0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Władysław Czulak / Agencja Wyborcza.plFot. Władysław Czula...

15 maja 2026 w Rządowym Centrum Legislacji pojawił się stworzony przez Ministerstwo Zdrowia projekt UD387 wprowadzający nowelizację Ustawy o zawodzie pielęgniarki i zawodzie położnej.

Proponowane rozwiązanie, przedstawiane przez rządzących jako rozbudowujące samodzielność zawodową obu grup oraz stanowiące remedium na kryzys rynku pracy położnych, spotkało się jednak ze zdecydowanym protestem – i to nie tylko ze strony samych zainteresowanych, które momentalnie uruchomiły Ruch Obrony Położnictwa Położnych.

Wprowadzeniu zmian sprzeciwiają się również organizacje prokobiece, fundacje zajmujące się opieką okołoporodową, przedstawiciele innych zawodów medycznych oraz niezwiązani z Ministerstwem Zdrowia politycy i polityczki.

Jak zauważają położne, zapisy nowej Ustawy, wbrew zapewnieniom Ministerstwa, mogą nie tylko nie wspierać realnie samodzielności zawodowej, lecz na przestrzeni kilku lat doprowadzić do załamania systemu opieki zdrowotnej i do przeprowadzonej w białych rękawiczkach likwidacji zawodu położnej.

Likwidacja licencjatu z położnictwa

Ministerstwo Zdrowia proponuje, by osoby chcące zostać położnymi, musiały rozpocząć swoją ścieżkę kształcenia od trzyletnich studiów licencjackich na kierunku pielęgniarstwo, likwidując tym samym funkcjonujące obecnie rozwiązanie, w którym ścieżka kształcenia położnych rozpoczyna się od trzyletnich studiów licencjackich z położnictwa.

Dopiero po otrzymaniu dyplomu pielęgniarki absolwentki mogłyby rozpocząć 18-miesięczne przygotowanie do wykonywania zawodu położnej, po którym byłyby zobowiązane do odbycia rocznego stażu. Zmiany dotknęłyby także osoby chętne do ukończenia studiów magisterskich oraz te chcące uzyskać tytuł specjalisty.

Położna Agnieszka Brześcińska komentuje: "Obecnie położne wykonujące zawód od co najmniej dwóch lat mogą rozpocząć kształcenie specjalizacyjne. Jeżeli projekt Ministerstwa Zdrowia wejdzie w życie, specjalizację będą mogły rozpocząć wyłącznie osoby z tytułem magistra. Z jednej strony jest to dobre, gdyż podniesie prestiż zawodu i spowoduje, że w grupie zawodowej położnych będziemy mieć mentorki i liderki, a przecież nie każdy chce spełniać taką rolę.

Z drugiej: projekt zakłada, że na studia magisterskie uczelnie będą mogły przyjmować maksymalnie tyle osób, ile ukończyło 18-miesięczną formę położniczego kształcenia po licencjacie z pielęgniarstwa. Dojdzie do sytuacji, w których drugi stopień położnictwa nie będzie uruchamiany, bo stanie się kompletnie nierentowny dla uczelni kształcących na tym kierunku [ze względu na zbyt małą liczbę chętnych – przyp. aut.].

Rodzice młodych położnych nie będą w stanie utrzymywać ich latami.

Nie można tak ważnego kierunku nauczyć się na studiach zaocznych, jednocześnie pracując, aby na tych studiach się utrzymać.

Niewiele osób będzie mogło pozwolić sobie na studia magisterskie. Uniwersytety nie będą prowadzić zajęć dla pięciu czy dziesięciu osób na danym kierunku".

Taki stan rzeczy w przyszłości wpłynie z kolei na uposażenie położnych, które – nie posiadając często tytułu magistra ani specjalizacji – będą musiały liczyć się z zaszeregowaniem do najmniej zarabiających medyków w siatce płac.

Położna nie jest pielęgniarką

Wbrew temu, co wydaje się wielu osobom – w tym być może niektórym pracownikom Ministerstwa Zdrowia – położna nie jest pielęgniarką. Położna Izabela Dembińska podkreśla, że o ile oba zawody mają wspólne podstawy, o tyle nie oznacza to, że jedno jest zaledwie specjalizacją drugiego: "To trochę tak jak z kierunkiem lekarskim i dentystycznym.

Gdyby ktoś wpadł na pomysł, żeby zlikwidować studia ze stomatologii i w zamian za to stworzyć 18-miesięczną ścieżkę dla osób po lekarskim, nikt nie wziąłby tego na poważnie. Dlaczego w takim razie położnym ma zostać zrobione coś podobnego?".

Zdaniem położnej Claudii Nil Atmaca obecna sytuacja może być punktem zwrotnym w kwestii ewentualnego rozdzielenia izb pielęgniarek od izb położnych: „To [rozdzielenie izb – przyp. aut.] powinna być podstawa. Jak mamy nie być wrzucane do jednego worka z pielęgniarkami i nie być z nimi mylone, skoro od lat tkwimy w tym samym worku? Nastroje są, jakie są. Jesteśmy marginalizowane. Jest nas mniej, ale to absolutnie nie znaczy, że nasza rola i umiejętności są mniejsze”.

Prawo trzeba zmienić. Ale nie w ten sposób

Agnieszka Brześcińska podkreśla, że Ustawę o zawodzie pielęgniarki i zawodzie położnej należy w niektórych aspektach znowelizować. Nie powinno się jednak robić tego tak, jak planują obecnie rządzący: „Medycyna idzie do przodu. Nasze zawody – zarówno położnych, jak i pielęgniarek – się rozwijają. Mamy coraz szersze kompetencje. Natomiast niektóre zmiany, które pojawiły się w projekcie, absolutnie nie powinny zaistnieć. Nie powinny nawet ujrzeć światła dziennego. Nigdy nie powinny pojawić się na Rządowym Centrum Legislacji”.

Zdaniem Joanny Pietrusiewicz, prezeski Fundacji Rodzić po Ludzku, proponowane przez Ministerstwo Zdrowia zmiany w kształceniu położnych są degradacją zawodu:

"Dla kobiet będzie to oznaczać bezpośredni, negatywny wpływ na poziom opieki okołoporodowej,

ale nie tylko. Obecnie położne to wykształcone specjalistki kończące trzyletnie studia pierwszego i zazwyczaj dwuletnie drugiego stopnia. Przez długie lata uczą się, jak wspierać nasze zdrowie na każdym etapie życia. 18-miesięczny kurs położnictwa po ukończeniu studiów pielęgniarskich nie zagwarantuje nawet zbliżonych umiejętności. To nie jest ta sama wiedza, którą zdobywają położne".

Jak zauważa Pietrusiewicz, stworzony przez rządzących projekt może stanowić poważne zagrożenie dla samodzielności zawodowej położnych, nawet jeśli Ministerstwo twierdzi, że jest zgoła odwrotnie: „Czy wykształcone w zmieniony sposób osoby będą w stanie samodzielnie zajmować się sprawowaniem opieki nad kobietami w najważniejszych, ale często i najtrudniejszych momentach życia? Obawiamy się, że takie postępowanie z powrotem sprowadzi zawód położnej do asystentki lekarza”.

Przeczytaj także:

Kompetencje położnych nie są wykorzystywane

Ministerstwo Zdrowia twierdzi, że trudności ze znalezieniem pracy przez położne wynikają z kryzysu demograficznego. Tymczasem, jak uważa Joanna Pietrusiewicz, problem tkwi zupełnie gdzie indziej. "Wystarczy przeczytać jakikolwiek raport Naczelnej Izby Pielęgniarek i Położnych i sprawdzić, co będzie się działo po 2030 roku. Ponad połowa położnych będzie wówczas w wieku emerytalnym. Nie mamy ogólnopolskich zapasów położnych.

Mierzymy się z chwilowym kryzysem zatrudnienia, jednak wynika on w dużej mierze z tego, że położnym utrudnia się realizację pełni posiadanych kompetencji".

W Polsce są obecnie 44 tysiące położnych. W raporcie Naczelnej Izby Pielęgniarek i Położnych z 2023 roku zauważono, że największą część tej grupy zawodowej stanowią osoby w wieku 51-60 lat. Na drugiej pozycji uplasował się wówczas przedział wiekowy 61-70. Prawie 8 proc. pracujących położnych w 2023 roku miało 71 lub więcej lat.

Nieprawdą jest jednak twierdzenie, że w związku z kryzysem demograficznym zapotrzebowanie na pracę położnych spada. Położna może opiekować się kobietą na przestrzeni całego życia. Popularne w ostatnich miesiącach dzielenie rocznej liczby porodów przez liczbę pracujących w zawodzie położnym nie jest tu obiektywnym wskaźnikiem i świadczy co najwyżej o nieznajomości tematu przez autora obliczeń.

Podobnego zdania jest Agnieszka Brześcińska: "Mamy bardzo wysoką średnią wieku zarówno pielęgniarek, jak i położnych. Duża część z nich pracuje w kilku miejscach, na więcej niż jednym etacie. Gdybyśmy sprowadzili wszystkich pracowników ochrony zdrowia do jednego miejsca pracy na jednym pełnym etacie, system momentalnie by się załamał. Kształcąc pielęgniarki i położne, zapobiegamy kryzysowi, który za chwilę nastąpi. Mamy ogromną dziurę pokoleniową, dane statystyczne to potwierdzają.

Ministerstwo twierdzi, że troszczy i martwi się o położne, bo skoro likwidowane są porodówki, to nie będzie dla nas miejsc pracy. Dlaczego nie wspominają przy tym, że możemy pracować w miejscach związanych z profilaktyką i diagnostyką onkologiczną czy ginekologiczną?

Dlaczego na oddziałach patologii sutka prawie wcale nie zatrudnia się położnych, jednocześnie nie widząc przeciwwskazań ku zatrudnianiu w nich pielęgniarek i twierdząc, że jest ich za mało?

Rządzącym powinno zależeć na oszczędnościach. Przecież wiadomo, że im wcześniej przeprowadzimy diagnostykę, tym niższy będzie koszt ewentualnego leczenia, ale i koszt kondycji zdrowotnej pacjenta czy ryzyko ewentualnych powikłań. Mamy ku temu kompetencje. Posiadamy te umiejętności. Dawno temu położne miały szersze możliwości zatrudnienia w podmiotach leczniczych. Od kilku lat istnieje narracja, jakoby położna znała się tylko na wąskim obszarze medycyny. Tymczasem nic nie stoi na przeszkodzie, by umożliwić nam pracę zgodnie z posiadanymi kompetencjami w innych oddziałach, gdzie istnieją ogromne braki i nie są spełnione normy minimalne kadry pielęgniarskiej".

Praca dla położnych jest. Trzeba im ją jedynie umożliwić

Izabela Dembińska tłumaczy: „Położne mogą być ratunkiem dla systemu, jeśli tylko Ministerstwo Zdrowia dostrzeże ich potencjał. POZ, profilaktyka, a nawet szkolnictwo. Mogłybyśmy z powodzeniem prowadzić zajęcia z edukacji zdrowotnej, bo mamy ku temu zdecydowanie lepsze podstawy niż wuefista czy katecheta po studiach podyplomowych”.

Prezeska Fundacji Rodzić po Ludzku przypomina natomiast, że w Polsce nadal fizjologiczne ciąże w zdecydowanej większości przypadków prowadzą ginekolodzy, mimo że to zadanie mogłyby – zgodnie z prawem i umiejętnościami – przejąć położne. Również na oddziałach naturalnie pasujących do specyfiki zawodu położnej – na przykład ginekologii czy neonatologii – wciąż pracuje bardzo dużo pielęgniarek.

Położna Kamila Ciastek-Majtyka podkreśla, że również przekonanie, jakoby położna nie mogła sprawować opieki nad dorosłymi mężczyznami, jest mitem: "Wzięło się to stąd, że w Podstawowej Opiece Zdrowotnej w potencjale świadczeniobiorców nie znalazły się deklaracje mężczyzn. To się za nami ciągnie od lat.

Ale dzisiaj wiemy, że mężczyzna również podlega naszej opiece. Jest częścią rodziny, która korzysta z naszych usług. Może być ojcem. Może mieć problemy ze zdrowiem seksualnym.

Może przyjść w związku z tym na wizytę edukacyjną i dowiedzieć się, że jego dolegliwości wcale nie są bezpodstawne, tylko na przykład ma zaburzenia poziomu testosteronu. To też jest nasz obszar kompetencji, którego nikt [w naszym imieniu – przyp. aut.] nie broni i który – jak wiele innych rzeczy – musimy wyrywać albo siłą, albo układami".

Położna Julia Ignaczak zauważa, że nadal traktowanym po macoszemu przez rządzących obszarem kompetencji położnych jest ten związany z podstawową opieką zdrowotną: „Położne są samodzielne. Nie oszukujmy się – w praktykach komercyjnych robimy praktycznie wszystko. Rozmawiamy z dziewczętami, spotykamy się z kobietami w menopauzie, zajmujemy się starszymi pacjentkami, prowadzimy pełną edukację i opiekę laktacyjną”.

Tymczasem pacjentki wciąż mają ograniczony dostęp do opieki położniczej opłacanej przez NFZ: „Możemy prowadzić ciąże, ale jest to tak tragicznie rozliczone, że po prostu się nie opłaca. Możemy wspierać w laktacji, ale nie możemy tego rozliczyć, więc robimy to w ramach stawki kapitacyjnej. Możemy prowadzić edukację przedporodową, ale ginekolodzy masowo nie informują o tym ciężarnych” – wylicza Ignaczak.

Położna Paulina Mostyńska wspomina: Narodowy Fundusz Zdrowia nie wyciągał przez lata – bazując na starym Standardzie Organizacyjnym Opieki Okołoporodowej – żadnych konsekwencji wobec osób prowadzących ciąże, które nie kierują pacjentek na edukację przedporodową do położnej. W niektórych kartach ciąży nawet nie pojawia się na to odpowiednia rubryka. Nie mamy pewności, czy teraz, po [wprowadzonej w życie na początku maja – przyp aut.] zmianie Standardu, ulegnie to realnej zmianie.

Jako położne środowiskowe mamy udać się do noworodka do dwóch dni roboczych po wypisie ze szpitala. Jest to bardzo restrykcyjnie przestrzegane. Tymczasem z niekierowania na edukację nie są wyciągane żadne konsekwencje – szczególnie jeśli kobieta prowadzi ciążę komercyjnie.

Nie da się zmusić kobiety, by poszła do położnej, ale też nie w tym rzecz.

Powinniśmy zacząć od budowania świadomości; od wdrożenia rozwiązań, które rzeczywiście będą promować profilaktykę.

Tak jak w systemach przy nazwiskach pacjentów wyskakują przypomnienia o tym, by skierować ich na przykład na badania kardiologiczne, tak samo mogłyby pojawiać się przypomnienia o tym, by skierować daną osobę do położnej – czy to na edukację przedporodową, czy wizytę w okresie dojrzewania, czy w ramach porady okołomenopauzalnej.

Co ze Standardem Organizacyjnym Opieki Okołoporodowej?

Na początku maja Ministerstwo Zdrowia chwaliło się sukcesem wprowadzania nowej wersji Standardu Organizacyjnego Opieki Okołoporodowej i jego zapisami wzmacniającymi rolę położnych. Wystarczyło kilka dni, by sytuacja odwróciła się bez mała o 180 stopni w związku z opublikowaniem projektu nowelizacji ustawy o zawodzie położnej i zawodzie pielęgniarki.

Joanna Pietrusiewicz komentuje wprost:

"Nowy projekt Ministerstwa to najgłupsze rozwiązanie, na jakie można było w tej sytuacji wpaść.

Jestem zszokowana postępowaniem rządu. Podobne działania miały miejsce wtedy, kiedy usiłowano odebrać nam Standard Organizacyjny Opieki Okołoporodowej za czasów PiS. To, że obecna ekipa rządząca, która przecież szła do wyborów z prawami kobiet na sztandarach, popełnia niemalże te same błędy, jest kompletnie niezrozumiałe. Nie można tego widzieć wyłącznie w kontekście zmiany ustawy. Ta cała sytuacja wygląda tak, jakby rządzący bardzo, bardzo nie lubili kobiet".

Izabela Dembińska zauważa, że podnoszony przez Ministerstwo Zdrowia problemu braku miejsc pracy dla położnych nie idzie w parze z obecnym poziomem zatrudnienia na oddziałach położniczych: „Jesteśmy zatrudniane w minimalnych dopuszczalnych przez przepisy liczbach – a one są za małe. Dochodzi do sytuacji, w których na oddziale, na którym przebywa 30 położnic z noworodkami, dyżurują dwie położne. To nie tylko kwestia ich przeciążenia, ale również – przede wszystkim – skandal pod kątem bezpieczeństwa tych kobiet we wczesnym połogu i ich dzieci”.

Środowisko staje ramię w ramię

Projekt Ministerstwa Zdrowia poruszył na ogromną skalę przedstawicieli i przedstawicielki wielu środowisk – od lewej do prawej strony sceny politycznej; przez fundacje prokobiece aż do organizacji kościelnych: „Okazuje się, że jesteśmy nie tylko świetnymi specjalistkami, ale również bardzo zgraną grupą zawodową. Pomimo tego, że wewnętrznie możemy mieć do siebie nawzajem jakieś większe lub mniejsze żale, gdy dochodzi do kwestii naszej tożsamości zawodowej, potrafimy w ciągu kilku chwil się zmobilizować i stanąć ramię w ramię” – komentuje Kamila Ciastek-Majtyka.

Tkwimy w zmedykalizowanym modelu

W czwartek 21 maja odbyło się posiedzenie Parlamentarnego Zespołu do spraw Opieki Okołoporodowej prowadzone przez posłankę Konfederacji Karinę Bosak. Wzięły w nim udział położne, które argumentowały, dlaczego ich zdaniem proponowane zmiany są nieprzemyślane.

Obecne na miejscu przedstawicielki Ministerstwa Zdrowia prosiły natomiast o wyciszenie emocji związanych z publikacją projektu. Wspominały o hejcie, który w ostatnich dniach pojawił się w mediach społecznościowych.

Odpowiedział im jedyny biorący udział w posiedzeniu mężczyzna – Rafał Kozicki. Przedstawiciel Konfederacji twierdził, że Ministerstwo Zdrowia mentalnie pozostaje w PRL-owskim, lekarzocentrycznym, opartym na medykalizacji modelu. Wspominał, że nie da się wprowadzić realnej samodzielności zawodowej, nie delegując jednocześnie odpowiedzialności w ręce położnych.

Szefowa Fundacji Rodzić po Ludzku w rozmowie z OKO.press tłumaczy z kolei, że ministerialny projekt sprowadza sprawowaną przez położne opiekę nad zdrowiem kobiet niemal wyłącznie do zmedykalizowanej, lekarskiej sfery:

"To jest po prostu kolejne odbieranie kobietom praw – w tym prawa do opieki zdrowotnej ze strony specjalistek.

Polska od lat może pochwalić się wyjątkowym na skalę światową dokumentem regulującym standard opieki okołoporodowej. Mamy również na tę chwilę bardzo dobrą ustawę o zawodzie pielęgniarki i zawodzie położnej. Nasz kraj wiedzie w tym zakresie prym. Rządzący proponują rozwiązanie, po którego wprowadzeniu cofniemy się do krajów, w których zawód położnej w pełnym tego słowa znaczeniu praktycznie nie istnieje. Gdzie w porodach główną rolę odgrywają lekarze, a naturalne w życiu kobiety procesy, takie jak ciąża, poród, dojrzewanie czy menopauza stają się bez mała chorobą do wyleczenia".

Fundacja Rodzić po Ludzku stworzyła petycję przeciw wprowadzaniu planowanych przez rządzących zmian. W chwili publikacji tego artykułu podpisało ją już ponad 7 tysięcy osób. Wciąż można do nich dołączyć.

Pomysł, do którego nikt się nie chce przyznać

Na środę, 3 czerwca 2026 roku, zaplanowane jest spotkanie Ministry Zdrowia z prezeską Naczelnej Izby Pielęgniarek i Położnych. Obecnie nie jest jasne, czy będą mogły wziąć w nim udział również same zaangażowane w obronę zawodu położne.

Do końca maja w ramach konsultacji publicznych można zgłaszać komentarze do proponowanej nowelizacji Ustawy.

Nadal nie wiadomo, kto dokładnie – imiennie – jest odpowiedzialny za budzące sprzeciw zapisy. Autorem całego projektu jest Ministerstwo Zdrowia. Nikt jednak nie przyznaje się do pomysłu zlikwidowania trzyletniego licencjatu z położnictwa. Wszyscy się od niego odcinają. Nikt – poza samym Ministerstwem – nie broni proponowanych zapisów.

Na zdjęciu Oliwia Gęsiarz
Oliwia Gęsiarz

Absolwentka położnictwa, logopedka, pedagożka. Na co dzień marketing managerka OKO.press. Poza pracą propaguje położnictwo, w którym każda osoba ma prawo zakończyć swoją ciążę wtedy, kiedy chce i tak, jak chce.

Komentarze