Prawa autorskie: AdventurePicturesAdventurePictures
22 czerwca 2021

Krystyna Pawłowicz krzyczy na Twitterze, żeby Szwedzi zwrócili skarby zrabowane podczas Potopu. Ma rację?

Czy dzisiejsze fantazje polityków, by odzyskać od Szwedów zrabowane 350 lat temu zabytki, mają sens? W OKO.press odpowiada na to pytanie Marcin Jamkowski, autor książki „Uratowane z potopu", na którą prof. Pawłowicz powołuje się w swoim osławionym już tweetcie

W niedzielę 20 czerwca 2021 roku, w samo południe, na trzy dni przed piłkarskim spotkaniem Polski ze Szwedami w ramach EURO 2020, na twitterze Krystyny Pawłowicz ukazał się wpis, który rozgrzał kibiców i historyków, prawaków i lewaków. Sędzia Trybunału Konstytucyjnego zażądała od Skandynawów, by jeszcze przed meczem „zwrócili Polsce zrabowany i wywożony flotyllami w czasie potopu [szwedzkiego] ogrom naszego narodowego dziedzictwa, pamiątki i skarby, które przetrzymują”.

View post on Twitter

Pawłowicz, znana ze swoich kontrowersyjnych wypowiedzi, czasem na granicy mowy nienawiści, i z nietuzinkowego zachowania na sali sejmowej, powołała się przy tym na moją książkę „Uratowane z potopu”, którą napisałem razem z dr. hab. Hubertem Kowalskim, archeologiem i historykiem sztuki z Uniwersytetu Warszawskiego.

To nie pierwszy raz, kiedy prawica żąda zwrotu polskich zabytków znajdujących się w Szwecji lub oczekuje pokrycia rachunków za potop szwedzki. Jednak pierwszy, w którym osobiście zostałem wywołany do odpowiedzi.

Jak to w końcu jest – da się coś od tych Szwedów odzyskać, czy nie? Jest w ogóle co? A jeśli tak, to jak to właściwie zrobić?

Bezkrólewie

Potop szwedzki, znany także jako druga wojna północna trwał pięć lat (1655-60) i był kulminacyjnym momentem wojen dynastycznych toczonych w obrębie rodziny Wazów o panowanie nad tronami Szwecji i Rzeczpospolitej. Armia świeżo koronowanego w Szwecji Karola X Gustawa weszła 21 lipca 1665 roku do Wielkopolski i stanęła naprzeciw pospolitego ruszenia o symbolicznej wartości bojowej. Doskonale wyćwiczeni podczas niedawno zakończonej wojny 30-letniej Szwedzi pokonali polskich amatorów i bez trudu rozpoczęli marsz w głąb Rzeczpospolitej Obojga Narodów.

Szwedom pomagała trudna sytuacja wewnętrzna – król Jan Kazimierz był słaby i nielubiany, szybko zresztą uciekł zagranicę, na Śląsk, gdzie zamiast budowania strategii militarnej ogłosił, iż myśli o abdykacji i zajął się romansowaniem z dwórką swej żony. Tymczasem Karolowi Gustawowi poparcia udzieliły także liczne polskie rody magnackie – w tym potężni Radziwiłłowie i Jan Sobieski.

Szwedzi szybko zajęli Elbląg, wkrótce weszli do Krakowa, rozbili w kolejnej bitwie pospolite ruszenie pod Nowym Dworem Mazowieckim i bez problemów zajęli całe Mazowsze. W ciągu kilku miesięcy w szwedzkich rękach znalazła się większość polskich prowincji. Oparły się im tylko Jasna Góra, Gdańsk, Zamość i Łańcut. Inne miasta wpadały w szwedzkie ręce albo po krwawych oblężeniach, albo kompletnie bez walki.

Na domiar złego książę Janusz Radziwiłł zerwał unię polsko-litewską, która była fundamentem Rzeczpospolitej, i zawiązał nową – szwedzko-litewską. Tym samym Polska straciła litewskiego sojusznika, a zyskała wroga. Radziwiłł serdecznie nie lubił Jana Kazimierza i zmiany w Rzeczpospolitej były mu na rękę. Liczył, że Szwedzi któregoś dnia włożą mu na skronie polską koronę.

Dla Karola X Gustawa atak na Polskę miał być elementem szerszej strategii.

„Planował on przejęcie korony polskiej i stworzenie wielkiego państwa obejmującego Polskę i całą Skandynawię z Bałtykiem jako morzem wewnętrznym. Byłby cesarzem. Zaplanował nawet swoją koronację w Krakowie"

– mówił mi Herman Lindqvist, szwedzki pisarz i historyk, gdy zbierałem materiały do książki.

Rzeczpospolita, jaką Europa znała sprzed potopu, z dnia na dzień przestawała istnieć.

Pobojowisko

Magnaci, którzy stanęli po stronie Szwedów i miasta, które otworzyły im bramy szybko się przekonały, że popełniły błąd. Szwedzi okradali dwory, pałace, kościoły i ludność cywilną. Przejmowali dochodowe składy ceł i soli, a na zajęte miasta nakładali niebotyczne kontrybucje.

Skala rabunku była niewyobrażalna.

Z jednego tylko należącego do Lubomirskich zamku w Wiśniczu Szwedzi wywieźli 150 wozów z łupami. Ogołocony zamek spalili, a mury wysadzili w powietrze. Podobnie zniszczyli kilkadziesiąt (!) innych warowni – np. te na Szlaku Orlich Gniazd.

Katedrę wawelską plądrowali aż osiem razy. Generał Wirtz zrabował z sarkofagu świętego Stanisława srebrne blachy i trumnę ze złota. W kryptach królewskich jego żołnierze rozbili trumnę króla Władysława IV i gdy nie znaleźli w niej skarbów, zabrali dwa srebrne gwoździe!

Najbardziej ucierpiała Warszawa. Król nie miał sił, by bronić miasta – podpisał uniwersał zwalniający mieszczan z pospolitego ruszenia i wyjechał, zostawiając stolicę pod opieką starosty makowskiego Albrechta Wessela i zaledwie dwustuosobowej załogi. Na wieść o tym, że na Warszawę u boku szwedzkiego króla idzie zdrajca Hieronim Radziejowski, który był osobistym wrogiem Wessela jeszcze sprzed wojny, starosta wziął nogi za pas i uciekł z miasta razem ze swoimi ludźmi. Warszawa została pozostawiona własnemu losowi.

Szwedzi weszli do stolicy bez jednego wystrzału. Początkowo zachowywali się bardzo honorowo, czym zaskarbili sobie niezmierną sympatię patrycjatu. Jednak już po kilku miesiącach pod byle pretekstem narzucili miastu potężną kontrybucję, na którą zrzucić się musieli wszyscy mieszkańcy miasta. Wielu musiało się zadłużać, by zapłacić swoją część. W archiwach pozostały zapisy, że niektórzy spłacali zaciągnięte wtedy zobowiązania jeszcze po ponad 40 latach!

Wkrótce Szwedzi rozpoczęli konfiskaty majątków, rabunek rezydencji, a nawet zdejmowanie marmurowych dekoracji rzeźbiarskich z warszawskich zamków i pałaców. Najpiękniejsze – osobiście rozkazał to feldmarszałek Wrangel i sam król Karol X Gustaw – specjalnie wybrani kamieniarze zdjęli z pałacu Ossolińskich i frontonu Villa Regia, prywatnej rezydencji króla (dzisiejszego Pałacu Kazimierzowskiego na terenie uniwersytetu). Te marmury wsadzono na szkuty – płaskodenne łodzie zbożowe i planowano spławić Wisłą na północ, przez Elbląg do Szwecji. Po drodze zatonęły. Gdzie? Nie było wiadomo przez 350 lat.

Nim król Jan Kazimierz odzyskał tron (w dużej mierze dzięki partyzanckiej wojnie Stefana Czarnieckiego) w kraju po Szwedach zostało pobojowisko. Liczba ludności spadła z 10 do 6 milionów. Według zapisów z ksiąg parafialnych, na niektórych obszarach zaludnienie spadło aż o 80 procent. Ludność Warszawy z 15 tysięcy zmalała do 6 tysięcy. W Wielkopolsce opustoszało trzy czwarte gruntów chłopskich. Na Mazowszu w latach 60. XVII wieku obsiewano zaledwie między 15 a 50 procent łanów. Z mapy kraju zniknęło kilkaset wsi. Zniszczonych zamków w Ogrodzieńcu, Czersku, Krzyżtoporze, Mirowie, Ojcowie, Łowiczu, Rawie Mazowieckiej i dziesiątków innych nigdy nie odbudowano.

Nie do naprawienia były straty dzieł kultury. Polska utraciła zasoby co najmniej 17 archiwów i 67 bibliotek.

Między innymi z Braniewa, Poznania, Warszawy, Torunia, Bydgoszczy, Malborka, Grudziądza, Gniezna, Lublina, Jarosławia, Wilna, Sandomierza, Radomia i Krakowa. Tysiące ksiąg z bibliotek królewskich, kościelnych i magnackich.

Jakie były losy zabytków zrabowanych z Polski przez Szwedów, długo nie było wiadomo. Zdarte z królewskich rezydencji marmury zaginione w nurtach Wisły stały się warszawską miejską legendą. Na pewne przesłanki dotyczące ich losu natrafił w warszawskim Archiwum Głównym Akt Dawnych w 2009 roku dr hab. Hubert Kowalski, archeolog i historyk sztuki z UW. Odnalazł wtedy mocno nadpalone oryginały korespondencji króla Jana Kazimierza z burmistrzem Warszawy. Burmistrz informował króla o rabunku pałacu, załadowaniu dobytku na szkuty i o ich zatonięciu. Król nakazywał skarby odszukać i wydobyć.

Czy jednak taka akcja poszukiwania i wydobycia cennego ładunku spod wody w XVII w się udała? Czy miała w ogóle szanse? Powinny być o tym jakieś wzmianki w archiwach, jednak źródła w tej kwestii milczały. Wiadomo było tylko, że część tego skarbu w 1906 roku wydobyli spod wody warszawscy piaskarze, ale nawet oni nie zostawili informacji, gdzie dokładnie trafili na kilka marmurów.

Z dr. Kowalskim nawiązałem współpracę w 2009 roku. Miałem wtedy za sobą trochę doświadczenia w poszukiwaniach podwodnych na Bałtyku i nurkowaniach eksploracyjnych. Poznała nas ze sobą dr Justyna Jasiewicz z UW, pochodząca z rodziny archeologów specjalistka z zakresu informacji naukowej, która przeczytała artykuł Kowalskiego o korespondencji króla w uniwersyteckim periodyku. Wkrótce we troje skompletowaliśmy ekipę nurków, hydrografów i ekspertów zajmujących się sonarami i echosondami z trzech uczelni i ruszyliśmy na wodę na poszukiwania. Przez 10 lat (!) trwania wyprawy towarzyszyli nam też Marzena Hmielewicz, fotografka i Konstanty Kulik, filmowiec.

W pierwszym roku mapowaliśmy dno rzeki sonarami, echosondami i profilografem osadów dennych – pokazywały, na swój pokrętny hydroakustyczny sposób, gdzie pod wodą, a nawet pod piaskiem, znajduje się coś, co nie pasuje do otoczenia, coś, co inaczej odbija fale dźwiękowe. Wyznaczyliśmy kilka ciekawych obszarów, ale z królewskich skarbów nie znaleźliśmy nic. W drugim roku zmieniliśmy sonar na lepszy i pokazało się nawet kilka ciekawych obiektów, ale nadchodząca powódź nie wpuściła nas pod wodę. Znowu nic. W trzecim roku poszukiwań zniechęcenie mocno dawało się już we znaki. Wciąż pływaliśmy po Wiśle, ale z coraz mniejszą nadzieją na sukces. Przeszukaliśmy sonarem aż 34 hektary dna rzeki. Wpatrywaliśmy się w ekran w poszukiwaniu konkretnych kształtów, wszystkiego, co nie przypomina naturalnych głazów polodowcowych. Ale Wisła ciągle pokazywała nam figę z makiem.

I kiedy było już całkiem blisko, żeby się poddać, Kowalski odszukał w archiwach informację o tym, że syn jednego z piaskarzy wystąpił wiele lat później z prośbą o zapomogę finansową do władz Warszawy. A w podaniu, które się szczęśliwie zachowało, argumentował, że pieniądze mu się należą, „bo wydobywałem z ojcem piaskarzem, marmury królewskie z Wisły… koło Cytadeli”! Te ostatnie dwa słowa nas zelektryzowały! Natychmiast przenieśliśmy poszukiwanie na wysokość Cytadeli. Miejsce było najtrudniejsze z możliwych, bo Wisła tam zwęża, trochę skręca i nurt bardzo przyspiesza na kamieniach. Ale było to też miejsce obiecujące – jeśli szwedzkie barki miały gdzieś się pójść pod wodę, to właśnie w takim trudnym nawigacyjnie przesmyku!

Choć to był już lodowaty październik, nurkowaliśmy w tej okolicy dzień w dzień przez kilka tygodni w poszukiwaniu królewskich skarbów. I mimo widoczności pod wodą rzędu kilku centymetrów (!) wreszcie znaleźliśmy pierwsze „coś” – regularny blok. Ściągnęliśmy na środek rzeki pływający dźwig i zaczęliśmy powoli podnosić znalezisko. Wszyscy wpatrywaliśmy się w wodę z napięciem. W końcu ukazał się obrośnięty glonami… marmur! Piękny, oszlifowany elegancko i z fantazją. Ważył mniej więcej tonę.

„To jest zdobione nadproże" – zawyrokował Kowalski. „Element konstrukcyjny z jakiegoś zamku, pałacu, może kościoła lub klasztoru. Musiał być bardzo kosztowny. Na pewno pochodził z domu zamożnego magnata – dodał i na mapie podejrzanych punktów z sonaru zrobił triumfalną adnotację »zabytek«.

Cieszyliśmy się jak dzieci. Nasze trzyletnie poszukiwania zostały uwieńczone pierwszym, drobnym sukcesem! Ale byliśmy też potwornie zmęczeni po kilku miesiącach pracy na wodzie.

Wróciliśmy w to samo miejsce nazajutrz. W pobliżu znaleźliśmy marmurowe łuki metrowej długości, fragmenty jakby ogrodowej arkady – może podcieni, arkad – i obramienia okienne, czyli ozdobne marmurowe futryny. Kilka dni później trafiliśmy na 2-metrowy marmurowy trójkąt (tzw. międzyłucze) z wyrzeźbionym pięknym snopkiem – królewskim herbem rodziny Wazów. Wtedy nie było już wątpliwości, że rozbiliśmy bank. Trafiliśmy na marmurowe skarby z rezydencji króla! W tym trzecim sezonie poszukiwań wydobyliśmy sześć ton marmurów. Wisła w końcu nagrodziła nas za cierpliwość!

Rok później rzeka uznała, że chyba jednak jesteśmy fajną ekipą i nam pomoże – i w 2012 roku opadła do poziomu nienotowanego nigdy wcześniej w historii. Wtedy wydobyliśmy kolejnych sześć ton marmurowych skarbów: dekoracji rzeźbiarskich, obramień portretowych, 250 kafli z pałacowej posadzki (!), kule armatnie i 20 drewnianych kół od armat. Niektóre wydobywaliśmy ze środka rzeki policyjnym helikopterem. Inne dzięki pomocy straży pożarnej i warszawskiego ratusza wywoziliśmy specjalnymi pontonami, a raz nawet poduszkowcem. W kolejnych latach o pomoc poprosiliśmy ekspertów zajmujących się magnetometrami protonowymi i georadarami. Dzięki ich pomiarom zbudowaliśmy mapę, która podpowiedziała nam, gdzie nurkować i gdzie kopać. Wydobyliśmy do dziś w sumie 20 ton marmurowych cudów: obeliski, kapitele kolumn i bazy, manierystyczną fontannę ogrodową z czterema rzeźbionymi maszkaronami, elementy balustrady, zbroję, pistolet skałkowy, drewniany pojemnik na proch z XVII w, zdobione łuki, nadproża i ceramiczną głowę aniołka. Oraz dwie armaty z uchwytami w kształcie skaczących delfinów.

Wszystkie zabytki odnalezione przez nas w ciągu siedmiu lat eksploracji rzeki trafią na ekspozycję do budującego się Muzeum Historii Polski. Z wydobytych marmurów zostanie tam zrekonstruowana monumentalna ozdobna loggia ze schodami, która zdobiła fasadę Pałacu Kazimierzowskiego w XVII wieku. Będzie to największy zabytek w całym muzeum, centralna część ekspozycji o czasach Rzeczpospolitej szlacheckiej i jedyne oryginalne XVII-wieczne zabytki, jakie ocalały z dawnej Warszawy.

Traktat

Na wysokości warszawskiej Cytadeli zatonęły dwie-trzy szkuty z łupami, które wydobyła nasza wyprawa (czytaj wyżej), ale setki innych barek dopłynęło do Elbląga, gdzie ładunek przeładowano na statki i wywieziono do Szwecji. Część wziął król, część magnaci, część trafiła do kościołów. W Uppsali w bibliotece są dziś dzieła Kopernika i inne starodruki – np. Statut Łaskiego z pierwszym zapisem Bogurodzicy, mszały i panoramy polskich miast. W katedrze wisi dzwon z Torunia, ornaty i kielichy z Polski.

W zamku Skokloster jest miecz koronacyjny Władysława IV, otrzymany od papieża Urbana VIII, szabla Jana Kazimierza i liczne polskie militaria, a wśród księgozbioru nieznana w Polsce kolęda.

W pobliskim kościele jest ołtarz, chrzcielnica i ambona z Oliwy. W zbrojowni królewskiej w Sztokholmie znajduję się dwie zbroje Władysława IV i liczne siodła z polskimi herbami oraz hełm Iwana Groźnego rabowany dwukrotnie: raz przez Polaków z Kremla w 1611 lub 1612 roku, a drugi raz przez Szwedów w czasie potopu. W rezydencjach magnatów w całym kraju jest prawdopodobnie jeszcze mnóstwo innych zabytków z Polski.

Do kogo dziś należą?

Los wszystkich skarbów, które w czasie potopu szwedzkiego przepłynęły przez Bałtyk, został przypieczętowany w XVII wieku w traktacie oliwskim, układzie pokojowym kończącym wojnę. Polska zrzekła się wtedy dochodzenia roszczeń do większości majątku wywiezionego w czasie potopu. Taka była cena pokoju.

„Ten traktat to umowa międzynarodowa skutecznie zawarta przez dwa suwerenne państwa. Jej postanowienia pozostają aktualne po dziś dzień"

– mówił mi prof. Kamil Zeidler, prawnik z Uniwersytetu Gdańskiego, który specjalizuje się w restytucji dóbr kultury, kiedy zbierałem materiały do książki.

„W kilku punktach traktatu oliwskiego jest mowa o zwrocie ksiąg państwowych, a więc Metryki Koronnej i archiwów. Wymieniane są także inne rękopisy pochodzące z różnych archiwów i bibliotek, które także miały być zwrócone, ale egzekucja tego była bardzo trudna" – opowiadał mi wówczas prof. Mirosław Nagielski, historyk z UW.

Tuż po zawarciu pokoju oliwskiego król wysłał do Szwecji specjalnego emisariusza Godfryda von Schröera, którego zadaniem było odnalezienie biblioteki zamkowej. Udało mu się i Szwedzi zwrócili Metrykę Koronną, czyli księgi wpisów akt, dokumentów i listów wychodzących z kancelarii monarchy. Była ona prowadzona od początków XV wieku (aż do III rozbioru Polski w 1795 roku). Wróciły też Księgi Poselstw, czyli korespondencja dyplomatyczna oraz trochę pomniejszych dokumentów i rękopisów. Łącznie odzyskał on jednak zaledwie pięć skrzyń akt.

Akcję poszukiwań ksiąg z polskich bibliotek kontynuował król Jan III Sobieski, w tym celu wysyłał na dwór króla Szwecji Karola XI pułkownika J. Bernika. Dzięki przychylnemu nastawieniu dworu odzyskał on 150 pozycji z biblioteki Zygmunta Augusta. Włączono je do biblioteki Sobieskiego.

Kolejny sukces w odzyskiwaniu polskich ksiąg ze Szwecji osiągnął dopiero Felicjan Biernacki, sekretarz księcia Adama Czartoryskiego, w pierwszej połowie XIX wieku. Przywiózł on do Polski dokumenty z biskupiego archiwum warmińskiego. Do biblioteki Czartoryskich w Puławach trafiło 13 tomów ksiąg i listów.

Jednak lwia część rękopisów pochodzących z bibliotek prywatnych i kościelnych pozostała w Szwecji. Czy zgodnie z prawem powinny tam zostać?

Prawnicy mawiają, że kwestia zwrotów dóbr kultury jest zawieszona w przestrzeni między moralnością, polityką, prawem i ekonomią. Każdy z tych wierzchołków czworokąta ciągnie sprawę w swoją stronę i nieoczekiwanie może ją rozstrzygnąć. Zdarzały się zwroty zupełnie nieuzasadnione prawnie, ale zdarzały się też sytuacje, kiedy ewidentnie prawo mówiło o tym, że należy zwracać, a zwroty i tak nie następowały.

Dzisiaj jest na świecie dobry moment do rozmów o zwrotach zabytków, panuje przychylny klimat. Anglicy zwrócili niedawno do Etiopii regalia abisyńskich królów, Włosi – obelisk do Egiptu, Francuzi – liczne zabytki do krajów Zachodniej Afryki, Szwajcarzy oddali Zimbabwe elementy kultowego totemu, który jest w godle kraju, a Niemcy mają oddać Nigerii kolekcję rzeźb, tzw. brązów z Beninu. Wszystko w gestach dobrej woli lub jako część „ocieplania stosunków”.

Również i Szwedzi dokonali spektakularnego zwrotu zabytku wywiezionego w czasie potopu. W 1974 roku premier Olof Palme przywiózł do Polski tzw. Rolkę Sztokholmską, 16-metrowej długości gwasz przedstawiający triumfalny wjazd orszaku ślubnego Zygmunta III Wazy do Krakowa podczas zaślubin króla z austriacką arcyksiężniczką Konstancją w 1605 roku.

Czy takich zwrotów ze Szwecji mogłoby być więcej? Być może. Nieoficjalnie historycy mówią o takich możliwościach. Jednak takie sprawy negocjuje się po cichu, często jako element większego międzynarodowego dealu. Twitterowe pokrzykiwania Krystyny Pawłowicz zrobią dla tej sprawy tyle samo dobrego, co tweety Trumpa dla amerykańskiej demokracji.

Na zdjęciu: wysadzana drogimi kamieniami szabla i tarcza wojewody Zamojskiego.

Książka „Uratowane z potopu” wraz z filmem na DVD jest dostępna w dobrych księgarniach.

Udostępnij:

Marcin Jamkowski

Dziennikarz naukowy i filmowiec, z wykształcenia chemik, były redaktor naczelny „National Geographic Polska". Jeden z organizatorów wyprawy, która znalazła na dnie Wisły marmury Wazów z potopu szwedzkiego. Autor książki „Uratowane z potopu” (napisanej wspólnie z dr. hab. Hubertem Kowalskim) i reżyser filmu dokumentalnego (wspólnie z Konstantym Kulikiem) pod tym samym tytułem. Wiceprezes Oddziału Polskiego The Explorers Club.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne