okupowanym obszarze. Energia wyprodukowana na Saharze Zachodniej nie będzie służyła poprawie warunków bytu Saharyjczyków, lecz będzie wspierać marokańskie władze, zamierzające eksportować zieloną energię do Unii Europejskiej.

Wynika to z tego, że

Maroko poszukuje wszelkich sposobów na poprawę swojej sytuacji energetycznej. Kraj jest pozbawiony złóż ropy naftowej i gazu – ich poszukiwania trwają na terytorium okupowanym – dlatego szuka sposobów na poprawę deficytu.

Coraz większa część marokańskiej energii pochodzi z odnawialnych źródeł energii z Sahary Zachodniej. Oprócz elektrowni słonecznych Maroko realizuje też kolejne inwestycje z zakresu energetyki wiatrowej. Do współpracy w tym zakresie chętnie włączali się duzi gracze na międzynarodowym rynku. Western Sahara Resource Watch wymieniał między innymi następujące firmy: Acciona, Alstom, czy też GDF Suez. W gronie koncernów zarabiających już na samej sprzedaży konstrukcji do wiatraków znalazł się Siemens.

Pomidory niezgody

Kolejnymi sektorami gospodarki, których funkcjonowanie jest wprost zależne od eksploatacji terenów okupowanych przez Maroko, są rolnictwo i rybołówstwo. W ubiegłym roku z krytyką spotkała się decyzja Komisji Europejskiej, zezwalająca na import warzyw z Sahary Zachodniej do krajów wspólnoty. Rolnicy obawiali się nieuczciwej konkurencji, a przy okazji wyciągnęli również kwestie dotyczące praw człowieka. Otóż porozumienie z Marokiem stało w sprzeczności z wyrokiem Trybunału Sprawiedliwości UE z 4 października 2024 roku.

Ten jasno stwierdzał, że Sahara Zachodnia jest terytorium odrębnym od Maroka, a każda umowa dotycząca jej zasobów naturalnych wymaga zgody Saharyjczyków, reprezentowanych przez Front Polisario.

Już kilka lat przed tą decyzją powstał raport „Conflict Tomatoes”, który wziął pod lupę 11 plantacji znajdujących się wokół miasta Dakhla. Okazało się, że należą one albo do marokańskiego króla, albo marokańskich firm oraz francuskich koncernów. Żadna z nich nie była własnością rdzennych mieszkańców Sahary Zachodniej. Jednocześnie ani jedna plantacja nie powstała za zgodą miejscowej ludności. Nie byli na nich zatrudniani Saharyjczycy. Pracę dostawali wyłącznie marokańscy osadnicy, których do osiedlenia się na obszarach okupowanych zachęcają władze w Rabacie, oferując w zamian nie tylko pracę, ale również dom. A na pomidorach importowanych z Maroka, również do polskich sklepów nie znajdziemy adnotacji o tym, że są z Sahary Zachodniej. Kraj pochodzenia na etykietach tych warzyw to Maroko.

Równie duże spory budziły porozumienia dotyczące rybołówstwa, które z Marokiem negocjowała Unia Europejska. Chodzi o zgodę na to, aby statki rybackie z państw UE mogły poławiać w wodach kontrolowanych przez marokańskie władze. Obejmują one również wody należące do Sahary Zachodniej, co budziło opór nie tylko rządu Saharyjczyków, reprezentowanego przez Front Polisario, ale także grup wspierających prawo tej społeczności do ich rodzinnej ziemi. Porozumienia w świetle różnych opinii prawnych, są uznawane za pogwałcenie międzynarodowego prawa.

Wspomniany już TSUE i jego wyrok z października 2024 roku, również stwierdzał ich nieważność, w kontekście prawa do samostanowienia Sahary Zachodniej.

Ostatnia kolonia w Afryce

Sahara Zachodnie jest dziś czasem nazywana ostatnią kolonią w Afryce. Nazwa jest o tyle trafna, że nie doszło tak naprawdę do pełnego procesu dekolonizacji tego obszaru. Zachodni pas Sahary, który kończy się na Oceanie Atlantyckim, jest wciąż przedmiotem sporów. Jego mieszkańcy domagają się własnego państwa, na co nie chce zgodzić się Maroko, do dziś okupujące ten obszar i zasiedlające to terytorium swoimi osadnikami.

Pierwszymi mieszkańcami Sahary Zachodniej był lud Bafour, który z czasem wyemigrował na południe, a powstałą w ten sposób lukę wypełniły plemiona berberyjskie. Na tym terenie doszło do połączenia się dwóch kultur – berberyjskiej i arabskiej. To z niego wyrosła zachodniosaharyjska wspólnota nazywana Sahrawi.

Zachodniosaharyjska tożsamość nie ukształtowała się od razu. Jej powstawanie trwało kilkaset lat, a tym, co szczególnie przyczyniło się do tego procesu był schyłek epoki kolonializmu. W 1884 roku Hiszpania ogłosiła, że jego strefa wpływów rozciąga się pomiędzy Przylądkiem Białym a Przylądkiem Bojador. Prawo Hiszpanów do tego obszaru potwierdziła konferencja w Berlinie (1885), na której europejskie mocarstwa dokonały rozbioru Afryki. Zachodniosaharyjscy nomadzi, dotąd stosunkowo niezależni, nie chcieli mieć żadnej władzy nad sobą, a tym bardziej tej, którą oznaczał hiszpański protektorat. Natomiast Hiszpania nie była w stanie podporządkować społeczności Sahrawi, bo ta stawiła zbrojny opór. Dlatego Sahara Zachodnia stała się kolonią Madrytu dopiero w 1936 roku, kiedy wojska hiszpańskie przy wsparciu Francuzów spacyfikowały cały rejon.

Jednak Hiszpanie wciąż mieli problem z saharyjską kolonią. Sahrawi nie chcieli obcej władzy. Stąd próbowali pozyskać wsparcie Maroka, co stało się możliwe po 1956 roku, gdy kraj ten ogłosił niepodległość. Na początku Marokańczycy pomagali bojownikom z Sahary Hiszpańskiej. Potem Madryt kupił neutralność Maroka przekazując mu miasto Tarfaya. Dopiero wraz z końcem ery generała Franco, Hiszpania zaczęła myśleć o dekolonizacji Sahary Zachodniej. Z kolei saharyjski ruch wyzwoleńczy zorganizował się we Front Polisario. Nastąpiło to w 1973 roku. Przejął kontrolę nad większością obszaru, poza ośrodkami obsadzonymi przez hiszpańskie siły zbrojne. Jak się okazało jego największymi wrogami stały się dwa inne niż Hiszpania państwa – Maroko i Mauretania. Okazało się, że oba kraje rościły sobie pretensje do kolonii hiszpańskiej w Saharze Zachodniej.

Na początku nic jeszcze nie było przesądzone. W pierwszej połowie lat 70., kiedy Madryt przygotowywał się do opuszczenia swojej kolonii, ONZ orzekła, że mieszkańcy Sahary Zachodniej powinni sami zdecydować o swoich losach i o tym, czy chcą żyć we własnym kraju. Tymczasem Hiszpanie chcieli pozbyć się jak najszybciej swojej saharyjskiej posiadłości. Pośpiech, z jakim opuszczali Saharę Zachodnią, sprawił, że jej mieszkańcy musieli podjąć walkę z nowymi okupantami.

Dwa kraje, Maroko i Mauretania, które były już niepodległe, zaczęły rościć pretensje do Sahary Hiszpańskiej. Czyniły to wbrew orzeczeniu Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości (MTS), który stwierdził, że żadne z tych państw nie ma prawa do jej terytorium. MTS podkreślił też prawo mieszkańców Sahary Zachodniej do samostanowienia.

W praktyce miało to oznaczać, że to Sahrawi powinni zdecydować o losach swojej ojczystej ziemi, a nie sąsiednie państwa.

Maroko wchodzi do Sahary Zachodniej i już z niej nie wyjdzie

Kiedy generał Francisco Franco leżał na łożu śmierci, Madryt postanowił pozbyć się afrykańskiej kolonii. Podjął rozmowy z Saharyjczykami, ale finał negocjacji uprzedziła akcja Maroka. 6 listopada 1975 roku 350 tysięcy nieuzbrojonych Marokańczyków, zebrało się w mieście Tarfaya, czekając na sygnał swojego króla Hassana II do wkroczenia na terytorium Sahary Zachodniej. Pod hasłami powrotu Sahary Zachodniej do marokańskiej macierzy, zamierzali postawić Hiszpanów przed faktem dokonanym. Jednocześnie marokańscy żołnierze wkroczyli do północno-wschodniej części Sahary, aby zablokować ewentualną interwencję Algierii, która wspierała przeciwny aneksji przez Maroko, Front Polisario.

Incydent nazywany Zielony Marszem skłonił hiszpańskie władze do zmiany strony, z którą negocjowały o przyszłości Sahary Zachodniej. Saharyjczyków zastąpiły Maroko i Mauretania. 14 listopada 1975 roku doszło do podpisania trójstronnych porozumień madryckich. Hiszpania rezygnowała z Sahary Zachodniej, oddając Marokańczykom 2/3 jej obszaru. Pozostałą trzecią część hiszpańskiej kolonii przejęła Mauretania. Parę miesięcy później, w odpowiedzi na ten układ, w dniu 27 lutego 1976 roku, kiedy z Sahary Zachodniej wyjechał ostatni hiszpański żołnierz, Front Polisario ogłosił niepodległość tego terytorium. Tak rozpoczął się trwający już pół wieku konflikt. Po kilku latach Mauretania skapitulowała, bo nie radziła sobie w walce z mobilnymi oddziałami Frontu Polisario. To wtedy, mauretańską strefę okupacyjną przejęło Maroko. Z kolei siedzibą Frontu Polisario były obozy uchodźców z Sahary Zachodniej, które powstały w Algierii. Kraj ten miał zawsze skomplikowane stosunki z Marokiem i chciał rozgrywać nieprzyjaznego sobie sąsiada, zachodniosaharyjską kartą.

Do dziś Maroko nie zrezygnowało z Sahary Zachodniej, uznając ją za integralną część swojego obszaru. W marokańskiej narracji jest to część Wielkiego Maroka, odwołującego się do aspiracji władców tego państwa. Rabat nie używa też określenia Sahara Zachodnia. Są to „ziemie południowe”. Paradoks całej sytuacji polega na tym, że Saharyjska Arabska Republika Demokratyczna – pod tą nazwą funkcjonuje Sahara Zachodnia – jest dziś uznawana przez 37 państw świata – nie ma wśród nich ani jednego państwa z Europy. Liczba to zmalała w ostatnich latach – wcześniej było tych krajów ponad 80, ale skuteczna dyplomacja Maroka odniosła swój skutek. Jednocześnie Sahara Zachodnia jest członkiem wcześniej Organizacji Jedności Afrykańskiej, dziś znanej jako Unia Afrykańska.

Polisario sprawuje dziś kontrolę nad około 1/5 zachodniosaharyjskiego terytorium. Jednak całe wybrzeże i najważniejsze ośrodki na tym obszarze są w rękach Maroko. Marokańczycy wybudowali też w końcu pas umocnień nazywany wielkim murem, ciągnący się na długości ponad 2700 kilometrów, który skutecznie powstrzymał akcje zbrojne Saharyjczyków. Obszar ten został również szczelnie zaminowany. Saharyjczycy kontrolują dziś najmniej zasobne, wręcz bezużyteczne skrawki swojego okupowanego terytorium za murem.

Z kolei na obszarach okupowanych marokańskie służby bezpieczeństwa do dziś bezwzględnie tłumią wszelkie próby oporu.

Pokojowe demonstracje, a nawet rozmawianie o sprawie Sahary Zachodniej, jest karane torturami i więzieniem. Część Saharyjek i Saharyjczyków, nie wróciła już na wolność. Ich los jest nieznany.

Nawet w ostatnich latach zasądzano wieloletnie kary więzienia za pokojowe protesty. Wkrótce nie będzie już za bardzo miał kto protestować, co jest częścią planu brutalnej pacyfikacji Sahary Zachodniej.

Obcokrajowcy, którzy interesują się zachodniosaharyjską kwestią i odwiedzają terytoria kontrolowane przez Maroko, muszą liczyć się z reakcją służb tego kraju i zakazem wjazdu. To samo spotyka dziennikarzy. Marokańskie władze skutecznie dbają o to, żeby o Saharyjczykach nikt nie mówił. Jednocześnie akcja osiedleńcza i sprowadzanie Marokańczyków na sporny obszar, sprawiają, że topnieje liczba Saharyjczyków.

Do dziś wielkie mocarstwa nie zrobiły nic w sprawie Sahary Zachodniej i jej prawa do samostanowienia. Nawet misja ONZ, która została wysłana na Saharę nie otrzymała mandatu do monitoringu przestrzegania praw człowieka. Stawką w tej grze są dobre relacje z Marokiem. To na nich zależy większości państw i nie są one zainteresowane ryzykowaniem stosunków z Rabatem. Tymczasem rząd Saharyjczyków na wychodźstwie nie ma nic do zaoferowania innym krajom. Jednocześnie wraz z arabską wiosną, która przetoczyła się przez Afrykę Północną i Bliski Wschód, wiele rządów z Europy i USA nie chcą osłabiać władz w Rabacie. Potencjalny przewrót i dojście do władzy nowych środowisk mogłoby doprowadzić do chaosu w tej części Afryki.

Ten sam schemat obowiązywał w czasie zimnej wojny. Zachód kolektywnie popierał Maroko, uznawane za przeciwwagę dla wpływów państw bloku komunistycznego w dekolonizującej się Afryce. Tym bardziej że Algierii było bliżej do ZSRR i jego satelitów, i to algierskie władze przyjęły Saharyjczyków, wspierając ich walkę. Chociaż tu należy zaznaczyć, że Sahara Zachodnia nie została uznana przez Moskwę. Sowieci też przedkładali ponad sprawę zachodniosaharyskiej niepodległości utrzymanie dobrych relacji z Marokiem. W 1991 roku wobec zmian na globalnej mapie i upadku komunizmu doszło do podpisania zawieszenia broni.

Nadzieja umiera coraz szybciej

Saharyjczycy z roku na rok tracą nadzieję. W obozach w Algierii żyje ich dziś nawet 200 tysięcy. To na algierskim terytorium działa zachodniosaharyjski rząd, administracja, media. Chociaż Saharyjczycy nigdy nie dokonywali zamachów terrorystycznych i preferowali walkę w polu, patrzy się na nich podejrzliwie.

Osłabianie Maroka nie jest nikomu na rękę. Na umowach z Marokańczykami można też zyskać i zarobić, czego dobrym przykładem jest postawa Unii Europejskiej.

Nie doszło też do referendum, o które zabiegali Saharyjczycy. Pomimo parokrotnych prób jego wynegocjowania, Maroko nie chciało się zgodzić, żeby w głosowaniu wzięły udział wyłącznie osoby, identyfikowane jako rdzenni mieszkańcy spornego terytorium – wykluczyłoby to celowo osiedlanych tu celowo od początku okupacji Marokańczyków. Nic nie wskazuje na to, że Sahara Zachodnia zostanie w końcu zdekolonizowana. Bo w myśl interpretacji międzynarodowego prawa, Hiszpania nie dokończyła dekolonizacji, a jej porozumienie z dwoma innymi państwami, Marokiem i Mauretanią nie może być uznane za uwzględnienie głosu mieszkańców kolonii i ich prawa do samostanowienia.

Kiedy w 2009 roku Wysoki Komisarz ONZ ds. Uchodźców, Antonio Guterres, odwiedzał obozy Saharyjczyków w Algierii, przyznał, że międzynarodowa wspólnota zapomniała o uchodźcach z Sahary Zachodniej. Zapowiadał podjęcie kolejnych działań, ale znów skończyło się na obietnicach. Powrót z wygnania nie nastąpił.

Podróż Odyseusza do domu trwała znacznie krócej niż czas wygnania Saharyjczyków. Ci, którzy uciekli ze swojej rodzinnej ziemi, prawdopodobnie już tam nie wrócą. Maroko im na to nie pozwoli. Jednocześnie „Odyseja” Nolana stała się okazją do przypomnienia, że Sahara Zachodnia istnieje, a nawet uznani filmowcy również nie są wolni od ignorancji względem tego, gdzie powstają ich dzieła.

Na zdjęciu Paweł Średziński
Paweł Średziński

Publicysta, dziennikarz, autor książek poświęconych ludziom i przyrodzie: „Syria. Przewodnik po kraju, którego nie ma”, „Łoś. Opowieści o gapiszonach z krainy Biebrzy”, „Puszcza Knyszyńska. Opowieści o lesunach, zwierzętach i królewskim lesie, a także o tajemnicach w głębi lasu skrywanych, „Rzeki. Opowieści z Mezopotamii, krainy między Biebrzą i Narwią leżącej" i "Borsuk. Władca ciemności. Biografia nieautoryzowana".

Komentarze