0:00
Prawa autorskie: A man walks past a wall painted with an anti-bitcoin protest symbol, in San Salvador, on October 18, 2022. - Most Salvadorans have not used bitcoin so far this year and consider that the emblematic bet of President Nayib Bukele has been a failure, assured Tuesday a poll of the private Central American University (UCA, Jesuit). (Photo by Marvin RECINOS / AFP)A man walks past a w...
27 listopada 2022

Kryzys kryptowalut to kryzys zaufania. Kryptowalutowe tokeny trafią na śmietnik historii?

Kryptowaluty miały być systemem bezpiecznym, bo nieopartym na zaufaniu. Tej obietnicy nie można jednak ufać

Wydrukuj

Na zdjęciu: San Salvador, 18 października 2022 roku. Mężczyzna przechodzi na tle muru, na którym namalowano anty-bitcoinowy symbol. Salwador był pierwszym krajem, który przyjął kryptowaluty jako oficjalną walutę. Z uwagi na kryzys kryptowalut, państwo straciło już 70 mln dol.

Pod koniec września 2022 roku Ezra Klein, dziennikarz „The New York Times”, zaprosił do swojego podcastu Vitalika Buterina, współtwórcę platformy Ethereum. Rozmowa miała dotyczyć wydarzenia znanego w świecie kryptowalut jako „The Merge”. W wielkim skrócie polegało ono na zmianie kluczowego dla funkcjonowania Ethereum algorytmu z bardziej energochłonnego, a przez to szkodliwego dla klimatu, na o ponad 90 proc. mniej prądożerny. Ta ważna dla świata kryptowalut rewolucja, z wielu względów kontrowersyjna, była jednak tylko przyczynkiem do dyskusji na temat bardziej ponadczasowy — o zaufaniu.

„Świat krypto naprawdę utrzymuje, że rozwiązuje problemy z zaufaniem. A ja często myślę, że postrzega problemy z zaufaniem i to, jak większość ludzi definiuje zaufanie, niemal zupełnie na opak” – stwierdza we wstępie do rozmowy Klein.

NIEDZIELA CIĘ ZASKOCZY” to cykl OKO.press na najspokojniejszy dzień tygodnia. Chcemy zaoferować naszym Czytelniczkom i Czytelnikom „pożywienie dla myśli” – analizy, wywiady, reportaże i multimedia, które pokazują znane tematy z innej strony, wytrącają nasze myślenie z utartych ścieżek, zaskakują właśnie

Złamać krypto-żargon

W podobne tony uderzał niedawno analityk Polskiego Instytutu Ekonomicznego Krystian Łukasik. Kontekstem rozmowy był upadek giełdy FTX — kolejne ważne dla kyptobranży wydarzenie, choć ze skrajnie innych powodów. „[K]ryptowaluty miały eliminować potrzebę zaufania między ludźmi. Oto nie musimy sobie ufać, żeby wymieniać się pieniędzmi. Nie potrzebujemy instytucji nadzorcy, banku, maklera, sztabu prawników, bo wszystko nam załatwia sama architektura systemu. A w zasadzie sam kod” – mówił w rozmowie z Grzegorzem Sroczyńskim Łukasik –

„Ten niby obiektywy kod (…) będzie zastępował zaufanie. I to była chyba największa nieprawda”.

Coraz więcej osób, szczególnie z kręgów tzw. kryptosceptyków, stara się mówić o kryptowalutach językiem prostym, czy wręcz dosadnym. Odczarowywać stojącą za blockchainami technologię – wysoce zaawansowaną, a przez to, zgodnie z trzecim Prawem Clarke’a, nieodróżnialną od magii.

Pomimo ich starań, dyskusja o kryptograficznych walutach wciąż toczy się w języku przypominającym, nomen omen, szyfr. Kryptożargon czerpiący obficie ze słowników programowania czy ekonomii utrudnia zrozumienie nawet tak podstawowych kwestii, jak to, dlaczego w ogóle powstały kryptowaluty i do czego mają służyć.

Szyfr ten można jednak złamać z pomocą słów-kluczy, czy mniej wyrafinowanych słów-wytrychów. Jednym z takich kluczowych pojęć jest, jak twierdzę, zaufanie. Patrząc przez jego pryzmat, można łatwiej dostrzec przyczyny narodzin kryptowalut, wzrostu ich popularności w okresie pandemii, a wreszcie powody obecnego kryzysu.

Na kłopoty – Nakamoto

Tę podróż w czasie warto zacząć w roku 2009. Na pierwszej stronie gazety „The Times” z 3 stycznia widniał nagłówek „Chancellor on brink of second bailout for banks” („Kanclerz na krawędzi drugiego bailoutu dla banków”). Trwający kryzys finansowy sprawił, że rządy na całym świecie wyciągały w stronę banków pomocne dłonie, pełne publicznych pieniędzy. Artykuł pod wspomnianym nagłówkiem opisywał jeden z takich planów pomocowych.

3 stycznia 2009 roku wydobyty został także pierwszy blok bitcoina – najsłynniejszej i do dziś najpopularniejszej kryptowaluty. W jego kodzie znalazł się następujący zapis: „The Times 03/Jan/2009 Chancellor on brink of second bailout for banks”. Dawanie dzieciom gazety z dnia ich narodzin to znany zwyczaj. Nawiązanie do nagłówka z „The Times" nie było jednak wyłącznie pamiątką dla nowonarodzonego bitcoina. Odwołanie akurat do artykułu o bailoucie (pomocy finansowej dla państw lub przedsiębiorstw w złej sytuacji ekonomicznej) było rękawicą rzuconą przez kryptowalutę zepsutemu systemowi finansowemu.

Rok przed zapoczątkowaniem bitcoinowego łańcucha, jego tajemniczy twórca – bądź twórcy – przedstawiający się jako „Satoshi Nakamoto”, opublikował dokument z założeniami projektu. Znalazło się w nim takie zdanie: „Potrzebny jest system płatności elektronicznych, oparty na dowodzie kryptograficznym, a nie na zaufaniu. Pozwalający dwóm chętnym stronom na dokonywanie transakcji bezpośrednio ze sobą, bez potrzeby korzystania z zaufanej strony trzeciej”.

Triumf technooptymistów

W końcówce pierwszej dekady XXI wieku klimat dla pojawienia się takiego systemu był idealny. Kryzys finansowy nadwerężył zaufanie do wielu instytucji, a przede wszystkim banków. W 2009 roku w Stanach Zjednoczonych ufność wobec nich deklarowało zaledwie 22 proc. respondentów sondażu Instytutu Gallupa. Był to najniższy wynik w sięgającej roku 1979 historii tego badania.

Podczas gdy banki liczyły straty, triumfy święcili technoopytmiści.

W 2008 roku wybory prezydenckie wygrał Barack Obama, kandydat Doliny Krzemowej. Dziennikarze opiewali zalety Facebooka, za co jeden z nich, Farhad Manjoo, przepraszał niedawno na łamach „The New York Timesa”. Zaś technologiczni solucjoniści, na czele z Timem O’Reillym rozważali, jak zaktualizować instytucje społeczne do wersji „2.0”.

Otrzeźwienie przyszło kilka lat później. Jewgienij Morozow, od lat będący w awangardzie krytyki big techu, wydał w 2013 roku filipikę na solucjonizm zatytułowaną „To Save Everything, Click Here”. Krótko po jej premierze tak mówił dziennikarzowi New Yorkera: „Chcą być »otwarci«, chcą być »destrukcyjni«, chcą »wprowadzać innowacje«. (…) Oni uważają, że wszystko, co pomaga ominąć instytucje, jest z automatu umacniające lub emancypujące”.

Cyfrowa księga rachunkowa

2009 rok i następne lata stworzyły jednak dobre warunki, by kryptowaluty mogły zakiełkować. Przeorany przez kryzys zaufania do banków i boom na internetowe nowinki, przełom pierwszej i drugiej dekady drugiego tysiąclecia, okazał się żyzną glebą dla bitcoina. Pozwoliło mu to zapuścić korzenie.

Zgodnie z duchem epoki, Nakamoto składał technosolucjonistyczne obietnice. Bitcoin – a później także inne oparte na publicznym blockchainie kryptowaluty – oparł się na założeniu, że instytucje państwowe czy banki może zastąpić przejrzysta, otwarta technologia. To jej kod zarządza całym systemem: przebiegiem transakcji, przyznawaniem nagród za dodawanie kolejnych bloków łańcucha, walidacją poprawności zapisów w tej cyfrowej księdze rachunkowej. Nie potrzeba do tego armii osób nadzorujących wszystkie procesy.

Bitcoin to, cytując znów dokument Nakamoto,

„system dla transakcji elektronicznych bez konieczności polegania na zaufaniu” do tych ludzkich, a więc wadliwych podmiotów.

Blockchainie, ufam tobie

Badacze problematyki zaufania są jednak wobec tej tezy nieufni. Twierdzenie Nakamoto o naturze bitcoina podważyli na przykład w artykule z 2020 roku Primavera De Filippi, Morshed Mannan i Wessel Reijers. Analizując literaturę poświęconą problematyce zaufania (trust) i pewności (confidence), pokazują szczególną zależność między blockchainem a systemami, które się na nich opierają, jak choćby kryptowaluty.

Dowodzą mianowicie, że blockchain funkcjonuje w tych systemach jako „maszyna do wytwarzania pewności” (confidence machine). Przewidywalność i niezawodność działania kodu eliminuje potrzebę zaufania. Przynajmniej u osób, które rozumieją, jak działają łańcuchy bloków.

Kryptowaluty to jednak nie tylko blockchain. Niezbędny jest czynnik ludzki. Od górników, przez właścicieli giełd, twórców dodatkowych aplikacji (np. portfeli kryptowalut), po osoby posiadające z różnych powodów społeczny wpływ. A jego obecność sprawia, że kryptowaluty nie mogą uciec od problemu wytwarzania zaufania.

Kryptopieniądz trafił pod strzechy

Bardziej technicznie zorientowani bitcoinerzy przypominają często, że ten podejrzany czynnik ludzki nie jest niezbędny dla funkcjonowania systemu. Giełdy mogą upadać, górnicy wstrzymywać kopanie przez rosnące ceny energii, a inwestorzy wycofywać się z rynku. Nie sprawia to jednak, że blockchain przestaje działać, że transakcje stają się niemożliwe.

Vitalik Buterin w cytowanej na początku rozmowie z Ezrą Kleinem wyraził wręcz pogląd, że kryzysy działają oczyszczająco na branżę. „Wiele osób w kryptowalutach wręcz do pewnego stopnia wita rynek niedźwiedzia, ponieważ rynek niedźwiedzia to powrót do zdrowego rozsądku, kiedy to ludzie z pieniędzmi nie mają już czego dopingować co tydzień na Twitterze. A więc

jedyną rzeczą, której możesz kibicować, jest rzeczywisty postęp technologii”.

Za ekspansję branży kryptowalut nie odpowiadają jednak pasjonaci kryptografii, tak jak za sukces Facebooka nie odpowiadali studenci i studentki uniwersytetów z Ligi Bluszczowej. Sukces bitcoina wynikał ze wzrostu jego popularności, a ten szedł w parze z łatwością dokonywania transakcji. Kryptopieniądz zaczął trafiać pod strzechy. Interesowały się nim osoby, które nie rozumiały technologii, na której się opiera. Zwyczajnie ufały, że ma to sens, że to bezpieczne, albo też, że warto zaryzykować.

Skeumorfizm kryptobranży

Prawdopodobnie nie wydarzyłoby się to, gdyby wokół prostego systemu, którym był początkowo bitcoin, nie wyrosła cała branża usług związanych z kryptowalutami. Nie bez powodu przypomina ona tradycyjny sektor finansów. Tyle że z epitetem „zdecentralizowane”.

Zdaniem Michaela J. Hsu, p.o. Kontrolera Waluty w ramach Departamentu Skarbu Stanów Zjednoczonych, to specyficzny skeumorfizm. Czyli strategia, mająca odwzorować formę i funkcje oryginalnego przedmiotu w jego surogacie.

„Przemysł kryptowalutowy powstał z chęci zakłócenia (...) tradycyjnego systemu finansowego.

A mimo to kryptowaluty naśladowały koncepcje [tradycyjnych finansów – dop. mój], aby się promować i rozwijać” — mówił niedawno Hsu.

Kryptogiełdy czy kryptobanki starają się podpiąć pod zaufanie, którym, pomimo kryzysów, cieszą się instytucje finansowe. Zamiast radykalnie narzucać nowy porządek, upodabniają się do tego, co już znane. I nierzadko im się to udaje.

Gorące portfele zamiast zimnych

Jedną z pierwszych historii sukcesu tego typu przedsiębiorstw była giełda cyfrowych aktywów, otwarta w 2010 roku pod adresem mtgox.com. Jak pisali w 2013 roku dziennikarze „Wired”, sukces zawdzięczała w dużej mierze temu, że zyskała status zaufanej marki.

Kryptoświat już wówczas miał problem z oszustwami czy atakami hakerskimi. Na tym niespokojnym morzu Mt.Gox miało być bezpieczną przystanią. Tym większe i boleśniejsze było więc jej bankructwo. Szczególnie że w jego trakcie, w tajemniczych okolicznościach „zniknęło” 650 000 bitcoinów – wartych dziś około 50 miliardów złotych.

Ten krach nie zatrzymał jednak rozwoju branży. Rozwijały się nowe technologie, jak sieć Ethereum, która rozpoczęła działanie w 2015 roku. Zakładane były nowe przedsiębiorstwa, coraz częściej z pomocą tradycyjnych inwestorów. W 2016 powstało Crypto.com, a rok później Binance. Wiele działo się także na froncie regulacji.

Handel kryptowalutami coraz mniej przypominał surowy, relatywnie trudny w obsłudze system zaprojektowany przez Nakamoto. Nieporęczne zimne portfele – trzymane offline – zastąpiły portfele gorące, online, oferowane choćby przez giełdy. Decentralizacja przestałą być jedyną drogą naprzód. Wszystko to nie podobało się może krytpowalutowym purystom, ale przyciągało nowe osoby.

Pandemiczny boom na krypto

Największy boom przyszedł wraz z kolejnym po 2008 roku wielkim kryzysem – tym razem wywołanym globalną pandemią.

Przyczyny, dla których popularność i cena bitcoina poszybowały, by potem ostro zapikować, nie doczekały się jeszcze kompleksowej analizy socjologicznej. Z perspektywy dość uważnego obserwatora, który w szczycie popularności bitcoina ostrzegał przed jego niepewną przyszłością, mogę jednak wskazać kilka – skupiając się wciąż na problemie zaufania.

Pierwszy powód: świat zalogował się do życia.

Według statystyk z raportu „Digital 2021”, w ciągu 2020 roku liczba osób korzystających z mediów społecznościowych wzrosła o ponad 13 proc. W następnym roku — o ponad 10 proc. To wskaźniki wyższe niż w dwóch poprzedzających pandemię latach.

Zwiększony ruch w mediach społecznościowych, migrację do cyfrowej rzeczywistości wylogowanych wcześniej osób wskazuje się jako przyczynę wielu zjawisk: od rozwoju teorii spiskowych po zwiększone zyski technologicznych gigantów. Wydaje się, że doliczyć do nich można boom na krypto. Media społecznościowe to przestrzeń intensywnej walki kryptobranży o nowych konsumentów, jak również ulubiony teren wszelkiej maści naciągaczy. Większa liczba użytkowników portali to więcej szans, by kogoś zwabić.

Rapowanie kryptowaluty

Drugi powód to mainstreamizacja.

Przez ponad dekadę bitcoin zdołał zaistnieć w świadomości społecznej wielu ludzi na świecie. Nawet jeśli tkwił w niej jako synonim czegoś niezrozumiałego, technologii nieodróżnialnej od magii. Po tym, jak na przestrzeni 2017 roku cena 1 BTC wzrosła niemal 20-krotnie, kryptowaluty stały się ważnym tematem dla świata finansów, mediów, czy wreszcie popkultury.

Symbolem tej zmiany statusu z ciekawostki dla pasjonatów na wiralowy mem, może być kawałek rapowego duetu Taconafide „Kryptowaluty” z kwietnia 2018 roku, który w serwisie YouTube ma ponad 60 milionów wyświetleń.

Za decyzją, by zainwestować w bitcoiny, ether, czy nawet dogecoina, zaczął przemawiać społeczny dowód słuszności – zaufanie, że inni robią słusznie. Mainstreamizacja ośmieliła nie tylko zwykłych konsumentów (forma męskoosobowa jest tu celowa, w USA większość inwestujących większość inwestujących w krypto to młodzi, dobrze wykształceni mężczyźni).

Do cyfrowych aktywów zaczęli się przekonywać również inwestorzy instytucjonalni, czy też przedsiębiorstwa otwierające się na możliwość, że różne coiny mogą stanowić środek płatności. Napędzana wzrostem popularności krypto ufność tych podmiotów sama wzmacniała zaufanie szerokiej publiki, przekonanej, że wielcy, rynkowi gracze nie mogą się mylić.

Kryptokolonializm

W parze z mainstreamizacją szedł trzeci powód: angażowanie celebrytów w marketing kryptowalut.

Znaczna cześć projektów, które chciały wybić się na zaufaniu do gwiazd, okazywała się różnego rodzaju oszustwami. Zjawisko sław-kryptonaganiaczy doczekało się licznych omówień, z których najciekawsze wyszło spod pióra aktora Bena McKenziego, a także głośnego pozwu. Fenomen ten nie ominął Polski, gdzie za reklamowanie cyfrowych aktywów dostało się m. in. Krzysztofowi Gonciarzowi i Magdzie Gessler.

I wreszcie czwarty powód: kolonizacja globalnego południa.

Wiele spośród zaliczanych do tej kategorii krajów przoduje pod kątem popularności kryptowalut. Odsetek osób je posiadających wzrósł znacząco podczas pandemii m. in. w Indiach, Brazylii czy Republice Południowej Afryki.

Sukces krypto w tych częściach świata wiąże się z ufnością w składane przez nie obietnice. Spekulacja cyfrowymi aktywami to potencjalnie szansa na szybką poprawę swojego losu. Do tego stanowią zasób niepodlegający w teorii kontroli państwowych instytucji. Tam, gdzie szerzy się korupcja, a władza sprawowana jest autorytarnie, może to być przekonujący argument za kryptowalutami. Wreszcie reklamowane bywały jako zabezpieczenie majątku przed inflacją. Tam, gdzie kryzys był najdotkliwszy, mogło to skłaniać do inwestowania. Niestety, reklama ta niewiele miała wspólnego z prawdą.

Kryptobranża nie tylko reagowała na sygnały popytowe z Ameryki Południowej, Afryki czy południowej Azji. Aktywnie inwestowała w tych regionach świata. Te działania nierzadko przyjmowały formę jawnego kryptokolonializmu. Jego najbardziej rażący przykład to Salwador, którego prezydent Nayib Bukele uczynił bitcoin oficjalną walutą kraju, a przy okazji otworzył go na różne formy wyzysku.

Nie ufajcie Stephowi

Wszystkie wymienione powyżej zjawiska odnaleźć można w historii głośnej w ostatnim czasie giełdy kryptowalut FTX.

Jak pokazują wycieki dokumentów przedsiębiorstwa, w czasie pandemii zwiększyło ono przychody o ponad 1000 proc. Duża w tym zasługa konsumentów z Afryki, szczególnie jej zachodniej części, gdzie FTX prowadziło silną ekspansję – budując po drodze, jak okazało się niedawno, piramidy finansowe w Nigerii. Zarabiane pieniądze obficie inwestowało w marketing: prawo do nazwy stadionu drużyny koszykarskiej Miami Heat, czy też spot z udziałem aktora Larry’ego Davida w czasie pasma reklamowego w przerwie Super Bowl.

W kontekście zaufania i celebrytów jeszcze ciekawszy jest inny spot FTX, z udziałem koszykarza Stepha Curry’ego. Głos narratora – w tej roli inny koszykarz, Shaquille O’Neal, – przez cały film nazywa gracza Golden State Warriors „ekspertem od kryptowalut”. Ten zaś konsekwentnie wypiera się tego tytułu. W finale tłumaczy: „Nie jestem ekspertem i nie muszę nim być.

Z FTX mam wszystko, czego potrzebuję, by bezpiecznie kupować, sprzedawać i handlować kryptowalutami”.

Upadek „zwykłego gościa”

Jak bardzo bezpiecznie, okazało się 11 listopada, gdy giełda FTX ogłosiła bankructwo. Nieuczciwa księgowość, ryzykanctwo, obfite wypłaty dla zarządu – problemy firmy można mnożyć. Nowy CEO stwierdził przed Sądem Upadłościowym: „Nigdy w swojej karierze nie widziałem tak kompletnego braku kontroli korporacyjnej i tak kompletnego braku wiarygodnych informacji finansowych, jak to miało miejsce tutaj”.

Upadek FTX to także upadek jej założyciela i twarzy – a w ostatnim latach również twarzy pochlebnych okładek „Forbesa” i „Fortune”. Sam Bankman-Fried od początku budował zaufanie do swojego przedsiębiorstwa między innymi na zaufaniu do siebie. Konsekwentnie kreował wizerunek „zwykłego gościa”, występując w tiszercie i krótkich spodenkach nawet w towarzystwie Billa Clintona i Tony’ego Blaira. Ponadto angażował się mocno w ruch efektywnego altruizmu (co mogło stanowić jedną z przyczyn upadku FTX).

Gdy SBF dawał pieniądze organizacjom pozarządowym, FTX wyzyskiwało studentów w Nigerii, którzy teraz zapłacą najboleśniej za upadek giełdy. Paradoks? W niedawnym wywiadzie Bankman-Fried wyznał, że

etyczne działania były dla niego głównie PR-em, grą o reputację i zaufanie.

Biorąc pod uwagę, że w ciągu kilku dni jego majątek skurczył się o ok. 94 proc., więcej może już w nią nie zagrać.

Więcej technologii, blockchain wytrzyma

Co dalej z kryptobranżą? Optymiści przekonują, że przetrwa upadek FTX, tak jak przetrwała bankructwo Mt. Gox. Ta druga giełda miała w momencie kryzysu większe znaczenie dla branży niż miała je teraz giełda FTX. Trudno jednak pozbyć się wrażenia, że tym razem nie chodzi tylko o stracone kryptowaluty, o kryzys na ich rynku.

Branża kryptowalut traci przede wszystkim społeczne zaufanie.

Zasób, którego rzekomo nie potrzebuje, a mimo to różnymi drogami akumulowała przez wiele lat.

Jak reaguje branża? Zdaniem Vitalika Buterina problemem jak zwykle są ludzie, nie krypto. Obstając przy podziale na ludzi i technologię, ufność pokłada w otwartym i przejrzystym kodzie oraz decentralizacji.

Ta postawa „powrotu do źródeł” nie jest jednak normą. „Możemy zaakceptować fakt, że scentralizowane platformy będą stanowiły integralną część naszych rynków, jednocześnie wyciągając wnioski z tej porażki i projektując narzędzia, które sprawią, że zaufanie będzie w mniejszym stopniu oparte na ślepej wierze” – pisze na łamach CoinDesku Noelle Achenson.

Podobnym tropem idzie Changpeng Zhao – CEO Binance, największego konkurenta FTX, który pośrednio przyczynił się do jej upadku. Jego zdaniem decentralizacja wyklucza rozwój branży, a remedium - to przejrzyste finanse i jeszcze lepsza technologia.

Tokeny na śmietnik historii?

A o czym niemal nikt nie wspomina? O pokornym poddaniu się regulacjom, o budowaniu zaufania dzięki tradycyjnym instytucjom, czy nawet tylko próbach ich reformowania. O otwartej współpracy z rządami innymi niż te rządzone przez kryptoentuzjastów. Być może wynika to z tego, że branża krypto przewiduje, jak marnie skończyłoby się dla niej takie odsłonięcie się. Że przytłaczającą, ale wciąż rosnącą liczbą oszustw na małą i wielką skalę wyczerpała cierpliwość i zaufanie.

Przykład tego nieufnego nastawienia widać w niedawnym tekście historyka Adama Tooze’a. Cel regulacji krypto określa w nim następująco: „Blockchain może mieć pewne ograniczone zastosowania.

Kryptowalutowe tokeny w swojej najbardziej podstawowej formie nigdy nie będą pieniędzmi.

Sensownie okrojone, mogą służyć jako forma gry online. To, w czym jednak nie powinny odgrywać żadnej roli, to poważne finanse, a tym bardziej skomplikowana i mętna inżynieria finansowa. Nadszedł czas, aby odesłać tę chimerę na śmietnik historii”.

Udostępnij:

Jan Jęcz

Doktorant na Wydziale Socjologii UAM w Poznaniu, zawodowo związany z branżą kreatywną. Stały współpracownik Magazynu Kontakt.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne