26 czerwca 2021

Kto jest winny katastrofie w Czechach? Człowiek, który spala paliwa kopalne i lata samolotami

Takie zjawiska, jak trąba powietrzna, która przeszła przez Czechy, będą się powtarzać coraz częściej. Tłumaczymy, dlaczego. I przypominamy, że zmianę klimatu możemy jeszcze zahamować

Zerwane dachy, wybite okna, zmiażdżone samochody, zamknięte drogi – tak wygląda krajobraz na południowych Morawach w Czechach po przejściu czwartkowej (24 czerwca) trąby powietrznej. Przynajmniej 150 osób zostało rannych, 90 trafiło do szpitali, a czeskie media informują o nawet pięciu ofiarach śmiertelnych. Tornado przeszło od miejscowości Valtice, przez Břeclav, aż do wiosek Lužce i Hodonin.

Według European Severe Weather Database, bazy danych o zjawiskach ekstremalnych w całej Europie, trąbie powietrznej przypisano kategorię F3 w skali Fujity-Pearsona. To skala, która mierzy siłę zjawisk na podstawie zniszczeń zabudowy. Najwyższa kategoria to F5.

"Zostały tylko mury bez dachów, bez okien. Kościół nie ma dachu, nie ma wieży, ludzie nie mieli się gdzie ukryć. Szkoła nie ma elewacji, nie ma dachu. Wiekowe lipy i świerki są powalone"

– mówił w czeskiej telewizji zastępca burmistrza Hruška w regionie Břeclav Marek Babisz.

Tego samego dnia tornado przeszło nad Sądecczyzną – powaliło drzewa, zniszczyło około 30 domów i tyle samo budynków gospodarczych. Z 16 domów wiatr zerwał dachy. Mieszkańcy relacjonowali, że nawałnica trwała zaledwie chwilę, ale nadeszła tak szybko, że trudno było się przygotować i zabezpieczyć domy. Jednocześnie spadł grad wielkości piłek tenisowych.

Więcej ekstremalnych zjawisk

„Dane pokazują jednoznacznie: ekstremalne zdarzenia pogodowe są coraz częstsze” – mówi prof. Zbigniew Karaczun z Katedry Ochrony Środowiska i Dendrologii Szkoły Głównej Gospodarski Wiejskiej, ekspert Koalicji Klimatycznej. „Na przykład w Polsce coraz częściej obserwujemy nawalne deszcze, czyli takie, w trakcie których spada 70, a nawet 100 mm wody. To właśnie one odpowiadają za błyskawiczne powodzie. Obecnie w ciągu roku notujemy co najmniej trzy, cztery dni z takimi opadami” – dodaje.

Jak zaznacza ekspert, w Polsce pas burz i huraganów, czyli miejsce, gdzie ekstremalne zjawiska występują najczęściej, ciągnie się od Suwałk, przez centralną Polskę aż do Małopolski i dalej – nad Opolszczyznę.

„Ale to nie oznacza, że pozostała część kraju jest bezpieczna. W ostatnich latach ekstremalne wydarzenia zdarzały się często również w pasie od centrum, przez Bory Tucholskie, aż do Bałtyku”

– tłumaczy prof. Karaczun.

I tak na przykład w 2012 roku przez powiat tucholski przeszła trąba powietrzna, dewastując ponad 500 hektarów lasu. Przykładów jest znacznie więcej, z niemal całej Polski: w 2017 roku w okolicach Kędzierzyna-Koźla przeszła trąba powietrzna, która uszkodziła 20 domów. Kawałek dalej, na granicy Opolszczyzny i Śląska, nad Kuźnią Raciborską, przeszedł gwałtowny front atmosferyczny, któremu towarzyszyła trąba powietrzna. Zniszczył 1500 hektarów lasu. W ubiegłym roku w Kaniowie na Śląsku tornado zniszczyło 20 domów, a IMGW określiło to wydarzenie jako „bezprecedensowe”. Na szczęście nikomu nic się nie stało.

Ekstremalny był 2008 rok, kiedy 15 i 16 sierpnia przez całą Polskę przeszła fala trąb powietrznych. Zniszczyła 770 budynków. W samych powiatach lublinieckim i częstochowskim w wyniku tornada zginęły dwie osoby – na jedną z nich spadł strop, a druga przebywała w domku letniskowym, na który runęło drzewo. W Warkałkach (woj. warmińsko-mazurskie) jedna osoba zginęła w pożarze domu, spowodowanym uderzeniem pioruna.

Prawie 4 tysiące tornad

„Nie możemy wykluczyć, że i kilkadziesiąt czy kilkaset lat temu pojawiały się takie tornada, jak to, które przeszło przez Czechy. Szczegółowe badania meteorologiczne są prowadzone zaledwie od 200 lat. Jednak teraz obserwujemy wzrost częstości i gwałtowności takich zjawisk” – mówi prof. Karaczun. Jak zaznacza, jeszcze na początku lat 90. tornada były w Polsce sporadyczne. Obecnie rocznie notujemy ich przynajmniej kilka, jeśli nie kilkanaście.

W całej Europie między 2010 a 2020 rokiem, zanotowano 3827 tornad. 329 z nich miało kategorię F2, 28 było bardzo intensywnych (F3), a 2 były ekstremalne (F4 lub F5). 2020 rok był rekordowy pod względem występowania wiatru. Zgłoszono ponad 13 tysięcy silnych zdarzeń wiatrowych. W sumie 272 osoby zostały ranne, a 61 osób zginęło.

W ciągu ostatnich 10 lat gorzej było tylko w 2017 roku, kiedy zanotowano ponad 17 tys. takich zdarzeń.

Dlaczego tornada będą częstsze?

"Przez działalność człowieka – spalanie paliw kopalnych, produkcję rolną w tym zwłaszcza hodowlę zwierząt, przekształcanie gleby, transport, zwiększa się emisja gazów cieplarnianych. Ich specyfika polega na tym, że zatrzymują część promieniowania cieplnego wypromieniowanego z powierzchni Ziemi i zwiększają w ten sposób ilość energii w atmosferze. Ona musi się w różnych procesach rozładowywać. Jeśli jest jej więcej, proces rozładowania jest gwałtowniejszy. Stąd bardziej ekstremalne zdarzenia pogodowe” – tłumaczy prof. Zbigniew Karaczun.

Czy da się to jeszcze zatrzymać?

Odpowiedź nie jest przesadnie optymistyczna: zmiany klimatu nie cofniemy. Możemy ją jednak zahamować.

Przede wszystkim konieczne jest dążenie do szybkiego osiągnięcia neutralności klimatycznej. W całym procesie transformacji istotne jest odejście od wydobywania węgla i spalania go w elektrowniach (przypomnijmy, że obecnie największym emitentem CO2 w Europie jest należąca do PGE Elektrownia Bełchatów). Emisje można również ograniczyć rezygnując z chowu zwierząt i z wylesiania terenów. Kolejnym wyzwaniem jest zmniejszenie emisji z transportu. Ten drogowy odpowiada za niemal 20 proc. wszystkich emisji gazów cieplarnianych. Mniej, bo niecałe 4 proc. to „zasługa” lotnictwa. Jednak to sektor, w którym emisje najszybciej rosną.

Porównując emisje z 1990 roku i z 2017 roku, te z lotnictwa międzynarodowego wzrosły o 128,9 proc.

Jednostkowe wybory – przejście na dietę roślinną albo rezygnacja z latania samolotami – to oczywiście dobry pomysł.

Potrzebna jest jednak zmiana systemowa i globalna. Potrzebne będzie także przystosowanie się do nowych warunków, w jakich żyjemy.

Przede wszystkim konieczne są dobre systemy wczesnego ostrzegania, które pomogą przygotować się na nadchodzące nawałnice. Jednym z najlepszych przykładów jest Odisha w Indiach, gdzie systemy wczesnego ostrzegania pomogły ewakuować ponad 900 tys. mieszkańców wybrzeża podczas cyklonu Phailin w 2013 roku. Ofiar było mniej niż 50, w porównaniu do 10 tys. osób, które zginęły podczas podobnej burzy 14 lat wcześniej.

Również miasta powinny przystosować się do nowej rzeczywistości. Betonoza, jaką obserwujemy w całym kraju, gęsta, niekontrolowana zabudowa czy „rewitalizacje” rynków miast, po których stają się betonową patelnią – to nie są zmiany, które pomogą poradzić sobie ze skutkami zmiany klimatu. Woda deszczowa nie jest w stanie zasilać gleby, bo beton jej nie przepuszcza. Odpływa kanalizacją do rzek, a potem dalej – do morza. Niewykorzystana.

To przynosi dwa skutki. Pierwszy: częstsze błyskawiczne powodzie, o których wspomina prof. Karaczun. Wystarczy jeden dzień z dużymi opadami, żeby miasto zostało kompletnie zalane. Drugi: jeśli nie zatrzymujemy wody deszczowej, nie prowadzimy retencji, to roślinność i trawniki podlewamy wodą pitną. To w czasie upałów i większego poboru wody może powodować przerwy w jej dostawie. W ubiegłym tygodniu ponad 100 gmin wprowadziło zakazy używania wody z wodociągów do podlewania ogrodów czy mycia samochodów.

Niektóre miasta zaczynają przystosowywać się do zmian. Na przykład w Gdańsku po pierwszym obywatelskim panelu klimatycznym zbudowano trzy zbiorniki retencyjne. W Krakowie właśnie otwarto taki zbiornik w Parku Lotników. Na co dzień jest miejscem rekreacyjnym, z ławkami i leżakami dookoła. W czasie deszczy zbiera wodę, a w czasie suszy może służyć do podlewania miejskiej zieleni.

Udostępnij:

Katarzyna Kojzar

Absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego i Polskiej Szkoły Reportażu. W OKO.press zajmuje się przede wszystkim tematami dotyczącymi ochrony środowiska, praw zwierząt, zmiany klimatu i energetyki.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne